Jak to na wojence ładnie

Zgaduję, że było tak… Jest Święto Dziękczynienia, koniec listopada 2004 roku. Ben Fountain – jak miliony jego rodaków – ogląda telewizyjną transmisję hitu ligi NFL, czyli Dallas Cowboys dostających u siebie łomot od Chicago Bears. Wszyscy czekają też na część artystyczną, tradycyjnie wypełniającą przerwę meczu. Występują królowe świata, olśniewające Destiny’s Child, a wokół nich dzieją się cuda – tancerze fikają koziołki, cheerleaderki kręcą pupami, strzelają fajerwerki, bębnią dobosze, kompania reprezentacyjna żongluje karabinami z nasadzonymi bagnetami, a u ich boku maszerują… prawdziwi żołnierze. Frontowcy, którzy jeszcze niedawno walczyli w Iraku.
„WTF?” – myśli sobie Fountain. – „Kto i w jakich okolicznościach wpadł na ten szatański pomysł połączenia sportu, muzyki, erotyki i wojny?!”

Na szczęście Ben jest pisarzem i nie musiał czekać na odpowiedź. Udzielił jej sobie sam w wydanej w 2012 roku powieści „Długi marsz w połowie meczu” („Billy Lynn’s Long Halftime Walk”). To nakreślony w szaleńczym tempie (akcja książki, poza nielicznymi retrospekcjami, trwa niewiele ponad trzy godziny, tyle co wspomniany mecz) portret współczesnej Ameryki – duszącego się pod własnym ciężarem przekładańca z pieniędzy, seksu, religii, mediów i przemocy. Nie tylko Ameryki zresztą. Bez entuzjazmu odnalazłem w „Długim marszu…” wiele prawd boleśnie uniwersalnych. O nas. O mnie. To najlepsza książka wojenna z jaką miałem do czynienia od czasu „Łaskawych”, równie prawdziwa – choć przecież ani przez chwilę nie wąchamy tu prochu, jesteśmy na stadionie, wokół piękne panie, cekiny, pióra w pupie… – ale niestety, znacznie bardziej aktualna.

„Długi marsz w połowie meczu” zachwyca nie tylko trafnością obserwacji i krwistymi postaciami, ale również – chyba nawet przede wszystkim – żywym językiem (tu krótka przerwa na standing ovation dla tłumacza – Tomasza S. Gałązki). Co szczególnie ważne, bo sporo tu żartów, czasem o koszarowej proweniencji, ale autentycznie śmiesznych – a przecież dowcip czy ironię najłatwiej zgubić w tłumaczeniu.

Połączenie tematyki wojennej z humorem nasuwa uzasadnione porównania z kultową powieścią Josepha Hellera. Nie nazwałbym, jak Wojciech Orliński, „Długiego marszu…” nowym „Paragrafem 22”, bo zbyt wiele te książki różni, ale tak, można je postawić obok siebie na półce. Podobieństwo polega przede wszystkim na tym, że Fountain, jak Heller, próbuje śmiechem zagłuszyć horror vacui, cudownie zabawnymi dialogami i błyskotliwymi spostrzeżeniami stara się zasypać pustkę, lej po sensie życia wyrąbany wojną. Oczywiście – to żaden spoiler – nieskutecznie. Czytałem „Długi marsz…” często wybuchając głośnym śmiechem, ale kiedy już przewróciłem ostatnią stronę, nie czułem radości i spełnienia, lecz bezsilność i przerażenie. Nie poprawicie sobie więc nastroju tą książką, ale nikt nie obiecywał, że będzie łatwo – i tak trzeba ją przeczytać.

marsz

Ben Fountain „Długi marsz w połowie meczu”, Wydawnictwo Czarne

Advertisements

One thought on “Jak to na wojence ładnie

  1. Pingback: Długi marsz w połowie meczu - Zalewski o książkach

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s