Straciłem, więc jestem

Nadrabiając oscarowe zaległości, wreszcie obejrzałem „Manchester by the Sea”. Ze ściśniętym gardłem, oczywiście, nie da się inaczej. Bez wchodzenia w szczegóły – film jest o winie i oczekiwaniu na karę, która nie nadchodzi. Kara – jaki to piękny pomysł, jaki litościwy. Wystarczy schylić kark, przyjąć bolesne razy, przełknąć łzy, a potem można wstać nowym człowiekiem i zacząć wszystko od nowa. Bo bez kary nijak się nie da, nie będzie odkupienia.

Lee, główny bohater „Manchester by the Sea” – czy Casey Affleck zasłużył na tego Oscara? A czy morze jest mokre? – to twardy chłopak. Nie prosi o łaskę, nie próbuje odbudować sobie życia, które – przypadkowo, ale jednak własnoręcznie – zrujnował. A raczej próbuje, ale nie dla siebie, lecz odpowiadając na wyzwanie losu, w ramach poczucia obowiązku wobec tych, których kocha. Miałem nie spoilować, więc nie powiem, czy mu się udaje, ale chyba nie zgrzeszę zdradzając, że „Manchester by the Sea” to nie kino familijne z obowiązkowym happy endem, że tu nie ma łatwych, jednoznacznych rozwiązań. Samo życie.

Przyznaję, wychodząc z kina zastanawiałem się, dlaczego Oscara w kategorii Najlepszy film dostał „Moonlight”, a nie „Manchester by the Sea” właśnie. Jeśli abstrahować od tematyki i rzecz sprowadzić do formy, do wykorzystania języka filmowego, to „Moonlight” chyba rzeczywiście jest ciekawszy, śmielszy, mniej akademicki. Z drugiej strony – ta ascetyczna forma „Manchester by the Sea” idealnie pasuje do treści. Kiedy obcujemy z tragedią tak wielką, kiedy wali się świat, nie czas na karkołomne fikołki montażu, gry kolorów czy efektowne, futurystyczne biciwo na ścieżce dźwiękowej. Swoją drogą, Lesley Barber (z niewielką pomocą Händla) doskonale to wyczuł, proponując muzykę bardzo klasyczną, może nieco melodramatyczną, ale przy tym po prostu piękną. Idealnie wpisującą się w sielskie i surowe zarazem, zimowe krajobrazy wybrzeża Nowej Anglii.

Decyzja Akademii wydaje mi się więc iście salomonowa. Niech już będzie, że „Moonlight” jest filmem formalnie lepszym, ale historia opowiedziana w „Manchester by the Sea” jest po prostu bardziej uniwersalna. Niezależnie od czasu, miejsca, koloru skóry, orientacji seksualnej i poglądów, każdy z nas może podzielić los Lee – choć, oczywiście, najgorszemu wrogowi nie życzę. A więc Oscar za scenariusz, za tę opowieść o nas wszystkich, jest jak najbardziej uzasadniony.

Nie wiem, czy Kenneth Lonergan, autor scenariusza i reżyser filmu, inspirował się własnymi doświadczeniami, historią z sąsiedztwa, Księgą Hioba czy mitami greckimi – w każdym razie „Manchester by the Sea” nie jest o nim. Głównym bohaterem jest Lee Chandler, ponury dozorca z Quincy w stanie Massachusetts. Everyman (a więc łatwo się z nim utożsamiać), ale jednak postać fikcyjna, zmyślona. Nawet ocierając łzy na „Manchester by the Sea” mamy świadomość umowności tego, co widzimy. To na szczęście tylko kino, iluzja, sen-mara. Za chwilę jakoś to się skończy, pójdą napisy, zapalą się światła. Wyjdziemy na słońce i wiatr, do swojego życia.

A gdyby to wszystko była prawda? Gdyby to był dokument? Gdyby Lee na naszych oczach naprawdę rozpadał się na kawałki? Wypadałoby na to patrzeć, nawet gdyby sam zainteresowany – może chwilowo otępiony bólem, może w świeżej żałobie nie do końca poczytalny – zezwolił?

