Nie tak łatwo być autorem

On naprawdę nie chciał.
Kiedy prawie trzy lata temu zadzwoniłem do Czesława z tym pomysłem, wzbraniał się argumentując nie bez racji, że jeszcze za wcześnie na podsumowania, że biografie pisze się na emeryturze… Na szczęście zgodził się na spotkanie, na którym udało mi się przekonać go, że po pierwsze na emeryturze niewiele już będzie z tego wszystkiego pamiętał😉 , a po drugie, rzeczywiście, niech podsumowaniem zajmą się inni, kiedy przyjdzie na to czas. Nie o taką przecież książkę mi chodziło.

Nie tak łatwo być Czesławem

Bo choć rzecz opiera się na osobistej i artystycznej biografii pana Mozila, gdzie indziej jest klucz do tej historii – przeczuwałem, że doświadczenie podwójnej emigracji to doświadczenie ważne nie tylko dla Czesława, ale też dla wielu innych Polaków. Uważałem, że opowieść o tym, jakie to uczucie, być obcym tam, ale też obcym tu – choć przecież wróciło się do domu, do siebie! – jest ważna i że powinna zainteresować miliony rodaków. Tych, co wyjechali i wrócili. Tych, co wyjechali i nie chcą wracać, albo chcą, ale się boją. I tych, którzy tęsknią za tymi, co wyjechali.

Kiedy spotykaliśmy się z Czesławem na pierwszą dłuższą rozmowę, w rosyjskiej restauracyjce Skamiejka na Pradze (pozdrawiam!), nie spodziewałem się jednak, nie mogłem się spodziewać, że książka ukaże się w tak dziwnym czasie. Wtedy nie było jeszcze kontrowersyjnej „Księgi emigrantów”, a Czesław nie miał gęby „nienawidzącego Polski przybłędy” (lewaka/Żyda/Ukraińca/Duńczyka… – niepotrzebne skreślić) i nie musiał tłumaczyć się przed sądem z treści swoich teledysków (!). Nie było wojny na wschodzie Ukrainy, a konflikt w Syrii wyglądał jeszcze na krótkotrwałą, lokalną ruchawkę. Nie było setek tysięcy uchodźców z Bliskiego Wschodu, zakłócających spokój sytym Europejczykom, nie było tego panicznego strachu przed Obcym, podsycanego z różnych powodów przez media i polityków.

Liczyłem na to, że napiszemy z Czesławem zabawną, rozrywkową książkę, okołomuzyczne czytadło z prześwitującym tu i ówdzie drugim dnem, które być może skłoni kogoś do zastanowienia. Do spojrzenia inaczej na sąsiada, na przybysza z dalekich stron czy na samego Czesława.

Dzisiaj jednak, w dniu premiery, mam wrażenie, że źle trafiliśmy. Timing nie halo. Październik 2015 to niedobry czas na refleksję czy rozmowę. To czas głośnych, skrajnych deklaracji i wygrażania pięścią. To nie czas wahania, ale opowiadania się po stronie. To nie czas chodzenia z wizytą do sąsiada, lecz okopywania się w swoim ogródku i kupowania cukru, bo wojna idzie…

Ci, którzy Czesława lubią, zapewne przeczytają „Nie tak łatwo być Czesławem” – i wierzę, że z przyjemnością. Pozostali zapewne nie dotkną, bo przecież i tak doskonale wiedzą, z kim mają do czynienia i gdzie jego miejsce. Nie czas na pierdoły, gdy goreją wici!

Cholera, a może to właśnie najlepszy czas na taką książkę?

Cieszę, że się udało. Przeczucie mnie nie myliło – za „Maszynką do świerkania” kryła się ciekawa, zabawna, ale i pouczająca historia fajnego, myślącego, szczerego człowieka. Warto było ją utrwalić. Warto było też spędzić w towarzystwie Czesława te kilkaset godzin – w knajpach, garderobach, samochodach, naszych prywatnych mieszkaniach i w hotelowych kawiarniach, na portowej ławeczce czy pod pokładem nocnego promu. W zaułkach Warszawy, Krakowa i Kopenhagi… Zawsze mieliśmy za mało czasu i zawsze za dużo do opowiedzenia. Zawsze dobrze się bawiliśmy😉

Dzięki, stary, za tę przygodę.

PS. Jeśli ktoś chce kupić i przeczytać, to oczywiście zapraszam, będzie mi bardzo miło. Można na przykład tutaj.

2019 kilometrów później

Przyznaję to bez dumy: w szczycie sezonu festiwalowego zaniedbuję rodzinę – prawie nie ma mnie w domu, a kiedy jestem to też właściwie mnie nie ma. Dlatego gdy tylko wróciłem z Sziget, małżonka wręczyła mi dzieci wraz z dokumentacją, wypchnęła nas na klatkę schodową i zaryglowała drzwi. Po czym otworzyła, wystawiła walizki i znów zamknęła.

No dobra, to dokąd jedziemy? Nie miałem wcześniej głowy, czasu i budżetu, by coś zaplanować i zarezerwować, więc wręczyłem potomstwu księgę o kraju naszym ojczystym, proponując, by znaleźli kilka miast lub regionów, które chcą odwiedzić. Nie było ich kwadrans, po czym wrócili – dumni i przejęci – z liczącą blisko 15 punktów listą.
Po odsianiu dużych miast zostało nam co następuje: Ciężkowice, Szczebrzeszyn, Kazimierz Dolny, Biebrza, Mazury, Bałtyk, Ciechocinek.

IMG_0164 IMG_0261 IMG_0443 IMG_0471

IMG_0641

Zaśmiałem się i już miałem powiedzieć, że to nie ma sensu, że trzeba się na coś zdecydować… – po czym otworzyłem Google Maps, sprawdziłem i doszedłem do wniosku, że w sumie czemu nie? Sam bym takiej trasy nie wymyślił, więc zamiast marudzić, powinienem podziękować tym, co jeszcze nie wiedzą, że się nie da😉

Mieliśmy dużo szczęścia. Kiedy po śniadaniu w Szczebrzeszynie zastanawiałem się, co można by w mieście zobaczyć – poza zastawioną na turystów pułapką w postaci pomnika świerszcza grającego na skrzypcach, który udaje chrząszcza brzmiącego – okazało się, że właściciel hotelu zgromadził ogromną kolekcję minerałów i skamielin. W Sztabinie z kolei zupełnie przypadkowo zatrzymaliśmy się na noc u państwa, którzy organizują wyprawy tratwami po Biebrzy i którzy w dodatku okazali się na tyle mili, że podpowiedzieli nam skąd dokąd popłynąć Krutynią i gdzie najlepiej można zjeść w Mikołajkach. I tak dalej, i tak dalej…

Ludzie napotkani na szlaku dzielą się na bardzo serdecznych i pomocnych (większość) oraz martwych przedstawicieli lokalnej branży usługowej, obsługujących klientów siłą odruchów bezwarunkowych (irytująca mniejszość). Najgorsi są jednak turyści, którym się spieszy – stukilowy chłop, który potrafi się wepchać w kolejce do śniadaniowego szwedzkiego stołu przed dziewięcioletnią dziewczynkę, bo spośród 20 leżących na półmisku kiełbasek on sobie upatrzył tę jedną, jedyną i pewnie by nie przeżył, gdyby smarkula właśnie ten kawałek świni mu od ust odjęła. Albo baby ze smartfonami, które pędząc przed sobą grupkę obojętnych na uroki muzeum czterolatków, rozpychają się łokciami, bo muszą wszystko natychmiast sfotografować – obejrzeć na miejscu nie mają czasu i ochoty. Nie wiem, ile razy musiałem w trakcie tych 10 dni odpowiedzieć na pytanie: „Tato, dlaczego musimy stać w kolejce, skoro inni nie stoją?”. Za dużo.

Podróżowaliśmy samochodem, meleksem, tratwą, kajakiem, statkiem (x3), pociągiem, busem i pieszo, ale dystans podany w tytule niniejszego wpisu to oczywiście tylko dane z licznika auta – myślę, że lekką ręką moglibyśmy dodatkowe sto kilometrów dorzucić. Wielka ta Polska.

Oraz piękna nasza Polska cała. A najpiękniejsza z daleka lub z okna samochodu rozpędzonego na tyle, żeby zlały się szczegóły. Bo jak się zatrzymać – na poboczu, na parkingu przy leśnej polance, na stacji, pod sklepem… – to okazuje się, że żyjemy na śmietnisku. Niezależnie od tego, czy jest kosz w zasięgu wzroku, zawsze znajdzie się jakiś dureń, który rzuci plastikową butelkę / puszkę / foliową torebkę / buta / kondoma / spodnie / czajnik / skorupki z jajek / …….. pod drzewo albo do rowu. Bo tak. Jedynym naprawdę dziewiczym zakątkiem Polski, nieskażonym piętnem kalającego własne gniazdo chama, który udało nam się odwiedzić, była Biebrza. Odcinek Krutyni pomiędzy Uktą a Nowym Mostem, który przepłynęliśmy kajakiem, też nienajgorszy – choć raz czy dwa zamajaczyła na dnie powyginana pucha z napisem Tatra.

