Osiołkowi w żłoby dano

Naród podzielony to i popkultura, również popmuzyka, podzielona na dwa obozy. Z jednej strony ci, którzy zdecydowali się wystąpić w Opolu, przeniesionym na wrzesień wskutek pamiętnej zadymy o polityczne naciski, z drugiej ci, co wyrywają murom zęby krat. Oni i nasi. Albo odwrotnie. Na pewno nie razem.

Jubileuszowego koncertu Maryli Rodowicz nie widziałem (ale mam nagrany, jutro sprawdzę), włączyłem dopiero na Dodę wykonującą „Niech żyje bal”. Nie przekonała mnie, ale – przyznaję – nie pałam miłością ani do pieśniarki, ani nawet do piosenki, wolę jakieś 30 innych numerów Maryli. Załapałem się też na barokowe „Hej, sokoły”, wręczenie jubilatce nagrody godnej Królowej – pamiątkowej okładki „Super Expressu” (z kronikarskiego obowiązku: była też jakaś złota goła baba od TVP, ale nie wyjaśniono, co to za statuetka albo nie połapałem się w tej chaotycznej konferansjerce) – oraz pożegnalne „Ale to już było”, podczas którego Maryla zrobiła rundkę po publiczności.

To wszystko mieściło się w granicach opolskiego standardu, niestety później przyszła pora na nocne Polaków rozmowy. O, na przykład takie:

– Pierwszy debiut pani w Opolu był w 69.?
– Nie, w 68.
– No tak, to pierwszy występ. Ale pierwszy debiut…

Na szczęście dużo tego gadania nie było, bo zaczął się koncert Debiutów właśnie – od kolektywnego wykonania pieśni „Wszystko się może zdarzyć”. Pan prowadzący zinterpretował to dość brawurowo: że taki koncert może wylansować niejedną gwiazdę. Ciekawe kiedy ostatnio wylansował – aż z litości nad uczestnikami nie chce mi się sprawdzać. Ale na pewno byłaby to jeszcze skuteczniejsza trampolina do kariery, gdyby koncert nie kończył się, ale zaczynał po północy…

Rzecz warta pochwały – od roku opolscy debiutanci śpiewają własne (lub dla nich napisane) numery, nie covery hitów. To na pewno zmniejsza telewizyjną atrakcyjność koncertu, bo mniej przypomina teraz „Jaką to melodię?”, ale za to pozwala się zaprezentować młodzieży w pełnej krasie. Co oczywiście nie każdemu służy. Większość tych wokalistek/wokalistów/zespołów po prostu przynudzała, poprawnie odśpiewując nijakie piosenki o niczym. Zdarzał się też propozycje wstrząsające, jak dramatyczna Octavia Kay (tak, to Polka, z Londynu), która zaproponowała coś pomiędzy tą Ukrainką od „Wild Dances” a wczesnym Bajmem. Interesującą, choć nieco pretensjonalną postacią wydał mi się Szymon Pejski, hipis w czarnej skórze i białych sofiksach, choć piosenka mnie nie porwała. Fajnie się zapowiada najmłodsza w konkursie Dominika Ptak. Mile zaskoczył duet Moa, którego wokalistka może nie zaimponowała wielkim głosem, ale charyzmą, przekonującą interpretacją – owszem (pisałem to na bieżąco, przed ogłoszeniem wyników – okazało się, że wygrali te Debiuty, zasłużenie).
Niestety, większość propozycji miała poziom oryginalności i finezji kwadratowo poprockowego zespołu Ogień, który pieśnią „Mary Jane” kazał mi lecieć „z piekła aż do nieba bram”. Było to wystarczająco banalne i natarczywe, by ustrzelić nagrodę publiczności. Jezu, kto te Debiuty ogląda…

No, ale czego się spodziewać po skompromitowanym, zubożonym, przygotowywanym na łapu-capu przez telewizję Kurskiego festiwalu, który jest cieniem dawnego Opola. Wszyscy przecież odtrąbili jego klęskę, zanim się zaczęło. Co innego ta bardziej światła & światowa część polskiej estrady. Oni nie pozwoliliby sobie na rzecz tak przaśną, nijaką i krzykliwą zarazem, jak te mieniące się kolorami tęczy opolskie śpiewogry… oh, wait…


Teledysk jest samokomentujący się, więc nie będę się pastwił. Zresztą Facebook już go zdążył rozszarpać na kawałki. Owszem, Łona się broni, ale jego grzechem jest to, że się tu dograł, podobnie jak ci wszyscy miotacze z solówkami pod koniec. Może więc przy okazji któryś wyjaśni, po co to? I dlaczego nikt z wielkich, którzy wzięli udział w tym pospolitym ruszeniu, nie zawołał na którymś etapie: „Elo, koledzy, król jest nagi. Nie bardzo nam wychodzi, może zaczniemy od nowa?” Czy naprawdę ktoś myślał, że to jest fajne? Że porwie tłumy?