Trudno nie zadawać sobie tych pytań, słuchając „A Crow Looked at Me”, najnowszej płyty Mount Eerie. Albumu, który dokumentuje chorobę i niedawną śmierć Geneviève Gosselin, żony Phila Elveruma. Płyty, której słuchanie jest tak trudnym doświadczeniem, że… właściwie nie polecam.

Śmierć jest prawdziwa / Ktoś jest, a potem go nie ma / Nie powinno się o tym śpiewać / Nie powinno się z tego robić sztuki – tak zaczyna tę opowieść Phil, w utworze zatytułowanym „Real Death”. A więc sam twierdzi, że się nie da, a już na pewno nie powinno, ale jednak kontynuuje. Śpiewa. Gra. Układa słowa w teksty piosenek, choć „słowa zawodzą”. Dlatego – znowu – formalnie jest to tak proste, jak tylko możliwe. Gitara akustyczna, czasem jakiś prymitywny, stukający głucho rytm i oczywiście głos. A właściwie półgłos, bo przecież nie można śpiewać pełną piersią, kiedy nie da się oddychać.

Teksty są równie proste, bo przecież poezja w takiej sytuacji jest „dumb” – albo niema, albo głupia, a najpewniej jedno i drugie. Phil po prostu wyrzuca z siebie pojedyncze sceny i myśli, nie rozwodzi się nad nimi, nie analizuje, nie interpretuje, nie dorabia filozofii. Jest bardzo brutalny, zawstydzająco bezpośredni. Brzdęka sobie na gitarze i półgłosem śpiewa: Nasza córka ma półtora roku / Ty nie żyjesz od 11 dni… Wspomina, jak się poznali, opisuje postępującą chorobę żony (W styczniu jeszcze żyłaś / Ale chemioterapia cię zdewastowała, zmieniła twoją porcelanę w coś innego / Coś żółtego i zjebanego), opowiada o tym, jak listonosz przyniósł paczkę, już po śmierci Geneviève i okazało się, że to szkolny tornister dla córki, prezent zamówiony ze świadomością, że przyda się w czasie, którego obdarowująca już nie doczeka. Jest też obrazek z rozsypywania prochów, w miejscu gdzie mieli razem budować dom: Przyniosłem z domu fotel / By zostawić go na tym wzgórzu / Ustawiony na północny zachód / Wysypałem na niego twoje prochy / Chyba po to, żebyś mogła obserwować zachód słońca / Ale prawda jest taka, że nie myślę, że jesteś tym prochem.


I jaki z tego wszystkiego płynie morał? Czego dowiadujemy się o życiu i śmierci z „A Crow Looked at Me”? Czego o sobie? Niczego. Wobec miłości i śmierci jesteśmy bezbronni, na to nie da się przygotować. Nawet przez sztukę. Nie chcę się niczego z tego nauczyć. Kocham cię – zwraca się Elverum do żony, a ja nie po raz pierwszy i nie ostatni czuję, że nie powinienem być tego świadkiem, że to ich prywatna sprawa.

Ale na tej skrajnie osobistej płycie – może przypadkiem, może świadomie, z artystami nigdy nie wiadomo – Phil formułuje też uniwersalną i arcyprawdziwą definicję człowieczeństwa, które wzrasta na sprzeciwie wobec naturalnej kolei rzeczy. Na buncie przeciwko bądź co bądź prawdziwej konstatacji, że tak już musi być.

Odrzucam naturę. Nie zgadzam się.

Damage Inc.

To smutne, że człowiek żyje tak długo, że musiał doczekać czasów, kiedy jego idole z lat pacholęcych – którzy zostali idolami nie tylko dlatego, że grali fajne piosenki, ale też dlatego, że byli jak starsi kumple, totalnymi swojakami, fanami Venom w podartych dżinsach – dali się zżuć i strawić muzycznemu showbizowi tak bardzo, że stali się uosobieniem jego najgorszych bolączek.

