Piekło wiem gorsze niż Dante

Skłamałbym, gdybym powiedział, że jestem w teatrze częstym gościem. Kiedyś, na studiach, gdy się zachłysnąłem Krakowem i jego możliwościami, to owszem, bywałem, ale później coraz rzadziej i rzadziej… Przyznaję więc, że jestem jednym z tych, na których Furia zadziałała jak magnes. No bo jeśli black metal bluźnierczo połączony ze świętością narodową, jaką jest „Wesele” Stanisława Wyspiańskiego, nie jest wystarczającym powodem, żeby pójść do teatru, to co nim jest?

Niewiele wiedziałem o tym, jaki jest pomysł Jana Klaty na tę inscenizację i nie chciałem się dowiadywać. Wolałem dać się zaskoczyć, zaczarować, choć podejrzewałem, że mogę się wykazać dużą odpornością na to, co mnie czeka w Starym Teatrze – bo o ile szacowna teatralna publiczność, po raz pierwszy w życiu skonfrontowana z blackmetalową chłostą, mogła pogubić binokle, o tyle ja… no właśnie.

Wesele_Klata_015

fot. Magdalena Hueckel

Nie doceniłem przeciwnika. Pomysł Klaty na włączenie Furii w „Wesele” nie był fanaberią wiecznego prowokatora, co to uważa, że im dziwniej tym lepiej. Nie był też próbą „podlansowania się plecach popularnego zespołu” (owszem, w środowisku metalowym pojawiły się takie opinie, co jest i strasznym, i śmiesznym dowodem na oderwanie owego od rzeczywistości – bo 90% publiczności „Wesela” nie wie, co to Furia czy w ogóle black metal i ma to gdzieś, liczy się tylko i wyłącznie efekt tej współpracy), ale przemyślanym uzupełnieniem wizji poety o środki wyrazu, które jej nie tylko nie zaprzeczyły, ale wręcz wzmocniły ją, zintensyfikowały. Furia brzmiała na scenie Starego, jakby Wyspiański zapisał te dźwięki w didaskaliach. Mało tego! W tekst „Wesela” (po autorsku, ale z szacunkiem dla materiału wyjściowego przycięty przez Klatę) wplecione zostały wersy piosenek Nihila i… to też działało. Młodopolska manieryczność Furii, czasem wyśmiewana (nie żebym się dziwił), zrosła się ze stuletnim dramatem w jeden, porywający żywioł.

Muzycy Furii nie tylko wykonują swoje opętańce, ale są też w „Weselu” Klaty… ważnym elementem scenografii. Półnadzy, ustawieni pojedynczo na wysokich postumentach, siedzą lub stoją nieruchomo i straszą widzów swoimi zakazanymi, wymalowanymi gębami. Bohaterowie sztuki poddają się ich muzyce – ale tańczą jak zahipnotyzowani, na granicy jawy i snu – lecz muzykantów najwyraźniej nie widzą. Dopiero w drugim akcie, kiedy otwierają się bramy piekieł, gdy przybywają upiory, jeden z nich – Stańczyk – dostrzega zespół i pozdrawia każdego z muzyków na powitanie. Oni zresztą nie reagują, kamienne twarze ani drgną, ale to kapitalny moment… Swój pozna swojego.

Furia gra więc w tym spektaklu i gra ich muzyka – głównie fragmenty numerów znane z płyt, choć są i fragmenty wyraźnie lustracyjne, stworzone na potrzeby „Wesela” – i ani przez chwilę nie miałem wrażenia, że coś tu zgrzyta, że jest to połączenie naciągane, niepotrzebne, sztuczne. Jeśli ktoś tego się obawiał, lękał się niepotrzebnie.

„Wesele” Klaty jest wściekle intensywne, ponure i pesymistyczne. Już od pierwszej sceny. Tu nic nie ma prawa się udać – ani ta miłość, ani ta jedność, ani ten zryw, ta nasza wspólna, święta sprawa. Niestety, to nie antypolska manipulacja reżysera, co chce szargać świętości (a wiadomo, że trza, żeby święte były), ale sam tekst Wyspiańskiego. Bo jeśli czegoś w tym „Weselu” można się naprawdę wystraszyć to nie srogich blackmetalowców i ich jadowitej muzyki, ale bolesnej aktualności napisanego sto lat temu dramatu.

Myślałem o tym, gdy tuż po premierze, po długiej owacji na stojąco, cały zespół Starego Teatru (wliczając Krzysztofa Globisza) zgromadził się na scenie i odczytał oświadczenie dotyczące wyników konkursu na nowego dyrektora teatru. Pojawiły się łzy, na scenie i na widowni, ale błysnął też promień nadziei – że to jeszcze nie koniec, że będą rozmowy, że minister obiecał spotkanie.
Byłem świadkiem wydarzenia, które przejdzie do historii polskiego teatru, nie mam co do tego wątpliwości. Lecz jeśli wierzyć „Weselu” – a ja uwierzyłem – z tych naszych polsko-polskich rozmów znowu nic nie wyjdzie. Będzie gadanie, będą tańce, padną wielkie, święte słowa, a skończy się jak zwykle – kacem.

Życie nasze nic niewarte: kult Bachusa i Astarte…

Być jak Shane Embury

– Shane ma 50 lat i zagra dzisiaj trzy jebane koncerty. Facet stracił rozum! – w ten sposób Kevin Sharp przedstawił swojego kolegę z Lock Up i głównego bohatera wieczoru. Po czym dodał. – A co wy zrobicie ze swoim życiem, kiedy stuknie wam pięćdziesiątka?