Dobra, chyba powinienem zmienić tytuł tego wpisu na „Pomiędzy młotem a kowadłem”. Na szczęście jest nadzieja. Wszystko wskazuje na to, że ratunek przyjdzie z Niemiec…

Reklamy

LCD is playing in my head

Śniło mi się, że mieszkałem w Nowym Jorku, miałem pokój z widokiem na Central Park. No i James Murphy wprosił się na wino, bo mi pozazdrościł tego widoku. On ma ścianę za oknem od kiedy wybudowali nowy hotel, ale nie wyprowadza się, bo nie jest w stanie znieść myśli, że mógłby jeść pieczywo inne od tego z piekarni za rogiem.
Żona gdzieś wyjechała, dzieci chyba na wakacjach, więc w lodówce tylko oliwki. No, ale czego więcej do szczęścia potrzeba, jak się ma oliwki, wino i muzykę. James wszedł do pokoju, zerknął na ścianę z płytami (półki z płytami mają amatorzy, prawdziwi twardziele liczą płyty na ściany), na drugą…

– Niezła kolekcja, bracie – powiedział płynną polszczyzną. – Soczewica, koło, miele, młyn.

Kurde, czujecie to? James Murphy pochwalił moje płyty. TEN James Murphy. PŁYTY. MOJE! Nie ma lepiej. To jest mniej więcej tak, jakby wpadł George Clooney i powiedział: „Dobrze dziś wyglądasz”.
Ujęty tym (dobra, przyznam się, trochę spodziewanym) komplementem opuściłem na moment gardę i w chwili słabości zaproponowałem:

– To może wybierzesz, czego chciałbyś posłuchać?

Jasne, od razu pożałowałem, że zachęciłem kogoś do a) dotykania moich płyt, b) decydowania, co będzie leciało w moim domu, ale trudno, słowo się rzekło.

– Pewnie! Dzięki, stary – zakrzyknął dziarsko i od razu wyciągnął rękę. Wiedział, co chce zagrać, nie zastanawiał się, nie marudził. Szanuję to.

lcd

Początek dziwny, chyba tego nie znam. Trochę wstyd nie rozpoznawać piosenek z własnej ściany, ale jak wjechał syntezator i wokal to od razu zakumałem. „Oh baby…” – tak, na pewno OMD. Albo Human League. Zmylił mnie ten gęsty, natarczywy rytm. Nie poznałem, bo za często nie słucham, ale szanuję, wiadomo.
Minę musiałem mieć jednak nietęgą, bo James podpłynął znowu do ściany, tym razem ku końcówce alfabetu.

– Zmienię! – zaproponował.

No, teraz spoko. To rozumiem. Talking Heads zawsze na propsie. Szkoda trochę, że w Polsce tak niedoceniani, powinni być kochani jak te wszystkie Purple albo inne Budgie… Ale co mnie to, nie jesteśmy w Polsce, jesteśmy w Nowym Jorku i Talking Heads is playing at my house.

– A to znasz? – pyta głupio Murphy odpalając kolejny numer, bo niby czemu miałbym nie znać? Przecież to moje ulubione płyty, z mojej kolekcji, grane na moim sprzęcie, w moim domu. Ten monotonny rytm, rozwibrowana gitara lekko w tle, oszczędny klawisz i wokalista niby zrezygnowany, bez sił, ale przez to jeszcze bardziej sugestywny. „I used to dance alone of my own volition / I used to wait all night for the rock transmissions”… Ha, poznałem po tym „transmissions”! Joy Division! Ale hm, trochę za bogato i za gładko jak na Joy Division. Może więc New Order? O, teraz wokalista (tylko który?) śpiewa: „I’m still trying to wake up, I’m still trying to wake up…”. Obudzić się? Właśnie, może…

– Ej, nie śpij – James pstryknął mi palcami przed nosem. – Teraz coś specjalnie dla ciebie. Wiem, że to lubisz.

Człowieku, czy lubię? Kocham Bowiego, jest najlepszy! „And I’m not dangerous now / The way I used to be once / I’m just too old for it now / At least that seems to be true” – tekst zajebisty, wiadomo. Ta gorycz, ten dystans, uwielbiałem go za to. Trochę wstyd, bo piosenki nie poznaję, ale produkował na pewno Visconti. Ta irytująca, jazgotliwa gitara znakomita. Ciekawe czy to Slick, czy Belew? Dzielę się z Jamesem moimi wątpliwościami. Śmieje się to i ja się śmieję. To przecież nie Wielka Gra, nie muszę pamiętać tytułu. Rozumiemy się bez słów. Obaj lubimy podobną muzykę, a to więzi trwalsze niż przyjaźń z wojska. Ja wiem, że on wie, on wie, że ja wiem. Stukamy się kieliszkami. Bowie śpiewa, nad Central Parkiem nagle unosi się obłoczek spłoszonych czymś ptaków, po czym znów opada między drzewa.

No i tak sobie siedzimy, trochę gadamy o życiu, głównie słuchamy muzyki, którą wybiera James. Dobrze wybiera, skubany. Raz tylko nieśmiało protestuję.

– Ej no, co ty? U2? Weźże… – marudzę, kiedy słyszę, jak Bono śpiewa „And treat yourself tonight / To a little love life”.
– Co? Źle? – Murphy dziwi się mojej reakcji, swojego wyboru jest najwyraźniej pewien. I słusznie. Też w sumie lubię U2 z tego okresu.
– Nie, to dobry kawałek, po prostu o nim zapomniałem – przyznaję.
– Do usług – śmieje się James i podsuwa kieliszek. Dolewam mu wina. Pociąga solidny łyk i puszcza Gary’ego Numana zmiksowanego z soundtrackiem z „Twin Peaks”. Really? To moje? Najpewniej wyczuwając moje zakłopotanie Murphy po raz kolejny zmienia płytę, wracamy do Bowiego. Tu przynajmniej nie ma sporu. Tym bardziej, że okres berliński, wiadomo, najlepszy…


LCD Soundsystem „American Dream” DFA/Columbia

Czy to przeszłość, czy to przyszłość?