Bo jak tu na przykład obronić coś takiego, jak bilet dla najbardziej vipowatego VIPa – gówno tam VIPa, dla kogoś po prostu bardzo bogatego – za ponad 10 tysięcy złotych?
Oto pełna lista wspaniałości, które można otrzymać za równowartość kwartalnej średniej krajowej (!!!) z okładem:

– jedno miejsce siedzące na Trybunie Premium w pierwszych dwóch rzędach
– wejście na arenę przez bramę ‚Through The Never’ dedykowaną dla specjalnych gości
– zakulisowe spotkanie z członkami zespołu przed koncertem
– zdjęcie grupowe ze wszystkimi uczestnikami ‚Hardwaired Experience’ oraz z członkami zespołu Metallica
– jedna setlista z autografami wszystkich członków zespołu Metallica
– możliwość skorzystania z ‚Sanitarium Rubber Room’ z dostępem do:
mini bar (dwa kupony na drinka)
obiad w bufecie ‚Spit Out The Bone’
– możliwość obejrzenia wystawy ‚Memory Remains’ składającej się z pamiątek, kostiumów scenicznych, instrumentów oraz rzeczy osobistych członków zespołu Metallica
– jeden plakat zespołu Metallica z limitowanej edycji
– jeden dowolnie wybrany Metallica t-shirt
– dostęp do prywatnej strefy merchandisingu
– obsługa personelu na miejscu
(za eskarock.pl)

Nie szanuję tego. Nie na taki seek and destroy się umawialiśmy… Oraz moja droga wyobraźnio, łaskawie nie podpowiadaj mi, jakie to rzeczy osobiste muzyków można na wystawie Memory Remains pooglądać.

Ale jeszcze trudniej jest mi przetrawić cenę biletu dla zwykłego fana, szeregowca metalowej milicji. Ten musi zapłacić 440 złotych. Za bilet na płytę. Za dwie godziny koncertu, w ścisku, na stojąco – 440 złotych.

Wątpliwości budzi też sposób dystrybucji. O ile personalizacja biletów i limit per capita uważam za znakomity pomysł, utrudniający życie koniom, to tu chyba sprawy zaszły za daleko – musisz wydać fortunę ponad rok przed imprezą (elo, Metalliko, lokalnym podwykonawcom też płacicie z góry, rok przed robotą?), ale nie masz szansy na zmianę nazwiska. Czyli jeśli komuś coś wypadnie – ślub lub pogrzeb, ważne sprawy zawodowe itp., itd. – to trudno, pół tysiaka psu w dupę. Kochasz Metallikę to cierp.

Ceny biletów na ten ich krakowski koncert (czy w ogóle – całą trasę) i sposób w jaki się to sprzedaje świadczy o tym, że nie fani są tu najważniejsi, ale pieniądz. Nie wiem, może muzycy Metalliki mają duże potrzeby, poza tym oczywiście przy nich musi się spory tłum wyżywić, ale to naprawdę można było rozegrać w bardziej cywilizowany sposób.

Można było sprzedawać bilety tylko zarejestrowanym klientom – ale dając im możliwość obrotu towarem, który do nich należy (choćby przez współpracę z TicketSwap).

Można było zorganizować koncert w większym obiekcie (większej hali w Polsce nie ma, więc musiałby to być stadion – ale przecież kilka mamy).

Nie przewidzieli popytu? Nie wierzę. Ale zakładając, że wierzę – wciąż można to przenieść na większy obiekt. Przecież scena jeszcze nie stoi, do koncertu mamy rok z okładem.

Że co? Metallica chciała być bliżej fanów, zaproponować unikalny show pod dachem, którego nie dałoby się zrealizować na stadionie czy lotnisku? Rozumiem, szanuję… w takim razie można było zrobić po kilka koncertów w jednym mieście. Tak jak robi to na przykład Dave Matthews Band i jak zrobiła to… Metallica, w Katowicach, w 1987. Wtedy dało się to wymyślić i zrealizować, a teraz się nie dało?*

Dwie, trzy sztuki pod rząd w jednym mieście oznaczałyby:
a) dwa-trzy razy więcej biletów na rynku,
b) redukcję kosztów (transport czy produkcja – wydatek ten sam, a wpływy większe)
c) …a co za tym idzie, obniżenie cen biletów.