Dobra, Kevin, słyszałem cię. Ja, smarkacz ledwie po czterdziestce, czasem łapię się na myśli, że lepiej już było, że na niektóre przygody jestem za stary… a w czwartek w krakowskim klubie Kwadrat dostałem lekcję, którą długo zapamiętam.
Shane Embury pojawił się na moim radarze pod koniec lat 80., jako basista Napalm Death. Zwany był przez nas pieszczotliwie Pieczarą, od charakterystycznej fryzury, przypominającej gigantyczną, dorodną pieczarkę (Pana Józefa, który wyhodował ją u siebie na działce wpisujemy do naszej teleekspresowej galerii ludzi pozytywnie zakręconych…). Dzisiaj ta pieczarka jest już mocno przetarta na czubku, ale za to jej właściciel to wciąż czubek, pewnie nawet większy niż kiedykolwiek wcześniej. Jeśli wierzyć Metal Archives, udziela się obecnie równolegle w 13 zespołach (trudno się dziwić, że jeśli chce z każdym z nich trochę pokoncertować, musi tematy pakietować) i nie wygląda na to, by myślał o emeryturze, czy choćby o przerzuceniu się z grindu na bluesa. W Krakowie – jak codziennie, na każdym koncercie tej trasy! – pojawił się na scenie w aż trzech składach i ani przez chwilę nie markował ciosów, nie prosił trenera o czas, nie słabował. Normalnie Noriaki Kasai grindcore’a.

shane3

Shane Embury, basista zespołu Lock Up

Zaszczyt otwarcia wieczoru przypadł polskiej formacji Mentor i choć sala nie była jeszcze pełna, muzycy dzielnie walczyli o przychylność publiczności. Szybko ją zdobyli, bo drapieżny, dynamiczny crossover z pieśniarzem dysponującym naprawdę mocną koparą, miał kilka mocnych argumentów w swojej sprawie. Trochę scenicznego otrzaskania przyda się temu składowi, ale na pewno nie można powiedzieć, że Mentor robił tu za support rzucony na pożarcie – po prostu dobrze do tego składu pasowali.

Lock Up podkręcili tempo, ale chyba wszystkich apetytów nie zaspokoili: kiedy pomiędzy „Brethren of the Pentagram” a „Accelerated Mutation” na sekundę zapadła cisza, ktoś głośno ich upomniał: „Szybciej, kurwa!”. No i proszę, jak w „Koncercie życzeń” – rzeczywiście zapierdzielali bez wytchnienia. Po raz pierwszy widziałem Lock Up z nowym wokalistą, ale trzeba przyznać, że na frontmanach to oni nie wytaniają. Po Peterze Tägtgrenie i Tomasie Lindbergu mikrofon przejął Kevin Sharp z nieodżałowanego Brutal Truth, czyli typ, co dobrze wie, którą stroną kaczka wodę pije. Wskoczył na scenę w koszulce z Johnnym Cashem i kowbojskim kapelutku (ten utrzymał mu się na głowie tylko do połowy koncertu), proponując nie tylko wściekłe wrzaski, ale też obleśne gesty i język plugawy, co doskonale pasowało do wizerunku zżulonego pastucha z Arkansas. Trudno faceta nie kochać.

– We’re Power Trip from Dallas, Texas. And no, we didn’t vote for Donald Trump, don’t even ask – tak przedstawił się kolejny zespół, czarny koń tej gonitwy. Najmniej utytułowany z zagranicznych gości, o najkrótszym stażu (członkowie grupy wyraźnie zaniżali średnią wieku na sali), za to wyraźnie na fali wznoszącej. Power Trip to najbardziej klasyczna, a więc w tym przypadku najbardziej thrashowa rzecz w zestawieniu, z jasnym, klarownym brzmieniem, miejscem na solówki i umiejętnie dozowanym kłusem, idealnym do headbangingu, któremu z lubością oddawali się i panowie na scenie i ich świeżo pozyskani fani pod barierkami. Nie dziwię się, bo choć sam szalikowcem Power Trip nie zostanę, muszę przyznać, że ich pomysł na muzykę robi wrażenie. To pogranicze thrashu z Południa, a więc i groove’u godnego Exhorder czy nawet Sacred Reich, z hardcore’owym konkretem. Patent może i prosty, ale grunt, że działa – nieźle na płycie, jeszcze lepiej na żywo.
– Dobrze napierdalają, chuje… – westchnął stający obok mnie dżentelmen w przerwie pomiędzy utworami. Trudno z tym polemizować. Dobrze napierdalali.

shane2

Brujeria z basistą trudnym do zidentyfikowania

Brujeria to nie jest rzecz dla wszystkich. Najczęściej słyszałem zarzut, że to niepoważne. Dość zaskakujący w ustach ludzi, którzy od dekad bez mrugnięcia okiem łykają smoki, wiedźmy i inne czary-mary, ale w porządku, każdemu jego porno. Ja Brujerię uwielbiam od zawsze, choć oczywiście nie cały ich dorobek kąsa z pełną mocą. Na szczęście program krakowskiego koncertu oparty był na przebojach – zaczęli oczywiście od „Brujerizmo”, zakończyli potężnym „Matando Gueros”, wywijając maczetami z ostrzami w meksykańskich barwach. Po drodze wybrzmiały m.in. „La Migra”, „Viva Presidente Trump!” (i zespół, i publiczność przesyłali tu urzędującemu prezydentowi USA moc serdecznych pozdrowień środkowym palcem), „Seis Seis Seis”, „Anti-Castro” (jeśli dobrze zrozumiałem zapowiedź – Fidela nie ma, ale jest Raul, więc numer wciąż aktualny), „Marcha de Odio”, „Consejos Narcos” i oczywiście „Marijuana” na bis. „Consejos Narcos” nieco wymknął im się spod kontroli, bo wyciągnięta z publiczności dziewoja zamiast pomagać wokaliście z kartonową tablicą i w odpowiednim czasie pokazywać „Si” lub „No”, wolała kręcić biodrem, wdzięczyć się do publiczności i przytulać do muzyków. Nie żeby ten epizod komukolwiek zakłócił odbiór, bo przecież Brujeria sama pozwala sobie na scenie na humorystyczne akcenty, choćby wstrząsające układy choreograficzne wokalistów. Ale już muzycznie jest to bardzo poważna sytuacja, w końcu mamy do czynienia z obecnym składem Lock Up minus Sharp. Brzmienie srogie, twarde, surowe, w nutkach sporo chaosu, wokalna wściekłość na dwa, a czasem nawet trzy gardła… nic dziwnego, że grupa rekonstrukcyjna zgromadzona pod sceną zainscenizowała bitwę pod Grunwaldem. Znakomity koncert. Gracias Cabrones!

