Być jak Shane Embury

– Shane ma 50 lat i zagra dzisiaj trzy jebane koncerty. Facet stracił rozum! – w ten sposób Kevin Sharp przedstawił swojego kolegę z Lock Up i głównego bohatera wieczoru. Po czym dodał. – A co wy zrobicie ze swoim życiem, kiedy stuknie wam pięćdziesiątka?

Dobra, Kevin, słyszałem cię. Ja, smarkacz ledwie po czterdziestce, czasem łapię się na myśli, że lepiej już było, że na niektóre przygody jestem za stary… a w czwartek w krakowskim klubie Kwadrat dostałem lekcję, którą długo zapamiętam.
Shane Embury pojawił się na moim radarze pod koniec lat 80., jako basista Napalm Death. Zwany był przez nas pieszczotliwie Pieczarą, od charakterystycznej fryzury, przypominającej gigantyczną, dorodną pieczarkę (Pana Józefa, który wyhodował ją u siebie na działce wpisujemy do naszej teleekspresowej galerii ludzi pozytywnie zakręconych…). Dzisiaj ta pieczarka jest już mocno przetarta na czubku, ale za to jej właściciel to wciąż czubek, pewnie nawet większy niż kiedykolwiek wcześniej. Jeśli wierzyć Metal Archives, udziela się obecnie równolegle w 13 zespołach (trudno się dziwić, że jeśli chce z każdym z nich trochę pokoncertować, musi tematy pakietować) i nie wygląda na to, by myślał o emeryturze, czy choćby o przerzuceniu się z grindu na bluesa. W Krakowie – jak codziennie, na każdym koncercie tej trasy! – pojawił się na scenie w aż trzech składach i ani przez chwilę nie markował ciosów, nie prosił trenera o czas, nie słabował. Normalnie Noriaki Kasai grindcore’a.

shane3

Shane Embury, basista zespołu Lock Up

Zaszczyt otwarcia wieczoru przypadł polskiej formacji Mentor i choć sala nie była jeszcze pełna, muzycy dzielnie walczyli o przychylność publiczności. Szybko ją zdobyli, bo drapieżny, dynamiczny crossover z pieśniarzem dysponującym naprawdę mocną koparą, miał kilka mocnych argumentów w swojej sprawie. Trochę scenicznego otrzaskania przyda się temu składowi, ale na pewno nie można powiedzieć, że Mentor robił tu za support rzucony na pożarcie – po prostu dobrze do tego składu pasowali.

Lock Up podkręcili tempo, ale chyba wszystkich apetytów nie zaspokoili: kiedy pomiędzy „Brethren of the Pentagram” a „Accelerated Mutation” na sekundę zapadła cisza, ktoś głośno ich upomniał: „Szybciej, kurwa!”. No i proszę, jak w „Koncercie życzeń” – rzeczywiście zapierdzielali bez wytchnienia. Po raz pierwszy widziałem Lock Up z nowym wokalistą, ale trzeba przyznać, że na frontmanach to oni nie wytaniają. Po Peterze Tägtgrenie i Tomasie Lindbergu mikrofon przejął Kevin Sharp z nieodżałowanego Brutal Truth, czyli typ, co dobrze wie, którą stroną kaczka wodę pije. Wskoczył na scenę w koszulce z Johnnym Cashem i kowbojskim kapelutku (ten utrzymał mu się na głowie tylko do połowy koncertu), proponując nie tylko wściekłe wrzaski, ale też obleśne gesty i język plugawy, co doskonale pasowało do wizerunku zżulonego pastucha z Arkansas. Trudno faceta nie kochać.