Tylko komuś musiałoby na tym zależeć.

* okazuje się, że się dało – m.in. w Paryżu, Kolonii, Amsterdamie, Madrycie, Londynie – ale niestety, nie w Krakowie. A tam gdzie się dało i tak nie miało to wpływu na cenę 😉

Negru

W połowie lat 90. napisał do mnie typ z Rumunii. To było wtedy znacznie bardziej egzotyczne niż listy z Kanady, Brazylii, a nawet Malezji… Rumunia, really? To tam jest jakieś życie? Mają prąd? Znają metal? Okazało się, że owszem, znają. Zespół nazywał się Negura Bunget i grał black metal, bo niby co? Debiutowaliśmy mniej więcej w tym samym czasie, więc wymieniliśmy się płytami, a następnie uprzejmościami. Na tym się nie skończyło. Pomiędzy Duklą a Timisoarą zaczęły krążyć długie listy. Pisaliśmy o sprawach osobistych, ale też o kulturze, stereotypach, polityce, religii, filozofii… jak to wadzący się ze światem dwudziestolatkowie z prowincji 😉
Negru załatwił nam licencyjne wydanie „Dionysosa” w Rumunii, na kasecie, w wytwórni Bestial Records – mam gdzieś pamiątkowy egzemplarz. Próbował też zorganizować wspólny koncert Lux Occulta i Negura Bunget w Transylwanii, co nas oczywiście bardzo kręciło – ale nie aż tak bardzo, żeby się po prostu ogarnąć i pojechać.

Potem kontakt się urwał, każdy z nas poszedł w inną stronę, ale zawsze dobrze wspominałem człowieka, wiedziałem, że wciąż działa i trzymałem kciuki. A dziś przychodzi wiadomość, że Negru zmarł.
No i już, to wszystko.

Jaki jest Triptykon nie każdy widzi

17389199_1310137572355269_4722610274906162890_o

Jak się zaczyna koncert od „Procreation (of the Wicked)”, poprawia „Dethroned Emperor”, a dobija „Goetią”, to… Lord, have mercy upon me. Gdyby po trzech pierwszych numerach wczorajszego koncertu Triptykon nastąpił koniec świata – albo przynajmniej mój – umierałbym szczęśliwy.

Supporty były zacne, w dodatku niegłupio dobrane, bo każdy z nich prezentował inny sposób reinterpretacji dziedzictwa Celtic Frost – Blaze Of Perdition w najbardziej blackmetalowej, leśnej wersji, Mord’A’Stigmata klimatycznie i progresywnie, a Secrets Of The Moon… hm, Niemcy zabrzmieli tak, jak mógłby brzmieć Samael, gdyby Xy nie zafascynował się w pewnym momencie tymi wszystkimi zabawkami na prąd. No więc wszystko fajnie, wszyscy dzielnie stawali, ale – właśnie – jak na wzorowych uczniów przystało. A później był wykład profesora.

Gdy grali moje ukochane numery Celtic Frost i co lepsze rzeczy Triptykon – oprócz już wspomnianych, oczywiście, „Circle of the Tyrants” i „Morbid Tales”, albo epickie, przeszywające „The Prolonging” na finał – pod czaszką hulały mi tylko lodowate wiatry z Północy. Czyli, że super. Ale kiedy zespół grał te numery, które nie działają mi bezpośrednio na przysadkę mózgową, zastanawiałem się… dlaczego jesteśmy w Klubie Kwadrat i nie jest ciasno?
Tego samego dnia ogłoszono, że Metallica zagra w krakowskiej Arenie, bilety będą kosztowały tyle, co wjazd na dobry, kilkudniowy festiwal na Zachodzie – a i tak pewnie trudno je będzie kupić. Metallica. Zespół, który ostatnią dobrą płytę nagrał w ubiegłym stuleciu (i proszę mi tu nie mówić, że „Hardwired…” to „powrót do formy”, że to album „na miarę”, bo wiem, że śmiech to zdrowie, ale ja chcę być morbid). Kilka tygodni temu z trasą (!) po halach (!!!) przetoczył się Sabaton, który naprawdę dobrej płyty nie nagrał nigdy. A Triptykon nie wyprzedany? Co jest z wami?