Stragany i sklepiki z pamiątkami zostały zamrożone w czasie, najdalej w 1996 roku i poza sezonowymi modami (w tym roku jest to takie blaszane duże, co wisi na sznurku, kręci się wokół własnej osi i niby faluje, tak że można puścić pawia) nic się tam nie zmienia. Wszystko oczywiście zeszło z tej samej chińskiej taśmy, wszystko krzykliwe i brzydkie. Z jednej strony szkoda marnowanego potencjału, z drugiej – nawet pożądające błyskotek i pierdółek dzieci po dwóch, trzech dniach znieczuliły się na ten syf i omijały stragany szerokim łukiem.

IMG_0490 IMG_0578 IMG_0874 IMG_0950 IMG_1031

IMG_1074

Nie tylko pamiątki wpadły w pętlę czasu. Na letniskowym szlaku można przypomnieć sobie muzykę, której już miało nie być: pierwsze hity O.N.A, „Dla mnie masz stajla” (aaaaj!), „Dragostea din teï”… Miałem też okazję zaimponować potomstwu, śpiewając wraz z artystami pieśni Bajmu, Sztywnego Pala Azji i De Mono. Wszystko to dzięki lokalnym radiostacjom (niestety, dłużej niż 30 minut przy jednej nie byłem w stanie wytrzymać) i lokalom gastronomicznym.

A skoro już o gastronomii mowa – litościwym milczeniem pominę barbarzyńską modę na spożywanie pizzy i pizzopochodnych z czosnkiem rozpuszczonym w śmietanie, albo (nie wiem co gorsze) topienie wszystkiego w sosie balsamicznym, bo w sumie nikogo nie interesuje co jest na talerzu, bo ważne, żeby było dużo. Zdaje się, że Polak na wczasach jak na wojnie, uważa, że każdy posiłek może być jego ostatnim. Dlatego większość restauracji, barów, smażalni i kawiarni nieszczególnie dba o jakość, za to brnie w gramaturowy wyścig zbrojeń. Kotlet musi być z połowy świni, do najmniejszej porcji lodów trzeba zużyć wiadro mleka, a ryby – cóż, dobrze że Ruskim potonęły te łodzie atomowe, bo przecież w normalnych warunkach nikt by nie wyhodował takiej flądry, jakiej życzy sobie turysta, który płaci i wymaga… A właśnie: płaci i jęczy, że drogo. Tylko jak ma nie być drogo, skoro w ramach jednego posiłku zażyczyłeś sobie tygodniową porcję kalorii?!

Najgłośniejsze miasto w Polsce? Nie Katowice podczas któregoś ze słynnych festiwali. Nie weekendowy Kraków oblężony przez turystów. Nie Warszawa nad rzeką, ani nie Zakopane pod górą. Żadne tam Dąbki czy Hel z dyskotekami przekrzykującymi się ze smażalniami. Najgłośniejsze miasto w Polsce to Ciechocinek. Nie wierzę, że da się żyć (wypoczywać? zdrowieć?!) w tym jazgocie, więc może to była jakaś wyjątkowa noc? Może trafiliśmy na początek karnawału?
Na stadionie Mrozu krzyczy „joł”, a na każdym rogu, w każdym lokalu jakieś pląsy – przeboje (raczej trzeciego) świata zderzają się w zdrowym, solankowym powietrzu z trzygodzinnym discopolowym megamixem, ale peerelowskie evergreeny również nie chcą oddać pola. Pan z panią, zapewne nie mogąc się zdecydować, który lokal wybrać, tańczą do „Cały świat za tę noc z Renatą” na ulicy, oświetleni przez latarnię i pełnię księżyca. Piękni są.

IMG_1075

2014: Polskie pięć dych

Zarzekałem się, że nie zrobię podsumowań. Kłamałem. Albo inaczej – nie miałem takiego zamiaru, lecz podsumowania, które widziałem, były dla mnie mało satysfakcjonujące, więc postanowiłem ogłosić swoje votum separatum. Chwilę mi to zajęło, ale korzystając ze świąteczno-noworocznej przerwy od maili i telefonów przypomniałem sobie parę tytułów, nadrobiłem zaległości w tym i owym, by wreszcie uporządkować sobie w głowie, na półce i na blogu rok 2014 w polskiej muzyce. Było obficie i różnorodnie, chociaż w głównym nurcie zabrakło debiutu na miarę Dawida Podsiadły – Curly Heads się nie liczy, fajna płyta, mam jednak na myśli kogoś innego, nie kolejny debiut Dawida😉. Ale w sumie – co mnie obchodzi główny nurt? Dawno już przecież przeszedł do opozycji.
Przesłuchałem w minionym roku pewnie ze trzysta polskich płyt i tylko dlatego, że nie mam na to czasu nie proponuję dzisiaj państwu setki naprawdę wartych uwagi. Nad czym ubolewam, bo boję się, że tak dobry rok długo się w polskiej muzyce nie powtórzy. Choć może się mylę, bo pięć lat temu też wydawało mi się, że jest super, a dzisiaj widzę, że było raczej skromnie
Na liście brakuje płyty „Kołysanki”, która co prawda bardzo mi się podoba, ale Lux Occulta zostali zdyskwalifikowani za zdradę ideałów black metalu na rzecz hipsterstwa i mariopeszkowatości. Poza tym ich wokalista nie umie śpiewać.
Oczywiście, jest to lista subiektywna, więc komentarze, polemiki i uzupełnienia mile widziane. Kolejność niby nieprzypadkowa, ale proszę się do niej nadmiernie nie przywiązywać – za miesiąc czy dwa pewnie ułożyłbym tę listę inaczej. Jutro też. Dajmy się jednak ponieść chwili… Uwaga: tytuły podlinkowane prowadzą do legalnych i darmowych streamów opisywanych albumów. Bawcie się dobrze.

plyty2014

50. Marszałek Pizdudski – One Man Band (Karrot Kommando)
Najlepszy punkowy debiut roku, choć formalnie to jest dość kwadratowy blues oraz akustyczne rockabilly. Mimo że wiem, że to elvisowanie krakanie jest tylko taką prześmiewczą koncepcją, irytuje mnie maniera wokalna pana Marszałka. Na szczęście zostaje mi to zrekompensowane tekstami. Chylę czoła. A czasem potrząsam całą głową, z niedowierzaniem. Takiego prania po pyskach nie było w polskiej muzyce gitarowej chyba od czasów Po Prostu. Niech no ktoś zrobi temu Marszałku trasę z Winim.


49. We Will Fail – Verstörung (Monotype)
Podoba mi się w obu częściach „Verstörung” – oprócz solidnej dawki mroku – zręczne balansowanie pomiędzy ambientem a muzyką taneczną. To zbyt absorbujące, by przy tym po prostu drzemać, ale zbyt nieuchwytne, przytłumione i rytmicznie niekonkretne (najczęściej po prostu za wolne), by pląsać. Choć z drugiej strony, jak tańczą do Autechre, to do wszystkiego zatańczą.

48. Olivier Heim – A Different Life (Lado ABC)
Anthony Chorale zdjął maskę i znowu zadebiutował solo, tym razem jako Olivier Heim, jak w paszporcie. Gitara zmiękczona flangerem, senne tempo, śpiew balansujący na granicy falsetu i szeptu, a przede wszystkim ładne piosenki – jeśli lubicie sieroty po The Beach Boys, od Toro Y Moi po Ariel Pinka, zatoniecie w „A Different Life” na długie godziny, dni i tygodnie. Stylowa, przemyślana rzecz.

47. Natalia Przybysz – Prąd (Warner Music Poland)
Zaiste, elektryzująca to płyta. Bardzo zdrowe, żywe granie, wyraźnie nawiązujące do złotej ery rocka. Wreszcie wiadomo, po co był Natalii ten hołd dla Janis – to był po prostu poligon. Szkoła pisania, grania, interpretowania. Skończona z wyróżnieniem, bo autorskie numery na „Prądzie” niewiele różnią się od coverów (swoją drogą fajnie, że tak nieoczywistych) Niemena i Nalepy. No, może w cudzesach mocniej srożą się klasyczne bluesowe riffy, ale na pewno nie słychać różnicy jakościowej. Dobry materiał, choć na dłuższą metę takie przebieranie się w fatałaszki rodziców i dziadków zdaje mi się ślepą uliczką, którą w dodatku zastawiła już Ania Rusowicz.


46. Fisz Emade Tworzywo – Mamut (ART2 Music)
Pamiętam całkiem poważne dyskusje na temat „Czy Fisz Emade to hip-hop czy może jednak nie?” – dziś chyba nikt już nie traci na nie czasu. Bo bracia Waglewscy dawno wypracowali sobie własny styl, wymościli miejsce poza stylami i scenami. Nie umiem jednoznacznie określić tego, co grają, nie wiem też, do jakiej kierują to publiczności, ale dopóki ma to taką jakość jak „Mamut” – milczę ukontentowany. Szczególnie nisko kłaniam się Emade, odpowiedzialnemu za muzykę: za ten trans, za wizję, za śmiałe korzystanie z palety brzmień.

45. We Draw A – Moments (Brennnessel)
Jako że jestem za ciężki na zatracanie się w tanecznym amoku, wolę elektronikę raczej kontemplacyjną niż parkietową. A jeśli już trzeba ruszyć dupę, to wolę być do tańca uprzejmie zapraszany, a nie smagany batem. Dlatego na przykład wolę Johna Talabota od… tu proszę sobie wkleić pseudonim ulubionego DJ-a, co to rozkręca wixę jak nikt na świecie. W debiucie We Draw A również najbardziej cenię sobie raczej skłonność do minimalizmu i kruche wokale, niż chwile, w których duet zanadto się rozpędza. Czyli jak już musimy jechać na tę Ibizę, to lepiej pospacerujmy po plaży, zamiast ocierać się o spoconych angielskich turystów w dyskotece.

