Hit me, Baby, one more time

Nie pamiętam, kiedy miałem ostatnio taką pyszną kinową serię, jak w tym roku. Niech to trwa! Od rzeczy ambitniejszych, po zabili-go-i-uciekł – tyle dobra, że aż serce rośnie. Dzisiaj „Baby Driver” Edgara Wrighta. Gdyby nie polecenie kolegi (dzięki, Kuba!), mógłbym przegapić film z takim tytułem i straciłbym dwie godziny najlepszej zabawy.

Fabuły, nieskomplikowanej zresztą, zdradzał nie będę, ale punkt wyjścia chyba mogę: oto chłopiec, który wygląda na licealistę, grzecznego w dodatku, a jest kierowcą na usługach napadających na banki łobuzów. Kierowcą wybitnym, prawdziwym mistrzem. Jest do tego fanem muzyki, więc w jednej z głównych ról mamy ścieżkę dźwiękową, na której znajdziecie takie perełki, jak:

I jeszcze:

A nawet:

To nie koniec muzycznych wątków! Obecność Jamiego Foxxa mnie nie dziwi, bo to bardziej aktor niż śpiewak, ale trzeba zaznaczyć, że typ totalnie daje radę. W epizodycznych rolach pojawiają się też m.in. Flea bez nosa (który wypowiada kwestię – cytuję z pamięci – typu: „Cały czas słuchasz muzyki? Masz coś z głową?”, najmocniej przepraszam współkinomanów za mój zbyt głośny rechot w tym momencie), Killer Mike, Big Boi, Sky Ferreira, a nawet – no właśnie 😉 – Jon Spencer.

Ale to wszystko jeszcze nic. Po raz pierwszy spotkałem się z zabiegiem, który jest równie banalny, co efektowny i który sprawił, że „Baby Driver”, jest filmem sto razy bardziej muzycznym niż taki „La La Land”, choć nikt tu przecież nie śpiewa i nie tańczy. Otóż każdy dźwięk – kroki, dzwonki windy, syreny policyjne, szelest przeliczanych banknotów, wystrzały, pisk opon… – został tu zsynchronizowany ze ścieżką dźwiękową. Jeśli wcześniej spotykaliście się ze sformułowaniem, że jakiś film jest jak teledysk (a spotykaliście się na pewno), to zapomnijcie, bo tu mamy zupełnie nową jakość: „Baby Driver” jest jednym wielkim, dynamicznym, porywającym klipem. Ależ to jedzie!

A właśnie – jedzie. To film sensacyjny, więc wypełniony efektownymi pościgami samochodowymi, do tego trup się ściele gęsto, na to wszystko nakłada się cudownie naiwny, żywcem wycięty z kina college’owego, wątek romantyczny. Postacie są aż do przesady wyraziste, a całość narysowana została grubą, komiksową kreską – aż sprawdziłem, czy pierwowzorem nie były jakieś kultowe, acz mi nieznane, zeszyty, ale chyba nie. Co nie zmienia faktu, że „Baby Driver” to jeden z najlepszych kinowych komiksów, jakie widziałem, obok pierwszego „Sin City”, „Historii przemocy” i „Strażników galaktyki”.

PS. Na koniec prawdziwa perełka. Okazuje się, że Wright wymyślił sobie ten film ponad 20 lat temu, ale że długo nie miał możliwości zrealizowania go, w 2003 wyreżyserował teledysk, który jest właściwie ćwiczeniem ze sceny otwierającej „Baby Driver”.

Jak śpiewa o bikini, to nie może być serio

Jest – a właściwie bywa, bo w tym numerze nie ma, ale wróci we wrześniu – w „Gazecie Magnetofonowej“ rubryka, co się zwie „Jak nas słyszą tak nas słyszą”, w której chodzi o to, by człek z dalekiego świata, skonfrontowany z polską muzyką, powiedział o niej to i owo. Wiadomo, że to tylko pierwsze wrażenie, obserwacja pospieszna i pobieżna, ale czasem wychodzą ciekawe rzeczy, bo przepytywany nie zna lokalnego kontekstu, nie wie, kto tu jest świętą krową, a kto niedocenionym debiutantem. Puszczałem już polskie piosenki Fenneszowi, Johnowi Stanierowi z Battles, Maxowi Richterowi, Kirkowi z Crowbar i Andy’emu Bellowi z Ride i Oasis. I Youthowi, ale to jeszcze nie poszło…

Przypomniałem sobie dzisiaj, że pierwszy, pilotażowy odcinek tego serialu powstał dawno temu, w 2009 roku, w Mysłowicach. Udało mi się na 40 minut zamknąć w jednym pomieszczeniu z miłymi panami z Wire, by popuszczać im to i owo. Było zabawnie i miejscami zaskakująco. Chyba szkoda byłoby, gdyby ten tekst pozostał na zawsze na dysku mojego komputera, więc proszę, oto jest. Potraktujcie to przy okazji jako reklamę i OFFa (skład w tym roku moim zdaniem przepyszny), i „Gazety Magnetofonowej” (właśnie wydaliśmy nowy numer, ze „Sztuką” w tytule i można go tu zamawiać, do czego zachęcam). Bo Wire chyba nie trzeba reklamować, co nie?

Leniwy niedzielny poranek. Na śniadanie pyszna kawa w restauracji mysłowickiego hotelu „Trojak”, na drugie śniadanie – spotkanie z muzykami kultowej brytyjskiej formacji Wire, kilka godzin przed ich występem na Off Festivalu. Próbuję nałożyć Colinowi Newmanowi słuchawki na uszy, ale Graham Lewis, basista, protestuje. On też chce posłuchać polskiej muzyki. Wyciąga z plecaka głośnik podróżny, podłączam go do iPoda i zaczynamy. Colin odpowiada, Graham podpowiada.

Klaus Mitffoch – Klus Mitroh

To dla mnie bardzo trudne, bo nie wiem, o czym ten facet śpiewa. A sposób, w jaki zaaranżowano i zmiksowano ten numer, czyli wyeksponowany, głośny wokal, świadczy o tym, że to, o czym śpiewa jest ważne. W muzyce słychać wpływy The Cure, jest też coś z klimatu Stranglersów. Te akcenty na talerzach, tin-tin-tin, nie są fajne… Przez nie ich muzyka brzmi na 10 czy 15 lat starszą, niż jest w rzeczywistości.

Cóż, świeże nagranie to nie jest. 1985 rok.

