Wielki mały świat

Niesamowite jest to, że jeszcze niedawno trzeba było się najeździć po Berlinach, Wiedniach i Londynach, żeby zobaczyć ulubionych piosenkarzy lub odkryć coś nowego. Dzisiaj wszystko za rogiem, na wyciągnięcie ręki. Jednego wieczoru w Krakowie grają Mount Eerie, Jerusalem In My Heart, Kadavar, The World plus cały zastęp polskich artystów – i to wszystko nie na jakimś festiwalu, ale w klubach, każdy sobie. Jak żyć? Wybrałem Mount Eerie i Jerusalem In My Heart, choć ci, co podróżowali innym szlakiem, też chyba nie narzekali.

No więc Mount Eerie, z płytą „A Crow Looked at Me”. Trochę bałem się tego koncertu. Zarówno tego, co zobaczę/usłyszę, jak i reakcji publiczności. Zacznę od publiczności, bo ta stanęła (czy tam usiadła, whatever) na wysokości zadania. Nie dość, że sala wypełniona była do ostatniego miejsca, to jeszcze wszyscy słuchali w absolutnej ciszy i skupieniu. Żadnych teatralnych szeptów, gadania przez telefon, nawet zdjęcia robili rzadko i nieśmiało. Tylko brawa pomiędzy utworami… Ja nie byłem w stanie, ale rozumiem tych, co klaskali, choć ten aplauz zestawiony z treścią piosenek brzmiał cokolwiek osobliwie. Phil zresztą zwrócił na to uwagę, ale poprosił, by nie przestawać. To miłe, ale ja wciąż nie mogłem…

„A Crow Looked at Me” – jeśli ktoś nie wie – nie tyle jest płytą z muzyką, co żałobnym lamentem, który wydał z siebie Phil Elverum po śmierci żony Geneviève. Te piosenki są jak zdjęcia zrobione w domu dotkniętym tragedią, takie które zdobywają wyróżnienia na World Press Photo. Realistyczne, intymne, bez retuszu. Silne ludzkim dramatem, emocją, nie wymyślnym konceptem autora. Forma dąży w nich do zera, bo – jak śpiewa Phil w otwierającym album „Real Death” – it’s not for singing about / It’s not for making into art. A jednak to zrobił. Śpiewa, bo jakoś musi sobie z tym wszystkim poradzić, a pewnie nie umie inaczej. Nie dziwię się nawet tym, których ta płyta odrzuciła – bo zbyt dosłowna, zbyt naga – ale koncert potwierdził coś, co już wcześniej przeczuwałem: to jest wybitny materiał. To jest jak „Treny” czy „Requiem ludowe”, rzecz uniwersalna. Ten ból, strach, ten absurd śmierci wszyscy potrafią zrozumieć, bo to jedyne doświadczenie wspólne absolutnie całemu gatunkowi ludzkiemu. Memento mori.

No więc koncert. Trwał nie dłużej niż godzinę, a oprócz utworów z „A Crow Looked at Me” Phil zaprezentował kilka nowych numerów. Temat ten sam, choć opowieści dłuższe, zawierające zarówno wspomnienia szczęśliwych chwil u boku żony, jak i usilnych prób dalszego życia. Piekielnie trudnych. Bo jak zimą po raz pierwszy zamknąć okno w jej pokoju, skoro może coś, może duch, mogłoby przez to okno chcieć wlecieć? Jak znieść chwilę, w której córka słucha płyty nagranej przez Geneviève i w skupieniu wpatruje się w głośnik, próbując przypomnieć sobie, jak mama wyglądała? Co zrobić, kiedy w ogrodzie, w miejscu gdzie wiele miesięcy wcześniej rozsypane zostały prochy zmarłej, natykasz się na maleńką kosteczkę – może to kawałek palca, którym cię dotykała?

To światło po koncercie, gwar i Phil samodzielnie sprzedający płyty, z takim jakimś przepraszającym uśmiechem… Zbiło mnie to z pantałyku. Chciałem mu coś powiedzieć, ale zapomniałem co, bo ktoś mnie popychał, ktoś to wszystko filmował. Kupiłem więc płytę, uścisnąłem Philowi rękę, wydusiłem z siebie „Thank you” – i poszedłem.
Ale dzisiaj przypomniałem sobie, co chciałem powiedzieć: że nawet nie wyobrażam sobie, jak boli, ale jeśli przez te 13 lat kochał kogoś tak bardzo, jak o tym śpiewa i sam tak bardzo był kochany, to… jest szczęściarzem.

Po Mount Eerie godzina przerwy na ochłonięcie i czas na Jerusalem In My Heart w betonowym schronie salki koncertowej klubu Re. Trudno mi było w to wejść po tym, jak Elverum przejechał mnie emocjonalnym walcem, ale to świetna muzyka – jak ktoś kochał w latach 80. Dead Can Dance (kochałem), a ostatnich 30 lat nie spędził pod mokrym kamieniem (mam nadzieję, że nie spędziłem), to Jerusalem, elegancko psujące nostalgiczną, egzotyczną cepeliadę szumami i przesterami, musi mu się podobać.
Muzykę uzupełniają – a właściwie są integralną częścią audiowizualnego projektu Jerusalem In My Heart – sugestywne wizualizacje. Żadne tam fraktale z komputera, ale preparowana taśma filmowa, z którą pan Coderre uwija się za projektorem. Szum projektora z kolei w tak małym pomieszczeniu jak Re skutecznie sklejał się z muzykę, co jednak nie przeszkadzało, ale było jej nieoczekiwanym lecz interesującym uzupełnieniem.