44. Bulbwires – Bulbwires (wyd. własne)
Dużo dobrego dzieje się w polskiej muzyce, ale akurat rock – chociaż wciąż przecież nad Wisłą piekielnie popularny – słabuje. Z tym większą radością witam takie płyty jak debiut Bulbwires. Jest bluesowy fundament i solidne rzemiosło, jest energia i gówniarska radocha (choć to wcale nie smarkacze), czasem psychodeliczne zamyślenie, innym razem taneczny rytm. Na płycie to żre, jak cholera, ale na koncertach dopiero musi być jazda!

43. The Shipyard – Water On Mars (2.47)
Postdivisionowskie, nowofalowe brzmienia zawsze dobrze się w Polsce przyjmowały, czego dowodem miłość narodu do The National, Interpol czy The Editors. Dlaczego więc The Shipyard nie są jeszcze wielkimi gwiazdami? Bardzo dobra płyta, na każdym poziomie – wyrazista, transowa sekcja rytmiczna, kreatywnie grające gitary i odpowiednio zmęczony życiem, dobry wokalista. Wszystko się zgadza. Poproszę tylko o więcej piosenek z trąbką.

42. Wild Books – Wild Books (Instant Classic)
Widzicie ten autobus na okładce? Musiał wyjechać w trasę, żeby zrobić panom z Wild Books miejsce w garażu. Chwytliwe, jazgotliwe, trochę psychodeliczne, trochę punkowe granie. W tekstach Lou Reed, deszcz, papierosy i gin. Płyta jak ze złotej ery Sub Pop.

41. Kuba Knap – Lecę, chwila, spadam (Alkopoligamia)
Omija mnie sporo niezłego polskiego hip-hopu, bo nie jestem w stanie znieść tej spinki, którą charakteryzuje się zbyt wielu polskich raperów. Tej koguciej walki z lustrzanym odbiciem, połączonej z kaznodziejskim tonem – jakby przedrzeźniali własnych starych, proboszczów i kuratorów. Debiut Kuby Knapa to powiew świeżości. Połączenie bezczelności z luzem, wulgarności łobuza (ale raczej podwórkowego filozofa niż osiedlowego zabijaki) z wdziękiem bystrzaka, który ma wszystko gdzieś. W połączeniu z odpowiednią produkcją – kulejący bit Surmana w „Zbyt dziabnięty”: pyszności – daje to znakomity efekt. Japy się cieszo.


40. Julia Marcell- Sentiments (Mystic)
U Julii sporo zmian. Pierwsza piosenka po polsku (w dodatku lekka, ale niegłupia ta „Cincina”) i liczne wycieczki w stronę mocniejszych, wręcz rockowych brzmień. Przy pierwszym przesłuchaniu mierziło mnie wręcz w „Sentiments” to, co wtedy uznawałem za niespójność, a teraz doceniam, jako wszechstronność – po takim materiale Julia może nagrać właściwie wszystko i jestem pewien, że będzie to dobre.

39. Król – Nielot (Thin Man)
Fajne rzeczy robił już z Kawałkiem Kulki, potem zachwycił pół Polski dwiema (pół)płytami UL/KR, aż wreszcie zdecydował się panować niepodzielnie. Król to tak naprawdę kontynuacja i rozwinięcie pomysłów z UL/KR – dominują te same senne tempa, łagodnie pulsujący syntezator i sugestywne, choć niekoniecznie sensowne teksty. Ale zdarzają się też żwawsze rytmy („Żar”) i wyraźne przewagi gitary nad elektroniką. Tak czy owak, Błażej nie dość, że znalazł swój oryginalny styl, to jeszcze jest dobry w tym, co robi.

38. Olo Walicki – Kaszebe II (OWA/Mystic)
Ponoć teksty na całą płytę miała napisać Dorota Masłowska, ale jak się rozkręciła, jak się swą olimpijską formą zachwyciła, to zatrzymała się dopiero odbierając gratulacje za nagranie jednej z najlepszych płyt roku. Nie ode mnie. Rozumiem koncept, podziwiam teksty i wogle, ale debiut Mister D to dla mnie jednorazowa przygoda, głównie przez to, że Dorota uparła się i śpiewa, ale też dlatego, że nie dla mnie beka z typa, choćby przewrotna, literacka i postmodernistyczna. No, ale miało być o Walickim… Masłowska napisała na „Kaszebe II” tylko jeden, skądinąd świetny tekst, ale poratowali inni – m.in. Gaba Kulka, Grzegorz Nawrocki, Lopez Mausere i Tymon Tymański (jego pieśń o katuszach kontrabasisty to mój ulubiony przebój z tej płyty). Fantazja i absurd warstwy lirycznej ścigają się tu z równie wszechstronną, chwilami frywolną wręcz formą, która łączy eksperymentatorskie zacięcie z umiłowaniem po prostu ładnych melodii. Rzecz dla wszystkich, którzy tęsknili za Kurami.


37. Pathman – Monday (Requiem)
Co tu dużo mówić? Fascynujący, jedyny w swoim rodzaju Teatr Dźwięku ATMAN żyje w Pathmanie. Nie do podrobienia jest kojące piękno tej muzyki, jej nienachalna duchowość i trudne do zrozumienia połączenie kruchości formy z intensywnością emocji.

36. Decapitated – Blood Mantra (Nuclear Blast)
W tym przypadku obiektywny nigdy nie będę, bo kocham Wacława oraz podziwiam szczerze – za determinację, dyscyplinę (z którą się nie urodził, ale którą w pocie czoła wypracował), konsekwencję i przede wszystkim: grę na gitarze. Takie połączenie metalowej galopady i wirtuozerskiej precyzji z feelingiem to dar, którym może się pochwalić niewielu, nawet spośród największych. Nieprzypadkowo Vogg ma na przedramieniu wydziaraną podobiznę Dimebaga – to właśnie ten poziom. Swoją drogą, wiecie że kiedy Wacek nie był jeszcze pewien, czy reaktywować Decapitated, zgłosił się do Morbid Angel, którzy szukali wtedy gitarzysty? Nie wzięli go. I całe szczęście – zamiast wspominania nieswoich sukcesów może nam serwować dziś takie płyty jak „Blood Mantra”.


35. PRO8L3M – Art Brut (RHW Records)
I’ve got 99 problems, ale ten mikstejp nie jest jednym z nich. „Art Brut” to wielkie, nokautujące „Sprawdzam!” dla drzemiącej z samozadowolenia polskiej sceny hiphopowej. To materiał odsyłający do kąta większość oficjalnych tegorocznych wydawnictw, podpisanych przez najpopularniejsze nazwiska gatunku. Niestety, po kilku przesłuchaniach uświadomiłem sobie, że w PRO8L3M najbardziej mierzi mnie to, co w pierwszej chwili mnie do nich przyciągnęło – toporem cięte sample z ejtisowych hitów. Zasłużenie wielkich hitów, trzeba dodać, a co za tym idzie Krystyna Prońko, Halina Frąckowiak czy Elżbieta Dmoch zbyt często odciągają tu uwagę od Oskara. Fenomenalnego rapera, który nie tylko jak mało kto w Polsce potrafi zarówno pięknie płynąć na bicie, jak i wiosłować pod prąd, ale też ma zadziwiająco wiele do powiedzenia – choć niby mówi o tym samym, co wszyscy.

34. So Slow – Dharavi (Instant Classic)
Dojrzały, przemyślany, fascynujący debiut. Dzięki tej płycie przypomniałem sobie polską scenę niezależną lat 90., kiedy elektryzowały nas takie formacje jak Falarek, Paraphrenia czy Ewa Braun. Kiedy w cenie było nie tyle nadążanie za światowymi trendami, co szukanie własnego, oryginalnego głosu. A właśnie – głos! Jedyne czego na „Dharavi” mi brakuje do szczęścia to nieco bardziej selektywnych, mniej schowanych na miksie partii wokalnych. Zgaduję, że to wtopienie Łukasza Jędrzejczaka w gitarowe tło jest zabiegiem celowym, ale przyłapuję się na tym, że słuchając „Dharavi” zbyt wiele wysiłku wkładam w wychwytywanie jego głosu.

33. Ser Charles – Ser Charles (Jimmy Jazz)
Jak ja nie lubię takich pseudodowcipnych, modnie ironicznych nazw zespołów! Do tego stopnia nie lubię, że pewnie nie zapoznałbym się z tym materiałem w najbliższym pięcioleciu, gdyby nie telefon od miłej pani z wytwórni: „Jarek, wysyłam ci różne płyty i nigdy nie naciskam, żebyś czegoś słuchał, czy o czymś napisał. Ale tego naprawdę musisz posłuchać!” Tak zrobiłem. I usłyszałem jedną z najlepszych polskich gitarowych płyt roku – trochę postpunkową, trochę zimnofalową. Trochę PiL-ową, trochę subpopową, trochę świetlikową (Stefan Kornacki podaje swoją absurdalną poezję w sposób przypominający mikrofonową ekwilibrystykę pana Marcina). To jest świetne i chcę tego więcej.


