Być jak Shane Embury

– Shane ma 50 lat i zagra dzisiaj trzy jebane koncerty. Facet stracił rozum! – w ten sposób Kevin Sharp przedstawił swojego kolegę z Lock Up i głównego bohatera wieczoru. Po czym dodał. – A co wy zrobicie ze swoim życiem, kiedy stuknie wam pięćdziesiątka?

Dobra, Kevin, słyszałem cię. Ja, smarkacz ledwie po czterdziestce, czasem łapię się na myśli, że lepiej już było, że na niektóre przygody jestem za stary… a w czwartek w krakowskim klubie Kwadrat dostałem lekcję, którą długo zapamiętam.
Shane Embury pojawił się na moim radarze pod koniec lat 80., jako basista Napalm Death. Zwany był przez nas pieszczotliwie Pieczarą, od charakterystycznej fryzury, przypominającej gigantyczną, dorodną pieczarkę (Pana Józefa, który wyhodował ją u siebie na działce wpisujemy do naszej teleekspresowej galerii ludzi pozytywnie zakręconych…). Dzisiaj ta pieczarka jest już mocno przetarta na czubku, ale za to jej właściciel to wciąż czubek, pewnie nawet większy niż kiedykolwiek wcześniej. Jeśli wierzyć Metal Archives, udziela się obecnie równolegle w 13 zespołach (trudno się dziwić, że jeśli chce z każdym z nich trochę pokoncertować, musi tematy pakietować) i nie wygląda na to, by myślał o emeryturze, czy choćby o przerzuceniu się z grindu na bluesa. W Krakowie – jak codziennie, na każdym koncercie tej trasy! – pojawił się na scenie w aż trzech składach i ani przez chwilę nie markował ciosów, nie prosił trenera o czas, nie słabował. Normalnie Noriaki Kasai grindcore’a.

shane3

Shane Embury, basista zespołu Lock Up

Zaszczyt otwarcia wieczoru przypadł polskiej formacji Mentor i choć sala nie była jeszcze pełna, muzycy dzielnie walczyli o przychylność publiczności. Szybko ją zdobyli, bo drapieżny, dynamiczny crossover z pieśniarzem dysponującym naprawdę mocną koparą, miał kilka mocnych argumentów w swojej sprawie. Trochę scenicznego otrzaskania przyda się temu składowi, ale na pewno nie można powiedzieć, że Mentor robił tu za support rzucony na pożarcie – po prostu dobrze do tego składu pasowali.

Lock Up podkręcili tempo, ale chyba wszystkich apetytów nie zaspokoili: kiedy pomiędzy „Brethren of the Pentagram” a „Accelerated Mutation” na sekundę zapadła cisza, ktoś głośno ich upomniał: „Szybciej, kurwa!”. No i proszę, jak w „Koncercie życzeń” – rzeczywiście zapierdzielali bez wytchnienia. Po raz pierwszy widziałem Lock Up z nowym wokalistą, ale trzeba przyznać, że na frontmanach to oni nie wytaniają. Po Peterze Tägtgrenie i Tomasie Lindbergu mikrofon przejął Kevin Sharp z nieodżałowanego Brutal Truth, czyli typ, co dobrze wie, którą stroną kaczka wodę pije. Wskoczył na scenę w koszulce z Johnnym Cashem i kowbojskim kapelutku (ten utrzymał mu się na głowie tylko do połowy koncertu), proponując nie tylko wściekłe wrzaski, ale też obleśne gesty i język plugawy, co doskonale pasowało do wizerunku zżulonego pastucha z Arkansas. Trudno faceta nie kochać.

– We’re Power Trip from Dallas, Texas. And no, we didn’t vote for Donald Trump, don’t even ask – tak przedstawił się kolejny zespół, czarny koń tej gonitwy. Najmniej utytułowany z zagranicznych gości, o najkrótszym stażu (członkowie grupy wyraźnie zaniżali średnią wieku na sali), za to wyraźnie na fali wznoszącej. Power Trip to najbardziej klasyczna, a więc w tym przypadku najbardziej thrashowa rzecz w zestawieniu, z jasnym, klarownym brzmieniem, miejscem na solówki i umiejętnie dozowanym kłusem, idealnym do headbangingu, któremu z lubością oddawali się i panowie na scenie i ich świeżo pozyskani fani pod barierkami. Nie dziwię się, bo choć sam szalikowcem Power Trip nie zostanę, muszę przyznać, że ich pomysł na muzykę robi wrażenie. To pogranicze thrashu z Południa, a więc i groove’u godnego Exhorder czy nawet Sacred Reich, z hardcore’owym konkretem. Patent może i prosty, ale grunt, że działa – nieźle na płycie, jeszcze lepiej na żywo.
– Dobrze napierdalają, chuje… – westchnął stający obok mnie dżentelmen w przerwie pomiędzy utworami. Trudno z tym polemizować. Dobrze napierdalali.