Naprawdę? O, to wejście basu jest dobre!

Lider zespołu jest basistą.

No to już wiemy wszystko. (śmiech) To naprawdę słychać.

Republika – Śmierć w Bikini

Początek lat 80., prawda?

Zgadza się.

Znowu słychać inspiracje The Cure, może Roxy Music, wokalista chyba lubi też Davida Byrne’a. Zastanawia mnie ten dziwny rytm. Czuję, że tekst piosenki nie jest zbyt serio. Mam rację?

Tekst jest całkiem poważny, dotyczy skomplikowanych relacji damsko-męskich. Jest w tym też pewna dwuznaczność, bo…

O Boże, co on tu krzyczy?

Bikini.

Jak śpiewa o bikini, to nie może być całkiem serio. No, chyba, że chodzi o atol Bikini.

No właśnie.

Tak czy owak, już dziękuję. Wystarczy.

Homo Twist – Miasto Kraków

O, słyszę, że jesteśmy już w latach 90. Bardzo interesujące, naprawdę niezłe. Ten tekst na pewno jest po polsku?

Nie, tutaj wokalista śpiewa w wymyślonym przez siebie języku.

Bardzo ciekawe, to spiętrzenie twardych „r” znakomicie komponuje się z muzyką. Teraz już po polsku, prawda? I znowu mamy wokal bardzo głośno, jak w tym pierwszym kawałku. Pewnie jakiś ważny, polityczny tekst?

Lider tego zespołu był ulicznym poetą, który postanowił założyć rockowy zespół. To ich pierwsza płyta, sprzed 15 lat.

Współbrzmienie gitary i basu jest dość ciekawe, ale niestety, ten utwór więcej obiecuje, niż daje. [zaczyna się solówka] Och, co to jest? Nie lubię takich gitarowych zawijasów. OK, już dziękuję. To od dzisiaj jeden z moich ulubionych zespołów, ale proszę to wyłączyć. (śmiech) Myślę, że ten poeta powinien się skupić na pisaniu wierszy.

Apteka – Wiesz, rozumiesz

Ktoś tu się nasłuchał Prince’a. To bardzo trudny teren. Żeby się po nim swobodnie poruszać musisz być zajebiście dobry, bo Prince zbyt wysoko zawiesił poprzeczkę. Pewnie znowu tekst jest kluczem do tego numeru, bo bez niego to bardzo przeciętna piosenka. O, to było fajne! [próbuje naśladować Kodyma] E-e, e-ee… (śmiech) Ten funkujący perkusista też jest nienajgorszy.

Myslovitz – Dla ciebie

O, to jest dobre… Nikt tu nie odkrywa Ameryki, ale brzmi naprawdę intrygująco. Potrafią budować napięcie, wszystko w naturalny sposób ciąży do refrenu. To dziewczyna śpiewa?

Nie. Facet.

Równie dobrze mogłaby to być babka z altem. [głośne wejście drugiej gitary] Cholera, co to? (śmiech) Dziwna ta gitara, niepotrzebna. O, jest refren. Niestety, już nie tak dobry jak zwrotka. Wiesz, to nie jest problem tej piosenki, ani tego zespołu, ani tym bardziej polskiej muzyki, ale kłopot, z którym borykają się największe zespoły na świecie. Niezły pomysł na otwarcie numeru, świetnie budowane napięcie i refren, który nie staje na wysokości zadania. Ci tutaj w refrenie brzmią już jak każdy inny zespół z radia, szkoda. Wszystko przez myślenie, że refren to marchewka, że musi ci wynagrodzić czekanie na niego. Gówno prawda, cały numer powinien być wypłatą, nie czekaj z tym, co masz do powiedzenia do refrenu. Z drugiej strony, jak nie masz pomysłu na dobry refren, to go po prostu nie dawaj. Są sposoby, żeby go ominąć. Ale z wszystkich zespołów, które do tej pory słyszałem, ten jest i tak najbardziej pomysłowy.

To jest zespół Artura Rojka, szefa tego festiwalu.

Wiedziałem, że mi to zrobisz. Dlatego z taką nerwowością podszedłem do tych piosenek. (śmiech) W takim razie chciałbym powiedzieć, że to bardzo dobry zespół. Zresztą już muzyczny gust człowieka, który zorganizował ten festiwal, o czymś świadczy. Za bardzo kryję dupę? (śmiech) Dobra, dawaj następny kawałek…

Cool Kids Of Death – Hej chłopcze

O, to brzmi całkiem współcześnie. Poza tym, choć to polski zespół, nie są chyba nadmiernie przywiązani do lokalnej tradycji muzycznej. Tak grać może dzisiaj kapela z każdego zakątka świata. To z jednej strony zaleta, a z drugiej… Fajnie brzmi bas, to może być Rickenbacker. Nie grają niczego zbyt oczywistego, ale też niczego wyjątkowo oryginalnego. Niezłe, naprawdę niezłe. O czym on śpiewa?

Zwraca się bezpośrednio do słuchacza, wskazuje palcem i zmusza do odpowiedzi na niewygodne pytania. Jest dość arogancki, ale oni tak zawsze.

No i dobrze, prawidłowa postawa! To w muzyce ważna rzecz i podejście tych kolesi wyraźnie przebija przez muzykę. Dokładnie tak to odbieram, choć nie znam polskiego. Za postawę – najwyższa ocena.

Voo Voo – Leszek mi mówił

[robi przerażoną minę] Zaczęło się jak Creedence Clearwater Revival, a teraz jest jeszcze gorzej. (śmiech) Bardzo zwyczajne. Po prostu rockandrollowy standard, a przecież lata 50. już się skończyły… Nie ma w tym żadnego napięcia. Saksofon barytonowy? Nie lubię tego instrumentu. Dla mnie to zbyt tradycyjne. Najmniej oryginalne z wszystkich rzeczy, które dzisiaj puszczałeś.

 

Gaba Kulka – Hat, Meet Rabbit

No, nareszcie. Czekałem na odrobinę polskiego jazzu. Początek był świetny, teraz trochę za dużo się dzieje. Ten jej śpiew też mógłby być trochę mniej nerwowy, mniej poszarpany. Ale fajne, naprawdę dobra rzecz. Wielki talent.

Nie przypomina ci kogoś?

Nie bardzo. A powinna?

Niektórzy tu mówią, że zżyna z Kate Bush albo Tori Amos.