shane1

Shane Embury, basista grupy Napalm Death

Wielki finał grindowej majówki (czy można to włączyć do oficjalnego programu obchodów i powtarzać co roku?) należał do Napalm Death. Na scenie amok, głównie generowany przez wokalistę, który potrafi być w dwóch miejscach naraz (snajperzy muszą go nienawidzić), pod sceną amok, w głośnikach amok. Na poziomie dźwięku wojna totalna, ale w przesłaniu love and peace, o czym Barney przypominał niemal przed każdym utworem. Przemawiał jak zwykle płomiennie, protestując przeciw niewolniczej pracy i odhumanizowanej polityce, albo piętnując tych, który znowu każą nam się bać ludzi mówiących innym językiem, mających inne preferencje seksualne czy kobiet stojących na straży swoich praw. A przecież „po to mamy mózgi, by odfiltrować to gówno”…
Program? Cios za ciosem, pełen przekrój przez ich grindową odyseję. Od „Scum”, przez „From Enslavement to Obliteration”, „Suffer the Children”, „Christening of the Blind” czy „Twist the Knife (Slowly) po „Smash a Single Digit”‎. Była też garść coverów, z „Nazi Punks Fuck Off” na czele, a nawet „You Suffer”, sieknięte znienacka, bez zapowiedzi, za to skwitowane przez Barneya radosnym: „Concentrate, for fuck’s sake!”.

Tak, skoncentrować się… Łatwo ci się, gościu, mówi. A ja tu już piątą godzinę stoję i daję się chłostać decybelami oraz stroboskopem. W głowie dudni, kręgosłup boli, jestem zmęczony, w sumie zagraliście już wszystkie moje ulubione numery. Może by się tak wymknąć do domu?
I wtedy popatrzyłem na Shane’a. Tego misiowatego pięćdziesięciolatka, który miał już za sobą dwie i pół godziny na scenie. Dwie i pół godziny grindowego sprintu! Popatrzyłem na Shane’a i aż głupio mi się zrobiło, że jeszcze przed chwilą zerkałem w kierunku drzwi. Oczywiście, zostałem na koncercie do ostatniej nuty, z szacunku dla tego pana.
Jak będę duży, chcę być jak Shane.

shane4

Podziękowania dla KnockOut Productions i Piotra Śliwy (PKS Photography).

 

Roadburned

Siedzę na lotnisku w Eindhoven, czekam na samolot do domu. Najlepsza z żon pogrążona w lekturze jakichś mądrych tekstów o naturze ludzkiej, a ja – wciąż jeszcze oszołomiony, ogłuszony i oślepiony Roadburnem – próbuję zebrać na szybko wrażenia po kolejnej udanej edycji mojego ukochanego festiwalu.

Mysticum

Mysticum

Mocna w tym roku była reprezentacja składów, które pozwalają sobie na dużo swobody w tym, co robią, które potrafią improwizować, dać się porwać koncertowi i pogonić w nieznane. Przede wszystkim równie dzikie, co psychodeliczne Oranssi Pazuzu. Fajnie jest obserwować jak rosną na Roadburn – kilka lat temu siekali nas na plasterki na jednej z mniejszych scen, później okazali się równie skuteczni na większej, w kościele, po czym otrzymali miejsce na głównej i okazało się, że wiedzą, co z tym zrobić. Absolutnie znakomite, głośne, intensywne i porywające było Zu, ale świetnie sprawdził się też Gnod (obejrzałem fragmenty trzech ich koncertów, w różnych personalnych konfiguracjach i za każdym razem polegało to na hipnotycznym ćwiczeniu dwóch dźwięków przez 20 minut – ale takie to były dźwięki i tak grane, że publiczność podziwiała z otwartymi paszczami), dzielnie galopował Aluk Todolo. Na koncercie tego ostatniego pomyślałem wręcz, że trochę już mam dość tego Montreux, że chciałbym po prostu zobaczyć koncert dobrego zespołu, który dobrze gra swoje dobre piosenki. I udało się, chociaż nie od razu i nie tam, gdzie się spodziewałem…

Nawet najlepszy festiwal świata potrafi rozczarować. Coven postawili na efektowną oprawę, ze szczególnie imponującym, pompatycznym i ciągnącym się w nieskończoność otwarciem – a było to coś pomiędzy wizytą na planie filmu z serii Universal Horrors a prywatką u Antona Szandora LaVey’a w 1968 roku. Dosłownie, bo Coven przybywa przecież z tamtego świata i nie stylizuje się na vintage’owy pop-okultyzm, ale jest jego dość istotną częścią. Fajnie było dopóki Jinx nie wyszła z trumny – jaka subtelna sugestia 😉 – i nie zaczęło się granie. Cóż, z całą pewnością jest to zespół kultowy, legendarny i może nawet trochę pionierski (w czasie koncertu zastanawiałem się na przykład czy Mercyful Fate pocąc się nad swoimi pierwszymi piosenkami znali „Witchcraft Destroys Minds & Reaps Souls”), ale nie jest to, a już na pewno nie dziś, zespół dobry. Zestarzały się też obrzydliwie prawie wszystkie piosenki, a kiedy już pojawiła się w głowie myśl, że słucham amerykańskiej Ałły Pugaczowej tylko dlatego, że skusiła mnie cmentarno-diabolicznym anturażem, postanowiłem poszukać szczęścia na innym koncercie…
Długo nie wytrzymałem też na My Dying Bride, choć Anglicy właściwie robili wszystko tak, jak trzeba. Był repertuar „best of”, były bezdennie smutne, ale autentycznie świetne wizualizacje, było dobre brzmienie… i tylko mnie tam nie było. Te lamenty, łkania i zawodzenia trafiały do mnie jeszcze gdy miałem 20 lat z okładem (choć szalikowcem grupy nigdy nie byłem), ale teraz po prostu nie potrafiłem im uwierzyć. Nie przekonują mnie panowie w średnim wieku, przeżywający świat w ten byronowsko-werterowski sposób, to po prostu nie dla mnie, nawet jeśli piosenki przyjemnie znajome pobrzmiewały echem czasów pacholęcej beztroski.