shane2

Brujeria z basistą trudnym do zidentyfikowania

Brujeria to nie jest rzecz dla wszystkich. Najczęściej słyszałem zarzut, że to niepoważne. Dość zaskakujący w ustach ludzi, którzy od dekad bez mrugnięcia okiem łykają smoki, wiedźmy i inne czary-mary, ale w porządku, każdemu jego porno. Ja Brujerię uwielbiam od zawsze, choć oczywiście nie cały ich dorobek kąsa z pełną mocą. Na szczęście program krakowskiego koncertu oparty był na przebojach – zaczęli oczywiście od „Brujerizmo”, zakończyli potężnym „Matando Gueros”, wywijając maczetami z ostrzami w meksykańskich barwach. Po drodze wybrzmiały m.in. „La Migra”, „Viva Presidente Trump!” (i zespół, i publiczność przesyłali tu urzędującemu prezydentowi USA moc serdecznych pozdrowień środkowym palcem), „Seis Seis Seis”, „Anti-Castro” (jeśli dobrze zrozumiałem zapowiedź – Fidela nie ma, ale jest Raul, więc numer wciąż aktualny), „Marcha de Odio”, „Consejos Narcos” i oczywiście „Marijuana” na bis. „Consejos Narcos” nieco wymknął im się spod kontroli, bo wyciągnięta z publiczności dziewoja zamiast pomagać wokaliście z kartonową tablicą i w odpowiednim czasie pokazywać „Si” lub „No”, wolała kręcić biodrem, wdzięczyć się do publiczności i przytulać do muzyków. Nie żeby ten epizod komukolwiek zakłócił odbiór, bo przecież Brujeria sama pozwala sobie na scenie na humorystyczne akcenty, choćby wstrząsające układy choreograficzne wokalistów. Ale już muzycznie jest to bardzo poważna sytuacja, w końcu mamy do czynienia z obecnym składem Lock Up minus Sharp. Brzmienie srogie, twarde, surowe, w nutkach sporo chaosu, wokalna wściekłość na dwa, a czasem nawet trzy gardła… nic dziwnego, że grupa rekonstrukcyjna zgromadzona pod sceną zainscenizowała bitwę pod Grunwaldem. Znakomity koncert. Gracias Cabrones!

shane1

Shane Embury, basista grupy Napalm Death

Wielki finał grindowej majówki (czy można to włączyć do oficjalnego programu obchodów i powtarzać co roku?) należał do Napalm Death. Na scenie amok, głównie generowany przez wokalistę, który potrafi być w dwóch miejscach naraz (snajperzy muszą go nienawidzić), pod sceną amok, w głośnikach amok. Na poziomie dźwięku wojna totalna, ale w przesłaniu love and peace, o czym Barney przypominał niemal przed każdym utworem. Przemawiał jak zwykle płomiennie, protestując przeciw niewolniczej pracy i odhumanizowanej polityce, albo piętnując tych, który znowu każą nam się bać ludzi mówiących innym językiem, mających inne preferencje seksualne czy kobiet stojących na straży swoich praw. A przecież „po to mamy mózgi, by odfiltrować to gówno”…
Program? Cios za ciosem, pełen przekrój przez ich grindową odyseję. Od „Scum”, przez „From Enslavement to Obliteration”, „Suffer the Children”, „Christening of the Blind” czy „Twist the Knife (Slowly) po „Smash a Single Digit”‎. Była też garść coverów, z „Nazi Punks Fuck Off” na czele, a nawet „You Suffer”, sieknięte znienacka, bez zapowiedzi, za to skwitowane przez Barneya radosnym: „Concentrate, for fuck’s sake!”.