Jerusalem In My Heart mogliby wystąpić tydzień temu w Katowicach, na Womex. Prawdę mówiąc, nie miałbym nic przeciwko temu, żeby takie, bardziej eksperymentalne składy, zastąpiły tam część przyjaznych radiu, popfolkowych historii. I to właściwie jedyne zastrzeżenie do tej imprezy… Po raz pierwszy byłem na Targach Muzyki Świata, ale bardzo chciałbym, żeby to nie był raz ostatni, bo to było słuszne i dobre. Część targowa na bogato, co szczególnie budujące w rzekomo kryzysowych dla muzyki czasach. Jasne, muzyka źródeł ma najczęściej wsparcie instytucjonalne, więc nawet reprezentanci odległych i egzotycznych krajów mogli się pokazać w Katowicach, ale fajnie jest odkryć, że tak wielu ludzi widzi w tym sens. Krążyłem więc pomiędzy stoiskami, zbierałem płyty (nawiozłem ich ze 40, trwa przesłuchiwanie), czasem z kimś chwilę pogawędziłem, czasem dałem się poczęstować regionalnym przysmakiem lub napojem. Żyć nie umierać.

A wieczorami koncerty i życie towarzyskie na pełnej. Grały trzy sale: Spodek, centrum kongresowe i NOSPR. Grało też do rana Królestwo na rondzie, opanowane przez etnodidżejów. Katowice są świetnie przygotowane do takich imprez – mają i infrastrukturę, i ludzi, którzy wiedzą, którą stroną kaczka wodę pije. I strategię na lata – to naprawdę jest Miasto Muzyki, nie że taki ładny promocyjny slogan.

A co tam na tych scenach Womexu wypatrzyłem? Alireza Ghorbani z Iranu to wielki śpiewak. 47Soul czyli Palestyńczycy z Wielkiej Brytanii – ale to petarda! Victoria Hanna, czyli coś, co w programie nazwano kabalistycznym rapem, a w istocie było… cholera, nie wiem, może kabalistycznym rapem? 😉 W każdym razie było to fascynujące i oryginalne. Zespół Night z Nepalu, z wciągającą, choć leniwie płynącą muzyką, wykorzystującą osobliwe instrumentarium. Świetnie spisała się też polska reprezentacja. Hańby! nigdy wcześniej lepiej nie widziałem i nie słyszałem, chociaż koncert akurat tego składu w sali zasiadanej nie był dobrym pomysłem. Przy tej muzyce powinno się gotować pod sceną, a nie żebym ja nie mógł nóżką tupnąć, bo boję się, czy przypadkiem nie kopię fotela pani siedzącej przede mną. Przed podobnym wyzwaniem stanęła kapela Wowakin, chociaż jak zaczęli wywijać ognistego mazurka, to jakaś para nie wytrzymała, potem kolejna i jeszcze jedna… i nagle w tej absolutnie nieprzystosowanej do tańca sali NOSPRu wirowało sześć, może siedem par, żywych przykładów triumfu ducha nad materią.

Reklamy

Geniusz i refreniara

„Coltrane według Coltrane’a” to dobra książka. Sądzę, że dla aktywnych muzyków, nie tylko jazzowych, rzecz absolutnie obowiązkowa, bo zbiera w jednym miejscu wszystkie dostępne wypowiedzi mistrza, zszywając je w jeden, wielki, (dla mnie) magiczny przepis na muzykę, która się zegarowi i modom nie kłania. Przyznaję jednak, że choć kocham nagrania Trane’a, trochę się przy tej lekturze nudziłem. Po pierwsze dlatego, że jako laik nieszczególnie jestem zainteresowany fachowym żargonem, tym że „w podstawie było C7, a ja na to mogłem wrzucić Es7, potem Fis7, potem w dół do F”. Nie pomaga też nieustający strumień namecheckingu – niemal każda strona tej publikacji to kolejny akapit litanii do jazzowych świętych i błogosławionych. „Coltrane według Coltrane’a” nuży również dlatego, że twórcy tego zbioru, by nie uronić ani kropli z mądrości pozostawionych przez saksofonistę na tym łez padole, zebrali pomiędzy okładkami książki dosłownie wszystko, co się dało. A że dziennikarze – wiadomo, leniwe szuje, money for nothing – często pytali o podobne sprawy, czy wręcz o to samo, wielokrotnie mamy do czynienia z różnymi wariantami tej samej odpowiedzi. Po trzecie wreszcie, jak dla mnie za dużo w tej książce jest… muzyki.

colatrane

Jezu. Napisałem to. Gdzie piorun? Nie widzę… Dobra, piorun mnie nie zabił, ale wiem jak to wygląda. Typ, który niby jest dziennikarzem muzycznym, czy wręcz krytykiem (nie, żartowałem, nie jestem, nie cierpię, kiedy obsadza się mnie w tej roli), marudzi, że w książce o jednym z najwybitniejszych kompozytorów i wykonawców XX wieku jest za dużo muzyki. Co za jełop. Pewnie brakuje mu tu pudelkowej pikanterii, obleśnych plotek, prania brudów i psychicznego ekshibicjonizmu…
No więc tak, trochę mi tego brakuje. Nie, żebym lubował się w badaniu plam na cudzych portkach, nie żeby interesowało mnie, z której dziury leciało Coltrane’owi, kiedy za mocno przyćpał – ale mam wrażenie, że pominięcie tych mało chlubnych doświadczeń wypacza obraz artysty i jego muzyki. „Coltrane według Coltrane‘a” uczy się pilnie, słucha żony, korzysta z cennych rad starych mistrzów, studiuje ważne muzyczne zagadnienia w bibliotekach i pokornie dziękuje Panu Bogu za Jego hojne dary. Byłem zaskoczony, że ta opowieść nie kończy się kanonizacją.