MDB

My Dying Bride

Na Roadburn każdy muzyk sprawia wrażenie w pełni oddanego temu, co robi. Każdy wygląda na zaangażowanego. Dla wielu to oczywiście za mało, więc wybierają dla siebie różne role – maklera giełdowego po przejściach (My Dying Bride) albo popa z ciemnej strony mocy (Batushka)… Najbardziej wiarygodni są jednak ci, którzy po prostu to mają. Którzy ponad wszelką wątpliwość funkcjonują w innej rzeczywistości i na naszych oczach walczą z tymi swoimi smokami, demonami czy co tam ich aktualnie atakuje. David Tibet – na Roadburn ze swoim nowym projektem Hypnopazuzu – robi to tradycyjnie: słowem, strojem (niezmiennie: zniszczony występnym życiem urzędnik państwowy wiktoriańskiej Anglii na placówce w dalekich, zamorskich koloniach) i winem (tym razem białym). Eugene Robinson z Oxbow, również na podium, za gołą klatę i maniery psychopaty, który tym razem ci daruje. Ale pierwsze miejsce w tym roku zgarnął Charlie Fell z Cobalt, który zaczął występ od rzucenia w tłum butelką i okrzyku „Fuck the law!” (na tym zresztą opierała się jego konferansjerka podczas całego koncertu), by następnie pogalopować na czele zespołu ku wojnie. Nie wiadomo, z kim ją toczył, ale ponad wszelką wątpliwość był to bój srogi, a nienaturalnie wyprężony Fell to strzelał z niewidzialnego łuku, to znów sięgał po wyimaginowany shotgun. Wyeksponowany w ten sposób skromny element garderoby – czarne rękawiczki – tylko wzmacniał wrażenie, że coś tu z panem jest bardzo nie bardzo… Oczywiście, Charlie nie zapominał też o swoich obowiązkach wokalnych i jego głos, równie wściekły, co udręczony, doskonale pasował do frenetycznej gry całego zespołu. Zważywszy na to, że Cobalt nie jest szczególnie otrzaskany scenicznie, a już na pewno nie w tym składzie – zaskakująco dobry, chwilami wręcz porywający koncert.

Hypno

Hypnopazuzu

Niestety, do końca nie zostałem, bo kilka metrów obok, na dużej scenie, działy się rzeczy równie wspaniałe, choć skrajnie odmienne pod względem emocji. Gdy już wyrwałem się z pola rażenia histerycznej kanonady w wykonaniu Cobalt i wszedłem na salę, którą wzięli w posiadanie Kevin Martin and Dylan Carlson, przez dobre kilka minut nie mogłem się dostroić do tego, co widzę i słyszę. Bo tam galopują dzicy, a tu mamy budowniczych katedr przy ich mrówczej pracy. Inne tempo, skrajnie odmienne środki wyrazu (przebasowane bity Buga plus kosmiczne gitarowe pętle lidera Earth minus wokale), choć rzecz równie, jeśli nie bardziej ekstremalną. Panowie wysnuwali bowiem swoje opowieści z pojedynczych, rozlanych szeroko dźwięków, by cegiełka po cegiełce dokładać uderzenie basowym młotem lub całą dronową belkę. Czasem dało się z tego wyseparować melodię, to znów rytm przez chwilę nabierał niemal tanecznego charakteru. W punktach kulminacyjnych, szczególnie tych wyraźnie rytmicznie zorganizowanych, brzmiało to jak lądowanie statku kosmicznego na środku ogromnej wojskowej defilady. Jak najlepsze czasy Laibach, ale gęściej, mocniej, bardziej.

Główną atrakcją trzeciego dnia festiwalu była norweska grupa Mysticum – i nie wszyscy rozumieli ten wybór. Co mnie nie dziwi. Choć rzecz jest w pewnych kręgach kultowa, a próba połączenia ekstremalnego black metalu z równie ekstremalnym industrial techno w połowie lat 90. była pomysłem dość śmiałym, trzeba pamiętać, że Mysticum zniknęli z radarów na długie lata, a powrotny album „Planet Satan” spotkał się z umiarkowanie entuzjastycznym przyjęciem. A jednak to, co trio z Asker przygotowało na Roadburn zaskoczyło wszystkich, zarówno entuzjastów, jak i sceptyków. Mysticum stworzyło sobie zupełnie nową kategorię dyscypliny „ekstremalny metalowy show” – po czym z pełną bezczelnością przyznało sobie w niej tytuł mistrzowski. A przecież pomysł był w gruncie rzeczy prosty. Oszałamiające wizualizacje za plecami zespołu to już na koncertach metalowych standard, prawda? Wielopiętrowe konstrukcje sceniczne, które służą równocześnie za rampy świetlne i kryją gniazda DJ-ów to na imprezach elektronicznych też nic nowego. Może by to więc połączyć?

IMG_3666 2

Mysticum

Muzycy Mysticum na Roadburn stali jakieś pięć metrów nad publicznością, może wyżej. Każdy na swojej ambonie, w takim samym rozkroku, z gitarą w łapie i przed mikrofonem. A pod nimi, za nimi i nad nimi – reflektory, stroboskopy, lasery oraz elementy składowe ogromnego ekranu, który wyświetlał wizualizacje: maszerujące wojska, budzące niepokój komunikaty (od niezapomnianego „Never Stop the Madness” zaczynając), grzyby, psychodeliczne wiry… W połączeniu z mechanicznym brzmieniem zespołu i oszałamiającym tempem ich utworów robiło to wszystko piorunujące wrażenie. Gdyby nie niepotrzebne przerwy między utworami (wtedy, ku swemu wielkiemu rozczarowaniu, przypominałem sobie, że to jednak ludzie grający na instrumentach, nie jakaś trzygłowa machina wojenna), gdyby nie to, że po jakimś czasie wizualizacje zaczęły się powtarzać, oscylując głównie wokół logotypu Mysticum, gotów byłbym uznać występ Norwegów za najlepszy koncert festiwalu. Tego natomiast, że przejdzie do historii jestem pewien, podobnie jak tego, że zmieni reguły gry. Tylko bowiem patrzeć, jak ci muzycy, co w sobotę na Mysticum zadzierali głowy z podziwem i zazdrością, sami zaczną stosować podobne patenty. Byliby głupi, gdyby nie stosowali.