Tak, skoncentrować się… Łatwo ci się, gościu, mówi. A ja tu już piątą godzinę stoję i daję się chłostać decybelami oraz stroboskopem. W głowie dudni, kręgosłup boli, jestem zmęczony, w sumie zagraliście już wszystkie moje ulubione numery. Może by się tak wymknąć do domu?
I wtedy popatrzyłem na Shane’a. Tego misiowatego pięćdziesięciolatka, który miał już za sobą dwie i pół godziny na scenie. Dwie i pół godziny grindowego sprintu! Popatrzyłem na Shane’a i aż głupio mi się zrobiło, że jeszcze przed chwilą zerkałem w kierunku drzwi. Oczywiście, zostałem na koncercie do ostatniej nuty, z szacunku dla tego pana.
Jak będę duży, chcę być jak Shane.

shane4

Podziękowania dla KnockOut Productions i Piotra Śliwy (PKS Photography).

 

Damage Inc.

To smutne, że człowiek żyje tak długo, że musiał doczekać czasów, kiedy jego idole z lat pacholęcych – którzy zostali idolami nie tylko dlatego, że grali fajne piosenki, ale też dlatego, że byli jak starsi kumple, totalnymi swojakami, fanami Venom w podartych dżinsach – dali się zżuć i strawić muzycznemu showbizowi tak bardzo, że stali się uosobieniem jego najgorszych bolączek.

Bo jak tu na przykład obronić coś takiego, jak bilet dla najbardziej vipowatego VIPa – gówno tam VIPa, dla kogoś po prostu bardzo bogatego – za ponad 10 tysięcy złotych?
Oto pełna lista wspaniałości, które można otrzymać za równowartość kwartalnej średniej krajowej (!!!) z okładem:

– jedno miejsce siedzące na Trybunie Premium w pierwszych dwóch rzędach
– wejście na arenę przez bramę ‚Through The Never’ dedykowaną dla specjalnych gości
– zakulisowe spotkanie z członkami zespołu przed koncertem
– zdjęcie grupowe ze wszystkimi uczestnikami ‚Hardwaired Experience’ oraz z członkami zespołu Metallica
– jedna setlista z autografami wszystkich członków zespołu Metallica
– możliwość skorzystania z ‚Sanitarium Rubber Room’ z dostępem do:
mini bar (dwa kupony na drinka)
obiad w bufecie ‚Spit Out The Bone’
– możliwość obejrzenia wystawy ‚Memory Remains’ składającej się z pamiątek, kostiumów scenicznych, instrumentów oraz rzeczy osobistych członków zespołu Metallica
– jeden plakat zespołu Metallica z limitowanej edycji
– jeden dowolnie wybrany Metallica t-shirt
– dostęp do prywatnej strefy merchandisingu
– obsługa personelu na miejscu
(za eskarock.pl)

Nie szanuję tego. Nie na taki seek and destroy się umawialiśmy… Oraz moja droga wyobraźnio, łaskawie nie podpowiadaj mi, jakie to rzeczy osobiste muzyków można na wystawie Memory Remains pooglądać.

Ale jeszcze trudniej jest mi przetrawić cenę biletu dla zwykłego fana, szeregowca metalowej milicji. Ten musi zapłacić 440 złotych. Za bilet na płytę. Za dwie godziny koncertu, w ścisku, na stojąco – 440 złotych.

Wątpliwości budzi też sposób dystrybucji. O ile personalizacja biletów i limit per capita uważam za znakomity pomysł, utrudniający życie koniom, to tu chyba sprawy zaszły za daleko – musisz wydać fortunę ponad rok przed imprezą (elo, Metalliko, lokalnym podwykonawcom też płacicie z góry, rok przed robotą?), ale nie masz szansy na zmianę nazwiska. Czyli jeśli komuś coś wypadnie – ślub lub pogrzeb, ważne sprawy zawodowe itp., itd. – to trudno, pół tysiaka psu w dupę. Kochasz Metallikę to cierp.

Ceny biletów na ten ich krakowski koncert (czy w ogóle – całą trasę) i sposób w jaki się to sprzedaje świadczy o tym, że nie fani są tu najważniejsi, ale pieniądz. Nie wiem, może muzycy Metalliki mają duże potrzeby, poza tym oczywiście przy nich musi się spory tłum wyżywić, ale to naprawdę można było rozegrać w bardziej cywilizowany sposób.

Można było sprzedawać bilety tylko zarejestrowanym klientom – ale dając im możliwość obrotu towarem, który do nich należy (choćby przez współpracę z TicketSwap).

Można było zorganizować koncert w większym obiekcie (większej hali w Polsce nie ma, więc musiałby to być stadion – ale przecież kilka mamy).

