Król Artur jest łotrem

Kinowa premiera „Króla Artura. Legendy miecza”, w reżyserii Guya Ritchiego, pozwoliła mi wcisnąć się do nowego numeru „Polityki” z tekstem nie tyle o samym filmie (w ogóle nie o nim), co o fenomenalnej żywotności legend arturiańskich, ich całkiem naturalnej demitologizacji, ale też zaskakującej (przynajmniej częściowej) remitologizacji oraz nieoczekiwanej roli w debacie wokół Brexitu.

Zainteresowani znajdą artykuł w papierze, a papier w kiosku, ewentualnie tutaj online, za drobną opłatą. Życzę przyjemnej lektury.

Artur

Film Ritchiego nie był jedynym pretekstem do napisania tego tekstu – była nim również niedawna premiera „Zimowego monarchy”, pierwszego tomu nowego wydania trylogii arturiańskiej Bernarda Cornwella. Powieści historycznej i przygodowej zarazem, którą pożarłem z wypiekami na twarzy i niniejszym gorąco polecam. Tu zresztą rekonstrukcja mitu odbywa się już w jego łonie. Oto królowa Igraine, na której zlecenie zakonnik (i eksrycerz) Derfel spisuje dzieje Artura, pyta o Camelot, „z jego zieloną trawą, wysokimi wieżami, damami w długich sukniach i wojownikami rzucającymi im kwiaty pod nogi”, ale w odpowiedzi słyszy: „Nie przypominam sobie (…) obsypanych kwiatami ścieżek, za to pamiętam wojowników, którzy po bitwie ledwo powłóczyli nogami albo czołgali się z płaczem po ziemi, wlokąc za sobą wyprute wnętrzności”.

Mamy więc z jednej strony w „Zimowym monarsze” dzielnych wojowników, heroiczne czyny, piękne damy i szał uniesień – ale narrator skrzętnie dba o to, by lot wyobraźni nie pociągnął nas zbyt wysoko w różowe chmury. Zarówno wojnę, jak i miłość odziera z romantyzmu, drastyczne, wręcz turpistyczne opisy krwawych porachunków przetykając rzadkimi, ale udanymi, bo nie dociskanymi na siłę, błyskami humoru. A wszystko to w scenografii, która bliższa jest prowizorce Monty Pythona i ich „Świętego Graala”, niż tym arturiańskim filmom, w których wszystko lśni, imponuje majestatem i przepychem. Stolice brytyjskich królestw z książki Cornwella rozsypują się i śmierdzą, nieporadnie rządzone przez półdzikich watażków, którzy wzięli je w posiadanie po odejściu znacznie bardziej cywilizowanych Rzymian. A ludzie, jak to ludzie, godni są raczej pogardy i/lub współczucia niż podziwu i naśladowania.

Miałem coś jeszcze o tej świetnej książce napisać, ale nie muszę, bo rzutem na taśmę wyręczył mnie sam autor. Skontaktowałem się bowiem z Cornwellem tworząc tekst do „Polityki”, wysłałem mu kilka pytań, miał odpowiedzieć, ale coś mu wypadło… Myślałem, że nie odpisze i już się nie upominałem, aż tu wczoraj po południu przychodzi mail. Z serdecznymi pozdrowieniami i odpowiedziami na moje pytania, które pozwolę sobie przytoczyć poniżej. Ufając, że jeśli mi nie udało się zachęcić państwa do sięgnięcia po „Zimowego monarchę”, to Bernard sobie poradzi.

W czym, twoim zdaniem, tkwi tajemnica żywotności mitu arturiańskiego?  