Oczywiście, takie porównanie zawsze przyjdzie ci do głowy, kiedy kobieta zacznie śpiewać w podobnym rejestrze. Ale to bardzo szowinistyczne podejście. Ta dziewczyna nie kopiuje Kate Bush, śpiewa własnym głosem.

Dezerter – Jeszcze nie zapomniałem

Fajny riff. Świetny patent z tymi pauzami. Wokalista przypomina mi kolesia z meksykańskiej kapeli Café Tacuba. Znasz ich? Dziwaczny zespół, grają właściwie wszystko. Mają też za sobą epizod punkowy i to naprawdę podobnie brzmiało. Kto to jest?

Jeden z pierwszych polskich zespołów punkrockowych. Już ze 30 lat tak grają…

Naprawdę? No to świetnie się starzeją! Zupełnie nie słychać, że to kapela, która zaczynała 30 lat temu. Niezłe. Przepraszam, było niezłe do tego momentu. Heavymetalowych solówek z zawijasami nigdy nie polubię. Po co im to było?

Ścianka – Białe wakacje

Jedna z gitar jest zbyt głośna w miksie, ale podoba mi się ten zespół. Wszystko pięknie osadzone w rytmie, takie ciężkie i czyste. Jak „Harvest” Neila Younga. Kiedy to nagrali?

Siedem lat temu.

Dzisiaj pewnie zrobiliby to inaczej. Choć trochę za dużo bluesa, to jest niezły postrockowy zespół. W ogóle dużo rocka mi dziś puszczałeś. Kiedy ostatnio byłem w Polsce, odniosłem wrażenie, że tu króluje techno.

Cóż, nie mam zbyt wiele techno w swoim iPodzie.

(śmiech) No tak, o tym nie pomyślałem. Z tego, co usłyszałem, wnoszę, że nie ma czegoś takiego jak polski sound. Po prostu macie lepsze i gorsze zespoły. Dobrze. Tak jest normalnie.

 

 

 

Twoim jedynym wrogiem jest czas

Przyszedł kiedyś taki moment, że znudziłem się wywiadami. Tymi 20-minutowymi okienkami, w których mogłem zadać kilka pytań temu lub owemu artyście, w ramach promocji płyty lub koncertu. Zdałem sobie bowiem sprawę z tego, że tak naprawdę ani ja nie chcę rozmawiać, ani oni – obie strony wypełniają tylko obowiązki zawodowe.
Niezależnie od tego, czy rozmawiałem z debiutantem czy gwiazdą – a trafiały się największe – to nie miało sensu, bo to nie była rozmowa. A „zaliczanie” wielkich nazwisk szybko mnie znudziło…

Od jakiegoś czasu na szczęście mam ten komfort, że nie muszę robić wywiadów, nie zarabiam tym na życie, nie muszę się godzić na szybkie randki, na tracenie czasu z kimś, z kim nie chcę gadać i w dodatku wiem, że on/ona ze mną też nie. Mam ten komfort, że rozmawiam, kiedy jestem ciekawy człowieka, a on chce – i ma na czas – podzielić się ze mną kawałkiem swojego życia. Okazało się, że nie trzeba wtedy wymyślać pytań, nie trzeba się w pocie czoła przygotowywać, że wystarczy zaufanie i otwartość.

Ale tym razem – przyznaję – czułem tremę. Genesis Breyer P-Orridge być może jest szalony, na pewno nie jest heteronormatywny, ponad wszelką wątpliwość jest heretykiem. Jest jednak przy tym jedną z najważniejszych postaci kontrkultury, w dodatku rzadkim wcieleniem zasady practice what you preach.
Chciałem zrobić ten wywiad, ale zarazem bałem się, że albo ja nie dźwignę tematu, albo odpowiedzi mnie rozczarują i cały ten mit – który poznałem w głębokich latach 90. z fanzinów i pokątnie kopiowanych nagrań Throbbing Gristle, i który doczekał się w moich oczach pięknej kulminacji za sprawą filmu „Ballada o Genesis i Lady Jaye” – legnie w gruzach.

Zadzwoniłem jednak o umówionej porze i powiem wam… że to prawdopodobnie jeden z najważniejszych wywiadów, jakie przeprowadziłem w życiu. Nie o to chodzi z kim rozmawiałem. Nawet nie o to, że we wszystkim się z nim zgadzam – bo nie we wszystkim. Chodzi o odwagę.

Byliśmy wolni. Absolutnie wolni. Totalna wolność wyboru wzięła się więc z odkrycia, że jesteśmy istotą śmiertelną. Jest takie sufickie przysłowie, które mówi: „każdy dzień przeżywaj tak, jakby miał być ostatnim dniem twojego życia i jakby na podstawie tego jednego dnia całe twoje życie miało zostać osądzone”. Tak próbujemy żyć. Czy dzisiaj daliśmy coś światu? Czy powiedzieliśmy dziś coś, z czego inni mogą skorzystać? Czy pozwoliliśmy sobie na czułość wobec innej osoby? Ile prawdy odsłoniliśmy tego dnia?

PS. Język angielski pod tym względem jest szczęśliwie neutralny, ale długo zastanawiałem się, czy do transseksualnego Genesis(a) w polskiej wersji wywiadu zwracać się w rodzaju męskim, czy żeńskim. Wybrałem męski, bo jednak przez większość życia – a dużo tu retrospekcji – Genesis był(a) mężczyzną. Zostawiłem natomiast liczbę mnogą, w której P-Orridge odpowiada na moje pytania. Nie jest to bynajmniej pluralis maiestatis – ale wyjaśnienie znajdziecie na końcu tekstu…

Piekło wiem gorsze niż Dante

Skłamałbym, gdybym powiedział, że jestem w teatrze częstym gościem. Kiedyś, na studiach, gdy się zachłysnąłem Krakowem i jego możliwościami, to owszem, bywałem, ale później coraz rzadziej i rzadziej… Przyznaję więc, że jestem jednym z tych, na których Furia zadziałała jak magnes. No bo jeśli black metal bluźnierczo połączony ze świętością narodową, jaką jest „Wesele” Stanisława Wyspiańskiego, nie jest wystarczającym powodem, żeby pójść do teatru, to co nim jest?

Niewiele wiedziałem o tym, jaki jest pomysł Jana Klaty na tę inscenizację i nie chciałem się dowiadywać. Wolałem dać się zaskoczyć, zaczarować, choć podejrzewałem, że mogę się wykazać dużą odpornością na to, co mnie czeka w Starym Teatrze – bo o ile szacowna teatralna publiczność, po raz pierwszy w życiu skonfrontowana z blackmetalową chłostą, mogła pogubić binokle, o tyle ja… no właśnie.