Nie wierzę w takiego Coltrane’a. Może się mylę, może projektuję na niego swoje doświadczenia i fantazje, ale wydaje mi się, że w tej publikacji obraz artysty – malowany przez niego samego z chyba nie udawaną skromnością, a przez dziennikarzy na kolanach – jest niepełny, że ta historia mogłaby być (a może już została, ktoś coś wie?) lepiej i prawdziwiej opowiedziana.

Ktoś powie, że w czasach, kiedy John Coltrane mógł jeszcze o sobie opowiadać (a więc pół wieku temu i dawniej) obnażanie się w wywiadach nie było jeszcze w modzie, że to całe eony przed „Big Brotherem” i wywiadami-rzekami celebrytów. Pewnie mógłbym się z tym zgodzić, gdybym tuż przed lekturą „Coltrane’a według Coltrane‘a” nie przeczytał „Lady Day śpiewa bluesa”, czyli biografii Billie Holiday (tudzież autobiografii wspomaganej, bo spisanej przez Williama Dufty’ego). Ta książka powstała w 1956 roku, a jest boleśnie szczera. Nie ma przecież niczego przyjemnego w czytaniu opowieści o dziewczynce, która od kiedy pamięta była maltretowana przez ciotkę-sadystkę, a w wieku dziesięciu lat zgwałcona (po raz pierwszy). Typ dostał parę lat odsiadki, ale i ją na wszelki wypadek zamknięto w poprawczaku, przecież nie mogła być taka do końca niewinna, co nie? No więc nie czyta się tego z uśmiechem na twarzy, a jednak warto, bo to żywy portret człowieka z (upuszczonej) krwi i (przetrąconych) kości, nie abstrakcyjne rozważania nerdów o przebiegach akordów.

Przez całe swoje życie Billie Holiday regularnie pada ofiarą przemocy (ale też potrafi odpłacić pięknym za nadobne, kto mieczem wojuje od miecza ginie), seksualnych nadużyć i pospolitych oszustw. Chce tylko odrobiny spokoju, dla siebie i mamy, chce ciepłego domu i pełnego brzucha, chce się czuć bezpieczne, chce śpiewać – i na tym kończy się lista jej potrzeb. Jak się okazuje, są to oczekiwania zbyt wygórowane. Jest bowiem Billie potrójnie upośledzona. Jest czarna, jest kobietą i jest artystką – to aż za dużo powodów, by ją lekceważyć i dowolnie wykorzystywać. Sama jednak dokłada do pretekst czwarty, pakując się w nałóg narkotykowy, który sprawia, że staje się jeszcze łatwiejszym celem. Zarówno dla gorliwych przedstawicieli państwowego aparatu opresji, jak i facetów, którzy wykorzystują jej ufność i oddanie. To wszystko opisane zostało językiem prostym, dosadnym, czasem niemal wulgarnym, ale w takim życiu nie ma miejsce na poezję, finezję i długie opisy przyrody.

holiday

Wolę słuchać Coltrane’a, wiadomo, ale jego muzyka pozostaje dla mnie tajemnicą. Wiem, kogo podsłuchiwał, gdy szukał własnego stylu, ale wciąż nie wiem, dlaczego akurat on znalazł, chociaż inni mieli tych samych nauczycieli. Może nigdy się nie dowiem i… nie mam z tym problemu. Ale z drugiej strony cieszę się, że z „Lady Day śpiewa bluesa” dowiedziałem się, jak to możliwe, że ta refreniara, że niewykształcona pieśniarka, prosta dziewczyna, potrafiła ze zgrabnych, ale przecież nieszczególnie wyrafinowanych piosenek wydobyć takie emocje. Bo przecież wiele innych, wspaniałych głosów próbowało się później zmierzyć z tym repertuarem – i niby wszystko było na miejscu, ale zwykle nie działało. Dopiero gdy Amy Winehouse śpiewała „There Is No Greater Love”… ale to już inna, równie smutna historia… 

„Coltrane według Colatrane’a. Wywiady z Johnem Coltrane’em”, red. Chris DeVito (tłum. Filip Łobodziński), Kosmos Kosmos
„Lady Day śpiewa bluesa”, Billie Holiday, William Dufty (tłum. Marcin Wróbel), Czarne

Trzy psy

Twórczość Moondoga poznałem stosunkowo późno, nie więcej niż dekadę temu, kiedy ukazywało się któreś z kolei wcielenie reedycji jego płyt. Przeczytałem o nich w jakimś magazynie, pewnie „Wire” – i zamówiłem w ciemno. Zaskoczyła mnie nie tylko surowość nagrań, ale przede wszystkim prostota i związana z nią skuteczność. Najbardziej jednak zaskoczony byłem stylistyczną nieuchwytnością tego materiału. Nic dziwnego, że do Moondoga przyznają się i jazzmani, i amatorzy muzyki współczesnej, i eksperymentatorzy z otwartych rubieży rocka. Najlepsze w pokłonie dla Moondoga, który złożył w tym roku festiwal Sacrum Profanum było właśnie to, że podczas trzech różnych koncertów usłyszeliśmy trzy różne oblicza Wikinga z Nowego Jorku.