Gnaw

Gnaw Their Tongues

Imponujący show przygotował również Ulver, zespół który ma więcej ambicji niż możliwości. W warunkach studyjnych to się zwykle sprawdza, bo dłubią dopóki nie wydłubią, ale na koncertach różnie do tej pory bywało. Najczęściej gorzej. Muszę jednak przyznać, że na Roadburn 2017 zobaczyłem i usłyszałem najlepszy koncert Ulver, w jakim dane mi było do tej pory uczestniczyć. Po pierwsze, grali materiał z nowej płyty „The Assassination of Julius Caesar”, a tę lubię. Po drugie Garm coraz lepiej panuje na koncertach nad głosem, choć jak ktoś się wilkiem urodził, słowikiem nigdy nie zostanie. Po trzecie wreszcie, norweski kolektyw przygotował spektakl odbiegający od powszechnie przyjętych metalowych standardów – zamiast oślepiających świateł i/lub mrocznych obrazów/filmów, robotę robiły tu lasery, raz kreślące abstrakcyjne esy-floresy, to znów odpowiednią ilustracją puentujące słowa wyśpiewywane przez Garma. To był bardzo dobry koncert, choć jak już wspomniałem, muzykom Ulver – a może nie tyle muzykom, co zespołowi jako organizmowi – brakuje swobody i zgrania, co szczególnie gryzło w uszy we fragmentach na poły improwizowanych. O ile jazgotliwą i nieco kwadratową kulminację w (jeśli się nie mylę) „Rolling Stone” byłbym jeszcze w stanie przełknąć, o tyle kilkuminutowe pitolenie gitarzysty pomiędzy utworami, na które wypuścił się mniej więcej w połowie koncertu, zepsuło to, co Ulver zdołał zbudować od wejścia na scenę. Rozumiem, że facet chciał mieć swój „Pink Floyd moment”, ale po pierwsze to trzeba umieć, a po drugie, nawet jak się umie, to warto się powstrzymać.
Nie zmienia to faktu, że Ulver zaprezentował się znacznie powyżej oczekiwań. Na pewno jeszcze nie jest to rewelacyjny zespół koncertowy, jeszcze nie potrafią latać tak, jak choćby ich młodsi koledzy z Oranssi Pazuzu, ale uczestniczyłem w tym przedstawieniu z niekłamaną przyjemnością.

Ulver

Ulver

Z podobną rezerwą podchodziłem do występu Wolves In The Throne Room. Widziałem ich dawno temu, na ATP, i wtedy wyszedłem z koncertu z przeświadczeniem, że więcej wysiłku włożyli w makijaże oraz ustawienie i rozpalenie świec na scenie, niż znalezienie odpowiedniego brzmienia gitar. Byłem rozczarowany, bo nie po to tłukłem się przez pół Europy na ponoć (naprawdę) najlepszy festiwal z muzyką alternatywną, by dostać to samo, co widywałem przez ostatnią dekadę na koncertach i festiwalach z undergroundowym metalem, tylko w gorszym wykonaniu. Cóż, wiele się od tamtego czasu zmieniło. Ja przekonałem się do Wolves In The Throne Room w wersji studyjnej, oni natomiast okrzepli jako zespół na scenie. W Tilburgu zabrzmieli wspaniale, potężnie, doskonale balansując potrzeby dwóch skrajnych żywiołów swojej muzyki – smętnych, ambientowych rozlewisk i wybuchów blackmetalowej wściekłości. Wizualnie tym razem bez fajerwerków, ale z pomysłem: światło i dym robiły całą robotę. Świetny koncert, jeden z najlepszych na otwarcie festiwalu.

Big

Big Business

Miała być krótka refleksja, a ja tu już natrzaskałem trzy strony tekstu i końca nie widać. A przecież koniecznie trzeba wspomnieć o Whores. – głośnych, niesfornych, zarażających energią. Big Business – to samo plus element zabawy, w końcu więzy rodzinne z Melvins zobowiązują. Zeal & Ardor – sam jestem zaskoczony, ale na żywo to jest znacznie bardziej spójne i porywające niż w wersji studyjnej, a Manuel okazał się niezłym frontmanem. Oxbow – kocham ten chaos, ten hałas i tego wariata za mikrofonem.
Mało metalu? Tak się jakoś złożyło. A jeśli dodam, że trzy kolejne koncerty, które zrobiły na mnie ogromne wrażenie to Gnaw Their Tongues (pan o wyglądzie zapuszczonego księgowego i jego towarzyszka w garsonce spuścili piekło ze smyczy), Magma (to jest jakiś ewolucyjny błąd muzyki, wątek którego nikt po nich nie podjął, uliczka ślepa, ale piękna!) i Hypnopazuzu (materiał zaaranżowany na duży, świetny skład zrobił na mnie jeszcze lepsze wrażenie niż płyta, była magia i wrażenie, że świat się skończy za kwadrans), wyjdzie na to, że Roadburn nie jest festiwalem metalowym, ale po prostu imprezą z szeroko pojmowaną muzyką alternatywną. Tymczasem to nieprawda. Bo po pierwsze można było przejść tę edycję festiwalu szlakiem zupełnie do mojego niepodobnym (ot, choćby zaliczając Baroness, Emptiness czy Memoriam) i też znakomicie się bawić, a po drugie, uważam, że Walter, szef tego cyrku, po prostu metal swój widzi ogromnym. I bardziej zwraca uwagę na rebelianckiego, mrocznego ducha tej muzyki, niż jego manifestację w postaci konkretnych brzmień czy scenicznych rytuałów.

Baroness

Baroness

Dlatego, kiedy na koncercie Dälek (super to jechało, choć nie mogłem się oprzeć wrażeniu, że w epoce clipping. i Death Grips nie kąsają już tak jak przed wojną, bliżej im do Portishead niż do prawdziwych radykałów) stanął obok mnie rosły młodzieniec z telewizorem DIO na plecach i zabrał się za zaciekły headbanging pod te smoliste bity, nie poczułem dysonansu poznawczego. Nie uznałem, że coś tu jest nie tak, nie na miejscu. Pomyślałem po prostu: „Oto Roadburn właśnie”.