Wesele_Klata_015

fot. Magdalena Hueckel

Nie doceniłem przeciwnika. Pomysł Klaty na włączenie Furii w „Wesele” nie był fanaberią wiecznego prowokatora, co to uważa, że im dziwniej tym lepiej. Nie był też próbą „podlansowania się plecach popularnego zespołu” (owszem, w środowisku metalowym pojawiły się takie opinie, co jest i strasznym, i śmiesznym dowodem na oderwanie owego od rzeczywistości – bo 90% publiczności „Wesela” nie wie, co to Furia czy w ogóle black metal i ma to gdzieś, liczy się tylko i wyłącznie efekt tej współpracy), ale przemyślanym uzupełnieniem wizji poety o środki wyrazu, które jej nie tylko nie zaprzeczyły, ale wręcz wzmocniły ją, zintensyfikowały. Furia brzmiała na scenie Starego, jakby Wyspiański zapisał te dźwięki w didaskaliach. Mało tego! W tekst „Wesela” (po autorsku, ale z szacunkiem dla materiału wyjściowego przycięty przez Klatę) wplecione zostały wersy piosenek Nihila i… to też działało. Młodopolska manieryczność Furii, czasem wyśmiewana (nie żebym się dziwił), zrosła się ze stuletnim dramatem w jeden, porywający żywioł.

Muzycy Furii nie tylko wykonują swoje opętańce, ale są też w „Weselu” Klaty… ważnym elementem scenografii. Półnadzy, ustawieni pojedynczo na wysokich postumentach, siedzą lub stoją nieruchomo i straszą widzów swoimi zakazanymi, wymalowanymi gębami. Bohaterowie sztuki poddają się ich muzyce – ale tańczą jak zahipnotyzowani, na granicy jawy i snu – lecz muzykantów najwyraźniej nie widzą. Dopiero w drugim akcie, kiedy otwierają się bramy piekieł, gdy przybywają upiory, jeden z nich – Stańczyk – dostrzega zespół i pozdrawia każdego z muzyków na powitanie. Oni zresztą nie reagują, kamienne twarze ani drgną, ale to kapitalny moment… Swój pozna swojego.

Furia gra więc w tym spektaklu i gra ich muzyka – głównie fragmenty numerów znane z płyt, choć są i fragmenty wyraźnie lustracyjne, stworzone na potrzeby „Wesela” – i ani przez chwilę nie miałem wrażenia, że coś tu zgrzyta, że jest to połączenie naciągane, niepotrzebne, sztuczne. Jeśli ktoś tego się obawiał, lękał się niepotrzebnie.

„Wesele” Klaty jest wściekle intensywne, ponure i pesymistyczne. Już od pierwszej sceny. Tu nic nie ma prawa się udać – ani ta miłość, ani ta jedność, ani ten zryw, ta nasza wspólna, święta sprawa. Niestety, to nie antypolska manipulacja reżysera, co chce szargać świętości (a wiadomo, że trza, żeby święte były), ale sam tekst Wyspiańskiego. Bo jeśli czegoś w tym „Weselu” można się naprawdę wystraszyć to nie srogich blackmetalowców i ich jadowitej muzyki, ale bolesnej aktualności napisanego sto lat temu dramatu.

Myślałem o tym, gdy tuż po premierze, po długiej owacji na stojąco, cały zespół Starego Teatru (wliczając Krzysztofa Globisza) zgromadził się na scenie i odczytał oświadczenie dotyczące wyników konkursu na nowego dyrektora teatru. Pojawiły się łzy, na scenie i na widowni, ale błysnął też promień nadziei – że to jeszcze nie koniec, że będą rozmowy, że minister obiecał spotkanie.
Byłem świadkiem wydarzenia, które przejdzie do historii polskiego teatru, nie mam co do tego wątpliwości. Lecz jeśli wierzyć „Weselu” – a ja uwierzyłem – z tych naszych polsko-polskich rozmów znowu nic nie wyjdzie. Będzie gadanie, będą tańce, padną wielkie, święte słowa, a skończy się jak zwykle – kacem.

Życie nasze nic niewarte: kult Bachusa i Astarte…

Być jak Shane Embury

– Shane ma 50 lat i zagra dzisiaj trzy jebane koncerty. Facet stracił rozum! – w ten sposób Kevin Sharp przedstawił swojego kolegę z Lock Up i głównego bohatera wieczoru. Po czym dodał. – A co wy zrobicie ze swoim życiem, kiedy stuknie wam pięćdziesiątka?

Dobra, Kevin, słyszałem cię. Ja, smarkacz ledwie po czterdziestce, czasem łapię się na myśli, że lepiej już było, że na niektóre przygody jestem za stary… a w czwartek w krakowskim klubie Kwadrat dostałem lekcję, którą długo zapamiętam.
Shane Embury pojawił się na moim radarze pod koniec lat 80., jako basista Napalm Death. Zwany był przez nas pieszczotliwie Pieczarą, od charakterystycznej fryzury, przypominającej gigantyczną, dorodną pieczarkę (Pana Józefa, który wyhodował ją u siebie na działce wpisujemy do naszej teleekspresowej galerii ludzi pozytywnie zakręconych…). Dzisiaj ta pieczarka jest już mocno przetarta na czubku, ale za to jej właściciel to wciąż czubek, pewnie nawet większy niż kiedykolwiek wcześniej. Jeśli wierzyć Metal Archives, udziela się obecnie równolegle w 13 zespołach (trudno się dziwić, że jeśli chce z każdym z nich trochę pokoncertować, musi tematy pakietować) i nie wygląda na to, by myślał o emeryturze, czy choćby o przerzuceniu się z grindu na bluesa. W Krakowie – jak codziennie, na każdym koncercie tej trasy! – pojawił się na scenie w aż trzech składach i ani przez chwilę nie markował ciosów, nie prosił trenera o czas, nie słabował. Normalnie Noriaki Kasai grindcore’a.

shane3

Shane Embury, basista zespołu Lock Up

Zaszczyt otwarcia wieczoru przypadł polskiej formacji Mentor i choć sala nie była jeszcze pełna, muzycy dzielnie walczyli o przychylność publiczności. Szybko ją zdobyli, bo drapieżny, dynamiczny crossover z pieśniarzem dysponującym naprawdę mocną koparą, miał kilka mocnych argumentów w swojej sprawie. Trochę scenicznego otrzaskania przyda się temu składowi, ale na pewno nie można powiedzieć, że Mentor robił tu za support rzucony na pożarcie – po prostu dobrze do tego składu pasowali.