„Na czym polega fenomen Twin Peaks?“ – dopytywali ci, których pierwsze dwie serie nie przekonały, albo ominęły. Podsmażeni na ogniu hajpu przed premierą trzeciego sezonu, do którego skwapliwie dorzucali ciągle tacy jak ja – Wychowani Na Twin Peaks – próbowali zrozumieć, czemu właśnie ten dziwny twór uznawany jest przez niemałe grono widzów za telewizyjne arcydzieło, serial wszech czasów.

Przyznaję, moje oczekiwania były więcej niż wyśrubowane jeszcze przed końcem ubiegłego roku – kiedy ukazała się książka Marka Frosta „Sekrety Twin Peaks”. Zapowiadano ją jako pomost pomiędzy dawnymi a nowymi czasy, ale okazała się bełkotliwym apokryfem, z Twin Peaks połączonym scenografią i nazwiskami głównych bohaterów, ale na pewno nie duchem. Czytając ją, miałem wrażenie, że Frost – przecież współtwórca tego świata – sam nie do końca rozumiał, na czym polegał fenomen miasteczka, które z Davidem zbudowali.
Oglądając pierwsze dwa odcinki trzeciego „Twin Peaks” nabrałem przekonania, że David Lynch też nie wie. Albo wie – i celowo to odrzucił. Bo przecież już wtedy nie chodziło o daglezje, sowy, czerwone zasłony, zygzaki posadzki i cholernie dobrą kawę, lecz o połączenie banału opery mydlanej (czy wręcz – to w drugim sezonie – sitcomu) z horrorem o ambicjach moralitetu. Chodziło o barwne postacie, krwiste charaktery, absurd dnia powszedniego, ale i jakąś uniwersalną prawdę o gatunku ludzkim.

Tego wszystkiego w trzecim sezonie nie ma. Tu mówi się do nas o czymś innym i zupełnie innym językiem. Póki co mamy do czynienia z „Mulholland Drive” albo „Inland Empire”, tyle że z obsadą „Twin Peaks” i w (częściowo) twinpeaksowych dekoracjach. Nie ma opowieści są sceny i obrazy, a wszystkie przerysowane i śmiertelnie poważne. Promyczek nadziei pojawia się na końcu drugiego odcinka… ale jakoś nie chce mi się wierzyć, by nagle wszystko odwróciło się o 180 stopni.

Dlaczego mnie to nie martwi?

Po pierwsze ten balon oczekiwań wobec nowej odsłony „Twin Peaks”, który sam z całych sił pomagałem pompować, zaczął mnie w końcu przerażać. Nie tylko dlatego, że nikt nie byłby w stanie owym oczekiwaniom sprostać, ale i dlatego, że już oczyma duszy mojej widziałem modę na „Twin Peaks” porównywalną do tej, która bezpowrotnie zraziła mnie do „Star Wars”. No więc ewentualna – i coraz bardziej prawdopodobna – komercyjna klapa nowego „Twin Peaks” oznaczać będzie, że miasteczko zostanie zwrócone prawowitym właścicielom. Czyli tym, co nie wyprowadzili się z niego w trakcie drugiego sezonu, kiedy już zagadka kryminalna została rozwiązana.

Po drugie – sam jestem zawstydzony, jak bardzo uległem sentymentowi. A nienawidzę sentymentów, szczerze gardzę retromanią. „Czy to przeszłość, czy to przyszłość?” – dopytuje jednoręki Mike w którymś z nowych odcinków, więc grzecznie odpowiadam: „Przyszłość”. Miasteczko Twin Peaks nie ma już tej cudownej, złotej poświaty, moi ulubieni bohaterowie są starsi i brzydsi, bo i ja nie mam 18 lat, i też jestem starszy i brzydszy. To se ne vrati, nie będę po raz kolejny – udało się tylko Nadine – w trzeciej klasie liceum i nie będę ponownie wchodził z niezapisaną kartą w kuszącą i zarazem przerażającą dorosłość.

Ta guma, którą lubiłeś… już jej nie produkują. Pogódź się z tym.

Odnajdywanie Korzyńskiego

Można? Można. TVP2 wyemitowała we wtorek dokument „Andrzej Korzyński – Zagubiony diament” autorstwa Grzegorza Brzozowicza. Rzecz pożyteczną, pouczającą, potrzebną.