– We’re Power Trip from Dallas, Texas. And no, we didn’t vote for Donald Trump, don’t even ask – tak przedstawił się kolejny zespół, czarny koń tej gonitwy. Najmniej utytułowany z zagranicznych gości, o najkrótszym stażu (członkowie grupy wyraźnie zaniżali średnią wieku na sali), za to wyraźnie na fali wznoszącej. Power Trip to najbardziej klasyczna, a więc w tym przypadku najbardziej thrashowa rzecz w zestawieniu, z jasnym, klarownym brzmieniem, miejscem na solówki i umiejętnie dozowanym kłusem, idealnym do headbangingu, któremu z lubością oddawali się i panowie na scenie i ich świeżo pozyskani fani pod barierkami. Nie dziwię się, bo choć sam szalikowcem Power Trip nie zostanę, muszę przyznać, że ich pomysł na muzykę robi wrażenie. To pogranicze thrashu z Południa, a więc i groove’u godnego Exhorder czy nawet Sacred Reich, z hardcore’owym konkretem. Patent może i prosty, ale grunt, że działa – nieźle na płycie, jeszcze lepiej na żywo.
– Dobrze napierdalają, chuje… – westchnął stający obok mnie dżentelmen w przerwie pomiędzy utworami. Trudno z tym polemizować. Dobrze napierdalali.

shane2

Brujeria z basistą trudnym do zidentyfikowania

Brujeria to nie jest rzecz dla wszystkich. Najczęściej słyszałem zarzut, że to niepoważne. Dość zaskakujący w ustach ludzi, którzy od dekad bez mrugnięcia okiem łykają smoki, wiedźmy i inne czary-mary, ale w porządku, każdemu jego porno. Ja Brujerię uwielbiam od zawsze, choć oczywiście nie cały ich dorobek kąsa z pełną mocą. Na szczęście program krakowskiego koncertu oparty był na przebojach – zaczęli oczywiście od „Brujerizmo”, zakończyli potężnym „Matando Gueros”, wywijając maczetami z ostrzami w meksykańskich barwach. Po drodze wybrzmiały m.in. „La Migra”, „Viva Presidente Trump!” (i zespół, i publiczność przesyłali tu urzędującemu prezydentowi USA moc serdecznych pozdrowień środkowym palcem), „Seis Seis Seis”, „Anti-Castro” (jeśli dobrze zrozumiałem zapowiedź – Fidela nie ma, ale jest Raul, więc numer wciąż aktualny), „Marcha de Odio”, „Consejos Narcos” i oczywiście „Marijuana” na bis. „Consejos Narcos” nieco wymknął im się spod kontroli, bo wyciągnięta z publiczności dziewoja zamiast pomagać wokaliście z kartonową tablicą i w odpowiednim czasie pokazywać „Si” lub „No”, wolała kręcić biodrem, wdzięczyć się do publiczności i przytulać do muzyków. Nie żeby ten epizod komukolwiek zakłócił odbiór, bo przecież Brujeria sama pozwala sobie na scenie na humorystyczne akcenty, choćby wstrząsające układy choreograficzne wokalistów. Ale już muzycznie jest to bardzo poważna sytuacja, w końcu mamy do czynienia z obecnym składem Lock Up minus Sharp. Brzmienie srogie, twarde, surowe, w nutkach sporo chaosu, wokalna wściekłość na dwa, a czasem nawet trzy gardła… nic dziwnego, że grupa rekonstrukcyjna zgromadzona pod sceną zainscenizowała bitwę pod Grunwaldem. Znakomity koncert. Gracias Cabrones!