32. IZA – Painkiller (wyd. własne)
Iza Lach to jedna z najbardziej utalentowanych dam na polskiej scenie muzycznej. Tymczasem mam wrażenie, że jej nowa płyta została zupełnie przegapiona. Cóż, to tylko dobre, współczesne piosenki, przyprawioną bardzo smaczną, ascetyczną, ale skuteczną produkcją. Zbyt to popowe, by liczyć na wsparcie scenowych koterii. Zbyt niezależne, by radzić sobie w głównym nurcie bez pornoironicznego teledysku z twerkingiem i lokowaniem produktu. Ale też zbyt dobre, byście z czystym sumieniem mieli to po prostu przegapić.

31. Rongwrong – Krwy (Requiem)
Moja ulubiona tegoroczna płyta z gatunku szumy-zgrzyty-strachy. Nietuzinkowa, bo to właściwie słuchowisko historyczne, poświęcone bitwie pod Osuchami, największej partyzanckiej batalii, jaka miała miejsce w Polsce podczas II wojny światowej. Ale na płycie nie ma za grosz tromtadrackiego, epickiego zadęcia właściwego chłopcom bawiącym się w wojnę (#Sabaton, #szablaodbiskupa) – to autentycznie przerażające wywoływanie udręczonych duchów, uzupełniane świadectwem kilku żyjących jeszcze uczestników tamtych wydarzeń.

30. Grażyna Auguścik Orchestar – Inspired by Lutosławski (For Tune)
Z dużą nieufnością podchodzę do takich przedsięwzięć. Oto Festiwal im. Ludwika van Beethovena z okazji Roku Lutosławskiego zamówił u całego tłumu artystów okolicznościową, ponadgatunkową śpiewogrę. Prawdopodobieństwo katastrofy raczej większe niż mniejsze. Na szczęście Jan Smoczyński nie po raz pierwszy dowiódł, że pomiędzy jego uszami aż bulgocze od pomysłów. Przy całym szacunku dla pani Grażyny, która ten album firmuje (i oczywiście pięknie na nim śpiewa), to Smoczyński jest tu gwiazdą. On bowiem opracował muzykę, która nie jest już nawet Schullerowskim Trzecim Nurtem, ale jakimś Czwartym Wymiarem, w którym dyscyplina i subtelności klasyki spotykają się nie tylko ze swingiem i swobodą jazzu, ale również ekstatyczną melodyką polskiego folkloru. To samo na poziomie wykonawczym: jakimś cudem zestrojono tu trzy odmienne ekipy – jazzowy zespół Smoczyńskiego, Atom String Quartet oraz trio Janusza Prusinowskiego – w jedną, wielobarwną orkiestrę. Co mi tam, posłucham jeszcze raz…

29. Vader – Tibi et Igni (Nuclear Blast)
Jaram się tym, że premiera mojej długo noszonej książki o Vaderze zbiegła się w czasie z wydaniem albumu, który w moim osobistym rankingu jest ich najlepszym wydawnictwem od czasów „Impressions in Blood”. Zespół wyraźnie okrzepł i brzmi jak… zespół, a takie numery jak przebojowy, judasowsko-slayerowy „Triumph of Death” z jednej i łączący epicki rozmach ze zwykłą ludzką wściekłością „Hexenkessel” z drugiej strony, już dzisiaj dołączyły do Vaderowej żelaznej klasyki.

28. Kapital – No New Age (Bocian)
Adam Mickiewicz powiedział kiedyś o poezji Juliusza Słowackiego, że jest jak kościół bez Boga. Pewnie chciał konkurentowi zrobić przykrość, wytknąć brak jakiegoś nieuchwytnego, ale oczywiście niezbędnego składnika… Ja jednak widzę w słowach wieszcza raczej niechętny komplement, niż zarzut. Nieprzypadkowo przypomniałem sobie o nich, słuchając „No New Age” (w tym kontekście: najlepszy tytuł!), tego piętrzącego się niczym wieże katedr zgiełku, w którym z radością nie znajduję ani odrobiny duchowości. Im więcej warstw dźwięku, im głębszym echem dudnią drony, im ostrzej wżyna się w tę magmę gitara – tym lepiej. Niech to nie cichnie, niech rośnie i rzuca cień.

27. Job Karma – Society Suicide (Requiem)
Podziwiam wiarę Maćka Fretta w muzykę industrialną, manifestowaną nie tylko poprzez organizację Wrocław Industrial Festival, imprezy unikalnej skali światowej, ale też w twórczości Job Karma. Dopóki powstają takie płyty jak „Society Suicide”, możemy być spokojni o przyszłość gatunku. Pojmowanego nieortodoksyjnie, bo mamy tu do czynienia właściwie z mrocznym rewersem współczesnej muzyki tanecznej. O industrialnym rodowodzie formacji świadczą jednak dobierane z pietyzmem zimne, mechaniczne brzmienia i skłonność do eksperymentów. Tu najlepiej wyrażona w finałowym „Death Day”, nagranym wspólnie z Karpatami Magicznymi. Chciałbym usłyszeć całą taką płytę.

26. Małe Miasta – Małe miasta (Alkopoligamia)
Fajne to. Świeże. Niegłupie. Zanurzone głęboko w hip-hopie, a przecież nie hiphopowe (choć jest i rapowanie, i ficzuringi takich asów jak Ten Typ Mes czy W.E.N.A., i wreszcie hiphopowy label), intrygujące zarówno dźwiękiem, jak i ciekawymi spostrzeżeniami w tekstach. Mocny debiut, który może rozwinąć się we właściwie każdym kierunku, a taka obietnica to najlepsza rzecz jaka może się wiązać z debiutem.


25. Kumka Olik – Yoko Eno (My Music)
Trzymałem kciuki za Holaków after it was cool i miło się upewnić, że dobrze obstawiałem. Długą drogą przebyli Kumka Olik od naiwnego rock’n’rolla z debiutu. Tutaj wahadło wychyliło się w drugą stronę – nawet jeśli mamy do czynienia z ładną, przebojową piosenką (a pisanie takich to wielki dar), panowie komplikują ją aranżacyjnymi trzema grzybami w barszczu. To bogactwo wrażeń, kalejdoskop zmieniający indie rocka w electro, i dalej – w folkowe subtelności, w hip-hop, w psychodelię itp., itd. – sprawia, że „Yoko Eno” można z przyjemnością poznawać tygodniami. Chociaż już na koncercie ta klęska urodzaju może być pewnym obciążeniem…


24. Morowe – S (Witching Hour)
Nie wiem nawet, jak nazwać hipnotyzującą muzykę tej grupy. Brzmienie i ekspresja to oczywiście okolice black metalu, ale to zamiłowanie do długich form, konstrukcja utworów – już raczej progrockowe. „S” nie da się po prostu słuchać: dajesz się porwać temu czarnemu strumieniowi i po godzinie, wyrzucony na brzeg, ze zdziwieniem odkrywasz, że już po wszystkim.

23. HV/Noon – HV/Noon (Nowe Nagrania)
Zapewne należę do mniejszości, która bardziej ekscytowała się faktem, że Hatti Vatti, niż że Noon. Nie zamierzam jednak analizować szczegółowo cech dystynktywnych obu producentów, w poszukiwaniu odpowiedzi na pytanie, kto co wniósł do tego projektu. Powiem tylko, że dobrze się stało, iż panowie tę płytę nagrali oraz że to dopiero miły początek długofalowej współpracy. Jeżeli mam jakiekolwiek zastrzeżenia to wyłącznie do wokalnej klęski urodzaju – nie wszyscy są tu potrzebni, nie wszyscy pasują do tych bitów i siebie nawzajem. Po pierwsze w ogóle za dużo tu niepotrzebnego gadania, a po drugie, tym co jest mogliby się z pożytkiem dla płyty podzielić wyłącznie Eldo z Misią Furtak.


22. Odraza – Esperalem tkane (Arachnophobia)
Black metal odarty z mistycyzmu, za to przesiąknięty dymem tanich papierosów, namaczany w alkoholu z przemytu i wystudzony zimową, polską nocą. Wszystko w zgodzie z prawidłami wymyślonego przez Norwegów gatunku, a jednak oryginalnie i po naszemu. Najlepszy polski metalowy debiut tego roku.

21. Muchy – Karma Market (Universal)
Mam wrażenie, że im Muchy lepsze, tym mniej się o nich mówi w mediach. A byłoby karygodnym niedopatrzeniem przegapienie płyty tak dobrej jak „Karma Market” – która moim zdaniem ustawia Muchy na poziomie najlepszych dni HEY czy Lecha Janerki. Nie dość, że melodie i teksty wymyślili sobie fajne oraz zróżnicowane, to jeszcze oprawili je w pierwszoligowe aranże i pomysły produkcyjne. Pyszności.


20. Behemoth – The Satanist (Mystic)
Polscy filmowcy muszą nadrabiać pomysłowością i odwagą, bo przecież nikt im hollywoodzkiego budżetu nie zapewni – na ludzi, scenografię, światło, efekty specjalne… Z muzyką jest podobnie, chociaż ta przepaść nie jest aż tak głęboka. Jakakolwiek by jednak nie była, Behemoth właśnie ją przeskoczył. „The Satanist” to superprodukcja. To światowa czołówka w kategorii open, nie że jakiś tam underground, czy black metal. Miło słyszeć, że polski zespół nie tylko chodzi w tej samej lidze, co Slayer czy inny Testament, ale wręcz rozstawia starych bogów po kątach. Na własne oczy widziałem i uszy słyszałem, jak na koncercie poszatkował na plasterki Cradle Of Filth. Nie wiem tylko, czym Nergal et consortes mogliby to przebić, nie skręcając równocześnie w zupełnie nowe klimaty. Ale póki co: niech strzelają korki szampana!