Niech będą Pochwalone

W piątkowy wieczór koncert Pochwalonych. We wcześniejszym – całkiem jeszcze niedawnym – wcieleniu proponowały wielowątkowy misz-masz etno z rockiem, realizowany w dużym składzie, ale nagle zmutowały w nietypowe power trio. Wachlarz dostępnych brzmień jest mniejszy, ale z to energia zwala z nóg. Bo dzisiaj Pochwalone to po prostu totalna sekcja rytmiczna – mamuniu, co Tekla wyprawia na tym basie, jaki ona ma sound! – plus Nika, która jest sceniczną bestią, groźną nawet kiedy scena ma 2 na 2 metry. Swoją drogą dowiedziałem się, że niektóre koncerty tej inkarnacji Pochwalonych – w tym krakowski – są nagrywane z myślą o wydawnictwie płytowym. Zgaduję, że dziewczyny mogą obawiać się, że tej mocy, którą wytwarzają na scenie, nie da się odtworzyć w studiu, dłubiąc samotnie nad śladami poszczególnych instrumentów – bo to rzeczywiście może być trudne. No cóż, poczekamy–usłyszymy, a póki co, jak ktoś bardzo niecierpliwy, musi się zadowolić YouTubem.

Można oczywiście dumać nad porównaniami – że Sabot, że Shellac, że Mike Watt, a nawet, że Primus… – każdy ma swoich znajomych i każdy sobie to jakoś w głowie w odpowiednią szufladkę upcha. Ważne, że żre, że dudni i stuka, łomocze i pędzi. Ważne też, że ten napęd rakietowy niesie treści, w które warto się wsłuchać.
Mi na przykład nie może wyjść z głowy tekst jednego z nowych utworów zaprezentowanych tego wieczoru, chyba też przez sam zespół szczególnie ulubionego, bo usłyszeliśmy go również na bis (to – jak się później dowiedziałem – wiersz Joanny Mueller-Liczner „To nie jest tak jak myślisz siostro”, przystrzyżony i uformowany w piosenkę przez Barbarę Klicką i Nikę). A leci tak:

Siostro, odpuść skrajnościom, gdy się naparzają,
a mówiących od czapy nie potępiaj w czambuł.
I nawet kiedy wybór pomylę z kapitulacją,
obejmij mnie narracją, która nie wyklucza.

Miłość i śmierć w Olympii

Gdyby film „Dalida. Skazana na miłość” trafił do polskich kin jeszcze dekadę temu, najlepiej dwie – byłby skazany na sukces. Ale dzisiaj? Czy ci, którzy jeszcze Dalidę pamiętają, będą mieli ochotę wyjść z domu? A może nie trzeba pamiętać, może oszałamiająca kariera pięknej piosenkarki i jej życie w cieniu śmierci (od samobójstw kochanków po własne) to historia na tyle frapująca, że obroni się bez sentymentalnego kontekstu?


Polski podtytuł filmu – „Skazana na miłość” – wiele mówi o tym, jak Lisa Azuelos widzi życie uczuciowe pieśniarki i jak przedstawia je widzowi. Poza pierwszym, krótkim okresem zauroczenia, każda miłość jest dla Dalidy ciężkim brzemieniem. Nawet jak jest dobrze to jest najgorzej, więc trzeba wzdychać i przewracać oczami. Zwykle jednak dobrze nie jest, a partnerzy kochliwej pieśniarki kończą marnie, zostawiając ją poturbowaną i jeszcze łatwiejszą do zranienia przez kolejnego pana. I tak w koło Macieju, aż do smutnego końca. Niestety, niewiele z tych relacji rozumiemy, bo było ich niemało, a tu przecież trzeba jeszcze przedstawić traumy dzieciństwa i sceniczne przewagi, jeszcze przeboje muszą wybrzmieć… Azuelos chciała w dwie godziny streścić całe burzliwe życie gwiazdy, uznając, że wszystko jest równie ważne, przez co mamy do czynienia ze zbiorem teledysków przetykanym doniesieniami z „Pudelka” i dialogami z opery mydlanej. Zmienia się scenografia, zmieniają kostiumy i charakteryzatorzy nieźle się starają, ale wichry namiętności, które hulają na ekranie, widza ledwie muskają.
Trudno się przy tym oprzeć wrażeniu, że Dalida jest istotą pozbawioną autorefleksji i/lub instynktu samozachowawczego, bez końca powtarzającą to samo ćwiczenie, nie wyciągając wniosków z porażek i popełniając te same błędy. Może zresztą takie były intencje twórców filmu, bo – jak podpowiada mi małżonka i pewnie ma rację – ludzie tak się zachowują, nie uczą się na błędach. Tak czy owak bohaterce tej opowieści współczułem od pierwszych minut filmu, ale chyba nie polubiłem jej do ostatnich.

Więcej pożytku z seansu „Dalidy”, niż wielbiciele dobrych obyczajowych historii, będą mieli fani muzyki. Warto dowiedzieć się (lub przypomnieć, jeśli ktoś załapał się na czasy jej hegemonii na listach przebojów), że te wszystkie hity, które wciąż krążą w krwiobiegu naszej popkultury (od „Parole parole” po „Gigi L’Amoroso”) wyśpiewywała nam we Francji pewna Włoszka z Egiptu. Że udało jej się nie tylko podbić świat, ale też wymyślić parę razy na nowo i przez trzy dekady utrzymać na powierzchni. Co właściwie było niemożliwe w czasach, w których w tej branży kobiety miały tylko wyglądać, pachnieć i dobrze brzmieć, a kiedy już się zużywały, po prostu wymieniało się je na nowsze modele. A zużywały się szybko, bo kto by tam chciał oglądać na scenie trzydziestolatkę, skoro tyle wokół utalentowanych dwudziestek… Była więc Dalida taką Madonną w epoce przed Madonną i warto o tym pamiętać oraz pokłonić się z szacunkiem.
Przy okazji możemy sobie przypomnieć nie tak znowu odległe – a zdawać by się mogło, że prehistoryczne – czasy, kiedy również nad Wisłą w poszukiwaniu muzycznych hitów nadstawiało się ucha nie na Londyn czy Nowy Jork, ale na Paryż. Szczytem eksportowych marzeń polskich artystów nie była natomiast Primavera, Coachella czy nawet Carnegie Hall, ale mityczna Olympia. Za sprawą „Dalidy” można się dowiedzieć, co to za miejsce i poznać prowadzącego ją Bruno Coquatrixa, tego samego, który uchylił drzwi do wielkiego świata przed Violettą Villas i Ewą Demarczyk.