shane1

Shane Embury, basista grupy Napalm Death

Wielki finał grindowej majówki (czy można to włączyć do oficjalnego programu obchodów i powtarzać co roku?) należał do Napalm Death. Na scenie amok, głównie generowany przez wokalistę, który potrafi być w dwóch miejscach naraz (snajperzy muszą go nienawidzić), pod sceną amok, w głośnikach amok. Na poziomie dźwięku wojna totalna, ale w przesłaniu love and peace, o czym Barney przypominał niemal przed każdym utworem. Przemawiał jak zwykle płomiennie, protestując przeciw niewolniczej pracy i odhumanizowanej polityce, albo piętnując tych, który znowu każą nam się bać ludzi mówiących innym językiem, mających inne preferencje seksualne czy kobiet stojących na straży swoich praw. A przecież „po to mamy mózgi, by odfiltrować to gówno”…
Program? Cios za ciosem, pełen przekrój przez ich grindową odyseję. Od „Scum”, przez „From Enslavement to Obliteration”, „Suffer the Children”, „Christening of the Blind” czy „Twist the Knife (Slowly) po „Smash a Single Digit”‎. Była też garść coverów, z „Nazi Punks Fuck Off” na czele, a nawet „You Suffer”, sieknięte znienacka, bez zapowiedzi, za to skwitowane przez Barneya radosnym: „Concentrate, for fuck’s sake!”.

Tak, skoncentrować się… Łatwo ci się, gościu, mówi. A ja tu już piątą godzinę stoję i daję się chłostać decybelami oraz stroboskopem. W głowie dudni, kręgosłup boli, jestem zmęczony, w sumie zagraliście już wszystkie moje ulubione numery. Może by się tak wymknąć do domu?
I wtedy popatrzyłem na Shane’a. Tego misiowatego pięćdziesięciolatka, który miał już za sobą dwie i pół godziny na scenie. Dwie i pół godziny grindowego sprintu! Popatrzyłem na Shane’a i aż głupio mi się zrobiło, że jeszcze przed chwilą zerkałem w kierunku drzwi. Oczywiście, zostałem na koncercie do ostatniej nuty, z szacunku dla tego pana.
Jak będę duży, chcę być jak Shane.

shane4

Podziękowania dla KnockOut Productions i Piotra Śliwy (PKS Photography).

 

Niech będą Pochwalone

W piątkowy wieczór koncert Pochwalonych. We wcześniejszym – całkiem jeszcze niedawnym – wcieleniu proponowały wielowątkowy misz-masz etno z rockiem, realizowany w dużym składzie, ale nagle zmutowały w nietypowe power trio. Wachlarz dostępnych brzmień jest mniejszy, ale z to energia zwala z nóg. Bo dzisiaj Pochwalone to po prostu totalna sekcja rytmiczna – mamuniu, co Tekla wyprawia na tym basie, jaki ona ma sound! – plus Nika, która jest sceniczną bestią, groźną nawet kiedy scena ma 2 na 2 metry. Swoją drogą dowiedziałem się, że niektóre koncerty tej inkarnacji Pochwalonych – w tym krakowski – są nagrywane z myślą o wydawnictwie płytowym. Zgaduję, że dziewczyny mogą obawiać się, że tej mocy, którą wytwarzają na scenie, nie da się odtworzyć w studiu, dłubiąc samotnie nad śladami poszczególnych instrumentów – bo to rzeczywiście może być trudne. No cóż, poczekamy–usłyszymy, a póki co, jak ktoś bardzo niecierpliwy, musi się zadowolić YouTubem.

Można oczywiście dumać nad porównaniami – że Sabot, że Shellac, że Mike Watt, a nawet, że Primus… – każdy ma swoich znajomych i każdy sobie to jakoś w głowie w odpowiednią szufladkę upcha. Ważne, że żre, że dudni i stuka, łomocze i pędzi. Ważne też, że ten napęd rakietowy niesie treści, w które warto się wsłuchać.
Mi na przykład nie może wyjść z głowy tekst jednego z nowych utworów zaprezentowanych tego wieczoru, chyba też przez sam zespół szczególnie ulubionego, bo usłyszeliśmy go również na bis (to – jak się później dowiedziałem – wiersz Joanny Mueller-Liczner „To nie jest tak jak myślisz siostro”, przystrzyżony i uformowany w piosenkę przez Barbarę Klicką i Nikę). A leci tak:

Siostro, odpuść skrajnościom, gdy się naparzają,
a mówiących od czapy nie potępiaj w czambuł.
I nawet kiedy wybór pomylę z kapitulacją,
obejmij mnie narracją, która nie wyklucza.