Podejrzewam, że korzenie arturiańskich opowieści tkwią w micie złotego wieku. Wydaje mi się, że każde społeczeństwo ma podobny mit, który głosi, że kiedyś, w przeszłości, było znacznie lepiej. Nie wiemy nawet, czy ktoś o imieniu Artur, czy Król Artur, na pewno istniał, ale istnieją przesłanki, które każą nam przypuszczać, że wódz Brytów o tym imieniu pokonał Sasów w okolicach 500 roku naszej ery.
A teraz czas na tło! Wycofanie się legionów rzymskich w V wieku pozostawiło Brytanię zdezorganizowaną i bez przywództwa. Wyłoniły się z tego niewielkie królestwa, ale największym zagrożeniem była inwazja Sasów, przybywających z ziem, które dziś znamy jako Niemcy. Byli zajadłymi wojownikami, efektywnymi w boju, więc stopniowo przemieszczali się na zachód, biorąc Brytów do niewoli, zabijając ich, odbierając im ziemię. W połowie tego procesu (który zresztą zakończył się sukcesem), brytyjski wódz (myślę, że to Artur) pokonał saską armię pod Mount Badon. Wiemy, że taka bitwa miała miejsce, ale nie wiemy, gdzie dokładnie. W każdym razie Artur powstrzymał najeźdźców i kronikarze twierdzą, że „przez całe pokolenie” Sasi żyli w strachu. W końcu zwyciężyli, ale Brytowie (których dziś nazwalibyśmy Walijczykami) zachowali pamięć tego wspaniałego czasu, kiedy mogli siać i czekać na zbiory bez strachu, kiedy wiedzieli, że ich kobiety i dzieci nie trafią do niewoli, bo Sasi zostali pobici. To był dla Brytów złoty wiek! Długo nie potrwał, złote wieki zawsze szybko mijają, ale opowieść o nim była przekazywana z pokolenia na pokolenie i stawała się coraz bardziej wymyślna. W końcu straciła kontakt z rzeczywistością! Dowódca z VI wieku stał się „Królem Arturem”.
Dla mnie więc żywotność legend arturiańskich tkwi w naszej nieustającej tęsknocie za lepszym, mitycznym czasem, kiedy dobrze się żyło. Jestem pewien, że i w Polsce istnieje pamięć kulturowa złotego wieku, bo wszystkie społeczeństwa to mają.
 

Co najbardziej pociąga cię w tamtych czasach?

Ich drastyczność! Brutalność! W pierwszych wzmiankach o nim – w żywotach walijskich świętych – Artur jest łotrem! Jest złodziejem, mordercą i gwałcicielem! Najprawdopodobniej nie był chrześcijaninem (stąd ta wrogość), ale w końcu Kościół, któremu nie udało się wymazać wspomnień o bohaterze, postanowił go adoptować. Tak oto legendy arturiańskie zostały schrystianizowane. Zamiast szukać magicznego (i pogańskiego) kotła Clyddno Eidyna, Artur szuka Świętego Graala. Został idealnym chrześcijańskim bohaterem, odważnym, dobrym i mądrym, ale w rzeczywistości musiał być bardzo brutalnym, a więc bardzo efektywnym dowódcą.  

Czy ten mit jest wciąż żywy? Ma jakikolwiek wpływ na dzisiejsze życie społeczne i polityczne Wielkiej Brytanii?

Tego nie wiem, ale mit nigdy nie umiera. Nie sądzę, by ludziom przychodził do głowy akurat Artur, gdy martwią się problemami kraju, ale te opowieści reprezentują tęsknotę za prostszą przeszłością. Podejrzewam, że wielu Brytyjczyków głosowało za Brexitem, kierując się między innymi takimi pobudkami – mieli poczucie, że Wielka Brytania była lepszym miejscem, zanim Bruksela zaczęła się wtrącać i wszystko komplikować.

Reklamy

Kup „Politykę”, wsiądź do autobusu

A było to tak… W trzeciej klasie liceum profesor Klein – najlepszy nauczyciel jakiego spotkałem i w ogóle jeden z najważniejszych ludzi w moim życiu – postanowił wysłać mnie na olimpiadę polonistyczną do samego Rzeszowa. Żebym się nie zgubił po drodze, miałem w Krośnie dołączyć do dosiadającej się grupy krośnieńskiej. Tylko jak się poznamy?
– Kup sobie „Politykę” na drogę. Na pewno będziesz jedyną osobą w pekaesie z „Polityką” w ręku, a przy okazji może dowiesz się czegoś ciekawego o świecie – zaproponował Klein, z właściwą sobie delikatną nutą złośliwości.
No dobrze, ale „Politykę”? Dlaczego „Politykę”? Nie mógłbym kupić czegoś dla ludzi?! W moim domu „Polityki” się nie czytało, a nazwa pisma kojarzyła mi się jak najgorzej – jak to siedemnastolatkowi polityka – ale cóż było robić? O takie rzeczy z Edwardem nie warto było się spierać. Niech już będzie moja krzywda.