Lock Up podkręcili tempo, ale chyba wszystkich apetytów nie zaspokoili: kiedy pomiędzy „Brethren of the Pentagram” a „Accelerated Mutation” na sekundę zapadła cisza, ktoś głośno ich upomniał: „Szybciej, kurwa!”. No i proszę, jak w „Koncercie życzeń” – rzeczywiście zapierdzielali bez wytchnienia. Po raz pierwszy widziałem Lock Up z nowym wokalistą, ale trzeba przyznać, że na frontmanach to oni nie wytaniają. Po Peterze Tägtgrenie i Tomasie Lindbergu mikrofon przejął Kevin Sharp z nieodżałowanego Brutal Truth, czyli typ, co dobrze wie, którą stroną kaczka wodę pije. Wskoczył na scenę w koszulce z Johnnym Cashem i kowbojskim kapelutku (ten utrzymał mu się na głowie tylko do połowy koncertu), proponując nie tylko wściekłe wrzaski, ale też obleśne gesty i język plugawy, co doskonale pasowało do wizerunku zżulonego pastucha z Arkansas. Trudno faceta nie kochać.

– We’re Power Trip from Dallas, Texas. And no, we didn’t vote for Donald Trump, don’t even ask – tak przedstawił się kolejny zespół, czarny koń tej gonitwy. Najmniej utytułowany z zagranicznych gości, o najkrótszym stażu (członkowie grupy wyraźnie zaniżali średnią wieku na sali), za to wyraźnie na fali wznoszącej. Power Trip to najbardziej klasyczna, a więc w tym przypadku najbardziej thrashowa rzecz w zestawieniu, z jasnym, klarownym brzmieniem, miejscem na solówki i umiejętnie dozowanym kłusem, idealnym do headbangingu, któremu z lubością oddawali się i panowie na scenie i ich świeżo pozyskani fani pod barierkami. Nie dziwię się, bo choć sam szalikowcem Power Trip nie zostanę, muszę przyznać, że ich pomysł na muzykę robi wrażenie. To pogranicze thrashu z Południa, a więc i groove’u godnego Exhorder czy nawet Sacred Reich, z hardcore’owym konkretem. Patent może i prosty, ale grunt, że działa – nieźle na płycie, jeszcze lepiej na żywo.
– Dobrze napierdalają, chuje… – westchnął stający obok mnie dżentelmen w przerwie pomiędzy utworami. Trudno z tym polemizować. Dobrze napierdalali.

shane2

Brujeria z basistą trudnym do zidentyfikowania

Brujeria to nie jest rzecz dla wszystkich. Najczęściej słyszałem zarzut, że to niepoważne. Dość zaskakujący w ustach ludzi, którzy od dekad bez mrugnięcia okiem łykają smoki, wiedźmy i inne czary-mary, ale w porządku, każdemu jego porno. Ja Brujerię uwielbiam od zawsze, choć oczywiście nie cały ich dorobek kąsa z pełną mocą. Na szczęście program krakowskiego koncertu oparty był na przebojach – zaczęli oczywiście od „Brujerizmo”, zakończyli potężnym „Matando Gueros”, wywijając maczetami z ostrzami w meksykańskich barwach. Po drodze wybrzmiały m.in. „La Migra”, „Viva Presidente Trump!” (i zespół, i publiczność przesyłali tu urzędującemu prezydentowi USA moc serdecznych pozdrowień środkowym palcem), „Seis Seis Seis”, „Anti-Castro” (jeśli dobrze zrozumiałem zapowiedź – Fidela nie ma, ale jest Raul, więc numer wciąż aktualny), „Marcha de Odio”, „Consejos Narcos” i oczywiście „Marijuana” na bis. „Consejos Narcos” nieco wymknął im się spod kontroli, bo wyciągnięta z publiczności dziewoja zamiast pomagać wokaliście z kartonową tablicą i w odpowiednim czasie pokazywać „Si” lub „No”, wolała kręcić biodrem, wdzięczyć się do publiczności i przytulać do muzyków. Nie żeby ten epizod komukolwiek zakłócił odbiór, bo przecież Brujeria sama pozwala sobie na scenie na humorystyczne akcenty, choćby wstrząsające układy choreograficzne wokalistów. Ale już muzycznie jest to bardzo poważna sytuacja, w końcu mamy do czynienia z obecnym składem Lock Up minus Sharp. Brzmienie srogie, twarde, surowe, w nutkach sporo chaosu, wokalna wściekłość na dwa, a czasem nawet trzy gardła… nic dziwnego, że grupa rekonstrukcyjna zgromadzona pod sceną zainscenizowała bitwę pod Grunwaldem. Znakomity koncert. Gracias Cabrones!

shane1

Shane Embury, basista grupy Napalm Death

Wielki finał grindowej majówki (czy można to włączyć do oficjalnego programu obchodów i powtarzać co roku?) należał do Napalm Death. Na scenie amok, głównie generowany przez wokalistę, który potrafi być w dwóch miejscach naraz (snajperzy muszą go nienawidzić), pod sceną amok, w głośnikach amok. Na poziomie dźwięku wojna totalna, ale w przesłaniu love and peace, o czym Barney przypominał niemal przed każdym utworem. Przemawiał jak zwykle płomiennie, protestując przeciw niewolniczej pracy i odhumanizowanej polityce, albo piętnując tych, który znowu każą nam się bać ludzi mówiących innym językiem, mających inne preferencje seksualne czy kobiet stojących na straży swoich praw. A przecież „po to mamy mózgi, by odfiltrować to gówno”…
Program? Cios za ciosem, pełen przekrój przez ich grindową odyseję. Od „Scum”, przez „From Enslavement to Obliteration”, „Suffer the Children”, „Christening of the Blind” czy „Twist the Knife (Slowly) po „Smash a Single Digit”‎. Była też garść coverów, z „Nazi Punks Fuck Off” na czele, a nawet „You Suffer”, sieknięte znienacka, bez zapowiedzi, za to skwitowane przez Barneya radosnym: „Concentrate, for fuck’s sake!”.