SP17_MOONDOG_MADRIGALS_Dedalus_Ensemble_Muzzix_Ensemble_fot._Michal_Ramus-1

Zdjęcia: Michał Ramus

Najpierw sceniczna reinterpretacja „Round the World of Sound” wspólnej płyty zespołów Dedalus i Muzzix, akcentującej klasyczny aspekt kompozycji Moondoga. Jak mówi Didier Aschour, dyrektor muzyczny Dedalusa, on tam słyszy przede wszystkim „kameralną muzykę pop”. To wszystko prawda dopóki pozostajemy przy płycie – bo na scenie Teatru Ludowego słychać było przede wszystkim radość. Pal już licho, że nie wiedziałem, że można tyle pogody wykrzesać z pieśni Moondoga, ale ja w całym swoim życiu byłem na niewielu równie radosnych, buzujących pozytywną energią koncertach.

SP17_MOONDOG_MADRIGALS_Dedalus_Ensemble_Muzzix_Ensemble_fot._Michal_Ramus-15

Kolorowa – każdy wszedł na scenę tak jak stał, bez jakichkolwiek kostiumów, bez udawania czegokolwiek – flota zjednoczonych sił Dedalusa i Muzzix, szczerzyła się do siebie i do widzów, jak burza przelatując przez kompozycje brodacza. Byli jak komuna hipisowska, która nie odlatuje po narkotykach, ale przy muzyce. Na pierwszym planie rytm i głos, jak w oryginale, ale i innych instrumentów, w tym smacznych dętych, niemało. Utwory krótkie, jak wersje znane z nagrań Moondoga, pozostawiały błogi niedosyt, podobnie jak cały koncert, nie bez powodu nagrodzony owacją na stojąco.

Cabaret Contemporain – znowu Francuzi, ale z gościnnym udziałem dwóch świetnych szwedzkich wokalistek: Lindy Olah i Isabel Sörling – pozwolili sobie na znacznie większą ingerencję w oryginalne dzieło Moondoga. Rozbudowali jego utwory, spiętrzyli aranżacje, wyznaczyli nowe drogi – ale bez dróg na skróty, za to z niejednym ostrym zakrętem.

SP17_TRIBUTE_TO_MOONDOG_I_fot._Michal_Ramus-12

Jestem pod wrażeniem wirtuozerii Cabaret Contemporain (świetny gitarzysta, co za wyobraźnia!), którzy zgrali koncert pełen napięcia, chwilami głośny, wręcz drapieżny, to znów odpływający w melancholijne melizmaty, w których piękne głosy pań wychodziły na plan pierwszy. To był Moondog, którego ktoś ściągnął z ulicy, zaprowadził do barbera, wyszorował, ubrał w dizajnerskie ciuchy za milion cruzeiros, po czym wpuścił na scenę najmodniejszego klubu w mieści… ale wciąż Moondog. I gdyby ktoś mnie zapytał dziś, od czego zacząć przygodę z Moondogiem, pewnie wskazałbym Cabaret Contemporain, bo to po prostu brzmi najbardziej aktualnie, najbardziej współcześnie, a jednocześnie nie robi kompozytorowi krzywdy.

Raphael Rogiński, który pojawił się na scenie po Francuzach, nie miał łatwego zadania. I rzeczywiście, pierwsze minuty tego koncertu brzmiały dość niezbornie w zestawieniu z dyscypliną i krystalicznie czystym brzmieniem Cabaret Contemporain. Ale też pomysł na Moondoga był tu skrajnie odmienny… Raphael postanowił podkreślić szamański aspekt muzyki Moondoga, ale też jej innowacyjny charakter. Skąd wiele nietypowych instrumentów, z nogą manekina służącą za trąbę (!) na czele. Stąd swoboda muzyków, którzy nie bali się przypadkowości, chropowatości, nierówności. Stąd wreszcie najbardziej uduchowiona i zarazem melancholijna atmosfera z wszystkich trzech moondogowych koncertów. Co ciekawe, Rogiński nie pchał się ze swoją gitarą na pierwszy plan (chyba trochę żałuję), więcej pola do popisu zostawiając interesującej słoweńskiej formacji Širom (koniecznie muszę sprawdzić, co robią, kiedy nie asystują polskim muzykom przy reinterpretowaniu amerykańskich kompozytorów) i Natalii Przybysz, która ciągnęła cały ten kram w stronę bluesa.
Rogiński et consortes grali oczywiście utwory Moondoga, ale nie tylko… i może trochę szkoda. Taki „Moondog”, z repertuaru dawno zapomnianej hipisowskiej formacji Pentangle, choć ze zrozumiałych względów został tu zaprezentowany, jest kompozycją, która nijak nie wytrzymuje porównania z dziełem Wikinga z Szóstej Alei. Choć trzeba przyznać, że w tej interpretacji, znacznie lepszej od oryginału, skojarzyła mi się z Shy Albatross – i była to myśl miła.

SP17_TRIBUTE_TO_MOONDOG_II_fot._Michal_Ramus-7

Z przykrością odnotować muszę, że nie uczestniczyłem w tylu koncertach tegorocznego Sacrum Profanum na ile miałem ochotę, ale już dzięki potrójnemu Moondogowi długo zapamiętam tę edycję. Co jest o tyle ciekawe, że impreza z dyskomfortem w tytule będzie mi się kojarzyła z muzyką, która jest tak przystępna, naturalna i kojąca, jak tylko może być… muzyka.

Metalówy: kto stereotypem wojuje od stereotypu ginie

Jutro mam poprowadzić w Ogniwie spotkanie z Zofią „Wielebną” Fraś. Cieszy mnie ta perspektywa, bo lubię Obscure Sphinx, a Zofii nie znam, więc jestem jej zwyczajnie ciekaw. Tym bardziej, że w wywiadach sprawia wrażenie osoby rozważnej i romantycznej zarazem. Czyli bratnia dusza. 😉

Okazuje się jednak, że organizatorzy tak to sobie wymyślili, iż tematem naszej rozmowy ma być nie tylko Zofia i jej twórczość. Temat brzmi „Metalówy”, a więc raczej groteskowo. Na miejscu Wielebnej rozważałbym obrażenie się (tym bardziej, że i muzyka Obscure Sphinx, i wizerunek wokalistki daleko odbiegają od metalowego wzorca z Sèvres), ale skoro powiedziało się A, to trzeba powiedzieć VE. Dzielnie stawię czoła nie tylko Zofii, ale i tematyce naszej rozmowy.