Straciłem, więc jestem

Nadrabiając oscarowe zaległości, wreszcie obejrzałem „Manchester by the Sea”. Ze ściśniętym gardłem, oczywiście, nie da się inaczej. Bez wchodzenia w szczegóły – film jest o winie i oczekiwaniu na karę, która nie nadchodzi. Kara – jaki to piękny pomysł, jaki litościwy. Wystarczy schylić kark, przyjąć bolesne razy, przełknąć łzy, a potem można wstać nowym człowiekiem i zacząć wszystko od nowa. Bo bez kary nijak się nie da, nie będzie odkupienia.

Lee, główny bohater „Manchester by the Sea” – czy Casey Affleck zasłużył na tego Oscara? A czy morze jest mokre? – to twardy chłopak. Nie prosi o łaskę, nie próbuje odbudować sobie życia, które – przypadkowo, ale jednak własnoręcznie – zrujnował. A raczej próbuje, ale nie dla siebie, lecz odpowiadając na wyzwanie losu, w ramach poczucia obowiązku wobec tych, których kocha. Miałem nie spoilować, więc nie powiem, czy mu się udaje, ale chyba nie zgrzeszę zdradzając, że „Manchester by the Sea” to nie kino familijne z obowiązkowym happy endem, że tu nie ma łatwych, jednoznacznych rozwiązań. Samo życie.

Przyznaję, wychodząc z kina zastanawiałem się, dlaczego Oscara w kategorii Najlepszy film dostał „Moonlight”, a nie „Manchester by the Sea” właśnie. Jeśli abstrahować od tematyki i rzecz sprowadzić do formy, do wykorzystania języka filmowego, to „Moonlight” chyba rzeczywiście jest ciekawszy, śmielszy, mniej akademicki. Z drugiej strony – ta ascetyczna forma „Manchester by the Sea” idealnie pasuje do treści. Kiedy obcujemy z tragedią tak wielką, kiedy wali się świat, nie czas na karkołomne fikołki montażu, gry kolorów czy efektowne, futurystyczne biciwo na ścieżce dźwiękowej. Swoją drogą, Lesley Barber (z niewielką pomocą Händla) doskonale to wyczuł, proponując muzykę bardzo klasyczną, może nieco melodramatyczną, ale przy tym po prostu piękną. Idealnie wpisującą się w sielskie i surowe zarazem, zimowe krajobrazy wybrzeża Nowej Anglii.

Decyzja Akademii wydaje mi się więc iście salomonowa. Niech już będzie, że „Moonlight” jest filmem formalnie lepszym, ale historia opowiedziana w „Manchester by the Sea” jest po prostu bardziej uniwersalna. Niezależnie od czasu, miejsca, koloru skóry, orientacji seksualnej i poglądów, każdy z nas może podzielić los Lee – choć, oczywiście, najgorszemu wrogowi nie życzę. A więc Oscar za scenariusz, za tę opowieść o nas wszystkich, jest jak najbardziej uzasadniony.

Nie wiem, czy Kenneth Lonergan, autor scenariusza i reżyser filmu, inspirował się własnymi doświadczeniami, historią z sąsiedztwa, Księgą Hioba czy mitami greckimi – w każdym razie „Manchester by the Sea” nie jest o nim. Głównym bohaterem jest Lee Chandler, ponury dozorca z Quincy w stanie Massachusetts. Everyman (a więc łatwo się z nim utożsamiać), ale jednak postać fikcyjna, zmyślona. Nawet ocierając łzy na „Manchester by the Sea” mamy świadomość umowności tego, co widzimy. To na szczęście tylko kino, iluzja, sen-mara. Za chwilę jakoś to się skończy, pójdą napisy, zapalą się światła. Wyjdziemy na słońce i wiatr, do swojego życia.