19. Czesław Śpiewa – Księga emigrantów tom I (Mystic)
Ta płyta jest jak najlepszy czas Kabaretu Olgi Lipińskiej – pod wierzchnią warstwą wygłupów, pastiszu i gatunkowego chaosu kryje się krzywe zwierciadło, w którym przeglądamy się naszym cechom, losom i… gustom. Przecież „Nienawidzę cię Polsko!”, najbardziej niezrozumiany polski numer AD 2014 (choć podejrzewam, że niewielu spośród dotkniętych do żywego w ogóle go posłuchało), to mistrzowskie nawiązanie do inspirowanej Abbą discorockowej estetyki, którą znaliśmy chociażby z nagrań 2Plus1. Właśnie w rytm tamtych przebojów emigrowali Polacy w latach 80. – wszystko tu się zgadza. Ale nie chciałbym wyróżniać jednej piosenki, bo każda jest osobną opowieścią, każda została zilustrowaną inną muzyką, świetnie wymyśloną, wykonaną (dęciaki i chórki FTW) oraz wyprodukowaną. Mam jednak wrażenie, że nikt na to nie zwrócił uwagi, bo kto by tam poświęcał czas na wsłuchanie się w płytę śmiesznego celebryty z telewizora…


18. Artur Rojek – Składam się z ciągłych powtórzeń (Kayax)
Solowy debiut to dla każdego artysty trudna próba, ale oczekiwania wobec Artura były wyjątkowo wyśrubowane. A on znowu trafił. Numer jeden na listach przebojów Trójki i RMF w tym samym czasie, amok pod sceną na alternatywnych festiwalach, oklaski w recenzjach i najlepsza w tym roku sprzedaż wśród polskich płyt – gdybyśmy mieli co roku choćby z pięć takich albumów, nikt nie kwękałby, że fonografia przeżywa kryzys. Przy okazji pragnę zwrócić uwagę na bohatera drugiego planu – Bartka Dziedzica, który jest współautorem i producentem tej płyty. Pieprzony Midas. Tylko niech się nie da zarżnąć produkując zbyt wielu zbyt wiele, jak paru przed nim…


17. Merkabah – Moloch (Instant Classic)
Niewiele mądrych rzeczy potrafię napisać o facecie zapalczywie dmuchającym w blaszaną rurę na tle transowo grającej, pancernej sekcji rytmicznej i gitarowych zgrzytów. Ale zastanawiam się… może tak brzmieliby Morphine, gdyby nazywali się Heroine?

16. John Porter – Honey Trap (Mystic)
Polacy lubią śpiewających ponuraków po przejściach, więc motoryczny, natarczywy numer tytułowy mógłby nawet być przebojem, gdyby ludzie go usłyszeli. Podobnie jak „Night Smoke”, „When the Sun Never Shines” czy „Outta My Bed”. No, ale gdzie niby mają to usłyszeć? Gdyby smarkaty John Porter nie wpadł na szalony pomysł osiedlenia się w Polsce, dojrzałego Johna Portera wielbiliby dzisiaj ci sami ludzie, którzy wznoszą ołtarzyki ku czci Nicka Cave’a czy Marka Lanegana. No, ale czy bez tych lat spędzonych w naszym kraju robiłby równie dobrą muzykę? Może byłby dzisiaj jowialnym grubaskiem i zmarnowałby się gdzieś tam w wielkim, kolorowym świecie… Nie jestem pewien, czy „Honey Trap” to polska płyta, bo ten Walijczyk nagrał ją w Anglii z miejscową ekipą. Ale wiem, że w tym roku w Polsce wydano niewiele lepszych płyt.


15. Kriegsmaschine – Enemy of Man (No Solace)
Mało tu efektownych blastów, mało melodii wyciskanych przez grające unisono gitary, za to całe oceany gęstniejącego z każdą minutą mroku. Tyle się mówi o rozkwicie blackmetalowej estetyki w Polsce – i dobrze, trzeba mówić. Ale nie wolno zapominać przy tym o „Enemy of Man”.

14. Innercity Ensemble – II (Instant Classic)
Przyznaję bez bicia, że kiedy Arek i Maciek powiedzieli mi o swoich planach założenia wytwórni, podszedłem do tematu z życzliwym pobłażaniem. Pobawią się pewnie z rok, stracą oszczędności i wrócą na ziemię… Cóż, cieszę się, że tak bardzo się wtedy pomyliłem – dzisiaj Instant Classic to jeden z najciekawszych polskich labeli. Wydają na ten przykład Innercity Ensemble. Kolektyw, który szuka tam, gdzie jeszcze nikt w Polsce nie znalazł: na granicy współczesnej awangardy, kwaśnego rocka sprzed czterdziestu lat i jazzu. „II” to płyta, która powstała w wyniku trzydniowej improwizacji, a ja teraz będę ją poznawał latami. Bardzo mnie cieszy ta perspektywa.

13. Baaba – EasterChristmas (Lado ABC)
Znacie to? Przychodzi Baaba na próbę, przekonana, że będzie frytura, a tam dancing… Trudno się pisze o muzyce, która jest właściwie czystą formą, ale za to cudnie się tego słucha. Jeśli rację mają ci, co mówią, że muzyka to po prostu matematyka przeniesiona w czas i przestrzeń, przy Baabie zaczynam rozumieć tych dziwnych ludzi, co to mówią, że rozwiązywanie skomplikowanych równań sprawia im przyjemność. Ja też uśmiecham się od ucha do ucha, gdy podziwiam ten balans Baaby pomiędzy dyscypliną a wolnością, gdy wypadam na rytmicznym zakręcie, albo gdy po dziesiątym przesłuchaniu odkrywam rzeczy, które niby słyszałem już przy dziewiątym, ale ich nie usłyszałem.


12. Voo Voo – Dobry wieczór (ART2/Agora)
Waglewski to taki nasz odpowiednik Neila Younga – będący sam sobie miarą, świadomy artysta, który nie popisuje się wirtuozerią, choć mógłby, w tekstach nie wymądrza, choć głupi nie jest, w kompozycjach nie buduje katedr, chociaż potrafi. Ale skromności obecnego wcielenia Voo Voo nie należy mylić z prostotą, bo tu naprawdę sporo się dzieje. Kiedy w finale „Po godzinach” oszczędna, lekko przesterowna solówka rozdziela przepychanki mruczanek Bornus Consort i saksofonu Mateusza Pospieszalskiego, robi się po prostu najlepiej. Zresztą te efektowne, dynamicznie dociśnięte finały piosenek to od lat specjalizacja Voo Voo. Dodatkowe brawa należą się za zaproszenie do współpracy Bornus Consort, którzy poza epizodem w „Skrzyżowaniu” nie wychodzą na pierwszy plan, za to w kilku numerach dośpiewują Waglowi piękne tło. Wspaniałych wokaliz Alima Quasimowa i jego córki, Fargany, też nie sposób nie docenić – co ciekawe, ich śpiew chwyta za serce, ale nie sprawia, że muzyka Voo Voo staje się choćby odrobinę bardziej egzotyczna. Ten zespół zawsze balansował gdzieś pomiędzy Zachodem a Wschodem, tyle tylko, że robi to coraz bardziej efektownie.


11. Hatti Vatti – Worship Nothing (New Moon)
W muzyce basowej zawsze bardziej fascynowały mnie senne majaki Buriala, na pograniczu dubstepu i ambientu, niż bezmyślne wyścigi na wiertary i dropy. Niestety, naśladowców elektronicznego Banksy’ego zwykle nie dało się słuchać, bo oryginał był zbyt wyrazisty, a on sam nie rozpieszczał swoich fanów nadmiarem wydawnictw. Aż pojawił się Hatti Vatti – z jednej strony bezpiecznie od Buriala odmienny, z drugiej operujący na tyle podobnymi środkami, by swym minimalem utulić sieroty po Angliku. A „Worship Nothing” zdaje się płytą jeszcze lepszą, niż ubiegłoroczna „Algebra”!

10. Pablopavo – Tylko (Karrot Kommando)
Aż. Druga płyta w tym roku, druga znakomita. „Ośmiu” i „Sobotę” po prostu uwielbiam, pozostałymi też nie gardzę, ale całość oceniam nieco niżej niż „Polor”, bo po pierwsze tam była większa huśtawka nastrojów, a tu dominuje dołerstwo, a po drugie Ludziki zaproponowały więcej muzycznych przygód. Co nie zmienia faktu, że jesienią 2014 roku Pablopavo rehabilitował w naszym kraju instytucję barda. Ale nie, że jakiś Cash, z jego Bogiem i naturą, ani wyniosły intelektualista Kaczmarski. Paweł jest swojakiem. Miejskim bardem, żyjącym wśród ludzi i ich dostrzegającym. Jak Wołodia Wysocki. Poza tym potrafi napisać i wyśpiewać takie zdanie: „To był chudy żyła chyba z Jaworzna”. Mistrz.