Nie przewidzieli popytu? Nie wierzę. Ale zakładając, że wierzę – wciąż można to przenieść na większy obiekt. Przecież scena jeszcze nie stoi, do koncertu mamy rok z okładem.

Że co? Metallica chciała być bliżej fanów, zaproponować unikalny show pod dachem, którego nie dałoby się zrealizować na stadionie czy lotnisku? Rozumiem, szanuję… w takim razie można było zrobić po kilka koncertów w jednym mieście. Tak jak robi to na przykład Dave Matthews Band i jak zrobiła to… Metallica, w Katowicach, w 1987. Wtedy dało się to wymyślić i zrealizować, a teraz się nie dało?*

Dwie, trzy sztuki pod rząd w jednym mieście oznaczałyby:
a) dwa-trzy razy więcej biletów na rynku,
b) redukcję kosztów (transport czy produkcja – wydatek ten sam, a wpływy większe)
c) …a co za tym idzie, obniżenie cen biletów.

Tylko komuś musiałoby na tym zależeć.

* okazuje się, że się dało – m.in. w Paryżu, Kolonii, Amsterdamie, Madrycie, Londynie – ale niestety, nie w Krakowie. A tam gdzie się dało i tak nie miało to wpływu na cenę 😉

Jaki jest Triptykon nie każdy widzi

17389199_1310137572355269_4722610274906162890_o

Jak się zaczyna koncert od „Procreation (of the Wicked)”, poprawia „Dethroned Emperor”, a dobija „Goetią”, to… Lord, have mercy upon me. Gdyby po trzech pierwszych numerach wczorajszego koncertu Triptykon nastąpił koniec świata – albo przynajmniej mój – umierałbym szczęśliwy.

Supporty były zacne, w dodatku niegłupio dobrane, bo każdy z nich prezentował inny sposób reinterpretacji dziedzictwa Celtic Frost – Blaze Of Perdition w najbardziej blackmetalowej, leśnej wersji, Mord’A’Stigmata klimatycznie i progresywnie, a Secrets Of The Moon… hm, Niemcy zabrzmieli tak, jak mógłby brzmieć Samael, gdyby Xy nie zafascynował się w pewnym momencie tymi wszystkimi zabawkami na prąd. No więc wszystko fajnie, wszyscy dzielnie stawali, ale – właśnie – jak na wzorowych uczniów przystało. A później był wykład profesora.

Gdy grali moje ukochane numery Celtic Frost i co lepsze rzeczy Triptykon – oprócz już wspomnianych, oczywiście, „Circle of the Tyrants” i „Morbid Tales”, albo epickie, przeszywające „The Prolonging” na finał – pod czaszką hulały mi tylko lodowate wiatry z Północy. Czyli, że super. Ale kiedy zespół grał te numery, które nie działają mi bezpośrednio na przysadkę mózgową, zastanawiałem się… dlaczego jesteśmy w Klubie Kwadrat i nie jest ciasno?
Tego samego dnia ogłoszono, że Metallica zagra w krakowskiej Arenie, bilety będą kosztowały tyle, co wjazd na dobry, kilkudniowy festiwal na Zachodzie – a i tak pewnie trudno je będzie kupić. Metallica. Zespół, który ostatnią dobrą płytę nagrał w ubiegłym stuleciu (i proszę mi tu nie mówić, że „Hardwired…” to „powrót do formy”, że to album „na miarę”, bo wiem, że śmiech to zdrowie, ale ja chcę być morbid). Kilka tygodni temu z trasą (!) po halach (!!!) przetoczył się Sabaton, który naprawdę dobrej płyty nie nagrał nigdy. A Triptykon nie wyprzedany? Co jest z wami?

17358603_1310138815688478_2854792491436905134_o

No więc nie chodzi o to, że metal to muzyka niszowa – bo w sumie spoko, niech będzie, nie musi się wszystkim podobać – ale o to, że dobry metal to muzyka niszowa. Jeden z najlepszych, najbardziej twórczych, najodważniejszych zespołów w historii gatunku – mowa o Celtic Frost oczywiście – w swoim nowym, bardzo udanym wcieleniu, o klasę lepszym od obecnej formy Metalliki i zupełnie poza zasięgiem takiego Sabaton, gra w klubie, bo odziana w czarne koszulki młodzież i młodzież starsza wybiera towar gorszy, ale za to droższy.