A gdyby to wszystko była prawda? Gdyby to był dokument? Gdyby Lee na naszych oczach naprawdę rozpadał się na kawałki? Wypadałoby na to patrzeć, nawet gdyby sam zainteresowany – może chwilowo otępiony bólem, może w świeżej żałobie nie do końca poczytalny – zezwolił?

Trudno nie zadawać sobie tych pytań, słuchając „A Crow Looked at Me”, najnowszej płyty Mount Eerie. Albumu, który dokumentuje chorobę i niedawną śmierć Geneviève Gosselin, żony Phila Elveruma. Płyty, której słuchanie jest tak trudnym doświadczeniem, że… właściwie nie polecam.

Śmierć jest prawdziwa / Ktoś jest, a potem go nie ma / Nie powinno się o tym śpiewać / Nie powinno się z tego robić sztuki – tak zaczyna tę opowieść Phil, w utworze zatytułowanym „Real Death”. A więc sam twierdzi, że się nie da, a już na pewno nie powinno, ale jednak kontynuuje. Śpiewa. Gra. Układa słowa w teksty piosenek, choć „słowa zawodzą”. Dlatego – znowu – formalnie jest to tak proste, jak tylko możliwe. Gitara akustyczna, czasem jakiś prymitywny, stukający głucho rytm i oczywiście głos. A właściwie półgłos, bo przecież nie można śpiewać pełną piersią, kiedy nie da się oddychać.

Teksty są równie proste, bo przecież poezja w takiej sytuacji jest „dumb” – albo niema, albo głupia, a najpewniej jedno i drugie. Phil po prostu wyrzuca z siebie pojedyncze sceny i myśli, nie rozwodzi się nad nimi, nie analizuje, nie interpretuje, nie dorabia filozofii. Jest bardzo brutalny, zawstydzająco bezpośredni. Brzdęka sobie na gitarze i półgłosem śpiewa: Nasza córka ma półtora roku / Ty nie żyjesz od 11 dni… Wspomina, jak się poznali, opisuje postępującą chorobę żony (W styczniu jeszcze żyłaś / Ale chemioterapia cię zdewastowała, zmieniła twoją porcelanę w coś innego / Coś żółtego i zjebanego), opowiada o tym, jak listonosz przyniósł paczkę, już po śmierci Geneviève i okazało się, że to szkolny tornister dla córki, prezent zamówiony ze świadomością, że przyda się w czasie, którego obdarowująca już nie doczeka. Jest też obrazek z rozsypywania prochów, w miejscu gdzie mieli razem budować dom: Przyniosłem z domu fotel / By zostawić go na tym wzgórzu / Ustawiony na północny zachód / Wysypałem na niego twoje prochy / Chyba po to, żebyś mogła obserwować zachód słońca / Ale prawda jest taka, że nie myślę, że jesteś tym prochem.


I jaki z tego wszystkiego płynie morał? Czego dowiadujemy się o życiu i śmierci z „A Crow Looked at Me”? Czego o sobie? Niczego. Wobec miłości i śmierci jesteśmy bezbronni, na to nie da się przygotować. Nawet przez sztukę. Nie chcę się niczego z tego nauczyć. Kocham cię – zwraca się Elverum do żony, a ja nie po raz pierwszy i nie ostatni czuję, że nie powinienem być tego świadkiem, że to ich prywatna sprawa.

Ale na tej skrajnie osobistej płycie – może przypadkiem, może świadomie, z artystami nigdy nie wiadomo – Phil formułuje też uniwersalną i arcyprawdziwą definicję człowieczeństwa, które wzrasta na sprzeciwie wobec naturalnej kolei rzeczy. Na buncie przeciwko bądź co bądź prawdziwej konstatacji, że tak już musi być.

Odrzucam naturę. Nie zgadzam się.