Empatyczni koledzy z klasy, a zarazem członkowie fenomenalnego zespołu Stypa – który istniał przez dwa lata, ale próby i koncerty miał tylko na długiej przerwie, w licealnej szatni – zainspirowani moim dramatycznym losem stworzyli nawet pieśń, której kawałek tekstu pamiętam do tej pory: Kup „Politykę”, wsiądź do autobusu / Wygraj olimpiadę, postaw flaszkę z musu.

Cóż, nie wygrałem. Raczej nawet jakby wręcz przeciwnie. Ale za to było bardzo miło, poznałem fajnych ludzi i… poznałem pismo, które od tamtej pory najbardziej cenię spośród wszystkich polskich tygodników opinii (choć tu oczywiście serce cicho łka za „naszym” „Przekrojem” 😉 ).

Dzisiaj sam jestem dziadkiem i mam zaszczyt współpracować z „Polityką” od – ale ten tempus fugit! – pięciu lat. To mgnienie oka ledwie i tylko garstka tekstów w porównaniu z piękną, sześćdziesięcioletnią historią dostojnej jubilatki, ale co tu dużo ukrywać, jestem dumny z tego, że mogę choćby w tak skromnym stopniu tę historię współtworzyć.

A „Polityce” życzę stu lat w dobrym zdrowiu i wysokim nakładzie.

Gęba metalowca

Zły to ptak, co własne gniazdo kala. Czy tam szkaluje. A że – jako volens nolens metalowiec aż po grób – mam obowiązek być zły, szkaluję braci w metalu w najnowszym numerze „Polityki”, na marginesie świetnego komiksu Krzysztofa Owedyka „Będziesz się smażyć w piekle” (wydanego przez Kulturę Gniewu).

metal

Tekst nosi tytuł „Skóra i ćwieki na wieki” i opowiada o stereotypie metalowca w polskim społeczeństwie, ze szczególnym wskazaniem na medialny wizerunek owego. Jest więc trochę i o heroicznych latach 80. (m.in. wyjaśniam profanom, co to katana z telewizorem oraz krojenie – wiem, że za zdradę tajemnic zakonu mogę podzielić los Brusliego, ale cóż, life is brutal), jest słowo o scenicznych i telewizyjnych przewagach Nergala czy Titusa, ale też o recepcji Sabaton na świętej ziemi piastowskiej. Wyjaśniam również, dlaczego poczytny i utytułowany Łukasz Orbitowski jest metalowcem Schrödingera.
A skoro już o Schrödingerze mowa – tak, jest i nieśmieszny dowcip o jedzeniu kotów. Mi wolno, tak jak czarnoskórym raperom wolno używać słowa „nigger”. Ale jeśli nie potraficie wyrecytować z pamięci dyskografii Slayera, Deicide i Morbid Angel (albo nie jesteście pewni, która z kolei jest „Abominations of Desolation”) – lepiej tego nie próbujcie!

Wersja papierowa w kioskach jeszcze tylko jutro, wersja cyfrowa (za drobną opłatą) tutaj.

bedziesz

Więcej o komiksie Owedyka napisałem natomiast w nowej „Gazecie Magnetofonowej”.