Z zapowiedzi spotkania wyczytałem, że inspiracją do jego zorganizowania był artykuł Anny Szudek w „Dwutygodniku”, także samo zatytułowany. Tekst warto przeczytać, choć ani nie traktuje on o artystkach związanych z metalem (poza małymi, w dodatku dyskusyjnymi, wyjątkami), ani o fankach gatunku. Jest raczej swobodną impresją na temat roli kobiet w niewątpliwie zmaskulinizowanym świecie cięższych odmian rocka. Zaczyna się fajnie, od Coven, ale później, nie wiedzieć czemu, jest już na przykład o girlsbandzie Runaways, za to ani słowa o Plasmatics?
Co jeszcze ciekawsze, w leadzie mowa o ciężkim losie pań w świecie „szczególnie ekstremalnych odmian muzyki, takich jak black metal czy industrial”, ale już w tekście o industrialu ani słowa (Cosey Fanni Tutti nie lubi tego), a za przykład ze świata black metalu robi… tak, oczywiście – Myrkur, czyli Amalie Brunn.


Autorka tekstu tak oto użala się nad losem artystki:

I chociaż środowisko samych twórców metalu zaakceptowało i doceniło Bruun (o czym świadczyć może choćby jej współpraca z muzykami z Mayhem, Ulver, Nidingr i Arch Enemy, a także wspólna trasa koncertowa z Behemoth), w internecie wciąż odzywają się głosy oburzonych, którzy chcą zdemaskować ją jako pozerkę, próbującą tworzyć ciężką muzykę nieudolnie i z fałszywych pobudek. A sama Myrkur, choć nagrała bardzo dobry debiut i udowodniła, że potrafi wrzeszczeć, zapewne nigdy nie doczeka się szacunku miłośników „prawdziwego” black metalu. Który – jak na gatunek z założenia ekstremalny, istniejący w kontrze do społecznych reguł – często ujawnia ekstremalnie konserwatywne oblicze. Jak w filmikach publikowanych na YouTube przez Varga Vikernesa (znanego również jako Burzum), który wśród wielu swoich teorii głosi dziś między innymi, że feminizm jest wynalazkiem bankierów i kapitalistów.

Ojej, nie wiem od czego zacząć.

Może od tego, że Vikernes nie reprezentuje nikogo i nikt tych jego konspiracyjnych teorii już nie słucha? A już na pewno nie wszyscy miłośnicy „prawdziwego” black metalu, bo to środowisko było zawsze niejednorodne, podzielone, wielowymiarowe, a dzisiaj do worka z napisem „black metal” wrzuca się już właściwie wszystko, co jest na tyle ekstremalne, że gdzie indziej tego nie chcą. A przecież takie Dimmu Borgir i Stalaggh, Deafheaven i Abruptum dzielą lata świetlne. Dzieli też publiczność. To są bardzo często inni ludzie, w innym wieku, o innych poglądach i systemach wartości. W tym o bardzo różnym podejściu do kwestii kobiet.

Prawdą jest, że jakaś część metalowej publiczności – mniejszość, ale głośna – Myrkur nie akceptuje i pewnie rzeczywiście nigdy nie zaakceptuje. Ale przecież nie dlatego, że jest kobietą, ale dlatego, że nie jest wiarygodna, że ze względu na swoją popową przeszłość sprawia wrażenie sztucznego tworu wykreowanego przez wytwórnię. Co Anna zresztą zauważa w swoim tekście, ale najwyraźniej nie zdaje sobie sprawy z tego, jak bardzo to ważne. Nie wie zapewne, że black metal nie jest gatunkiem muzycznym. To nie konkurs na to, kto „potrafi wrzeszczeć”, grać na gitarze czy perkusji. Black metal to owszem, jest jakaś estetyka, mniej lub bardziej uchwytna, ale to przede wszystkim postawa. Black metal ist krieg mawiało się w latach 90. Całkiem serio. Wojna, która miała swoich bohaterów i męczenników, ale w której najemników nie tolerowano.

Autorka artykułu w „Dwutygodniku” zapewne nie zdaje sobie sprawy z tego, że w oczach blackmetalowych ortodoksów koncerty u boku Behemoth (nie wspominając o Arch Enemy) nie dodają Myrkur wiarygodności. Wręcz przeciwnie – Behemoth też jest odsądzany od czci i wiary za to, że flirtuje z mainstreamem. Z kolei przez to, że nie wywodzą się z metalowego undergroundu i modnie się noszą, nie zostaną nigdy zaakceptowani panowie z Deafheaven – a grają muzykę znacznie bardziej ekstremalną i o klasę (kilka?) lepszą niż Myrkur.


Czy w black metalu miejsce dla siebie znalazły kobiety? Oczywiście, całe mnóstwo. Od ukochanej przez blackmetalowców, bo zakolegowanej z norweskimi ikonami gatunku Kari Rueslåtten, która dała się poznać w łączącym black metal i folk (hello, Myrkur) zespole Storm, by później całkiem odpłynąć w krainę łagodności, przez ponure Greczynki z Astarte po włoską Cadaverię. U nas taką ścieżką kroczyła chociażby Nera z Darzamat (i bardziej klimatycznego NeraNature). Polecam też sprawdzić, co robiła Nebelhexë, była żona gitarzysty Emperor, bo robiła z grubsza to, co robi Myrkur, tylko znacznie wcześniej i lepiej.