On i tamten diabeł

Robert Johnson marnie skończył i pewnie sam siebie nie uznałby za człowieka sukcesu, ale udało mu się – przy okazji, nieświadomie i z grubym poślizgiem – zostać legendą. Najpierw bluesa, potem rocka i popkultury w ogóle. Niby był człowiekiem z krwi i kości, zachowało się jakieś zdjęcie albo dwa i nawet możemy posłuchać kilkudziesięciu piosenek, ale to przecież bardziej postać mitologiczna, niż historyczna. Jego prawdziwe życie, krótkie i raczej monotonne, jest przecież mniej interesujące od wieści gminnej, która głosi, że w zamian za talent bluesowego gitarzysty sprzedał duszę diabłu. Mało tego – im więcej wody upływa w Missisipi, tym bardziej pewne jest, że Johnson powierzył szatanowi nie tylko swój własny los, ale całego rock’n’rolla. Stonesi, The Doors, Black Sabbath i Slayer – oni z niego wszyscy…

love

Forma w jakiej przedstawiono losy Roberta Johnsona w „Love in Vain”, wydanym właśnie po polsku biograficznym komiksie Mezzo i Duponta, jest absolutnie adekwatna do treści. Ciemne, gęste, bardzo zmysłowe rysunki są urodziwe, ale ciężkie, przytłaczające. Sama opowieść też nie jest szczególnie dynamiczna, nie wciągnie was frapującą intrygą (bo przecież i tak wiadomo, jak to się wszystko skończy), ale raczej zachwyci starannie budowanym klimatem. „Love in Vain” to piękny hołd dla bluesa i Johnsona, który dałoby się przekartkować z prędkością wiatru zamiatającego ulice słodkiego Chicago, gdyby nie to, że niemal każda plansza zatrzymuje wzrok na dłużej, niemal każda jest pięknie skomponowaną małą anegdotą.

love2

No i taka to niedziela. Słucham bluesa, czytam już po raz drugi „Love in Vain” i myślę sobie, że komiks – przez to, że jest mniej dosłowny, raczej rozpędza wyobraźnię, niż ją zaspokaja – to do opowiadania o muzyce medium znacznie wdzięczniejsze niż na przykład film. I że liczę na więcej podobnych wydawnictw, jednocześnie kłaniając się nisko Kulturze Gniewu, która tę perłę dla nas wyłowiła.

Musical pełną paszczą

Tak, wiem. „La La Land” jest taki kolorowy i wspaniały, na miarę najlepszych musicali, są Globy, będą Oscary i wdzięczność pokoleń… Mi też się podobało, o czym już pisałem, ale entuzjazmu nie podzielam, choćby dlatego, że tylko w tym roku widziałem już kilka lepszych filmów. W tym jeden lepszy musical.

Niby dla dzieci, ale mogę się założyć, że bawiłem się w kinie lepiej niż moje potomstwo i na pewno bardziej wzruszyłem (nie popełnijcie tylko tego błędu, co ja i nie idźcie do kina z tylko jedną chusteczką!). Niby animacja, ale w obsadzie jeszcze bardziej gwiazdorskiej, niż „La La Land” – w wersji oryginalnej głosów zwierzakom udzielili m.in. Matthew McConaughey, Reese Witherspoon i Scarlett Johansson (ale i polski dubbing robi robotę, za sprawą choćby Marcina Dorocińskiego, Małogorzaty Sochy i Ewy Farnej).

Są i podobieństwa – „Sing”, jak „La La Land”, jest refleksją amerykańskiego showbizu na swój własny temat, w dodatku z wyraźną, wręcz dominującą nostalgiczną nutą. Lepiej już było, dziś rządzi tandeta i pieniądz, ale jeśli będziemy szli za swoimi marzeniami, jeśli będziemy wytrwali i szczerzy w tym, co robimy, to pokonamy nawet największe trudności – with a little help from our friends – i czeka nas happy end. Spoko, kupuję tę bajkę niezmiennie od trzech dekad z okładem i zamierzam kupować do końca życia. Szczególnie jeśli przedstawiona jest w tak bezpretensjonalny, wdzięczny sposób, jak w przypadku obu tych filmów.