17358603_1310138815688478_2854792491436905134_o

No więc nie chodzi o to, że metal to muzyka niszowa – bo w sumie spoko, niech będzie, nie musi się wszystkim podobać – ale o to, że dobry metal to muzyka niszowa. Jeden z najlepszych, najbardziej twórczych, najodważniejszych zespołów w historii gatunku – mowa o Celtic Frost oczywiście – w swoim nowym, bardzo udanym wcieleniu, o klasę lepszym od obecnej formy Metalliki i zupełnie poza zasięgiem takiego Sabaton, gra w klubie, bo odziana w czarne koszulki młodzież i młodzież starsza wybiera towar gorszy, ale za to droższy.

I proszę mi tu nie mówić, że o gustach się nie dyskutuje, bo owszem, dyskutuje się. Proszę iść na Triptykon, jeśli jeszcze możecie (dziś Wrocław, jutro Warszawa, pojutrze Gdańsk), bo nie wiadomo jak długo Tom, niemłody już przecież, będzie w tak mistrzowskiej formie. Idźcie na Triptykon szczególnie jeśli tego nie planowaliście, a wtedy podyskutujemy.

A tu znajdziecie mój wywiad z Tomem. Nie dlatego polecam, że mój, ale dlatego, że pan Fischer wie, co mówi: Sztuka nie polega na kopiowaniu samego siebie. Sztuka jest wtedy, kiedy próbujesz dostać się pod powierzchnię. Nie na skróty, nie wolno sobie ułatwiać. Czasem trzeba zaryzykować karierę, bo trzeba próbować nowych rzeczy. Raz ci się uda, innym razem odniesiesz porażkę, ale to jest właśnie sztuka. Tu nie chodzi o bezpieczeństwo, nudę, powtarzanie się. Sztuka to ryzyko.
Ale uwaga! Tom tego nie powiedział, to ja pozwolę sobie dopowiedzieć: wspomniane ryzyko powinni podejmować nie tylko artyści. Słuchacze również.

Zdjęcia dzięki uprzejmości Piotra Śliwy (PKS Photography)

Nienawistny kutas

lou

Gdyby autor tej książki przejął się zasadą, że o zmarłych dobrze albo wcale, zostałoby mu haiku. Na przykład coś takiego:

Smutny piosenkarz
Lou Reed z Nowego Jorku
Śpiewał, że czeka

Bo „Zapiski z podziemia” Howarda Sounesa – tytuł oryginalny „Notes from the Velvet Underground” ma o tyle sens, że kieruje myśli ku kultowej formacji Lou Reeda – to garść nazw i dat plus mniej lub bardziej zakamuflowane komunikaty, że być może Lou wielkim artystą był, ale za to na pewno był małym człowiekiem. Wrednym, zadufanym w sobie sukinsynem, którego nikt nie lubił. A jak ktoś go na chwilę polubił, to głównie po to, by za chwilę pożałować. Pierwszy komplement pod adresem Reeda („Był po prostu fiutem”) pada z ust kolegi ze szkolnego zespołu już na drugiej stronie książki, a później jest niewiele lepiej. Czasem gorzej. „Sądzisz, że ludzie chcą czytać o życiu Lou Reeda?” – pyta autora „Zapisków z podziemia” jeden z najbliższych współpracowników artysty z czasów The Velvet Underground, poproszony o wywiad na potrzeby tej publikacji. – „Będziesz potrzebował dobrego tytułu, jak na przykład Nienawistny kutas lub Najgorszy człowiek, jaki kiedykolwiek żył. Coś, co od razu będzie sygnalizowało, że nie jest to biografia wspaniałego człowieka, bo nim nie był… Był durną, odrażającą, okropną istotą ludzką”.