Black metal był drugim – po gotycko-romantycznym – nurtem metalu, który tak masowo przyciągał kobiety. O ile jednak w tym pierwszym najczęściej ich rola sprowadzała się do obsługiwania klawiszy i/lub zawodzenia quasi-operowym głosem, o tyle w black metalu dziewczyny nigdy się nie ograniczało. Gra ich, lub – częściej – wrzeszczy w blackmetalowych składach do mikrofonów, całe mnóstwo. Być może nie odnoszą aż takich sukcesów jak faceci, ale są nie mniej radykalne. Obejrzyjcie sobie teledysk nowozelandzkiej formacji Skuldom, jeśli nie wierzycie. Uwaga, to nie dla wrażliwych, właściwie to nawet nie polecam…


Zresztą, kobiety na scenie metalowej zawsze były mile widziane i zawsze obecne, również w Polsce. Miriam z Symbolic Immortality, Łysa z Cerebrum, Agata z Budneswehry… budziły zainteresowanie, to jasne, bo były wyjątkami, ale tym bardziej cieszyliśmy się, że są z nami. Podobnie jak – znacznie bardziej liczne – dziewczyny, które organizowały koncerty, wydawały fanziny, robiły zdjęcia itp. itd.

Na świecie ekstremalne dźwięki również nie odstraszały pań. W Stanach działała Derketa, Lori Bravo niosła śmierć w – nomen omen – Nuclear Death, Jo Bench pruła flaki swoim basem w Bolt Thrower, Corrine robiła to samo (i jeszcze jechała pięknym growlem) w Acrostichon, Rachel znakomicie radziła sobie za mikrofonem deathmetalowego Sinister i black/thrashowego Occult itp. itd. Rzadko epatowały seksem (to raczej domena tych gotyckich koronek i żabotów), częściej były nie mniej twarde, brutalne i wulgarne niż faceci. Czasem bardziej, jak Lori ❤ .


Nie twierdzę, oczywiście, że dziewczyny w metalu mają łatwo, ale czy trudniej niż na dyskotekach? Nie twierdzę też, że nie ma na tej scenie seksizmu czy mizoginii. Ale czy więcej niż w innych okołorockowych gatunkach i środowiskach? Między innymi o to będę jutro Zofię pytał…

Osiołkowi w żłoby dano

Naród podzielony to i popkultura, również popmuzyka, podzielona na dwa obozy. Z jednej strony ci, którzy zdecydowali się wystąpić w Opolu, przeniesionym na wrzesień wskutek pamiętnej zadymy o polityczne naciski, z drugiej ci, co wyrywają murom zęby krat. Oni i nasi. Albo odwrotnie. Na pewno nie razem.

Jubileuszowego koncertu Maryli Rodowicz nie widziałem (ale mam nagrany, jutro sprawdzę), włączyłem dopiero na Dodę wykonującą „Niech żyje bal”. Nie przekonała mnie, ale – przyznaję – nie pałam miłością ani do pieśniarki, ani nawet do piosenki, wolę jakieś 30 innych numerów Maryli. Załapałem się też na barokowe „Hej, sokoły”, wręczenie jubilatce nagrody godnej Królowej – pamiątkowej okładki „Super Expressu” (z kronikarskiego obowiązku: była też jakaś złota goła baba od TVP, ale nie wyjaśniono, co to za statuetka albo nie połapałem się w tej chaotycznej konferansjerce) – oraz pożegnalne „Ale to już było”, podczas którego Maryla zrobiła rundkę po publiczności.

To wszystko mieściło się w granicach opolskiego standardu, niestety później przyszła pora na nocne Polaków rozmowy. O, na przykład takie:

– Pierwszy debiut pani w Opolu był w 69.?
– Nie, w 68.
– No tak, to pierwszy występ. Ale pierwszy debiut…

Na szczęście dużo tego gadania nie było, bo zaczął się koncert Debiutów właśnie – od kolektywnego wykonania pieśni „Wszystko się może zdarzyć”. Pan prowadzący zinterpretował to dość brawurowo: że taki koncert może wylansować niejedną gwiazdę. Ciekawe kiedy ostatnio wylansował – aż z litości nad uczestnikami nie chce mi się sprawdzać. Ale na pewno byłaby to jeszcze skuteczniejsza trampolina do kariery, gdyby koncert nie kończył się, ale zaczynał po północy…

Rzecz warta pochwały – od roku opolscy debiutanci śpiewają własne (lub dla nich napisane) numery, nie covery hitów. To na pewno zmniejsza telewizyjną atrakcyjność koncertu, bo mniej przypomina teraz „Jaką to melodię?”, ale za to pozwala się zaprezentować młodzieży w pełnej krasie. Co oczywiście nie każdemu służy. Większość tych wokalistek/wokalistów/zespołów po prostu przynudzała, poprawnie odśpiewując nijakie piosenki o niczym. Zdarzał się też propozycje wstrząsające, jak dramatyczna Octavia Kay (tak, to Polka, z Londynu), która zaproponowała coś pomiędzy tą Ukrainką od „Wild Dances” a wczesnym Bajmem. Interesującą, choć nieco pretensjonalną postacią wydał mi się Szymon Pejski, hipis w czarnej skórze i białych sofiksach, choć piosenka mnie nie porwała. Fajnie się zapowiada najmłodsza w konkursie Dominika Ptak. Mile zaskoczył duet Moa, którego wokalistka może nie zaimponowała wielkim głosem, ale charyzmą, przekonującą interpretacją – owszem (pisałem to na bieżąco, przed ogłoszeniem wyników – okazało się, że wygrali te Debiuty, zasłużenie).
Niestety, większość propozycji miała poziom oryginalności i finezji kwadratowo poprockowego zespołu Ogień, który pieśnią „Mary Jane” kazał mi lecieć „z piekła aż do nieba bram”. Było to wystarczająco banalne i natarczywe, by ustrzelić nagrodę publiczności. Jezu, kto te Debiuty ogląda…