9. Pustki – Safari (ART2/Agora)
Się wydawało, że Pustki nie tyle dawno temu znalazły własny styl, co w nim ugrzęzły. Dlatego zaproszenie do współpracy czujnych producentów – a konkretnie Bartka Dziedzica, Eddiego Stevensa i Adama Toczki – było znakomitym pomysłem. To wciąż ten sam zespół, mocny tekstem i charakterystycznym śpiewem Basi Wrońskiej (chociaż jeden z moich ulubionych numerów z tej płyty to zaśpiewane przez Radka „Po omacku”), prawie rockowy i nieco melancholijny… ale jednak wyraźnie odmieniony. Każdy utwór brzmi tu inaczej za sprawą drobnych, acz znaczących smaczków, takich jak sprytnie użyta elektronika, fajnie pomyślane chórki czy rytmiczne czary-mary. Ale zdarzają się też patenty wręcz rewolucyjne – „Nie tu” to takie współczesne, białe, świeckie gospel. Zresztą rzućcie okiem na okładkę – widzieliście kiedyś tak kolorowe Pustki? Muzyka przeszła podobną przemianę.


8. The Kurws – Wszystko co stałe rozpływa się w powietrzu (Gusstaff)
Instrumentalny prog-punk z kwaśną elektroniką i free dęciakami. Puściłem głośno, żeby sobie przypomnieć przed napisaniem tej notki. „Tato, co to jest?!” – przerażona córka przybiegła z krzykiem z drugiego pokoju. „Yyyyyy, płyta…” – tu przerwałem, lecz okładkę trzymałem, a wszystkim się zdawało, że kot nam wpadł do pralki, a to The Kurws nakurwiało.

7. Furia – Nocel (Pagan)
Bardzo się cieszę, że Furia wreszcie przedarła się poza środowiskowe mury Jerycha. Ale to oczywiście pociąga za sobą przezabawną dwoistość narracji – scenowi ortodoksi kwękają, że Furia dziś to już nie to samo, co przed wojną i że „Nocel” zły. Ci natomiast, którzy black metal odkrywają wraz z Furią (i spoko, lepiej późno niż wcale), uważają, że „Nocel” jest bardziej przełomowy i wspaniały niż rzeczywiście jest. Tymczasem prawda jest taka, że mamy do czynienia z kolejnym bardzo dobry materiałem równej i od zawsze oryginalnej grupy. Choć takiego przeboju jak „Opętaniec” chyba rzeczywiście dotąd nie mieli…

6. Gaba Kulka – The Escapist (Mystic)
Oto jak pisałem o tej płycie przy okazji premiery (i zdania nie zmieniłem):
„The Escapist” jest materiałem świetnie wymyślonym i znakomicie zrealizowanym. Tam gdzie jej koleżanki śpiewają, tam Gaba, niezwykle muzykalna i jak zawsze skora do brawury, bawi się dźwiękami, żongluje nimi, intepretuje… Niby to kraina łagodności, ale podszyta drapieżnością. Niby koronkowe, czarujące niuansami ballady, opierające się głównie na szlachetnym brzmieniu fortepianu, ale przecież zdarzają się na „The Escapist” chwile, w których ten zupełnie nierockowy skład brzmi mocno i porywająco. Zasługa w tym zarówno samej Gaby, jak i jej kolegów: klarnecisty Wacława Zimpla, którego gra dodaje temu materiałowi aury niesamowitości oraz znakomitej, bardzo wszechstronnej sekcji Rasz/Traczyk, która potrafi grać zarówno ciepło, ze swingiem, jak i twardo, mechanicznie, ostro. Płytę zamyka przeróbka utworu Queens Of The Stone Age. Można to odczytać jako muzyczny dowcip, lub szczery hołd Gaby Kulki dla idoli zza oceanu. Ja jednak widzę w tym przede wszystkim dowód na słuszność teorii, że muzyka tak naprawdę dzieli się tylko na dwa gatunki – dobrą i złą. „The Escapist” to samo dobro.

5. Kristen – The Secret Map (Endless Happiness)
Gdyby całą płytę nagrali w stylu otwierającego ją „Upward beyond the onstreaming, it mooned”, mogliby robić za bohaterów Warszawskiej Jesieni. Gdyby natomiast zrobili pełny album w stylu drapieżnego, funkrockowego „Music will soothe me” zostaliby wreszcie idolami młodzieży. I tak dalej… Bo każdy utwór na tej znakomitej płycie jest inny i każdy udany. Kristen to wyjątkowy zespół na polskiej scenie, zjawisko które samo dla siebie jest miarą. Oczywiście, z tym swoim nieokiełznanym eklektyzmem, ze skłonnością do improwizacji na wielki sukces liczyć nie mogą, więc niech docenia, kto może, że wciąż chce im się te perły przed nas rzucać.

4. Thaw – Earth Ground (Witching Hour)
Nazywanie muzyki Thaw black metalem to spore uproszczenie. O tyle uprawnione, że nierzadko wpływy black metalu są tu dominujące – słychać je zarówno w tym roju wściekłych gitar, jak i jadowitych partiach wokalnych. Ale przecież „Earth Ground” równie dużo zawdzięcza takim orkiestrom jak Sunn O))), Swans i Neurosis, a nawet – bezpośrednio czy nie, nieistotne – „Metal Machine Music”. Aptekarska dbałość o brzmienie sugeruje, że budowanie pewnej dźwiękowej aury jest dla Thaw ważniejsze od kompozycji jako takich, a już na pewno najpierw na brzmienie zwraca się tu uwagę. Moim zdaniem tak świadomego, tak progresywnie myślącego zespołu w polskim metalu nie było od czasów Kobonga. Ale po koncertach wnioskuję, że najlepsza płyta Thaw jeszcze przed nimi…

3. Ten Typ Mes – Trzeba było zostać dresiarzem (Alkopoligamia)
Mam wrażenie, że większość polskich autorów tekstów obraca zestawem tych samych stu słów-wytrychów. Raperzy zazwyczaj dochodzą do trzystu. Mes tymczasem zna wszystkie słowa po imieniu, ze wszystkimi pił wódkę i wywija nimi niczym Brusli nunczakiem. Wie wszystko o love i life. Jest bezlitosny i empatyczny zarazem, wulgarny język ulicy miesza się u niego ze „Słownikiem wyrazów obcych”, a wszystko to jakimś cudem jest spójne i wiarygodne. Bo językowa biegłość to nie wszystko. Na poprzednich płytach Mes był równie sprawny, ale mam wrażenie, że bardziej skupiony na sobie. Był lirykiem, teraz jest epikiem. Widzi big picture i zgrabnie go nam opisuje, brylując na – i to dopiero robi wybitną płytę, same teksty by nie wystarczyły – znakomitych, często zaskakujących podkładach. Niskie ukłony.


2. Pablopavo – Polor (Karrot Kommando)
Już raz napisałem list miłosny do Pablopavo, tuż po premierze tej płyty. Drugiego coming outu nie będzie. Tym bardziej, że pseudonim Pawła Sołtysa po Paszportach Polityki wszyscy odmieniają przez wszystkie przypadki (chociaż chyba się nie odmienia), więc pewnie macie dość. Będzie więc tylko krótkie, dobitne, radosne, samochwalcze: A nie mówiłem?!
I będą „Koty”.


1. Nervy – Nervy (MMA)
Czekałem na tę płytę. Kiedy półtora roku temu Nervy grały na wrocławskich Nowych Horyzontach, Agim zaciągnął mnie pod scenę taką oto przynętą: „Jesteś fanem metalu, więc to powinno ci się spodobać”. Miał rację, choć w Nervach nie ma ani przesterowanych gitar, ani groźnych pomruków wokalisty. Jest za to intensywność, jest potęga brzmienia, którą metalowcy znają i kochają. Środki wyrazu natomiast mamy tu zupełnie nowe – elektroniczny galimatias wychodzący spod rąk Agima i Igora zderza się z rozbuchaną sekcją dętą, a cały ten chaos porządkuje żelazną ręką Janek Młynarski. Znakomity album z naprawdę nową muzyką. 

Ogniu krocz ze mną

I ja tam byłem, ciasto jadłem, kawę piłem. Przy wodospadzie przez pół godziny gapiłem się z klifu na brzeg, na którym Pete znalazł owinięte w folię ciało Laury Palmer. Spacerowałem po śladach agenta Coopera, szeryfa Trumana i – oczywiście – Audrey Horne. Dałbym sobie rękę uciąć (jak Mike!), że raz czy dwa kątem oka dostrzegłem znikającego za węgłem Boba, ale równie dobrze mogła to być jakaś wracająca z popołudniowych zakupów starsza pani…

TP1„Twin Peaks” to dzieło wybitne – nie będę się teraz na ten temat rozwodził, bo po pierwsze poczyniłem to właśnie na łamach tygodnika „Polityka” (wersja papierowa od wczoraj w kioskach), a po drugie, mądrzejsi ode mnie już sto razy rzecz przeanalizowali i opisali. Napiszę za to, że pierwsza emisja „Twin Peaks” była dla mnie – i wielu moich rówieśników – doświadczeniem formacyjnym. Nie chodziło wyłącznie o to, że w arcyprzaśniej wówczas TVP pojawił się wreszcie aktualny, dobry amerykański serial, ale o to, że wtedy właśnie znaleźliśmy się – jak mieszkańcy Twin Peaks – pomiędzy dwoma światami. Między naiwnym dziecięctwem, a brutalną i grzeszną dorosłością. Między znanym i nudnym światem peerelowskiej prowincji, a wielką niewiadomą nowej Polski, równie kuszącą, co niebezpieczną. Soundtrackiem do naszego gwałtownego dojrzewania były sugestywne snuje Badalamentiego. Naszym tajnym kodem – obrazy i strzępy dialogów z serialu. Nasze zmysły pracowały na pełnych obrotach, wyobraźnia fikała koziołki i ekstrawagancje serialu nie wydawały nam się dziwne, ani głupie – my też tak widzieliśmy świat.