Wita nas Andy Votel, szef wytwórni Finders Keepers (w koszulce Arp Life!), twierdzący, że Korzyński na ścieżce dźwiękowej „Pana Kleksa“ – mając na myśli zapewne drugą i trzecią część trylogii – być może wymyślił acid house, że był jednym z pionierów instrumentalnego hip-hopu i electro… Zabieg to mało oryginalny, ale niezmiennie skuteczny – autorytet zewnętrzny jest bardziej wiarygodny niż rodacy, a przy tym mile łechce wspólnotowe ego. Może więc warto obejrzeć film do końca i sprawdzić, kim się tak w tej Anglii zachwycają.

zrzut-ekranu-2017-01-26-o-00-04-32

Jasne, zawsze miło posłuchać, jak w dalekim świecie naszych chwalą, ale mnie Andy nie zaskoczył, bo między innymi o tym rozmawialiśmy z nim w pierwszym numerze „Gazety Magnetofonowej” (swoją drogą, przyznaję, Grzegorz Brzozowicz rozmawiał z Votelem przed nami, ale dłużej się robi film niż gazetę). Bardzo się natomiast cieszę, że teraz dobre słowo o Korzyńskim wybrzmiało w medium o tak potężnym zasięgu. Płyty wydawane przez Finders Keepers, cykl wywiadów w Trójce zrealizowany przez Michała Margańskiego, wydana niedawno przez GAD ścieżka dźwiękowa z „Akademii Pana Kleksa” (nie piosenki!), teksty dziennikarskie tu i ówdzie, rozdział w publikacji NCK „Antologia polskiej muzyki elektronicznej” i wreszcie dokument wyemitowany właśnie przez TVP – na szczęście coraz więcej się mówi o Andrzeju Korzyńskim, a jeszcze kilka lat temu był to chyba jeden z najbardziej niedocenianych polskich kompozytorów, a już na pewno najlepszy z tych niedocenianych.

zrzut-ekranu-2017-01-25-o-23-40-05

Brzozowicz na szczęście zdążył porozmawiać z Andrzejem Żuławskim (bez niego trudno sobie ten film wyobrazić), są też wypowiedzi Andrzeja Wajdy (z archiwum) i wielu innych współpracowników Korzyńskiego, niemałą część filmu zajmują też wspomnienia samego kompozytora. W godzinę udało się ledwie prześliznąć przez jego bogaty dorobek, więc temat nie został wyczerpany, ale chwała autorowi filmu, że wykonał za nas wszystkich niezbędne minimum. Mam zresztą nadzieję, że na tym nie poprzestanie, że już planuje kolejny taki film, o kolejnym zagubionym diamencie ze skarbca polskiej muzyki…

Jednego tylko nie rozumiem. Patrzę w telewizor i widzę, że Andrzej Korzyński jest w znakomitej formie, mieszka w Warszawie, pewnie nietrudno go namierzyć… – dlaczego więc nie ustawiają się do niego kolejki filmowców i (przede wszystkim) artystów pop, cierpiących na zawstydzający brak repertuaru? To dopiero jest sprawa dla reportera.

Kto przegapił film w TV, może go obejrzeć tutaj.

Z archiwum Twin Peaks

Jedną z moich ulubionych baśni Andersena są „Nowe szaty cesarza”. Życiowe takie. Czerpiąc zatem inspirację z literatury, nie przedłużając i nie klucząc, niechętnie, ale z przekonaniem – krzyknę, że król jest nagi. Otóż, Panie Frost, ktoś Pana wprowadził w błąd. To nie ten serial. Pana książka nie jest apokryfem do „Twin Peaks”, ale do „X-Files”. Wystarczy zmienić ilustracje i parę nazw własnych, przepakować i wszystko będzie w porządku. Cieszę się, że mogłem pomóc. Czuwaj.

owl1

Na nic chyba tak w życiu nie czekałem – no, może poza beztroską emeryturą na Kanarach – jak na nowe wieści z tego miasteczka. Torturę miała złagodzić książka Marka Frosta, współtwórcy serialu, wypełniająca 25-letnią fabularną lukę pomiędzy Twin Peaks, które opuściliśmy, a tym do którego wejdziemy (już podobno) w kwietniu.
Byłem tak podjarany informacją o „The Secret History of Twin Peaks”, że marzyłem o przetłumaczeniu książki i nawet próbowałem się zgłosić do tego zadania. Zrobiłbym to za darmo, z potrzeby serca, święcie przekonany, że oto właśnie wypełniam swoje przeznaczenie, że ten przekład jest dziełem mojego życia. Na szczęście nic z tego nie wyszło, opatrzność czuwała… Na szczęście, bo nie przetłumaczyłbym tego lepiej niż Agnieszka Sobolewska, ale przede wszystkim dlatego, że śmiem przypuszczać, iż w połowie pracy rzeczone serce by mi pękło.

Spodziewałem się może i nudnej, pewnie lekko grafomańskiej, ale klimatycznej opowieści o tym, jak dorastają dzieci Lucy i Andy’ego, informacji o tym, że Bobby jednak wyszedł na ludzi, a Norma musiała sprzedać swój lokal, bo ją wykosił Subway. Liczyłem na zamknięcie kilku mało znaczących wątków, zasygnalizowanie innych. I na 350 stron dostałem takich może 30, w dodatku głównie dotyczących wydarzeń, które już znamy z serialu, ale tu ukazanych z innej perspektywy. Zupełnie zresztą niepotrzebnie – dzisiaj o niektórych mieszkańcach Twin Peaks wiem więcej niż o członkach własnej rodziny, ale nie mam pojęcia, po co mi ta wiedza.