Tak, skoncentrować się… Łatwo ci się, gościu, mówi. A ja tu już piątą godzinę stoję i daję się chłostać decybelami oraz stroboskopem. W głowie dudni, kręgosłup boli, jestem zmęczony, w sumie zagraliście już wszystkie moje ulubione numery. Może by się tak wymknąć do domu?
I wtedy popatrzyłem na Shane’a. Tego misiowatego pięćdziesięciolatka, który miał już za sobą dwie i pół godziny na scenie. Dwie i pół godziny grindowego sprintu! Popatrzyłem na Shane’a i aż głupio mi się zrobiło, że jeszcze przed chwilą zerkałem w kierunku drzwi. Oczywiście, zostałem na koncercie do ostatniej nuty, z szacunku dla tego pana.
Jak będę duży, chcę być jak Shane.

shane4

Podziękowania dla KnockOut Productions i Piotra Śliwy (PKS Photography).

 

Roadburned

Siedzę na lotnisku w Eindhoven, czekam na samolot do domu. Najlepsza z żon pogrążona w lekturze jakichś mądrych tekstów o naturze ludzkiej, a ja – wciąż jeszcze oszołomiony, ogłuszony i oślepiony Roadburnem – próbuję zebrać na szybko wrażenia po kolejnej udanej edycji mojego ukochanego festiwalu.

Mysticum

Mysticum

Mocna w tym roku była reprezentacja składów, które pozwalają sobie na dużo swobody w tym, co robią, które potrafią improwizować, dać się porwać koncertowi i pogonić w nieznane. Przede wszystkim równie dzikie, co psychodeliczne Oranssi Pazuzu. Fajnie jest obserwować jak rosną na Roadburn – kilka lat temu siekali nas na plasterki na jednej z mniejszych scen, później okazali się równie skuteczni na większej, w kościele, po czym otrzymali miejsce na głównej i okazało się, że wiedzą, co z tym zrobić. Absolutnie znakomite, głośne, intensywne i porywające było Zu, ale świetnie sprawdził się też Gnod (obejrzałem fragmenty trzech ich koncertów, w różnych personalnych konfiguracjach i za każdym razem polegało to na hipnotycznym ćwiczeniu dwóch dźwięków przez 20 minut – ale takie to były dźwięki i tak grane, że publiczność podziwiała z otwartymi paszczami), dzielnie galopował Aluk Todolo. Na koncercie tego ostatniego pomyślałem wręcz, że trochę już mam dość tego Montreux, że chciałbym po prostu zobaczyć koncert dobrego zespołu, który dobrze gra swoje dobre piosenki. I udało się, chociaż nie od razu i nie tam, gdzie się spodziewałem…

Nawet najlepszy festiwal świata potrafi rozczarować. Coven postawili na efektowną oprawę, ze szczególnie imponującym, pompatycznym i ciągnącym się w nieskończoność otwarciem – a było to coś pomiędzy wizytą na planie filmu z serii Universal Horrors a prywatką u Antona Szandora LaVey’a w 1968 roku. Dosłownie, bo Coven przybywa przecież z tamtego świata i nie stylizuje się na vintage’owy pop-okultyzm, ale jest jego dość istotną częścią. Fajnie było dopóki Jinx nie wyszła z trumny – jaka subtelna sugestia 😉 – i nie zaczęło się granie. Cóż, z całą pewnością jest to zespół kultowy, legendarny i może nawet trochę pionierski (w czasie koncertu zastanawiałem się na przykład czy Mercyful Fate pocąc się nad swoimi pierwszymi piosenkami znali „Witchcraft Destroys Minds & Reaps Souls”), ale nie jest to, a już na pewno nie dziś, zespół dobry. Zestarzały się też obrzydliwie prawie wszystkie piosenki, a kiedy już pojawiła się w głowie myśl, że słucham amerykańskiej Ałły Pugaczowej tylko dlatego, że skusiła mnie cmentarno-diabolicznym anturażem, postanowiłem poszukać szczęścia na innym koncercie…
Długo nie wytrzymałem też na My Dying Bride, choć Anglicy właściwie robili wszystko tak, jak trzeba. Był repertuar „best of”, były bezdennie smutne, ale autentycznie świetne wizualizacje, było dobre brzmienie… i tylko mnie tam nie było. Te lamenty, łkania i zawodzenia trafiały do mnie jeszcze gdy miałem 20 lat z okładem (choć szalikowcem grupy nigdy nie byłem), ale teraz po prostu nie potrafiłem im uwierzyć. Nie przekonują mnie panowie w średnim wieku, przeżywający świat w ten byronowsko-werterowski sposób, to po prostu nie dla mnie, nawet jeśli piosenki przyjemnie znajome pobrzmiewały echem czasów pacholęcej beztroski.

MDB

My Dying Bride

Na Roadburn każdy muzyk sprawia wrażenie w pełni oddanego temu, co robi. Każdy wygląda na zaangażowanego. Dla wielu to oczywiście za mało, więc wybierają dla siebie różne role – maklera giełdowego po przejściach (My Dying Bride) albo popa z ciemnej strony mocy (Batushka)… Najbardziej wiarygodni są jednak ci, którzy po prostu to mają. Którzy ponad wszelką wątpliwość funkcjonują w innej rzeczywistości i na naszych oczach walczą z tymi swoimi smokami, demonami czy co tam ich aktualnie atakuje. David Tibet – na Roadburn ze swoim nowym projektem Hypnopazuzu – robi to tradycyjnie: słowem, strojem (niezmiennie: zniszczony występnym życiem urzędnik państwowy wiktoriańskiej Anglii na placówce w dalekich, zamorskich koloniach) i winem (tym razem białym). Eugene Robinson z Oxbow, również na podium, za gołą klatę i maniery psychopaty, który tym razem ci daruje. Ale pierwsze miejsce w tym roku zgarnął Charlie Fell z Cobalt, który zaczął występ od rzucenia w tłum butelką i okrzyku „Fuck the law!” (na tym zresztą opierała się jego konferansjerka podczas całego koncertu), by następnie pogalopować na czele zespołu ku wojnie. Nie wiadomo, z kim ją toczył, ale ponad wszelką wątpliwość był to bój srogi, a nienaturalnie wyprężony Fell to strzelał z niewidzialnego łuku, to znów sięgał po wyimaginowany shotgun. Wyeksponowany w ten sposób skromny element garderoby – czarne rękawiczki – tylko wzmacniał wrażenie, że coś tu z panem jest bardzo nie bardzo… Oczywiście, Charlie nie zapominał też o swoich obowiązkach wokalnych i jego głos, równie wściekły, co udręczony, doskonale pasował do frenetycznej gry całego zespołu. Zważywszy na to, że Cobalt nie jest szczególnie otrzaskany scenicznie, a już na pewno nie w tym składzie – zaskakująco dobry, chwilami wręcz porywający koncert.