I proszę mi tu nie mówić, że o gustach się nie dyskutuje, bo owszem, dyskutuje się. Proszę iść na Triptykon, jeśli jeszcze możecie (dziś Wrocław, jutro Warszawa, pojutrze Gdańsk), bo nie wiadomo jak długo Tom, niemłody już przecież, będzie w tak mistrzowskiej formie. Idźcie na Triptykon szczególnie jeśli tego nie planowaliście, a wtedy podyskutujemy.

A tu znajdziecie mój wywiad z Tomem. Nie dlatego polecam, że mój, ale dlatego, że pan Fischer wie, co mówi: Sztuka nie polega na kopiowaniu samego siebie. Sztuka jest wtedy, kiedy próbujesz dostać się pod powierzchnię. Nie na skróty, nie wolno sobie ułatwiać. Czasem trzeba zaryzykować karierę, bo trzeba próbować nowych rzeczy. Raz ci się uda, innym razem odniesiesz porażkę, ale to jest właśnie sztuka. Tu nie chodzi o bezpieczeństwo, nudę, powtarzanie się. Sztuka to ryzyko.
Ale uwaga! Tom tego nie powiedział, to ja pozwolę sobie dopowiedzieć: wspomniane ryzyko powinni podejmować nie tylko artyści. Słuchacze również.

Zdjęcia dzięki uprzejmości Piotra Śliwy (PKS Photography)

Gęba metalowca

Zły to ptak, co własne gniazdo kala. Czy tam szkaluje. A że – jako volens nolens metalowiec aż po grób – mam obowiązek być zły, szkaluję braci w metalu w najnowszym numerze „Polityki”, na marginesie świetnego komiksu Krzysztofa Owedyka „Będziesz się smażyć w piekle” (wydanego przez Kulturę Gniewu).

metal

Tekst nosi tytuł „Skóra i ćwieki na wieki” i opowiada o stereotypie metalowca w polskim społeczeństwie, ze szczególnym wskazaniem na medialny wizerunek owego. Jest więc trochę i o heroicznych latach 80. (m.in. wyjaśniam profanom, co to katana z telewizorem oraz krojenie – wiem, że za zdradę tajemnic zakonu mogę podzielić los Brusliego, ale cóż, life is brutal), jest słowo o scenicznych i telewizyjnych przewagach Nergala czy Titusa, ale też o recepcji Sabaton na świętej ziemi piastowskiej. Wyjaśniam również, dlaczego poczytny i utytułowany Łukasz Orbitowski jest metalowcem Schrödingera.
A skoro już o Schrödingerze mowa – tak, jest i nieśmieszny dowcip o jedzeniu kotów. Mi wolno, tak jak czarnoskórym raperom wolno używać słowa „nigger”. Ale jeśli nie potraficie wyrecytować z pamięci dyskografii Slayera, Deicide i Morbid Angel (albo nie jesteście pewni, która z kolei jest „Abominations of Desolation”) – lepiej tego nie próbujcie!

Wersja papierowa w kioskach jeszcze tylko jutro, wersja cyfrowa (za drobną opłatą) tutaj.

bedziesz

Więcej o komiksie Owedyka napisałem natomiast w nowej „Gazecie Magnetofonowej”.

\m/

Ćwierć wieku w półmroku

Zespół Neolith obchodzi właśnie 25 urodziny. Jeśli wiesz, o co chodzi, to z dużą dozą prawdopodobieństwa mogę założyć, że jesteś metalowcem po trzydziestce, zaangażowanym nie od dziś w rodzimy underground i albo się znamy, albo mamy wspólnych znajomych.

Bo Neolith to fenomen. Wytrwać ćwierć wieku robiąc większą lub mniejszą karierę, żyjąc z muzyki, albo przynajmniej czyniąc z tego znaczną część domowego budżetu – to godne szacunku, ale zrozumiałe. Rozbłysnąć niczym supernowa, być one-hit wonder, a potem przez całe dekady karmić się złudzeniami, że uda się to powtórzyć – tu już nie zaszkodziłaby konsultacja lekarska, ale w sumie da się zrozumieć. Ale 25 lat pod górkę, dorzucając do interesu, odbijając się od większych lub mniejszych murów – to już kompletne szaleństwo.