Przede wszystkim bowiem liczyłem na to, że Frostowi wystarczyło ćwierć wieku, żeby zrozumieć, co było największą siłą jego własnego serialu. Podpowiadam: zagadka, nie jej rozwiązanie. Ale także uniwersalność przekazu. Nie wiadomo było, o co tak naprawdę chodzi, jakie siły reprezentuje Bob, jacy inni szatani są tam czynni – więc łatwo mogliśmy poczuć, że „Twin Peaks” opowiada nam też coś o nas i naszym najbliższym otoczeniu. Przecież bohaterowie Twin Peaks to też zwyklaki ze zwyczajnego miasteczka, w którym niby wszystko się zgadza, ale za (czerwoną) zasłoną rzeczywistości kryje się inny, mroczny świat, rządzący się swoimi prawami.

sekretyo

Frost tymczasem postanowił w „Sekrety Twin Peaks” wrzucić wszystkie tajemnice nie tylko miasteczka, ale w ogóle całej Ameryki i okolic. Nie dość więc, że w raczej niedorzeczny sposób miesza wszystko ze wszystkim – klątwę Indian, Wielką Stopę, masonów, Roswell, Aleistera Crowley’a, prezydenta Nixona, scjentystów… – to jeszcze pozbawia tym samym miasteczka jego uniwersalnego charakteru. Z „Sekretów Twin Peaks” wynika bowiem, że mamy do czynienia z jakowymś pępkiem (innego) świata, z miejscem od stuleci niezwykłym, raz po raz rozbłyskającym nadprzyrodzonymi fajerwerkami. Takie miasto jest więc tylko jedno, skryte gdzieś w malowniczych lasach stanu Waszyngton, a więc ta historia nijak mnie nie dotyczy. Symboliczny, czy wręcz archetypiczny, charakter „Twin Peaks” zastępuje bełkotliwa dosłowność. Czar pryska.
Ostatnio byłem równie rozczarowany, kiedy dowiedziałem się, że ćwiczenia koncentracji i woli nie wystarczą: nigdy nie będę rycerzem Jedi, bo jak ostatnio robiłem sobie morfologię, to się okazało, że stężenie midichlorianów w mojej krwi jest równe zeru. Od tamtej pory Gwiezdne Wojny nie toczą się już w moim imieniu.

Przestrzegam więc – choć zdaję sobie sprawę z tego, że za późno, bo każdy zainteresowany pewnie rzucił się na nią tuż po premierze – honorowych obywateli Twin Peaks: ta książka nie jest tym, czym się wydaje.

David Bowie jest (i będzie)

Dziś urodziny, ale nie ma komu składać życzeń. Mam awersję do rocznic, jubli i akademii, ale jeśli już coś obchodzić trzeba, to niech będą to urodziny, a nie rocznice śmierci. Tym bardziej, że ja tam pewności nie mam, że David Bowie nie żyje. Z radością pozostanę niewiernym Tomaszem, a mą postawę umacnia tylko sposób w jaki db się z nami pożegnał. A może nie pożegnał? Show przecież goes on i proszę mi nie wmawiać, że nie było żadnego planu, jak gołym okiem widzę i uchem słyszę, że był.

W mediach tymczasem podkreślona będzie raczej, jak się zdaje, pierwsza rocznica śmierci Kameleona. Na ten przykład Canal+ zapowiada emisję filmu „David Bowie: Człowiek, który zmienił świat” Sonii Anderson. To hagiografia, ale na szczęście nie ograniczająca się wyłącznie do bicia pokłonów i wyliczania przymiotników zaczynających się od „naj” – film podejmuje próbę wyjaśnienia, jakim cudem ten chudy, blady, dziwny Jones stał się kolorowym, wszechmocnym mistrzem Bowiem. Jest więc to i owo o rodzinie, szkole, modzie, problemach sercowych, wpływach i zainteresowaniach, od rock’n’rolla przez teatr mimiczny i Andy’ego Warhola po buddyzm. Wypowiadają się ludzie z otoczenia artysty (w tym kolega Jurek, który mu zepsuł oko), przyjaciele, dziennikarze, muzycy, menedżer itp. itd., ale i tak najciekawsze są archiwalne wypowiedzi samego Davida. Pełne humoru, dystansu do samego siebie, przenikliwości… ale też nie do końca wiarygodne. Trudno oprzeć się wrażeniu, że to wszystko gra, albo raczej, że Bowie nie chciał, byśmy wiedzieli, gdzie kończy się jego życie a zaczyna teatr.

zrzut-ekranu-2017-01-08-o-11-36-19
Kadry z filmu „David Bowie: Człowiek, który zmienił świat”

Jako dziennikarz zapewne powinienem się domagać całej prawdy i tylko prawdy, dokumentów, dowodów, niepodważalnych świadectw. Jako fan wolę piękno mitu. „David Bowie: Człowiek, który zmienił świat” przemawia raczej do fana we mnie, ale dziennikarza nie obraża. To nie pierwszy film o Bowiem, który obejrzałem i nie ostatni, ani też na pewno nie ostateczny – ale zapewniam, że warto znaleźć te półtorej godziny, to dobrze spędzony czas.

zrzut-ekranu-2017-01-08-o-11-56-00

Propozycję dla fanów db ma też Multikino, które 10 stycznia pokaże dokument z ostatniego dnia wystawy „David Bowie Is” w londyńskim Muzeum Wiktorii i Alberta. Filmu nie widziałem, ale miałem okazję odwiedzić tę wystawę i to było oszałamiające doświadczenie. Nawet dla szalikowca Bowiego, który doskonale zdawał sobie sprawę z wszechstronności swojego idola – ale co innego wiedzieć, a co innego zobaczyć (i usłyszeć, bo wchodząc na wystawę dostawałeś zestaw słuchawkowy, który reagował na eksponat, do którego się zbliżałeś, by odpalić związaną z nim piosenkę) to wszystko na własne oczy, naraz, na tak małej powierzchni. Nie wiem, jak film odda atmosferę tej wystawy, na ile sprawiedliwie przekaże jej bogactwo, ale lepsze to niż nic.