Straciłem, więc jestem

Nadrabiając oscarowe zaległości, wreszcie obejrzałem „Manchester by the Sea”. Ze ściśniętym gardłem, oczywiście, nie da się inaczej. Bez wchodzenia w szczegóły – film jest o winie i oczekiwaniu na karę, która nie nadchodzi. Kara – jaki to piękny pomysł, jaki litościwy. Wystarczy schylić kark, przyjąć bolesne razy, przełknąć łzy, a potem można wstać nowym człowiekiem i zacząć wszystko od nowa. Bo bez kary nijak się nie da, nie będzie odkupienia.

Lee, główny bohater „Manchester by the Sea” – czy Casey Affleck zasłużył na tego Oscara? A czy morze jest mokre? – to twardy chłopak. Nie prosi o łaskę, nie próbuje odbudować sobie życia, które – przypadkowo, ale jednak własnoręcznie – zrujnował. A raczej próbuje, ale nie dla siebie, lecz odpowiadając na wyzwanie losu, w ramach poczucia obowiązku wobec tych, których kocha. Miałem nie spoilować, więc nie powiem, czy mu się udaje, ale chyba nie zgrzeszę zdradzając, że „Manchester by the Sea” to nie kino familijne z obowiązkowym happy endem, że tu nie ma łatwych, jednoznacznych rozwiązań. Samo życie.

Przyznaję, wychodząc z kina zastanawiałem się, dlaczego Oscara w kategorii Najlepszy film dostał „Moonlight”, a nie „Manchester by the Sea” właśnie. Jeśli abstrahować od tematyki i rzecz sprowadzić do formy, do wykorzystania języka filmowego, to „Moonlight” chyba rzeczywiście jest ciekawszy, śmielszy, mniej akademicki. Z drugiej strony – ta ascetyczna forma „Manchester by the Sea” idealnie pasuje do treści. Kiedy obcujemy z tragedią tak wielką, kiedy wali się świat, nie czas na karkołomne fikołki montażu, gry kolorów czy efektowne, futurystyczne biciwo na ścieżce dźwiękowej. Swoją drogą, Lesley Barber (z niewielką pomocą Händla) doskonale to wyczuł, proponując muzykę bardzo klasyczną, może nieco melodramatyczną, ale przy tym po prostu piękną. Idealnie wpisującą się w sielskie i surowe zarazem, zimowe krajobrazy wybrzeża Nowej Anglii.

Decyzja Akademii wydaje mi się więc iście salomonowa. Niech już będzie, że „Moonlight” jest filmem formalnie lepszym, ale historia opowiedziana w „Manchester by the Sea” jest po prostu bardziej uniwersalna. Niezależnie od czasu, miejsca, koloru skóry, orientacji seksualnej i poglądów, każdy z nas może podzielić los Lee – choć, oczywiście, najgorszemu wrogowi nie życzę. A więc Oscar za scenariusz, za tę opowieść o nas wszystkich, jest jak najbardziej uzasadniony.

Nie wiem, czy Kenneth Lonergan, autor scenariusza i reżyser filmu, inspirował się własnymi doświadczeniami, historią z sąsiedztwa, Księgą Hioba czy mitami greckimi – w każdym razie „Manchester by the Sea” nie jest o nim. Głównym bohaterem jest Lee Chandler, ponury dozorca z Quincy w stanie Massachusetts. Everyman (a więc łatwo się z nim utożsamiać), ale jednak postać fikcyjna, zmyślona. Nawet ocierając łzy na „Manchester by the Sea” mamy świadomość umowności tego, co widzimy. To na szczęście tylko kino, iluzja, sen-mara. Za chwilę jakoś to się skończy, pójdą napisy, zapalą się światła. Wyjdziemy na słońce i wiatr, do swojego życia.

A gdyby to wszystko była prawda? Gdyby to był dokument? Gdyby Lee na naszych oczach naprawdę rozpadał się na kawałki? Wypadałoby na to patrzeć, nawet gdyby sam zainteresowany – może chwilowo otępiony bólem, może w świeżej żałobie nie do końca poczytalny – zezwolił?

Trudno nie zadawać sobie tych pytań, słuchając „A Crow Looked at Me”, najnowszej płyty Mount Eerie. Albumu, który dokumentuje chorobę i niedawną śmierć Geneviève Gosselin, żony Phila Elveruma. Płyty, której słuchanie jest tak trudnym doświadczeniem, że… właściwie nie polecam.

Śmierć jest prawdziwa / Ktoś jest, a potem go nie ma / Nie powinno się o tym śpiewać / Nie powinno się z tego robić sztuki – tak zaczyna tę opowieść Phil, w utworze zatytułowanym „Real Death”. A więc sam twierdzi, że się nie da, a już na pewno nie powinno, ale jednak kontynuuje. Śpiewa. Gra. Układa słowa w teksty piosenek, choć „słowa zawodzą”. Dlatego – znowu – formalnie jest to tak proste, jak tylko możliwe. Gitara akustyczna, czasem jakiś prymitywny, stukający głucho rytm i oczywiście głos. A właściwie półgłos, bo przecież nie można śpiewać pełną piersią, kiedy nie da się oddychać.

Teksty są równie proste, bo przecież poezja w takiej sytuacji jest „dumb” – albo niema, albo głupia, a najpewniej jedno i drugie. Phil po prostu wyrzuca z siebie pojedyncze sceny i myśli, nie rozwodzi się nad nimi, nie analizuje, nie interpretuje, nie dorabia filozofii. Jest bardzo brutalny, zawstydzająco bezpośredni. Brzdęka sobie na gitarze i półgłosem śpiewa: Nasza córka ma półtora roku / Ty nie żyjesz od 11 dni… Wspomina, jak się poznali, opisuje postępującą chorobę żony (W styczniu jeszcze żyłaś / Ale chemioterapia cię zdewastowała, zmieniła twoją porcelanę w coś innego / Coś żółtego i zjebanego), opowiada o tym, jak listonosz przyniósł paczkę, już po śmierci Geneviève i okazało się, że to szkolny tornister dla córki, prezent zamówiony ze świadomością, że przyda się w czasie, którego obdarowująca już nie doczeka. Jest też obrazek z rozsypywania prochów, w miejscu gdzie mieli razem budować dom: Przyniosłem z domu fotel / By zostawić go na tym wzgórzu / Ustawiony na północny zachód / Wysypałem na niego twoje prochy / Chyba po to, żebyś mogła obserwować zachód słońca / Ale prawda jest taka, że nie myślę, że jesteś tym prochem.