Poznałem chłopaków zbyt dawno, żeby to mogła być prawda, w czasach kiedy rozrabialiśmy całymi hordami – metalowcy, punki, hipisi, skini i pospolite łobuzy – w Bieszczadach. Mieliśmy po 20 lat i nasze życiowe plany oraz ambicje nie sięgały dalej niż to, skąd wziąć parę złotych na tanie wino i ciepły posiłek (pomagały głównie pannice z dobrych domów, które po raz ostatni w życiu dały się namówić rodzicom na wspólne wakacje – więc a) miały kasę, b) towarzystwo długowłosych obdartusów było dla nich pożądaną odmianą). Neolith – wówczas rezydujący w Lesku – był tam właściwie u siebie, więc chłopcy służyli nam często za przewodników po skomplikowanym świecie bieszczadzkiego survivalu. 🙂
neolith

Jednak przede wszystkim połączyła nas muzyka. Oni byli bardziej death/doom, my – jako zespół o parę lat młodsi – bardziej black. Ale to niuanse, w gruncie rzeczy zaczynaliśmy w podobnym miejscu, czasie i chodziło nam mniej więcej o to samo. Spotykaliśmy się w studiu nagraniowym – sanockie Manek Studio zasługuje nie na osobny wpis na blogu – ale na książkę 😉 – i na koncertach, ale nam szybko zaczęło żreć, a Neolith żarło umiarkowanie. My wydawaliśmy płytę za płytą, grając koncerty przed dużą publicznością, w różnych fajnych miejscach – a oni walczyli ze zmianami składu, wydawali sobie rzeczy sami (albo u takich wydawców, że lepiej byłoby, jakby jednak sami…), nie grali zbyt wielu koncertów, ciągle wiatr w oczy.

Nas szlag trafił w 2001, a oni ciągle parli pod górkę i pod wiatr. Nie tyle nawet oni, co on – bo ten zespół nie przetrwałby, gdyby nie wściekły, czasem wręcz irracjonalny upór Leviego, wokalisty grupy. Ale kto powiedział, że artysta ma być racjonalny?

Oczywiście, to nie tak, że Neolith był wspaniały, a zły świat się na nich nie poznał. Brutalnie rzecz ujmując, długo nie wyróżniali się niczym spośród setek podobnych, aktywnych wówczas zespołów. Dokonywali złych wyborów. Upierali się przy złych pomysłach i wciąż im się to zdarza – ja wiem, Levi, że symbolika, że konsekwencja, ale tytuł płyty „Izi.Im.Kurnu-Ki” to naprawdę zbyt duże wyzwanie dla potencjalnych słuchaczy 😉 Powiecie, że to szczegół? Może i tak, ale mamy do czynienia z muzyką z piekła rodem, a jak wiadomo, diabeł tkwi w szczegółach.

A jednak, Neolith przetrwał 25 pieprzonych lat – pamiętam, jak oglądałem w telewizji koncert z okazji 10-lecia Kombi i podziwiałem muzyków, że są tacy starzy i jeszcze im się chce – i co najzabawniejsze, nie odcina dziś kuponów od dawnej świetności (bo nie ma od czego), ale gra najlepszą muzykę, jaką grał kiedykolwiek!


Tak, to jest niespodziewany zwrot akcji na koniec tego wpisu: wspomniana już powyżej płyta „Izi.Im.Kurnu-Ki” (ech), wydana w 2015 roku, to bez wątpienia najlepszy materiał Neolith. I nawet choć to nienajlepsze czasy dla takiej muzyki – pompatycznego, z lekka kosmicznego, ale chyżo galopującego black/death metalu – jestem przekonany, że gdyby wydali to pod inną nazwą, w innej firmie, chwaliłoby się, cmokało… Cóż, egzystując 25 lat na scenie zyskujesz nie tylko szacunek – kolekcjonujesz również wyobrażenia na swój temat. Jestem pewien, że wielu ludzi nie sięgnęło po „Izi.Im.Kurnu-Ki”, bo to Neolith, a po Neolith to oni wiedzą, czego się spodziewać.