Rzeczywiście, jako fan twórczości Lou Reeda, który to i owo już o nim czytał, zdawałem sobie sprawę z tego, że nie był przyjemniaczkiem, ale przyznaję, że nie spodziewałem się portretu Doriana Graya, który wyłania się z tej biografii. Bo jest to portret samolubnego, ale i zakompleksionego typa, wykorzystującego życzliwych mu ludzi, bijącego żonę, tak zaćpanego i zapitego, że nie panował nie tylko nad swoim życiem prywatnym, ale i twórczością. Ogarnął się jako tako dopiero jako starszy pan, pod wpływem Laurie Anderson, ale bratem-łatą nigdy nie został, o przebaczenie nie prosił.
Z „Nienawistnego…” – ups, przepraszam, z „Zapisków z podziemia” – jednoznacznie wynika, że płyty, którymi dziś się zachwycamy, które nie bez powodu przecież uważamy za wybitne i kultowe, były nie tylko owocem dalekosiężnej wizji giganta, który przerastał sobie współczesnych, ale również wypadkiem przy pracy albo owocem pracy ludzi, którzy zrobili coś za Lou, bo akurat nie ogarniał rzeczywistości…

Czy warto więc czytać taką książkę? O tak, po stokroć tak.

Z muzycznymi biografiami sprawy bowiem mają się tak, że powstają głównie z miłości. Wiem, co mówię. 😉 Autor takiej biografii najczęściej jest fanem opisywanego wykonawcy/zespołu, w dodatku rozmawia z jego/ich przyjaciółmi, rodziną, najlepszymi współpracownikami – a to oznacza, że nawet dbając o obiektywizm, przedstawia nam szklankę raczej do połowy pełną. Co bynajmniej nie musi oznaczać fałszu. Taka biografia jest po prostu jak zdjęcie korzystniejszego profilu. Wykonane przez dobrego fotografa. W korzystnym oświetleniu. „Zapiski z podziemia” są tymczasem jak foty, które zrobili ci komórką złośliwi koledzy – to nie ludzie, to wilki – na imprezie, która wymknęła się spod kontroli. Akurat wtedy, kiedy zasnąłeś z uchem w sałatce. I ktoś ci markerem narysował fiuta na czole.

Publikowanie takich fotografii na Fejsie czy Instagramie bez wiedzy i zgody najbardziej zainteresowanego to oczywiście zło największe – jaki więc płynie pożytek z publikacji i lektury „Zapisków z podziemia”? Choćby taki, że wraz z nieuchronnym wzrostem niechęci do Lou Reeda, coraz trudniej nam będzie uchylić się przed pytaniem: czy to wciąż OK lubić jego muzykę? Czy kiedy już wiemy, jak wyglądały relacje wewnątrz The Velvet Underground, jak powstawał „Transformer” i kim był człowiek, który wymyślił i zrealizował „Metal Machine Music”, możemy wciąż podziwiać dzieło i jego twórcę?

Moja odpowiedź brzmi: dzieło – tak. Pal licho twórcę.

Być może żyjemy w najbardziej dostatnim, najbardziej interesującym i zarazem najbardziej beztroskim (choć nie wiem, czy to się da połączyć) czasie w dziejach ludzkości, ale jedno jest pewne: XXI-wieczne połączenie kultu celebryty z informacyjną biegunką, którą codziennie nie tylko konsumujemy, ale i współtworzymy (ja choćby tym wpisem, I know) sprawiło, że twórca zrósł nam się z dziełem. Albo i dzieło zastąpił, bo po jaką cholerę czytać książkę, która ma 500 stron, skoro możemy zobaczyć, co pisarz włożył na ściankę i co powiedział (pierdnął na Twitterze) o innym pisarzu. My też mamy swoje zdanie o obu pisarzach i nie zawahamy się go użyć, więc dołożymy do pyskówki pomiędzy ludźmi pióra (w dupie) swój błyskotliwy komentarz, podamy dalej i już, uczestniczymy w kulturze, jest zajebiście. A książka? Nawet jeśli uda nam się ją przeczytać – to przecież nie sposób tego zrobić w oderwaniu od wspomnianych wyżej zdjęć, plotek, twittów, bon motów i memów. Wiemy o współczesnych nam twórcach – nawet tych, co starają się strzec swojej prywatności – zbyt wiele, by nie kładło to się cieniem na ich dziele. Czytamy więc książkę, oglądamy film, spektakl teatralny lub obraz, słuchamy płyty osadzając je automatycznie nie tyle w kontekście innych książek, filmów, płyt, co w kontekście prywatnego życia autorów. Czasem oczywiście ma to sens (bo jak inaczej brać się za bary z „Moją walką” Knausgårda?), ale zwykle – niekoniecznie. Często – w ogóle nie.