Hypno

Hypnopazuzu

Niestety, do końca nie zostałem, bo kilka metrów obok, na dużej scenie, działy się rzeczy równie wspaniałe, choć skrajnie odmienne pod względem emocji. Gdy już wyrwałem się z pola rażenia histerycznej kanonady w wykonaniu Cobalt i wszedłem na salę, którą wzięli w posiadanie Kevin Martin and Dylan Carlson, przez dobre kilka minut nie mogłem się dostroić do tego, co widzę i słyszę. Bo tam galopują dzicy, a tu mamy budowniczych katedr przy ich mrówczej pracy. Inne tempo, skrajnie odmienne środki wyrazu (przebasowane bity Buga plus kosmiczne gitarowe pętle lidera Earth minus wokale), choć rzecz równie, jeśli nie bardziej ekstremalną. Panowie wysnuwali bowiem swoje opowieści z pojedynczych, rozlanych szeroko dźwięków, by cegiełka po cegiełce dokładać uderzenie basowym młotem lub całą dronową belkę. Czasem dało się z tego wyseparować melodię, to znów rytm przez chwilę nabierał niemal tanecznego charakteru. W punktach kulminacyjnych, szczególnie tych wyraźnie rytmicznie zorganizowanych, brzmiało to jak lądowanie statku kosmicznego na środku ogromnej wojskowej defilady. Jak najlepsze czasy Laibach, ale gęściej, mocniej, bardziej.

Główną atrakcją trzeciego dnia festiwalu była norweska grupa Mysticum – i nie wszyscy rozumieli ten wybór. Co mnie nie dziwi. Choć rzecz jest w pewnych kręgach kultowa, a próba połączenia ekstremalnego black metalu z równie ekstremalnym industrial techno w połowie lat 90. była pomysłem dość śmiałym, trzeba pamiętać, że Mysticum zniknęli z radarów na długie lata, a powrotny album „Planet Satan” spotkał się z umiarkowanie entuzjastycznym przyjęciem. A jednak to, co trio z Asker przygotowało na Roadburn zaskoczyło wszystkich, zarówno entuzjastów, jak i sceptyków. Mysticum stworzyło sobie zupełnie nową kategorię dyscypliny „ekstremalny metalowy show” – po czym z pełną bezczelnością przyznało sobie w niej tytuł mistrzowski. A przecież pomysł był w gruncie rzeczy prosty. Oszałamiające wizualizacje za plecami zespołu to już na koncertach metalowych standard, prawda? Wielopiętrowe konstrukcje sceniczne, które służą równocześnie za rampy świetlne i kryją gniazda DJ-ów to na imprezach elektronicznych też nic nowego. Może by to więc połączyć?

IMG_3666 2

Mysticum

Muzycy Mysticum na Roadburn stali jakieś pięć metrów nad publicznością, może wyżej. Każdy na swojej ambonie, w takim samym rozkroku, z gitarą w łapie i przed mikrofonem. A pod nimi, za nimi i nad nimi – reflektory, stroboskopy, lasery oraz elementy składowe ogromnego ekranu, który wyświetlał wizualizacje: maszerujące wojska, budzące niepokój komunikaty (od niezapomnianego „Never Stop the Madness” zaczynając), grzyby, psychodeliczne wiry… W połączeniu z mechanicznym brzmieniem zespołu i oszałamiającym tempem ich utworów robiło to wszystko piorunujące wrażenie. Gdyby nie niepotrzebne przerwy między utworami (wtedy, ku swemu wielkiemu rozczarowaniu, przypominałem sobie, że to jednak ludzie grający na instrumentach, nie jakaś trzygłowa machina wojenna), gdyby nie to, że po jakimś czasie wizualizacje zaczęły się powtarzać, oscylując głównie wokół logotypu Mysticum, gotów byłbym uznać występ Norwegów za najlepszy koncert festiwalu. Tego natomiast, że przejdzie do historii jestem pewien, podobnie jak tego, że zmieni reguły gry. Tylko bowiem patrzeć, jak ci muzycy, co w sobotę na Mysticum zadzierali głowy z podziwem i zazdrością, sami zaczną stosować podobne patenty. Byliby głupi, gdyby nie stosowali.

Gnaw

Gnaw Their Tongues

Imponujący show przygotował również Ulver, zespół który ma więcej ambicji niż możliwości. W warunkach studyjnych to się zwykle sprawdza, bo dłubią dopóki nie wydłubią, ale na koncertach różnie do tej pory bywało. Najczęściej gorzej. Muszę jednak przyznać, że na Roadburn 2017 zobaczyłem i usłyszałem najlepszy koncert Ulver, w jakim dane mi było do tej pory uczestniczyć. Po pierwsze, grali materiał z nowej płyty „The Assassination of Julius Caesar”, a tę lubię. Po drugie Garm coraz lepiej panuje na koncertach nad głosem, choć jak ktoś się wilkiem urodził, słowikiem nigdy nie zostanie. Po trzecie wreszcie, norweski kolektyw przygotował spektakl odbiegający od powszechnie przyjętych metalowych standardów – zamiast oślepiających świateł i/lub mrocznych obrazów/filmów, robotę robiły tu lasery, raz kreślące abstrakcyjne esy-floresy, to znów odpowiednią ilustracją puentujące słowa wyśpiewywane przez Garma. To był bardzo dobry koncert, choć jak już wspomniałem, muzykom Ulver – a może nie tyle muzykom, co zespołowi jako organizmowi – brakuje swobody i zgrania, co szczególnie gryzło w uszy we fragmentach na poły improwizowanych. O ile jazgotliwą i nieco kwadratową kulminację w (jeśli się nie mylę) „Rolling Stone” byłbym jeszcze w stanie przełknąć, o tyle kilkuminutowe pitolenie gitarzysty pomiędzy utworami, na które wypuścił się mniej więcej w połowie koncertu, zepsuło to, co Ulver zdołał zbudować od wejścia na scenę. Rozumiem, że facet chciał mieć swój „Pink Floyd moment”, ale po pierwsze to trzeba umieć, a po drugie, nawet jak się umie, to warto się powstrzymać.
Nie zmienia to faktu, że Ulver zaprezentował się znacznie powyżej oczekiwań. Na pewno jeszcze nie jest to rewelacyjny zespół koncertowy, jeszcze nie potrafią latać tak, jak choćby ich młodsi koledzy z Oranssi Pazuzu, ale uczestniczyłem w tym przedstawieniu z niekłamaną przyjemnością.