Z okazji urodzin życzę więc zespołowi Neolith tego, żeby ich ostatnia płyta dotarła do ludzi, do których dotrzeć powinna. Oraz tego, żeby wszyscy w dobrym zdrowiu przetrwali imprezę jubileuszową, która odbywa się dziś w Krośnie – z Furią i Ragehammer w roli striptizerek wyskakujących z tortu. Ja pewnie nie dojadę, ale byłem na piątych urodzinach Neolith w Lesku i wystarczy mi wrażeń do końca życia. 🙂

Dzień szarańczy

Tak mi jakoś w życiu wyszło (albo znowu nie wyszło), że nasycony metalem do granic wyporności, dawno temu zacząłem szukać nowych, innych wrażeń w bardzo różnych dźwiękach. Nigdy jednak nie przestałem słuchać metalu, ale po prostu straciłem zainteresowanie półśrodkami. Klasyczny heavy metal, nowy thrash, klimaty… fajnie, fajnie, zdarzają się rzeczy znakomite (ot, choćby Gojira), ale najbardziej lubię, kiedy metal mnie bije. Ma być przemoc, wściekłość i pożoga, albo dziękujemy.

stillborn
Stillborn

Dzisiejszy koncert w stu procentach zaspokajał tego typu potrzeby. Przede wszystkim gwiazda wieczoru – Angelcorpse. Jestem fanem bezkompromisowej twórczości Pete’a Helmkampa od czasów boleśnie niedocenianego Order From Chaos, ale trzeba przyznać, że właśnie w Angelcorpse udało mu się doprowadzić formułę ekstremalnego death metalu do granic możliwości gatunku. Nie da się brutalniej, szybciej, bardziej jadowicie i gęsto, bez popadania w groteskę, albo wychodzenia poza ramy gatunku, choćby w kierunku grindu.

Krakowski koncert to potwierdził. Da się go zrecenzować bardzo lapidarnie: był wpierdol. Pardon my French, ale tak właśnie było


Brawa należą się również supportom (oraz panu, który właśnie te formacje zdecydował się zaprosić). Żadna z polskich grup występujących dzisiaj w Żaczku nie eksplodowała z siłą porównywalną do Angelcorpse, ale wszystkie dzielnie stawały, w pocie czoła budując nastrój wieczoru. Od retro-thrashowego, po blackmetalowemu wkurzonego Ragehammer przez zimny, bezlitosny death/thrash Voidhanger (tytuł niniejszego wpisu pożyczyłem sobie zresztą z ich piosenki), aż po brutalny, deathmetalowy cios Stillborn – zero wypełniaczy, samo mięso, w dodatku (szczególnie jak na ten klub), świetnie brzmiące.

Aż żałuję, że tak mało czasu było na pogawędki, bo znajomych z sekty zatrzęsienie – no, ale tak to już bywa, kiedy koncert jest za dobry.

Krajobraz po wojnie

Wczoraj zakończyła się kolejna, ósma już edycja Blitzkrieg – dorocznej, jesiennej rundy Vadera po Polsce. Kto był ten wie, że zespół jest w świetnej formie i przygotował dla swoich fanów nie tylko zestaw żelaznych klasyków, ale też kilka nowych, naprawdę dobrych numerów (przebojowe, heavymetalowe „Go to Hell” i „Triumph of Death” to sceniczne pewniaki, ale bardzo się cieszę, że zespół włączył też do repertuaru „Hexenkessel”, mój ulubiony numer z nowej płyty), a dodatkowo podgrzewał atmosferę obficie dawkowaną pirotechniką.

Widziałem koncert w Olsztynie, pod zamkiem, który był uwerturą do tej trasy, widziałem i ten w Krakowie. To dla mnie ważne chwile, bo wreszcie na koncercie Vadera nie musiałem doklejać sobie brody, przemykać chyłkiem, przy ścianie, i stawać w najbardziej zacienionym miejscu, by nie narazić się na pytania: „Kiedy książka?”, „Co tak długo”, „Pewnie Kmiołek zatrzymał?” 🙂
Tym razem czekały mnie chwile triumfu (of death) – z przyjemnością wysłuchiwałem zarówno pochwał, jak i zastrzeżeń wobec „Wojny totalnej” oraz odpowiadałem na liczne pytania. Niektóre z nich tak często się powtarzały, a zarazem były na tyle ciekawe, że postanowiłem odnieść się do nich tutaj, raz na zawsze.

1. Czy Mariusz „Zło wcielone” Kmiołek albo Peter-despota cenzurowali książkę? (częściej występował wariant: Co Mariusz i Peter ocenzurowali?)
Nie cenzurowali. Peter był rozmówcą idealnym, podczas autoryzacji nie skreślił ani jednego słowa, co najwyżej poprawiając ze trzy daty oraz korygując tu i ówdzie nazwisko lub miejsce. Sugerował przy tym, żebym przedstawiał różne punkty widzenia (szczególnie, gdy była mowa na przykład o usuwaniu muzyków z zespołu), choć oczywiście nie trzeba mnie było do tego namawiać. Mariusz natomiast, choć był przy książki tej poczęciu, nie asystował przy porodzie – po raz pierwszy zobaczył tekst na oczy, gdy mu ją wysłałem, na papierze, już oficjalnie wydaną.