\m/

Lodołamaczem cała naprzód

Fedor

Być może jeszcze chodziłem w Dukli do liceum i wyczytałem o nim w „Na przełaj”. Albo zobaczyłem w telewizji. A może usłyszałem o nim już w Krakowie, gdy przyjechałem na studia? Mój pierwszy adres w tym mieście – ponury hotel robotniczy na osiedlu Złota Jesień – był zresztą dość odległy od Wawelu, za to bliski arenie wydarzeń, od których zaczyna się ta książka…

W autobusie nie było oczywiście kibla, więc kiedy zatrzymaliśmy się na stacji przed granicą, wszyscy pobiegli się wysikać. Obok tych kibli stały jakieś typy spod ciemnej gwiazdy, sprzedawali krasnale ogrodowe i gapili się na irokezy chłopaków. Ja stałem z boku, w dresach, i paliłem papierosa. W pewnym momencie podszedł do mnie jeden z tych zakapiorów i mówi: „Patrz pan jakie skurwysyny! Ja bym ich wszystkich do więzienia, żeby zapierdalali, darmozjady! Życia by się nauczyli, a nie fryzury i lakiery, skurwysyny!”. Nawija tak i szuka we mnie akceptacji. W tym momencie wychodzi z kibla Elefant, czyli dwumetrowy punk z Nowej Huty, i czując, co jest grane, pyta: „Szefku, mam przypierdolić?”.

Co szefek na to?
Nie pozwoliłem, wyjazd był najważniejszy. Zresztą ten żul natychmiast zniknął. Pojechaliśmy dalej. 

Nie jestem pewien, kiedy po raz pierwszy usłyszałem o tym, co Jerzy Fedorowicz wyprawia w Nowej Hucie ze skinami i punkami, o tym jego mozolnym przerabianiu zjadaczy chleba w anioły, ale pamiętam, że byłem pod wrażeniem. Sam od zawsze miałem kłopot z dostosowaniem się do norm społecznych, sam byłem częścią – innej co prawda – kontrkultury i nie przywykłem do tego, by ktoś o pokolenie od nas starszy traktował nas poważnie. Wtedy jeszcze przedstawiciele wszelakich subkultur nie byli cool, wtedy jeszcze się nas pałowało albo w najlepszym razie usilnie przeciągało na stronę zdrowej tkanki społeczeństwa. Mało kto dostrzegał w nas ludzi, potencjał, talenty. Takim wyjątkiem był Edward Klein, mój wychowawca z liceum (RIP) i taki (jak słyszałem) był Fedor.

Po studiach zostałem w Krakowie. Postać Jerzego Fedorowicza raz na jakiś czas zamajaczyła mi na horyzoncie – dosłownie i w przenośni, na przykład w postaci nazwiska na liście wyborczej – ale nigdy nie miałem okazji poznać go osobiście. Aż do stycznia bieżącego roku. Zadzwoniła miła pani z wydawnictwa Burda i zapytała, czy nie byłbym przypadkiem zainteresowany przeprowadzeniem z nim wywiadu-rzeki. Dwa razy pytać nie musiała. Wiedziałem już o nim znacznie więcej niż 20 lat temu i przeczuwałem ciekawe życie, wietrzyłem dobrą historię. No, ale jeszcze on musi się zgodzić. Pierwsze spotkanie i okazuje się, że mamy wspólnych znajomych (powiem wam w tajemnicy, że Kraków nie jest takim dużym miastem za jakie się ma) i sporo wspólnych zainteresowań – Fedor potwierdził więc w wydawnictwie, że w porządku, że ten Szubrycht chyba się nada i nie trzeba dalej szukać…

W czasie akcji Burza ojciec dowodził żołnierzami obsługującymi cekaem. Karabin ustawiony był na linijce, myśliwskim powozie, który po wojnie leżał w wozowni w Zawadkach. Kiedy złamał mi się resor w trabancie, moi wujkowie za pół litra spirytusu wymontowali ten z wózka od cekaemu i wmontowali do trabanta. Dojechałem na tym resorze do Puław, gdzie i ten się złamał. Ojciec służył w obstawie radiostacji. Działała bardzo długo, chyba nawet po wojnie. Przeszkolony został przez Żonkila, Stanisława Kujawińskiego, słynnego cichociemnego. Później stanął na czele oddziału, który chronił Redutę, czyli wydawnictwo Wolności i Niezawisłości, dla którego moja matka pisała artykuły. Dlatego już jako dorosły człowiek stawałem w obronie ludzi, którzy mieli epizod fascynacji komunizmem, bo wiem, że nie znali prawdziwych informacji o tym, co się dzieje. Moi rodzice takie posiadali, bo pracowali przy radiostacji, mieli łączność ze światem. Znali więc prawdę o Katyniu i o tym wszystkim, co działo się na Wschodzie.