„Sing” to wariacja na temat talent-show (choć bez telewizji, konkurs odbywa się w oldskulowym teatrze – dokładnie takim, w jakim Mia w „La La Land” wystawiała swój monodram) i pięknie wykorzystuje klisze do bólu zgrane przez producentów tych programów, serwując nam wyciskające łzy historie uczestników konkursu. Wśród głównych bohaterów mamy więc i zbuntowaną nastolatkę, którą rzucił chłopak i która nie do końca wie, czego chce, i kurę (czy raczej świnkę) domową, i pewnego siebie cwaniaczka, wytrawnego łowcę nagród, i łobuza z patologicznego środowiska, który ma złoty głos i złote serce, i jeszcze skrajnie nieśmiałą, za to niewiarygodnie utalentowaną szarą myszkę o gołębim sercu. Która nie jest ani myszką, ani gołębiem.

I najważniejsze – „Sing” ma lepsze piosenki. Z tym zastrzeżeniem, że „La La Land” to muzyka oryginalna, napisana na potrzeby tej produkcji, zaś animacja Gartha Jenningsa korzystała niemal wyłącznie z szafy grającej. Słuchamy więc m.in. numerów z repertuaru Steviego Wondera, Gipsy Kings, Queen, Franka Sinatry, Lady Gagi, Leonarda Cohena i Eltona Johna (niektóre w oryginalnych wykonaniach, inne nieźle zaśpiewane przez obsadę musicalu) i nasz wewnętrzny inżynier Mamoń fika koziołki ze szczęścia. Można więc powiedzieć, że w tej kategorii „Sing” pokonał „La La Land” ciosami poniżej pasa, że to nie była uczciwa konfrontacja.
No, ale to przecież show-biznes, tu wszystkie chwyty są dozwolone…

On i Ten Drugi

Najbardziej w krytycznym wzmożeniu wokół Me And That Man podobają mi się głosy, że to w ogóle nie jest oryginalne. Tym bardziej, że często formułują je muzycy zespołów unikalnych w skali światowej (wężykiem) oraz, że Nergal przecież od miesięcy zapowiadał rewolucję, wymyślenie nowego gatunku muzycznego, a może nawet dwóch (wężykiem, wkleić cytat: I love Madrugada, Leonard Cohen, Wovenhand, Nick Cave and more… and I wouldn’t be surprised if you find these inspirations in this new music).

Jak zwykle nie zawodzą rozkminiacze motywacji oraz strażnicy kalendarza – a więc ta piosenka jest śpiewana dla pieniędzy oraz tępy metalowiec Nergal usłyszał przedwczoraj King Dude’a i też chce taki być. No, w sumie ma to sens – przecież Behemoth ledwie wiąże koniec z końcem, a King Dude wyprzedaje największe areny. To może i jego nędzna kopia jakoś się odkuje. (tak, wężykiem)

Tu anegdota. Pod koniec lat 90. często wpadaliśmy na siebie z Nerem tu i tam, głównie przy okazji wspólnych koncertów i rozmawialiśmy m.in. o muzycznych fascynacjach, czasem podrzucając sobie płyty. Dzięki niemu po raz pierwszy usłyszałem na przykład Gojirę (przywiózł mi wersję jeszcze z Boycott i wręczył z komentarzem: „graliśmy z takim nowym bandem we Francji i pomyślałem, że to coś dla ciebie” – dobrze pomyślał).
Otóż pewnego dnia Nergal wręczył mi CDRa opisanego „Johnny Cash”. W pierwszej chwili myślałem, że to taki dowcip, bo przecież Cash to nudny dziadek, co pitoli te swoje kowbojskie piosenki, najgorzej… Ale posłuchałem i zrozumiałem, że nie żart, że raczej srogo – to była druga lub trzecia część „American”, najpóźniej 2000 rok.
Choć nie wiem w sumie, po co o tym opowiadam, bo jak wskazują najnowsze badania opinii publicznej, wszyscy słuchają i kochają Casha od przedwojny, a już na pewno dłużej i bardziej niż Darski.