Nazbyt gorliwe wiązanie życia prywatnego twórców z ich dziełem jest krzywdzące dla tych artystów, którzy mieli nieszczęście narodzić się i tworzyć w Epoce Informacji. O prywatnym życiu i cechach charakteru antycznych dramatopisarzy, barokowych kompozytorów i romantycznych poetów wiemy bowiem niewiele lub nic – w związku z tym obcowania z ich spuścizną nie zakłóca nam świadomość, że jak się ochlali na imieninach wujka Jurka to komuś spuścili łomot. Ich opryskliwość, niefotogeniczność, złe zwyczaje żywieniowe, poglądy polityczne, rytuały religijne, upodobania seksualne i nawet karygodna nieznajomość praw dynamiki Newtona dawno legły z nimi w grobie i nie mają żadnego znaczenia. No dobrze, może czasem pomagają nam w interpretacji dzieła – ale to wszystko, nie budzą emocji, nie zachęcają nas do ferowania wyroków w moralnym uniesieniu. Czemu więc mielibyśmy oceniać jakiegoś śpiewaka z Nowego Jorku nie za jego piosenki, ale za to, że był niemiły jak wciągnął kreskę?

Jest jeszcze coś. Jeśli sam tworzysz, możesz znaleźć w biografii Lou Reeda autentyczną pociechę – pal licho, że teraz twoje płyty się nie sprzedają, a recenzenci albo cię ignorują, albo uważają za pretensjonalnego głupka. Za 20, a może za 50 lat, nikt nie będzie pamiętał, kto był dzisiaj na pierwszym miejscu listy przebojów i co było piosenką dnia w RMF-ie, za to twój pogardzany dziś i niesprzedawalny album może przejść do legendy. Może być kultowy. Może inspirować innych. I nie ma znaczenia, kto ci dograł bas, kto podczyścił wokale i skąd ukradłeś tę fajnie brzmiącą linijkę w refrenie. Ważne, kto się pod tym podpisał.
Nie, nie żartuję.

A co z Lou Reedem? Po lekturze „Zapisków z podziemia” wciąż najbardziej nie lubię go za „Lulu”.

Kup „Politykę”, wsiądź do autobusu

A było to tak… W trzeciej klasie liceum profesor Klein – najlepszy nauczyciel jakiego spotkałem i w ogóle jeden z najważniejszych ludzi w moim życiu – postanowił wysłać mnie na olimpiadę polonistyczną do samego Rzeszowa. Żebym się nie zgubił po drodze, miałem w Krośnie dołączyć do dosiadającej się grupy krośnieńskiej. Tylko jak się poznamy?
– Kup sobie „Politykę” na drogę. Na pewno będziesz jedyną osobą w pekaesie z „Polityką” w ręku, a przy okazji może dowiesz się czegoś ciekawego o świecie – zaproponował Klein, z właściwą sobie delikatną nutą złośliwości.
No dobrze, ale „Politykę”? Dlaczego „Politykę”? Nie mógłbym kupić czegoś dla ludzi?! W moim domu „Polityki” się nie czytało, a nazwa pisma kojarzyła mi się jak najgorzej – jak to siedemnastolatkowi polityka – ale cóż było robić? O takie rzeczy z Edwardem nie warto było się spierać. Niech już będzie moja krzywda.

Empatyczni koledzy z klasy, a zarazem członkowie fenomenalnego zespołu Stypa – który istniał przez dwa lata, ale próby i koncerty miał tylko na długiej przerwie, w licealnej szatni – zainspirowani moim dramatycznym losem stworzyli nawet pieśń, której kawałek tekstu pamiętam do tej pory: Kup „Politykę”, wsiądź do autobusu / Wygraj olimpiadę, postaw flaszkę z musu.