I jaki z tego wszystkiego płynie morał? Czego dowiadujemy się o życiu i śmierci z „A Crow Looked at Me”? Czego o sobie? Niczego. Wobec miłości i śmierci jesteśmy bezbronni, na to nie da się przygotować. Nawet przez sztukę. Nie chcę się niczego z tego nauczyć. Kocham cię – zwraca się Elverum do żony, a ja nie po raz pierwszy i nie ostatni czuję, że nie powinienem być tego świadkiem, że to ich prywatna sprawa.

Ale na tej skrajnie osobistej płycie – może przypadkiem, może świadomie, z artystami nigdy nie wiadomo – Phil formułuje też uniwersalną i arcyprawdziwą definicję człowieczeństwa, które wzrasta na sprzeciwie wobec naturalnej kolei rzeczy. Na buncie przeciwko bądź co bądź prawdziwej konstatacji, że tak już musi być.

Odrzucam naturę. Nie zgadzam się.

Damage Inc.

To smutne, że człowiek żyje tak długo, że musiał doczekać czasów, kiedy jego idole z lat pacholęcych – którzy zostali idolami nie tylko dlatego, że grali fajne piosenki, ale też dlatego, że byli jak starsi kumple, totalnymi swojakami, fanami Venom w podartych dżinsach – dali się zżuć i strawić muzycznemu showbizowi tak bardzo, że stali się uosobieniem jego najgorszych bolączek.

Bo jak tu na przykład obronić coś takiego, jak bilet dla najbardziej vipowatego VIPa – gówno tam VIPa, dla kogoś po prostu bardzo bogatego – za ponad 10 tysięcy złotych?
Oto pełna lista wspaniałości, które można otrzymać za równowartość kwartalnej średniej krajowej (!!!) z okładem:

– jedno miejsce siedzące na Trybunie Premium w pierwszych dwóch rzędach
– wejście na arenę przez bramę ‚Through The Never’ dedykowaną dla specjalnych gości
– zakulisowe spotkanie z członkami zespołu przed koncertem
– zdjęcie grupowe ze wszystkimi uczestnikami ‚Hardwaired Experience’ oraz z członkami zespołu Metallica
– jedna setlista z autografami wszystkich członków zespołu Metallica
– możliwość skorzystania z ‚Sanitarium Rubber Room’ z dostępem do:
mini bar (dwa kupony na drinka)
obiad w bufecie ‚Spit Out The Bone’
– możliwość obejrzenia wystawy ‚Memory Remains’ składającej się z pamiątek, kostiumów scenicznych, instrumentów oraz rzeczy osobistych członków zespołu Metallica
– jeden plakat zespołu Metallica z limitowanej edycji
– jeden dowolnie wybrany Metallica t-shirt
– dostęp do prywatnej strefy merchandisingu
– obsługa personelu na miejscu
(za eskarock.pl)

Nie szanuję tego. Nie na taki seek and destroy się umawialiśmy… Oraz moja droga wyobraźnio, łaskawie nie podpowiadaj mi, jakie to rzeczy osobiste muzyków można na wystawie Memory Remains pooglądać.

Ale jeszcze trudniej jest mi przetrawić cenę biletu dla zwykłego fana, szeregowca metalowej milicji. Ten musi zapłacić 440 złotych. Za bilet na płytę. Za dwie godziny koncertu, w ścisku, na stojąco – 440 złotych.

Wątpliwości budzi też sposób dystrybucji. O ile personalizacja biletów i limit per capita uważam za znakomity pomysł, utrudniający życie koniom, to tu chyba sprawy zaszły za daleko – musisz wydać fortunę ponad rok przed imprezą (elo, Metalliko, lokalnym podwykonawcom też płacicie z góry, rok przed robotą?), ale nie masz szansy na zmianę nazwiska. Czyli jeśli komuś coś wypadnie – ślub lub pogrzeb, ważne sprawy zawodowe itp., itd. – to trudno, pół tysiaka psu w dupę. Kochasz Metallikę to cierp.

Ceny biletów na ten ich krakowski koncert (czy w ogóle – całą trasę) i sposób w jaki się to sprzedaje świadczy o tym, że nie fani są tu najważniejsi, ale pieniądz. Nie wiem, może muzycy Metalliki mają duże potrzeby, poza tym oczywiście przy nich musi się spory tłum wyżywić, ale to naprawdę można było rozegrać w bardziej cywilizowany sposób.

Można było sprzedawać bilety tylko zarejestrowanym klientom – ale dając im możliwość obrotu towarem, który do nich należy (choćby przez współpracę z TicketSwap).

Można było zorganizować koncert w większym obiekcie (większej hali w Polsce nie ma, więc musiałby to być stadion – ale przecież kilka mamy).

Nie przewidzieli popytu? Nie wierzę. Ale zakładając, że wierzę – wciąż można to przenieść na większy obiekt. Przecież scena jeszcze nie stoi, do koncertu mamy rok z okładem.

Że co? Metallica chciała być bliżej fanów, zaproponować unikalny show pod dachem, którego nie dałoby się zrealizować na stadionie czy lotnisku? Rozumiem, szanuję… w takim razie można było zrobić po kilka koncertów w jednym mieście. Tak jak robi to na przykład Dave Matthews Band i jak zrobiła to… Metallica, w Katowicach, w 1987. Wtedy dało się to wymyślić i zrealizować, a teraz się nie dało?*

Dwie, trzy sztuki pod rząd w jednym mieście oznaczałyby:
a) dwa-trzy razy więcej biletów na rynku,
b) redukcję kosztów (transport czy produkcja – wydatek ten sam, a wpływy większe)
c) …a co za tym idzie, obniżenie cen biletów.

Tylko komuś musiałoby na tym zależeć.

* okazuje się, że się dało – m.in. w Paryżu, Kolonii, Amsterdamie, Madrycie, Londynie – ale niestety, nie w Krakowie. A tam gdzie się dało i tak nie miało to wpływu na cenę 😉