Szkoda tylko, że projekcje w Multikinie i emisja w Canal+ się pokrywają. Ja zostanę w domu, na kanapie przed telewizorem – ale gdybym nie widział wystawy, pewnie trudniej byłoby mi się zdecydować.

PS. I już się nie śmieję z tych, co twierdzą, że Elvis żyje.

Podsumowanie roku 2016

Oczywiście, jak wszyscy, zapamiętam ten rok, jako rok pożegnań. Już sam David Bowie – który w dodatku popisał się saltem mortale w arcymistrzowskim stylu, reżyserując i udźwiękawiając swoją śmierć – wykonał normę, ale kosiarz dopiero brał zamach. Prince, Leonard Cohen, George Michael… to wszystko artyści, którzy pisali ścieżkę dźwiękową do życia mojego pokolenia. Nie trzeba było być zagorzałym fanem, by odczuć tę stratę. I jeszcze Keith Emerson, i Greg Lake, i Alan Vega, i Chór Aleksandrowa, i Stasiek Wielanek, i Maurice White, i – już spoza świata muzyki, ale wciąż ze świata naszej zbiorowej wyobraźni – Muhammad Ali, i Carrie Fisher, i Andrzej Wajda, i Andrzej Kondratiuk, i Andrzej Żuławski, i Alvin Toffler, i Umberto Eco, i Gene Wilder… I jeszcze Grudzień, bez kolejki, spoza rozdzielnika, zupełnie bez sensu.
Jestem już na tyle duży, że nie od dziś mam świadomość, że vanitas vanitatum et omnia vanitas, ale w 2016 roku wyjątkowo często powracało memento: świat, który znasz, przestaje istnieć. Właściwie już nie istnieje.

Co więc robić, gdy na karku czujesz oddech otchłani? Jedz, módl się twórz/poznawaj twórczość innych, i kochaj.

O jedzeniu pisał nie będę, bo konkurencja za duża, miłość też lepiej czynić niż o niej rozprawiać, więc twórczość, zajmijmy się twórczością – najpierw samolubnie, moją własną, później cudzą.

W 2016 roku nie wydałem żadnej książki i świat, o dziwo, jakoś wciąż się kręci – ale już nad kolejną (a właściwie nawet dwiema) pracuję. Powstały natomiast dwie książki, do których dołożyłem swoje trzy grosze, więc w ramach podsumowania roku pochwalę się, bo jest czym.

Pierwsza z nich to „Alchemia muzyki współczesnej”, książka festiwalowa towarzysząca krakowskiemu Sacrum Profanum. Nie program plus ciekawostki, ale właśnie książka – zbiór esejów i wywiadów odnoszących się do programu tegorocznej edycji imprezy, ale broniących się również poza jego kontekstem. Praca zbiorowa, którą miałem zaszczyt współtworzyć obok m.in. Olgi Drendy, Moniki Pasiecznik, Jacka Hawryluka i Bartka Chacińskiego. Ja tam miałem napisać o Johnie Zornie, przede wszystkim jako o – wciąż chyba niedocenianym – kompozytorze muzyki współczesnej, ale wyszedł mi tekst o jego funkcjonowaniu wśród ludzi, które równocześnie jest w pewnym sensie metodą twórczą.

Druga książka, której jeszcze chyba nie ma, ale lada moment będzie to „Antologia Polskiej Muzyki Elektronicznej”. Również praca zbiorowa, która powstała pod auspicjami Narodowego Centrum Kultury i która powinna raz na zawsze uporządkować lata formacyjne polskiej elektroniki. Bardzo szeroko pojmowanej – ale o tym innym razem, nie zamierzam spoilować, skoro oficjalnych informacji o tej publikacji póki co niewiele. Zapowiada się jednak rzecz bardzo smaczna i pozycja raczej obowiązkowa na półce każdego fana, który uważa, że niekoniecznie tylko rock.

2016 to dla mnie jednak przede wszystkim rok „Gazety Magnetofonowej” – spełnionego marzenia i klątwy zarazem. Przyniosła mi równie wiele radości, co zmartwień, pożarła więcej czasu, energii i funduszy niż jakikolwiek inny projekt, ale też dała dużo satysfakcji. I wciąż żyje – to największy sukces!
Pokornie dziękuję wszystkim, którzy się do tego przyczynili: koleżankom i kolegom z redakcji, czytelnikom, którzy wsparli nas na Polak Potrafi i później, wykupując prenumeratę czy sięgając po pojedyncze numery magazynu, artystom (i nie tylko), którzy opowiedzieli nam wiele fascynujących historii, reklamodawcom, dystrybutorom, dziennikarzom, którzy zanieśli światu dobrą nowinę – wszystkim razem i każdemu z osobna.

prenumeratapic

Wierzę, że nie muszę tłumaczyć, czym jest „Gazeta Magnetofonowa”, bo każdy, kto chciał, miał już okazję sprawdzić. Udało nam się tę łajbę zwodować, udało się ustabilizować kurs, choć wody wokół burzliwe i zdradliwe – a teraz będziemy się starać robić mniej więcej to samo, ale coraz lepiej. Bo oczywiście mam świadomość, że może być znacznie lepiej. Swoją drogą, jeśli ktoś chciałby wesprzeć „Gazetę Magnetofonową” krytyczną uwagą, dobrym pomysłem, jeszcze lepszym tekstem itp., itd. – proszę o kontakt. Choćby pod tym adresem: gazeta@magnetofonowa.pl

Wszystkich natomiast, którzy zakładają, że po „Gazetę Magnetofonową” w 2017 roku raczej sięgną, gorąco zachęcam do wykupienia prenumeraty – tak będzie taniej i prosto do domu, a dla nas to najlepsze wsparcie, właściwie gwarancja przetrwania. Win-win.