2. Dlaczego więc brakuje wypowiedzi tego i tamtego?
Nie do wszystkich dotarłem. Nie wszyscy chcieli się wypowiedzieć. Nie wszyscy, którzy obiecali się wypowiedzieć w końcu to zrobili. Nie wszyscy, którzy się wypowiedzieli powiedzieli coś ciekawego. Udostępnienie miejsca absolutnie wszystkim bohaterom tej opowieści byłoby po prostu niemożliwe, ale i niepotrzebne – przestałem węszyć, pytać i drążyć, kiedy doszedłem do wniosku, że materiał, który mam jest wyczerpujący i ciekawy.

VADER Wojna totalna _web72DPI

3. Dlaczego nie ma – wzorem rozbierania repertuaru Slayera na części pierwsze w „Bez litości” – szczegółowych omówień wszystkich utworów?
Slayer nie przeszkadzał mi w pisaniu książki, ale też nie pomagał. Opierałem się więc na archiwaliach i rozmowach z ich współpracownikami. Wielu rzeczy musiałem się domyślać, niektóre zgadywać. Omówienie utworów miało uczynić „Bez litości” książką bardziej kompletną, w miarę możliwości wyczerpującą temat.
Przy „Wojnie totalnej” miałem nielimitowany dostęp do zespołu (w co najmniej trzech jego wcieleniach) i wszelakich archiwaliów (widzieliście mobilizujący list Zbyszka do Petera, który zapewne odmienił losy zespołu? wypas, prawda?), i moim problemem był raczej nadmiar materiałów i ich selekcja, niż niedobór.
Poza tym po latach zrozumiałem, że moje skrajnie subiektywne wybory i opinie mogą być interesujące w recenzjach, ale już niekoniecznie w książce, która zostaje na zawsze – w „Bez litości” nie wszystkim się podobały moje arbitralne sądy – szczególnie tym, co lubią „Divine Intervention” 😉 – i doszedłem do wniosku, że jest w tym jakaś racja, że nie mogę zawłaszczać sobie dorobku zespołu przez ukazywanie go w wygodnym dla mnie świetle, tylko dlatego, że jestem autorem książki.
Ale jeśli ktoś pyta, to odpowiadam – moje ulubione materiały Vadera to „Morbid Reich”, „De Profundis”, „Black to The Blind”, „Impressions in Blood” oraz „Tibi Et Igni”. Fajnie, że książka wyszła równolegle z tak mocną płytą.

4. Czemu nie ma więcej zdjęć i/lub szczegółowej dyskografii?
Zdjęć upchaliśmy tyle, ile się dało zmieścić w tak wydanej książce. Papier to nie internet, nie jest z gumy. I w sumie dobrze, trzeba było sobie przypomnieć zapomnianą sztukę selekcji materiałów. Dyskografia – Peter chciał, ale ja protestowałem, twierdząc, że to niepotrzebne, że wszystko jest w sieci, że nikt tam nie zajrzy. Myliłem się.

5. Czy będzie wersja angielska (albo jakaś inna)?
Angielska na pewno. Jakaś inna – zobaczymy.

6. Kto następny (w domyśle: jakiego metalowego zespołu biografię napiszę teraz)?
Napisałem biografię najważniejszego dla mnie zespołu metalowego ze świata. Potem napisałem biografię najważniejszego dla mnie zespołu metalowego z Polski. Niech tak zostanie. Pewnie jeszcze niejedna fajna historia została do opowiedzenia, ale niech ktoś inny się tym zajmie. Ja, owszem, mam pisarskie plany, ale póki co nic związanego z metalem. Sorry.

Muszę powiedzieć, że dopiero teraz, parę miesięcy po premierze książki, dociera do mnie fakt, że w końcu się udało, że to naprawdę istnieje i chyba fajnie wyszło 🙂
Dziękuję wszystkim, którzy przez cały czas wierzyli, że „Wojna totalna” powstanie i trzymali kciuki – a nie było ich wcale tak wielu.

Jeśli ktoś jeszcze nie ma, a chciałby – zapraszam na zakupy tutaj.

Na koncerty Vadera zapraszam nieustannie, na którymś na pewno się spotkamy.

I siadam do pisania. Czas na nową opowieść…