Bardzo jestem ciekaw całej płyty Me And That Man, licząc na to, że będzie mniej gotyku (czy tam Danziga), za to rzeczywiście więcej country. Nicka Cave’a może być ile wlezie 😉 Przede wszystkim jednak liczę na to, że będzie więcej That Mana – i w dźwięku, i w obrazku. Bo na ten przykład teledysk do „My Church is Black” nie podoba mi się w ogóle i wolałbym, żeby zamiast tych wszystkich gołych dup przez cztery minuty łypał na mnie złym okiem John Porter. Serio.
Liczę też na to, że dzięki Me And That Man ludzie zainteresują się tym, co ostatnio Porter porabiał solo, bo „Back in Town” i „Honey Trap” to świetne, niesłusznie przegapione płyty, które w kraju wielbiącym Cohena, Cave’a czy Afghan Whigs powinny być bestsellerami.

Niezależnie jednak od osobistych preferencji, z całej siły trzymam kciuki za powodzenie projektu, szczególnie poza naszym podwórkiem. A wszystko jest na dobrej drodze, bo nie wiem czy zza gołych bab wszyscy państwo dostrzegli, kto wydaje na świecie debiutancki album Me And That Man? Otóż jest to brytyjska wytwórnia Cooking Vinyl, dla której obecnie nagrywają m.in. Amanda Palmer, Richard Ashcroft, James, Röyksopp, The Cult, Marilyn Manson i The Prodigy.
To dopiero będzie trudny orzech do zgryzienia, jeśli Nergalowi uda się odnieść sukces na świecie z drugim zespołem, c’nie? W dodatku z takim, który niemal każdy użytkownik Facebooka potrafiłby naprawić, tylko frajer Nergal nie chce dać sobie pomóc.

Gęba metalowca

Zły to ptak, co własne gniazdo kala. Czy tam szkaluje. A że – jako volens nolens metalowiec aż po grób – mam obowiązek być zły, szkaluję braci w metalu w najnowszym numerze „Polityki”, na marginesie świetnego komiksu Krzysztofa Owedyka „Będziesz się smażyć w piekle” (wydanego przez Kulturę Gniewu).

metal

Tekst nosi tytuł „Skóra i ćwieki na wieki” i opowiada o stereotypie metalowca w polskim społeczeństwie, ze szczególnym wskazaniem na medialny wizerunek owego. Jest więc trochę i o heroicznych latach 80. (m.in. wyjaśniam profanom, co to katana z telewizorem oraz krojenie – wiem, że za zdradę tajemnic zakonu mogę podzielić los Brusliego, ale cóż, life is brutal), jest słowo o scenicznych i telewizyjnych przewagach Nergala czy Titusa, ale też o recepcji Sabaton na świętej ziemi piastowskiej. Wyjaśniam również, dlaczego poczytny i utytułowany Łukasz Orbitowski jest metalowcem Schrödingera.
A skoro już o Schrödingerze mowa – tak, jest i nieśmieszny dowcip o jedzeniu kotów. Mi wolno, tak jak czarnoskórym raperom wolno używać słowa „nigger”. Ale jeśli nie potraficie wyrecytować z pamięci dyskografii Slayera, Deicide i Morbid Angel (albo nie jesteście pewni, która z kolei jest „Abominations of Desolation”) – lepiej tego nie próbujcie!

Wersja papierowa w kioskach jeszcze tylko jutro, wersja cyfrowa (za drobną opłatą) tutaj.

bedziesz

Więcej o komiksie Owedyka napisałem natomiast w nowej „Gazecie Magnetofonowej”.

\m/