Koncertów widziałem za dużo, więc zlewają się w jeden głośny, migocący światłami sceny kołowrót – ale kilka zapamiętam. Neurosis na Roadburn – pierwszy z nich – wyprostował mi zwoje mózgowe. I jeszcze Diamanda Galas, G.I.S.M. i Pentagram tamże. Oranssi Pazuzu tu i tam. Kwadrofonik + Adam Strug. Angelcorpse, Nagrobki, Killing Joke, Kristen, Ketha. Jazzowo-ambientowe „Dziady”. Zeitkratzer grający Karkowskiego i Toeplitza oraz Zaradny/Piotrowicz/Noetinger na Sacrum Profanum. Adrian Belew solo i King Crimson z trzema perkusjami. Brodka i Ibeyi na Weekenderze. Dawid Podsiadło w Poznaniu i w Krakowie. Napalm Death, Jambinai i ten krótki kawałek Sleaford Mods, który udało mi się zobaczyć na OFFie. Senyawa, Death Grips, Lotto, Zimpel i Matmos na Unsound. Tanya Tagaq i drone’owo-metalowa noc na RBMA w Montrealu. Pożegnanie z Black Sabbath.
Dużo, dużo dobra. Prawdę mówiąc trochę już jestem zmęczony tym ciągłym bieganiem na koncerty – ale jak tu przestać?

Kino & telewizja. Znowu sporo mnie ominęło. Bardzo podobała mi się „Służąca” Park Chan-wooka, jeszcze bardziej „Nienawistna ósemka” Tarantino, na „Łotra 1” złego słowa nie powiem (poza tym, że do bólu przewidywalny – no, ale nie spodziewałem się, że będzie inaczej), jakoś przemęczyłem się na „Juliecie” Almodovara (czego pożałowałem w rozczarowującym finale) i z jeszcze większym trudem wytrzymałem na „Kosmosie” Żuławskiego (choć i tak podziwiam odwagę – to przecież nie miało prawa się udać). Dobrze bawiłem się na „Nice Guys” i jeszcze lepiej na „Masterminds” (mam nadzieję, że autor polskiego tytułu – „Asy bez kasy” – nie dostał za to kasy”). Największe wrażenie w tym roku zrobiły na mnie „Ostatnia rodzina” (to grower – z kina wyszedłem rozczarowany, ale choć wciąż mam zastrzeżenia, nie mogę przestać o tym filmie myśleć) i „Wołyń” – na szczęście nie muszę rozstrzygać, który z tych filmów jest lepszy i dlaczego, za to oba gorąco polecam.

Seriale. Netflixa odpalę pewnie dopiero w styczniu – jak Bóg da – więc nie wiem, o co chodzi z „Black Mirror” czy „Stranger Things”, nie załapałem się na hajp. Nie załapałem się też na hejt „Westworld”. Zapewne można znaleźć w historii sf koncepcje podobne, lecz bardziej spójne, pełne myśli bardziej przenikliwych i solidniejszych analiz – ale mnie ten świat wciągnął. Przekonały mnie postacie, zafascynowały dekoracje, skusiły dźwięki. Słyszałem, że nuda, że się wlecze – a mnie to tempo zachwyca. Pewnie dlatego, że w moim wieku, z balkonikiem, za czymś pędzącym szybciej trudno nadążyć. Zresztą „Młody papież” płynie jeszcze wolniej, a uważam go za arcydzieło – to na pewno najlepszy serial, jaki obejrzałem w tym roku. Oryginalny, odważny i nieoczywisty. W równym stopniu wprawiający w zakłopotanie zapiekłego ateusza, jak i żarliwego katolika, a przecież powiedzieć o „Młodym papieżu”, że to po prostu serial o Kościele, czy nawet o wierze – to jeszcze nic nie powiedzieć.

„Vinyl”? Głupia wydmuszka. Jak można nakręcić serial obyczajowy z muzyką w roli głównej proponuję sprawdzić na przykładzie „Treme” i nie przekonywać mnie już, że „Vinyl” miał w sobie coś poza koncertowo zmarnowanym potencjałem. „Długa noc” fajna, bo John Turturro jest mistrzem, ale tu również miałem apetyt na więcej – jakoś od połowy znakomity serial dla dorosłych przepoczwarza się w naiwne skrzyżowanie „Skazanego na śmierć” z „Dwunastoma gniewnymi ludźmi” i trochę przykro, że właśnie tak.

Niestety, nie widziałem żadnego polskiego serialu, ale gdzieś natrafiłem na informację, że Rysiek wraca do „Klanu” i też się cieszę.