Poza tym, mieszkałem w Dukli. Miasteczku, które przypominało Twin Peaks nie tylko wizualnie, ale również dlatego, że za sielankową fasadą ukrywało sporo mrocznych tajemnic. Tylko Jednookiego Jacka w okolicy nie było – a już na pewno nic o tym nie wiem😉

TP2Cieszę się, że „Twin Peaks” powróci w 2016 roku. I tą swoją radością dzielę się ze wszystkimi, którzy chcą czytać lub słuchać (dzisiaj o przed szóstą rano entuzjastycznie tokowałem o „Twin Peaks” w TOK.FM, tu zapis rozmowy).

Davidzie, Marku – nie spieprzcie mi tego.

Dance me to the end of love

„Są za starzy by tańczyć pogo“ – tak Arek Jakubik podsumowuje kolegów swoich, a już na pewno autora tekstu, Krzysztofa Vargi, w utworze tytułowym z nowej płyty zespołu Dr Misio. A może i mnie ma na myśli? Cztery dychy na karku, poważny człowiek, w świecie bywały, filoląg i dziennikarz, ojciec dzieciom – przecież nie będzie podskakiwał w tłumie i obijał się o małolatów, jak jakiś narkoman z Jarocina!
Problem jednak polega na tym, że ja za stary ani trochę się nie czuję. Może trochę za ciężki – z trudem wytrzymuję już w porządnym młynie dłużej niż trzy piosenki (siedem grindcore’owych) – przez co nie zawsze decyduję się na pląsy, ale przecież niezmiennie je uwielbiam. Pogo to zresztą tylko przystawka. Danie główne, prawdziwa koncertowa rozkosz, sowicie przyprawiona adrenaliną to crowd surfing oraz stage diving. Czyli surfowanie (albo raczej dryfowanie) na rękach tłumu, najczęściej zakończone w bezpiecznej przystani szerokich ramion ochroniarza, czyhającego na nas pod sceną, a także ze sceny owej skakanie na główkę.

Dobrze pamiętam swój pierwszy stage diving – rzecz działa się na koncercie Kolaborantów w krośnieńskim WDK. Zapamiętałem to nie tylko dlatego, że długo zbierałem się na ów akt odwagi, ale również dlatego, że po dwóch czy trzech udanych skokach źle wymierzyłem – albo po prostu rzadki tłumek zdążył się rozstąpić – i efektowny swój lot zakończyłem na posadzce. Dwie godziny później, gdy wróciłem do domu, mama przywitała mnie lamentem:
– Jezus Maria, pobili cię!
– Nieee, mamo, nikt mnie nie pobił. Ja sam… – uspokoiłem rodzicielkę, wyjaśniając, że rozbity łuk brwiowy to pochodna nie do końca udanego stage divingu, a nie prezent od krośnieńskich łobuzów.
– Sam?! Nie jesteś chyba taki głupi?
No cóż, mamo, sorry, ale później wielokrotnie udowadniałem, że jednak jestem. Może przez ten pierwszy upadek na łeb😉

Przemek Gulda streścił niedawno w swoim tekście dyskusję, która przetoczyła się przez amerykańskie media i dotyczyła zbyt brutalnej zabawy na koncertach. Zżymał się przy tym, że w Polsce nikt nie podjął tematu. A nie podjął, moim zdaniem, bo problem nie istnieje – nawet kiedy jest ostro, to jest w gruncie rzeczy grzecznie, bo na większości koncertów ochrona skutecznie uniemożliwia amatorom mocnych wrażeń rozwinięcie skrzydeł. No, ale dobrze, skoro ojczyzna wzywa, to dorzucę swoje trzy grosze, tym bardziej, że moim zdaniem…

Pogo powinno być brutalne.

Proszę go nie cywilizować, nie regulować, nie uchwalać i nie egzekwować stosownych paragrafów. Gdybym chciał tańczyć krakowiaka albo kontredansa, nie wspinałbym się na scenę na metalowych i punkowych koncertach, korzystając z chwili nieuwagi ochroniarzy (raz tylko robiłem to na legalu, bo bramkarze byli kumplami – na koncercie Illusion i Flapjack w Rzeszowie, prawie 20 lat temu – ale sobie wtedy polatałem!), nie obijałbym się o pod sceną o chudzielców i grubasów, nie przewracał i nie był przewracany. Uczucia euforii, jakie towarzyszy trwającej kilka minut podróży na rękach tłumu, w trakcie koncertu Slayera na wielkim festiwalu (With Full Force na ten przykład), nawet nie zamierzam próbować oddać słowami – sądzę, że ludzie, którzy uprawiają sporty ekstremalne są w stanie mnie zrozumieć. Wtedy nie jest ważne, gdzie i kiedy się wyląduje, ani to czy będzie bolało – liczy się sam lot i nic oprócz lotu się nie liczy.

Pod sceną bywa ostro, ale też nie trzeba się pchać w środek młyna, jeśli ktoś nie ma ochoty lub sił na tę mało wyrafinowaną zabawę. Bardzo rzadko – może spotkałem się z tym ze dwa, trzy razy w życiu – wir korpusów i kończyn wciąga kogoś, kto nie ma na to ochoty, a i tak po chwili go wypluwa. Ci natomiast, którzy sami się na to decydują, chcą żeby bolało, chcą się spocić i nabić sobie guza. To nic innego, jak pokojowy sposób na odparowanie nadmiaru złych emocji, niemal doskonały substytut bijatyki. Owszem, wypadki się zdarzają, ale mocniej można się poobijać na rowerze. A choć tego na pierwszy rzut oka nie widać, w młynie pod sceną obowiązują święte, choć niepisane, zasady – i ten sam dryblas, który przed chwilą zwalił cię z nóg, gdy tylko zobaczy cię w parterze, natychmiast cię podniesie. Żeby inni cię nie zadeptali. I żeby znowu mógł cię powalić😉

Mądrzejsi ode mnie na pewno już wymyślili, co brakuje (oprócz piątej klepki) tym, którzy się tak bawią, ale moim zdaniem, poza wspomnianym już wentylem dla agresji, w pogo/crowd surfingu/stage divingu chodzi również o doświadczanie własnej fizyczności – oraz fizyczności innych ludzi. Przyszło mi to do głowy, gdy oglądałem film o Temple Grandin i jej „maszynie do przytulania”. Być może dzikie koncertowe harce pozwalają nam zaspokoić potrzeby, które w cywilizowanym świecie są tłumione? Drogi Przemku, nie zabieraj nam tego, tylko dlatego, że sam nie lubisz, jak ktoś się o ciebie obija. Stań obok, znajdzie się dla nas obu miejsce na każdym koncercie.

PS. Wszystkich zainteresowanych fizycznymi – mam na myśli naukę ścisłą, nie kulturę fizyczną – aspektami tego, co dzieje się pod sceną, zachęcam do pobawienia się Symulatorem Moshpitu. Najlepiej.

Moshpit

Nasi święci

Młodzi ludzie rzadko mają osobiste powody, by chodzić na cmentarze – i dobrze, i oby jak najdłużej… Dlatego Święto Zmarłych – wtedy, jak mi się zdaje, częściej w użyciu była ta nazwa, niż obecnie forsowana: Wszystkich Świętych – zawsze dzieliło się dla nas na część oficjalną, z rodzicami, wujostwem i kuzynostwem, zadeptującymi się na wyścigi nad grobami wspólnych krewnych oraz nieoficjalną, tylko dla wtajemniczonych. Po odwiedzeniu mogił dziadków, których nie pamiętaliśmy i ciotek, których nigdy nie znaliśmy, mieliśmy czas na własny rytuał. Był w dukielskim parku kamienny mostek, na którym – od strony ostatniego stawu, trzeba było zejść na dół, żeby to zobaczyć – wypisywaliśmy nazwiska naszych zmarłych bohaterów. Ludzi, z którymi nie łączyły nas więzy krwi, ale porozumienie dusz. Nie wiem, kto to zaczął, nie wiem, jakie nazwisko pojawiło się na tym naszym mauzoleum jako pierwsze, ale czciliśmy pamięć ich wszystkich: Jimiego Hendriksa, Janis Joplin, Johna Lennona, Jima Morrisona, Cliffa Burtona… Każdy z nas przynosił jakiś znicz zwędzony z grobu dziadka, który miał ich aż za dużo, z rzadka trafiały się jakieś kwiaty – i staliśmy tam w milczeniu, kontemplując śmiertelność naszych bogów i swoją własną. Im dalej w noc, tym więcej nas się zbierało. Czasem kilka osób, czasem kilkanaście. Gdy byliśmy bardzo młodzi, jeszcze w podstawówce, po prostu staliśmy, czasem wymieniając półgłosem jakieś uwagi. Później, już w liceum, zdarzało się, że ktoś przyszedł z winem, albo dwiema puszkami piwa… Wieczór zwykle kończył się spacerem po cmentarzu, tym prawdziwym, skąpanym w nierealnym świetle tysięcy małych płomyków, ciepłym i pachnącym parafiną. To było ważne. To było religijne, choć niewiele miało wspólnego z modlitwami naszych starych. Czciliśmy ten dzień, te duchy, raczej na swój nieokreślony i nieumawiany, neopogański sposób.