No, ale czego się spodziewać po skompromitowanym, zubożonym, przygotowywanym na łapu-capu przez telewizję Kurskiego festiwalu, który jest cieniem dawnego Opola. Wszyscy przecież odtrąbili jego klęskę, zanim się zaczęło. Co innego ta bardziej światła & światowa część polskiej estrady. Oni nie pozwoliliby sobie na rzecz tak przaśną, nijaką i krzykliwą zarazem, jak te mieniące się kolorami tęczy opolskie śpiewogry… oh, wait…


Teledysk jest samokomentujący się, więc nie będę się pastwił. Zresztą Facebook już go zdążył rozszarpać na kawałki. Owszem, Łona się broni, ale jego grzechem jest to, że się tu dograł, podobnie jak ci wszyscy miotacze z solówkami pod koniec. Może więc przy okazji któryś wyjaśni, po co to? I dlaczego nikt z wielkich, którzy wzięli udział w tym pospolitym ruszeniu, nie zawołał na którymś etapie: „Elo, koledzy, król jest nagi. Nie bardzo nam wychodzi, może zaczniemy od nowa?” Czy naprawdę ktoś myślał, że to jest fajne? Że porwie tłumy?

Dobra, chyba powinienem zmienić tytuł tego wpisu na „Pomiędzy młotem a kowadłem”. Na szczęście jest nadzieja. Wszystko wskazuje na to, że ratunek przyjdzie z Niemiec…

LCD is playing in my head

Śniło mi się, że mieszkałem w Nowym Jorku, miałem pokój z widokiem na Central Park. No i James Murphy wprosił się na wino, bo mi pozazdrościł tego widoku. On ma ścianę za oknem od kiedy wybudowali nowy hotel, ale nie wyprowadza się, bo nie jest w stanie znieść myśli, że mógłby jeść pieczywo inne od tego z piekarni za rogiem.
Żona gdzieś wyjechała, dzieci chyba na wakacjach, więc w lodówce tylko oliwki. No, ale czego więcej do szczęścia potrzeba, jak się ma oliwki, wino i muzykę. James wszedł do pokoju, zerknął na ścianę z płytami (półki z płytami mają amatorzy, prawdziwi twardziele liczą płyty na ściany), na drugą…

– Niezła kolekcja, bracie – powiedział płynną polszczyzną. – Soczewica, koło, miele, młyn.

Kurde, czujecie to? James Murphy pochwalił moje płyty. TEN James Murphy. PŁYTY. MOJE! Nie ma lepiej. To jest mniej więcej tak, jakby wpadł George Clooney i powiedział: „Dobrze dziś wyglądasz”.
Ujęty tym (dobra, przyznam się, trochę spodziewanym) komplementem opuściłem na moment gardę i w chwili słabości zaproponowałem:

– To może wybierzesz, czego chciałbyś posłuchać?

Jasne, od razu pożałowałem, że zachęciłem kogoś do a) dotykania moich płyt, b) decydowania, co będzie leciało w moim domu, ale trudno, słowo się rzekło.

– Pewnie! Dzięki, stary – zakrzyknął dziarsko i od razu wyciągnął rękę. Wiedział, co chce zagrać, nie zastanawiał się, nie marudził. Szanuję to.

lcd

Początek dziwny, chyba tego nie znam. Trochę wstyd nie rozpoznawać piosenek z własnej ściany, ale jak wjechał syntezator i wokal to od razu zakumałem. „Oh baby…” – tak, na pewno OMD. Albo Human League. Zmylił mnie ten gęsty, natarczywy rytm. Nie poznałem, bo za często nie słucham, ale szanuję, wiadomo.
Minę musiałem mieć jednak nietęgą, bo James podpłynął znowu do ściany, tym razem ku końcówce alfabetu.

– Zmienię! – zaproponował.

No, teraz spoko. To rozumiem. Talking Heads zawsze na propsie. Szkoda trochę, że w Polsce tak niedoceniani, powinni być kochani jak te wszystkie Purple albo inne Budgie… Ale co mnie to, nie jesteśmy w Polsce, jesteśmy w Nowym Jorku i Talking Heads is playing at my house.

– A to znasz? – pyta głupio Murphy odpalając kolejny numer, bo niby czemu miałbym nie znać? Przecież to moje ulubione płyty, z mojej kolekcji, grane na moim sprzęcie, w moim domu. Ten monotonny rytm, rozwibrowana gitara lekko w tle, oszczędny klawisz i wokalista niby zrezygnowany, bez sił, ale przez to jeszcze bardziej sugestywny. „I used to dance alone of my own volition / I used to wait all night for the rock transmissions”… Ha, poznałem po tym „transmissions”! Joy Division! Ale hm, trochę za bogato i za gładko jak na Joy Division. Może więc New Order? O, teraz wokalista (tylko który?) śpiewa: „I’m still trying to wake up, I’m still trying to wake up…”. Obudzić się? Właśnie, może…

– Ej, nie śpij – James pstryknął mi palcami przed nosem. – Teraz coś specjalnie dla ciebie. Wiem, że to lubisz.