Literatura. Na pewno było dużo dobra, ale chyba dokonywałem złych wyborów. Nawet „Vernon Subutex” Virginie Despentes, w którym po pierwszej części z radością odkryłem hardkorowy dalszy ciąg „High Fidelity” Cornby’ego, w części drugiej srogo mnie rozczarował. Numerem jeden w tym roku są więc dla mnie „Beatlesi” Larsa Saabye Christensena, powieść tylko z pozoru muzyczna, za to z całą pewnością bardzo chłopacka. Zaczyna się jak „Mikołajek” dla dorosłych, a kończy… życiowo.

No i płyty. Skupiłem się w tym roku głównie na polskiej muzyce – ze względu na obowiązki związane z „Gazetą Magnetofonową”, ale i dlatego, że po raz któryś z rzędu mieliśmy najlepszy rok w historii. Poniżej przedstawiam więc 50 moich ulubionych polskich płyt w kategorii open. Zrezygnowałem z hierarchizujących cyferek, bo porządek, w którym zostały ułożone, jest mniej lub bardziej przypadkowy. Poza pierwszą dwudziestką jest już raczej dowolny, a i tytuły z czołówki ulegają ciągłemu przetasowaniu – bo dziś mam taki nastrój, a jutro inny, bo coś się znudziło, a coś innego dopiero po dwudziestym przesłuchaniu ujawniło wszystkie swe walory.

 


Furia „Księżyc milczy luty“, Pagan
Mooryc „Wiped Out“, Sonar Kollektiv
ARRM „ARRM”, Instant Classic
Shy Albatross „Woman Blue”, Pomaton
Wacław Zimpel „Lines”, Instant Classic
Brodka „Clashes“, Kayax/PIAS
So Slow „Nomads“, Instant Classic
Lotto „Elite Feline“, Instant Classic
We Will Fail „Hand That Heals / Hand That Bites“, Monotype
Ryby „Kenia”, Thin Man
Pio Szorstkien „Signum”, Karrot Kommando
Żywizna „Zaświeć Niesiącku and other Kurpian songs”, Bołt
Tryp „Nagie serce”, 3P
Furia „Guido”, Pagan
Łona i Webber „Nawiasem mówiąc“, Dobrze Wiesz
HEY „Błysk”, Kayax
Kristen „LAS”, Instant Classic
KęKę „Trzecie Rzeczy”, Takie Rzeczy
Jacek Sienkiewicz „Hideland”, Recognition
Ten Typ Mes „AŁA.“, Alkopoligamia/Agora
Anna Zaradny „Go Go Theurgy“, Musica Genera / Bocian
Wędrowcy-tułacze-zbiegi „Światu jest wszystko jedno”, Devoted Art Propaganda
Duży Jack „Uczucia”, Lado ABC
Innercity Ensamble „III”, Instant Classic
Olgierd Dokalski „Mirza Tarak”, Fundacja Kaisera Söze
Tropy „Eight Pieces”, Wet Music Records
Zamilska „Undone“, Untuned
Resina „Resina”, 130701
PRO8L3M „PRO8L3M”, Rap History Warsaw
Lelek „Brzask bogów”, Karrot Kommando
Obscure Sphinx „Epitaphs”, wyd. własne
Pictorial Candi „fOREVER TILL YOU DIE”, MAMI
Robert Piotrowicz „Walser”, Musica Genera
Mirt „Random Soundtrack”, Kosmodrone
LAM „LAM”, Instant Classic
Lautbild „Pulsus Frequens”, Mik Musik/BDTA
Julia Marcell „Proxy”, Mystic
Sorry Boys „Roma”, Mystic
Coldair „The Provider”, Twelves
Arkona „Lunaris”, Debemur Morti
Hańba! „Hańba!”, Antena Krzyku
Gaba Kulka „Kruche”, Mystic
Naphta „7th Expedition”, Transatlantyk
Adam Witkowski „Ra Ba Ba Ba”, BDTA
Rebeka „Davos”, ART2 Music
Maja Kleszcz & Incarnations „Romantyczność”, Fonobo
Bisz/Radex „Wilczy humor”, Pchamy ten syf
Alles „Culture” Antena Krzyku
Król „Przez sen”, Kayax
Cultes des Ghoules „Coven, or Evil Ways Instead of Love”, Under the Sign of Garazel

Moje ulubione płyty ze świata? Pierwsza dwudziestka mniej więcej taka:


The Body „No One Deserves Happiness”
Oranssi Pazuzu „Värähtelijä”
ANOHNI „Hopelessness”
Bon Iver „22, A Million”
David Bowie „Blackstar”
Beyonce „Lemonade”
Danny Brown „Atrocity Exhibition”
Wrekmeister Harmonies „Light Falls”
James Blake „The Colour in Anything”
Swans „The Glowing Man”
Gojira „Magma”
Neurosis „Fires Within Fires”
Planetary Assault Systems „Arc Angel”
Radiohead „A Moon Shaped Pool”
Tanya Tagaq „Retribution”
Nicolas Jaar „Sirens”
Leonard Cohen „You Want it Darker”
Nick Cave & The Bad Seeds „Skeleton Tree”
Meshuggah „The Violent Sleep of Reason”
Crowbar „The Serpent Only Lies”

…ale długo jeszcze będę nadrabiał zaległości.

Najlepszego w 2017! Obyśmy roku 2016 nie wspominali z rozrzewnieniem.