Dukla Zdjęcia mostka nie znalazłem, ale kryje się tam w dali, za tym stawem (fota stąd)

Dwa tygodnie temu byłem na prawdziwym grobie Jimiego Hendriksa, odwiedziłem też miejsce, w którym spoczywają Bruce Lee i Brandon, jego syn. Nie wiem czego tam szukałem, po co się chodzi w takie miejsca. Trochę po to, by pokłonić się zmarłym – to na pewno. Ale bardziej chyba po to, by szukać z nimi jakiejś nieuchwytnej nici duchowego połączenia, by zbliżyć się do nich choćby w ten sposób, uszczknąć coś z ich talentu, z samej ich istoty, coś zrozumieć… Nie wiem co… To beznadziejna misja, szczególnie na nekropoliach tak zadbanych i nowoczesnych, jak amerykańskie. Duża przestrzeń, światło, pięknie przystrzyżone trawniki, pojedynczy przechodnie. Cmentarze tak higieniczne i estetyczne, że cień śmierci nie ma gdzie się schować. Raczej parki, niż bramy prowadzące ku zaświatom.

Bruce

Na szczęście – jak na tym mostku w dukielskim parku – ważniejsze od szczątków ukrytych pod ziemią i pomników nad nią wystających są strzępy pamięci i miłości, które żyjący przynoszą swoim zmarłym. Na grobie Bruce’a, pośród kwiatów i amerykańskich flag, leżał portret karateki, narysowany na kartce niewprawną ręką kilkuletniego fana. Obok, na płycie mogiły Brandona – dziewczęce kolczyki, dwie małe Myszki Minnie… Mauzoleum Jimiego Hendriksa natomiast, duże i dość wymyślne, jak na amerykańskie cmentarne standardy, we wszystkich miejscach, w których widnieje podobizna gitarzysty, naznaczone jest dziesiątkami, setkami całusów, pozostawionych przez wielbicielki, które przyszły mu się pokłonić. Zimny, szary marmur upstrzony gorącym karminem ust – czy może być lepszy dowód na triumf życia nad śmiercią?

Hendrix

Lodołamaczem cała naprzód

Fedor

Być może jeszcze chodziłem w Dukli do liceum i wyczytałem o nim w „Na przełaj”. Albo zobaczyłem w telewizji. A może usłyszałem o nim już w Krakowie, gdy przyjechałem na studia? Mój pierwszy adres w tym mieście – ponury hotel robotniczy na osiedlu Złota Jesień – był zresztą dość odległy od Wawelu, za to bliski arenie wydarzeń, od których zaczyna się ta książka…

W autobusie nie było oczywiście kibla, więc kiedy zatrzymaliśmy się na stacji przed granicą, wszyscy pobiegli się wysikać. Obok tych kibli stały jakieś typy spod ciemnej gwiazdy, sprzedawali krasnale ogrodowe i gapili się na irokezy chłopaków. Ja stałem z boku, w dresach, i paliłem papierosa. W pewnym momencie podszedł do mnie jeden z tych zakapiorów i mówi: „Patrz pan jakie skurwysyny! Ja bym ich wszystkich do więzienia, żeby zapierdalali, darmozjady! Życia by się nauczyli, a nie fryzury i lakiery, skurwysyny!”. Nawija tak i szuka we mnie akceptacji. W tym momencie wychodzi z kibla Elefant, czyli dwumetrowy punk z Nowej Huty, i czując, co jest grane, pyta: „Szefku, mam przypierdolić?”.

Co szefek na to?
Nie pozwoliłem, wyjazd był najważniejszy. Zresztą ten żul natychmiast zniknął. Pojechaliśmy dalej. 

Nie jestem pewien, kiedy po raz pierwszy usłyszałem o tym, co Jerzy Fedorowicz wyprawia w Nowej Hucie ze skinami i punkami, o tym jego mozolnym przerabianiu zjadaczy chleba w anioły, ale pamiętam, że byłem pod wrażeniem. Sam od zawsze miałem kłopot z dostosowaniem się do norm społecznych, sam byłem częścią – innej co prawda – kontrkultury i nie przywykłem do tego, by ktoś o pokolenie od nas starszy traktował nas poważnie. Wtedy jeszcze przedstawiciele wszelakich subkultur nie byli cool, wtedy jeszcze się nas pałowało albo w najlepszym razie usilnie przeciągało na stronę zdrowej tkanki społeczeństwa. Mało kto dostrzegał w nas ludzi, potencjał, talenty. Takim wyjątkiem był Edward Klein, mój wychowawca z liceum (RIP) i taki (jak słyszałem) był Fedor.

Po studiach zostałem w Krakowie. Postać Jerzego Fedorowicza raz na jakiś czas zamajaczyła mi na horyzoncie – dosłownie i w przenośni, na przykład w postaci nazwiska na liście wyborczej – ale nigdy nie miałem okazji poznać go osobiście. Aż do stycznia bieżącego roku. Zadzwoniła miła pani z wydawnictwa Burda i zapytała, czy nie byłbym przypadkiem zainteresowany przeprowadzeniem z nim wywiadu-rzeki. Dwa razy pytać nie musiała. Wiedziałem już o nim znacznie więcej niż 20 lat temu i przeczuwałem ciekawe życie, wietrzyłem dobrą historię. No, ale jeszcze on musi się zgodzić. Pierwsze spotkanie i okazuje się, że mamy wspólnych znajomych (powiem wam w tajemnicy, że Kraków nie jest takim dużym miastem za jakie się ma) i sporo wspólnych zainteresowań – Fedor potwierdził więc w wydawnictwie, że w porządku, że ten Szubrycht chyba się nada i nie trzeba dalej szukać…

W czasie akcji Burza ojciec dowodził żołnierzami obsługującymi cekaem. Karabin ustawiony był na linijce, myśliwskim powozie, który po wojnie leżał w wozowni w Zawadkach. Kiedy złamał mi się resor w trabancie, moi wujkowie za pół litra spirytusu wymontowali ten z wózka od cekaemu i wmontowali do trabanta. Dojechałem na tym resorze do Puław, gdzie i ten się złamał. Ojciec służył w obstawie radiostacji. Działała bardzo długo, chyba nawet po wojnie. Przeszkolony został przez Żonkila, Stanisława Kujawińskiego, słynnego cichociemnego. Później stanął na czele oddziału, który chronił Redutę, czyli wydawnictwo Wolności i Niezawisłości, dla którego moja matka pisała artykuły. Dlatego już jako dorosły człowiek stawałem w obronie ludzi, którzy mieli epizod fascynacji komunizmem, bo wiem, że nie znali prawdziwych informacji o tym, co się dzieje. Moi rodzice takie posiadali, bo pracowali przy radiostacji, mieli łączność ze światem. Znali więc prawdę o Katyniu i o tym wszystkim, co działo się na Wschodzie.

Rodzice chętnie opowiadali o wojnie?
Nie, prawie wcale. Ojciec umierał na raka, bardzo świadomie. Siedziałem przy nim, kiedy tak marniał każdego dnia, ale nawet wtedy nic mi nie opowiadał. Gdy już byliśmy pewni, jak to się skończy, UB wezwało mnie na przesłuchanie. Mieli taki pokój bez okien, przy placu Wolności.

O co pytali?
Czy wiem coś o broni. Jak Stalin jechał pociągiem do Poczdamu, na konferencję, to od Moskwy do Berlina, na całej trasie, co 150 metrów stał żołnierz i jeszcze jeździły patrole. W lipcu 1945 roku mój ojciec dostał rozkaz, żeby schować gdzieś furmankę pełną broni. Kupa żelaza ledwie przykryta słomą. Gdyby żołnierze z tego rosyjskiego patrolu byli bardziej przytomni, zorientowaliby się, że podczas wjazdu na nasyp koń ledwie ciągnie furmankę, że coś tam musi być nie tak. Dwadzieścia trzy lata po wojnie temat powrócił i ubek pyta mnie, czy wiem, gdzie ta broń została zakopana.

1966057_551031381665305_3930566156298208234_o

„Lodołamacz Fedor” to życie jednego człowieka, ale też niezła lekcja historii Polski – od czasów wojny, przez dziwne, śmieszno-straszne czasy PRL-u, stan wojenny, dramatyczne lata przeobrażeń ustrojowych, aż po naszą małą stabilizację. Tak, to książka w dużej mierze o historii, ale też o kulturze, polityce, zdrowiu i przede wszystkim – o miłości. Nie mnie ją oceniać, ale najlepsza z żon niejedną łezkę przy lekturze uroniła, a twarda jest przecież jak Roman Bratny.

Książka miała premierę w miniony weekend. Najpierw odbyło się miłe spotkanie w Teatrze Ludowym (powiem wam, że to dość abstrakcyjne uczucie, zasiąść na tej scenie, obok Fedora i obecnego dyrektora teatry, pana Jacka Stramy, z takimi postaciami jak Leszek Piskorz czy Jerzy Trela na widowni), później zostaliśmy wrzuceni w książkowe targowisko próżności. Było bardzo miło – dużo nowych twarzy, ciekawych rozmów, miłych gestów – ale trochę to wszystko męczące. Wolę siedzieć i pisać, niż chodzić i gadać.😉

Książkę można znaleźć już chyba w każdej księgarni w realu i niejednej internetowej, do czego wszystkich zachęcam. Nie trzeba być wielbicielem teatru, ani wyborcą Fedorowicza, nie trzeba nawet mieszkać w Krakowie, by znaleźć tu coś dla siebie. I żadna w tym moja zasługa – ja tylko znowu pomogłem opowiedzieć to, co się zdarzyło i nie powinno zostać zapomniane.