Rodzice chętnie opowiadali o wojnie?
Nie, prawie wcale. Ojciec umierał na raka, bardzo świadomie. Siedziałem przy nim, kiedy tak marniał każdego dnia, ale nawet wtedy nic mi nie opowiadał. Gdy już byliśmy pewni, jak to się skończy, UB wezwało mnie na przesłuchanie. Mieli taki pokój bez okien, przy placu Wolności.

O co pytali?
Czy wiem coś o broni. Jak Stalin jechał pociągiem do Poczdamu, na konferencję, to od Moskwy do Berlina, na całej trasie, co 150 metrów stał żołnierz i jeszcze jeździły patrole. W lipcu 1945 roku mój ojciec dostał rozkaz, żeby schować gdzieś furmankę pełną broni. Kupa żelaza ledwie przykryta słomą. Gdyby żołnierze z tego rosyjskiego patrolu byli bardziej przytomni, zorientowaliby się, że podczas wjazdu na nasyp koń ledwie ciągnie furmankę, że coś tam musi być nie tak. Dwadzieścia trzy lata po wojnie temat powrócił i ubek pyta mnie, czy wiem, gdzie ta broń została zakopana.

1966057_551031381665305_3930566156298208234_o

„Lodołamacz Fedor” to życie jednego człowieka, ale też niezła lekcja historii Polski – od czasów wojny, przez dziwne, śmieszno-straszne czasy PRL-u, stan wojenny, dramatyczne lata przeobrażeń ustrojowych, aż po naszą małą stabilizację. Tak, to książka w dużej mierze o historii, ale też o kulturze, polityce, zdrowiu i przede wszystkim – o miłości. Nie mnie ją oceniać, ale najlepsza z żon niejedną łezkę przy lekturze uroniła, a twarda jest przecież jak Roman Bratny.

Książka miała premierę w miniony weekend. Najpierw odbyło się miłe spotkanie w Teatrze Ludowym (powiem wam, że to dość abstrakcyjne uczucie, zasiąść na tej scenie, obok Fedora i obecnego dyrektora teatry, pana Jacka Stramy, z takimi postaciami jak Leszek Piskorz czy Jerzy Trela na widowni), później zostaliśmy wrzuceni w książkowe targowisko próżności. Było bardzo miło – dużo nowych twarzy, ciekawych rozmów, miłych gestów – ale trochę to wszystko męczące. Wolę siedzieć i pisać, niż chodzić i gadać. 😉

Książkę można znaleźć już chyba w każdej księgarni w realu i niejednej internetowej, do czego wszystkich zachęcam. Nie trzeba być wielbicielem teatru, ani wyborcą Fedorowicza, nie trzeba nawet mieszkać w Krakowie, by znaleźć tu coś dla siebie. I żadna w tym moja zasługa – ja tylko znowu pomogłem opowiedzieć to, co się zdarzyło i nie powinno zostać zapomniane.

Miałem sen

W tym moim śnie polskie władze – z opozycją pospołu – uznały, że muzyka jest naszym dobrem narodowym, że naród umuzykalniony to naród szczęśliwy, że Chopin, Górecki oraz Komeda, że Vader z Behemothem zobowiązują. Doszedł więc premier i prezydent, doszli posłowie i senatorowie, do jedynie słusznego wniosku, że zrobią nad Wisłą imprezę muzyczną, która Europę, a może i świat zadziwi. Że zorganizują festiwale i konkursy, zaproszą największe gwiazdy, a za nimi ściągną fani, z portfelami wypchanymi walutą i że będziemy wespół w zespół, tańcząc i śpiewając, gospodarkę napędzać.