Ulver

Ulver

Z podobną rezerwą podchodziłem do występu Wolves In The Throne Room. Widziałem ich dawno temu, na ATP, i wtedy wyszedłem z koncertu z przeświadczeniem, że więcej wysiłku włożyli w makijaże oraz ustawienie i rozpalenie świec na scenie, niż znalezienie odpowiedniego brzmienia gitar. Byłem rozczarowany, bo nie po to tłukłem się przez pół Europy na ponoć (naprawdę) najlepszy festiwal z muzyką alternatywną, by dostać to samo, co widywałem przez ostatnią dekadę na koncertach i festiwalach z undergroundowym metalem, tylko w gorszym wykonaniu. Cóż, wiele się od tamtego czasu zmieniło. Ja przekonałem się do Wolves In The Throne Room w wersji studyjnej, oni natomiast okrzepli jako zespół na scenie. W Tilburgu zabrzmieli wspaniale, potężnie, doskonale balansując potrzeby dwóch skrajnych żywiołów swojej muzyki – smętnych, ambientowych rozlewisk i wybuchów blackmetalowej wściekłości. Wizualnie tym razem bez fajerwerków, ale z pomysłem: światło i dym robiły całą robotę. Świetny koncert, jeden z najlepszych na otwarcie festiwalu.

Big

Big Business

Miała być krótka refleksja, a ja tu już natrzaskałem trzy strony tekstu i końca nie widać. A przecież koniecznie trzeba wspomnieć o Whores. – głośnych, niesfornych, zarażających energią. Big Business – to samo plus element zabawy, w końcu więzy rodzinne z Melvins zobowiązują. Zeal & Ardor – sam jestem zaskoczony, ale na żywo to jest znacznie bardziej spójne i porywające niż w wersji studyjnej, a Manuel okazał się niezłym frontmanem. Oxbow – kocham ten chaos, ten hałas i tego wariata za mikrofonem.
Mało metalu? Tak się jakoś złożyło. A jeśli dodam, że trzy kolejne koncerty, które zrobiły na mnie ogromne wrażenie to Gnaw Their Tongues (pan o wyglądzie zapuszczonego księgowego i jego towarzyszka w garsonce spuścili piekło ze smyczy), Magma (to jest jakiś ewolucyjny błąd muzyki, wątek którego nikt po nich nie podjął, uliczka ślepa, ale piękna!) i Hypnopazuzu (materiał zaaranżowany na duży, świetny skład zrobił na mnie jeszcze lepsze wrażenie niż płyta, była magia i wrażenie, że świat się skończy za kwadrans), wyjdzie na to, że Roadburn nie jest festiwalem metalowym, ale po prostu imprezą z szeroko pojmowaną muzyką alternatywną. Tymczasem to nieprawda. Bo po pierwsze można było przejść tę edycję festiwalu szlakiem zupełnie do mojego niepodobnym (ot, choćby zaliczając Baroness, Emptiness czy Memoriam) i też znakomicie się bawić, a po drugie, uważam, że Walter, szef tego cyrku, po prostu metal swój widzi ogromnym. I bardziej zwraca uwagę na rebelianckiego, mrocznego ducha tej muzyki, niż jego manifestację w postaci konkretnych brzmień czy scenicznych rytuałów.

Baroness

Baroness

Dlatego, kiedy na koncercie Dälek (super to jechało, choć nie mogłem się oprzeć wrażeniu, że w epoce clipping. i Death Grips nie kąsają już tak jak przed wojną, bliżej im do Portishead niż do prawdziwych radykałów) stanął obok mnie rosły młodzieniec z telewizorem DIO na plecach i zabrał się za zaciekły headbanging pod te smoliste bity, nie poczułem dysonansu poznawczego. Nie uznałem, że coś tu jest nie tak, nie na miejscu. Pomyślałem po prostu: „Oto Roadburn właśnie”.

Niech będą Pochwalone

W piątkowy wieczór koncert Pochwalonych. We wcześniejszym – całkiem jeszcze niedawnym – wcieleniu proponowały wielowątkowy misz-masz etno z rockiem, realizowany w dużym składzie, ale nagle zmutowały w nietypowe power trio. Wachlarz dostępnych brzmień jest mniejszy, ale z to energia zwala z nóg. Bo dzisiaj Pochwalone to po prostu totalna sekcja rytmiczna – mamuniu, co Tekla wyprawia na tym basie, jaki ona ma sound! – plus Nika, która jest sceniczną bestią, groźną nawet kiedy scena ma 2 na 2 metry. Swoją drogą dowiedziałem się, że niektóre koncerty tej inkarnacji Pochwalonych – w tym krakowski – są nagrywane z myślą o wydawnictwie płytowym. Zgaduję, że dziewczyny mogą obawiać się, że tej mocy, którą wytwarzają na scenie, nie da się odtworzyć w studiu, dłubiąc samotnie nad śladami poszczególnych instrumentów – bo to rzeczywiście może być trudne. No cóż, poczekamy–usłyszymy, a póki co, jak ktoś bardzo niecierpliwy, musi się zadowolić YouTubem.

Można oczywiście dumać nad porównaniami – że Sabot, że Shellac, że Mike Watt, a nawet, że Primus… – każdy ma swoich znajomych i każdy sobie to jakoś w głowie w odpowiednią szufladkę upcha. Ważne, że żre, że dudni i stuka, łomocze i pędzi. Ważne też, że ten napęd rakietowy niesie treści, w które warto się wsłuchać.
Mi na przykład nie może wyjść z głowy tekst jednego z nowych utworów zaprezentowanych tego wieczoru, chyba też przez sam zespół szczególnie ulubionego, bo usłyszeliśmy go również na bis (to – jak się później dowiedziałem – wiersz Joanny Mueller-Liczner „To nie jest tak jak myślisz siostro”, przystrzyżony i uformowany w piosenkę przez Barbarę Klicką i Nikę). A leci tak:

Siostro, odpuść skrajnościom, gdy się naparzają,
a mówiących od czapy nie potępiaj w czambuł.
I nawet kiedy wybór pomylę z kapitulacją,
obejmij mnie narracją, która nie wyklucza.