Człowieku, czy lubię? Kocham Bowiego, jest najlepszy! „And I’m not dangerous now / The way I used to be once / I’m just too old for it now / At least that seems to be true” – tekst zajebisty, wiadomo. Ta gorycz, ten dystans, uwielbiałem go za to. Trochę wstyd, bo piosenki nie poznaję, ale produkował na pewno Visconti. Ta irytująca, jazgotliwa gitara znakomita. Ciekawe czy to Slick, czy Belew? Dzielę się z Jamesem moimi wątpliwościami. Śmieje się to i ja się śmieję. To przecież nie Wielka Gra, nie muszę pamiętać tytułu. Rozumiemy się bez słów. Obaj lubimy podobną muzykę, a to więzi trwalsze niż przyjaźń z wojska. Ja wiem, że on wie, on wie, że ja wiem. Stukamy się kieliszkami. Bowie śpiewa, nad Central Parkiem nagle unosi się obłoczek spłoszonych czymś ptaków, po czym znów opada między drzewa.

No i tak sobie siedzimy, trochę gadamy o życiu, głównie słuchamy muzyki, którą wybiera James. Dobrze wybiera, skubany. Raz tylko nieśmiało protestuję.

– Ej no, co ty? U2? Weźże… – marudzę, kiedy słyszę, jak Bono śpiewa „And treat yourself tonight / To a little love life”.
– Co? Źle? – Murphy dziwi się mojej reakcji, swojego wyboru jest najwyraźniej pewien. I słusznie. Też w sumie lubię U2 z tego okresu.
– Nie, to dobry kawałek, po prostu o nim zapomniałem – przyznaję.
– Do usług – śmieje się James i podsuwa kieliszek. Dolewam mu wina. Pociąga solidny łyk i puszcza Gary’ego Numana zmiksowanego z soundtrackiem z „Twin Peaks”. Really? To moje? Najpewniej wyczuwając moje zakłopotanie Murphy po raz kolejny zmienia płytę, wracamy do Bowiego. Tu przynajmniej nie ma sporu. Tym bardziej, że okres berliński, wiadomo, najlepszy…


LCD Soundsystem „American Dream” DFA/Columbia

Hit me, Baby, one more time

Nie pamiętam, kiedy miałem ostatnio taką pyszną kinową serię, jak w tym roku. Niech to trwa! Od rzeczy ambitniejszych, po zabili-go-i-uciekł – tyle dobra, że aż serce rośnie. Dzisiaj „Baby Driver” Edgara Wrighta. Gdyby nie polecenie kolegi (dzięki, Kuba!), mógłbym przegapić film z takim tytułem i straciłbym dwie godziny najlepszej zabawy.

Fabuły, nieskomplikowanej zresztą, zdradzał nie będę, ale punkt wyjścia chyba mogę: oto chłopiec, który wygląda na licealistę, grzecznego w dodatku, a jest kierowcą na usługach napadających na banki łobuzów. Kierowcą wybitnym, prawdziwym mistrzem. Jest do tego fanem muzyki, więc w jednej z głównych ról mamy ścieżkę dźwiękową, na której znajdziecie takie perełki, jak:

I jeszcze:

A nawet:

To nie koniec muzycznych wątków! Obecność Jamiego Foxxa mnie nie dziwi, bo to bardziej aktor niż śpiewak, ale trzeba zaznaczyć, że typ totalnie daje radę. W epizodycznych rolach pojawiają się też m.in. Flea bez nosa (który wypowiada kwestię – cytuję z pamięci – typu: „Cały czas słuchasz muzyki? Masz coś z głową?”, najmocniej przepraszam współkinomanów za mój zbyt głośny rechot w tym momencie), Killer Mike, Big Boi, Sky Ferreira, a nawet – no właśnie 😉 – Jon Spencer.

Ale to wszystko jeszcze nic. Po raz pierwszy spotkałem się z zabiegiem, który jest równie banalny, co efektowny i który sprawił, że „Baby Driver”, jest filmem sto razy bardziej muzycznym niż taki „La La Land”, choć nikt tu przecież nie śpiewa i nie tańczy. Otóż każdy dźwięk – kroki, dzwonki windy, syreny policyjne, szelest przeliczanych banknotów, wystrzały, pisk opon… – został tu zsynchronizowany ze ścieżką dźwiękową. Jeśli wcześniej spotykaliście się ze sformułowaniem, że jakiś film jest jak teledysk (a spotykaliście się na pewno), to zapomnijcie, bo tu mamy zupełnie nową jakość: „Baby Driver” jest jednym wielkim, dynamicznym, porywającym klipem. Ależ to jedzie!

A właśnie – jedzie. To film sensacyjny, więc wypełniony efektownymi pościgami samochodowymi, do tego trup się ściele gęsto, na to wszystko nakłada się cudownie naiwny, żywcem wycięty z kina college’owego, wątek romantyczny. Postacie są aż do przesady wyraziste, a całość narysowana została grubą, komiksową kreską – aż sprawdziłem, czy pierwowzorem nie były jakieś kultowe, acz mi nieznane, zeszyty, ale chyba nie. Co nie zmienia faktu, że „Baby Driver” to jeden z najlepszych kinowych komiksów, jakie widziałem, obok pierwszego „Sin City”, „Historii przemocy” i „Strażników galaktyki”.

PS. Na koniec prawdziwa perełka. Okazuje się, że Wright wymyślił sobie ten film ponad 20 lat temu, ale że długo nie miał możliwości zrealizowania go, w 2003 wyreżyserował teledysk, który jest właściwie ćwiczeniem ze sceny otwierającej „Baby Driver”.