Cóż, nie wygrałem. Raczej nawet jakby wręcz przeciwnie. Ale za to było bardzo miło, poznałem fajnych ludzi i… poznałem pismo, które od tamtej pory najbardziej cenię spośród wszystkich polskich tygodników opinii (choć tu oczywiście serce cicho łka za „naszym” „Przekrojem” 😉 ).

Dzisiaj sam jestem dziadkiem i mam zaszczyt współpracować z „Polityką” od – ale ten tempus fugit! – pięciu lat. To mgnienie oka ledwie i tylko garstka tekstów w porównaniu z piękną, sześćdziesięcioletnią historią dostojnej jubilatki, ale co tu dużo ukrywać, jestem dumny z tego, że mogę choćby w tak skromnym stopniu tę historię współtworzyć.

A „Polityce” życzę stu lat w dobrym zdrowiu i wysokim nakładzie.

Cierp ciało

A jednak będzie o teatrze. Nie, nie byłem na „Klątwie” i nie wybieram się. W Krakowie takich nie mamy. Mamy za to Festiwal Teatru Formy MATERIA PRIMA, w ramach którego pojawiła się w mieście m.in. kanadyjska trupa Compagnie Marie Chouinard, ze swoim słynnym spektaklem „bODY_rEMIX/gOLDBERG_vARIATIONS”.

Dla miłośników teatru tańca to już właściwie klasyka, spektakl bowiem miał premierę 12 lat temu, doczekał się wersji filmowej i nimbu kultowości. Dla tych jednak, co trafiają na jego fragmenty przypadkiem, bo zabłądzili na YouTube, to – jak widzę po komentarzach – wciąż rzecz szokująca i ostateczny dowód na upadek cywilizacji. „Jakie narkotyki trzeba brać, żeby to oglądać?”, „Zobaczyłam to i mam ochotę się zastrzelić”, „Jeśli to jest sztuka, nie chcę już żyć na tej planecie”, „Pedofilia, gwałt, morderstwa, autyzm i wszystkie rodzaje chorób psychicznych połączone w jeden spektakl! Obrzydliwe, perwersyjne, dziwaczne zachowanie” – to tylko próbka głosu ludu.

Cóż, ja zobaczyłem właśnie cały spektakl na żywo, nie ścinki na YouTube i choć nie brałem narkotyków, nie mam ochoty się zastrzelić. Mało tego, uważam, że trzeba mieć dużo złej woli i chorą wyobraźnię, żeby w „bODY_rEMIX/gOLDBERG_vARIATIONS” dopatrzeć się jakowychś dewiacji. Owszem, to co widzimy może powodować pewien dyskomfort – niemal nagie, doskonałe ciała tancerzy obudowane są tu akcesoriami, które kojarzą się z chorobą, niepełnosprawnością, ułomnością – kulami, protezami, laskami, poręczami, balkonikami… To z jednej strony zakłóca idealną harmonię (balet do Bacha, miało być tak pięknie), ale z drugiej wzbogaca ją o element heroicznej walki ze słabością, o rozpaczliwą próbę kontaktu z drugim człowiekiem. To wysiłek przejmujący i godny podziwu, nawet jeśli kończy się porażką. Jak już oko przywyknie do efektownej i dla niektórych szokującej powierzchowności – a moim zdaniem przywyknie błyskawicznie – „bODY_rEMIX/gOLDBERG_vARIATIONS” okaże się spektaklem głęboko humanistycznym i po prostu wzruszającym. Tu nie chodzi o prowokację, wytrącenie widza ze strefy komfortu, nie o epatowanie golizną czy wulgarną choreografią, ale o komunikat, że wszyscyśmy z tej samej gliny. Na dobre i na złe.

Jutro (czyli właściwie dzisiaj) grają to jeszcze raz. Jeżeli ktoś jest lub może być w Krakowie, jeżeli jeszcze są bilety – polecam z całych sił.