Społeczeństwo przez aklamację plan ów śmiały poparło, więc przegłosowano ustawy, rozporządzenia i budżety. Ryknęły buldożery, koparki zaczęły kopać na potęgę, a dźwigi dźwigać. Cały naród uczestniczył w tym zbiorowym wysiłku, każdy Polak dokładał się z podatków swych do budowy wielkich aren widowiskowych i nieco mniejszych, ale wypasionych akustycznie sal koncertowych. Każdy dołożył swą cegiełkę do dworców i lotnisk, na których witać będziemy piosenkarzy, gitarzystów i fagocistów, i przez które fani spoza gór i rzek będą się tłumnie przewalać. Śmiały umysł planisty wytyczył nowe tory, które połączą miasta biorące udział w festiwalu nad festiwalami oraz autostrady, którymi będzie można spod sali koncertowej ze Stingiem bezkolizyjnie pod arenę z Blackeyed Peas podjechać… A co po festiwalu? No przecież to wszystko zostanie i wszyscy będą mogli skorzystać. Za odpowiednią opłatą, ale zawsze. My, fani muzyki, mamy gest.

Miałem sen, w którym politycy doszli do wniosku, że trwający kilka tygodni überfestiwal to mało, bo przecież w tak umuzykalnionym kraju muzyką nie wolno zajmować się doraźnie, incydentalnie i bez pomysłu. Wykoncypował więc jeden polityk z drugim, żeby w każdej gminie zbudować salę koncertową z prawdziwego zdarzenia, żeby lokalną orkiestrę w instrumenty i sprzęt nagłośnieniowy wyposażyć. No bo przecież, żeby światowe gwiazdy nie zdmuchnęły naszych reprezentantów z ich własnych scen, trzeba inwestować w młodzież, budować i organizować, szukać talentów, nie szczędzić dukatów. Co prawda są lekcje muzyki w szkołach, dwie czy trzy godziny tygodniowo, ale to przecież nie wystarczy, by osiągnąć poziom mistrzowski, do tego trzeba ćwiczyć, ćwiczyć, ćwiczyć…

Wyrosły więc te nasze piękne Słowiki w każdym miasteczku, w każdej gminie – i natychmiast zapełniły się orkiestrami dętymi, kolektywami didżejskimi, chórami mieszanymi, kwartetami smyczkowymi, a także kapelami rockowymi, jazzowymi, country oraz nowofalowymi i electro. Tylko wszyscy czterej rodzimi przedstawiciele nurtu chillwave powiedzieli, że mają w dupie Słowiki i wołami ich z sypialni nie wyciągną…

A władze jeździły po Polsce i na otwarciach Słowików przecinały wstęgę, przemawiały, zachęcały, gratulowały i fotografowały się w koszulkach z logotypami zespołów. Prezydent dumnie prężył się w t-shircie Teda Nugenta, lider opozycji ruszając w Polskę przywdziewał Floydowe „The Wall” (w Warszawie wystarczał mu znaczek Joy Division w klapie), a premierowi spod marynarki wystawała sprana koszulka „OK Computer”. W „Gazecie Polskiej” napisali co prawda, że płyty Radiohead kupił miesiąc przed wyborami na allegro, a t-shirt specjalnie potraktował wybielaczem, ale wiadomo, walka polityczna rzecz bezwzględna.

No właśnie. Polityka. Walka. W tym moim śnie sielanka się skończyła i powiało koszmarem, gdy w roku wyborów parlamentarnych nieoczekiwanie okazało się, że muzyki słuchają nie tylko grzeczni melomani, ale i łobuzy, co to piwo lubią na koncercie wypić, a potem niesieni emocjami są w stanie nie tylko plastikowe krzesełko złamać, ale nawet wielbicielowi innego artysty rozkwasić nos. I oto pewnego dnia, ultrafani Perfectu starli się z zagorzałymi wielbicielami Budki Suflera. Tydzień później najbardziej krewcy stronnicy Kapeli Ze Wsi Warszawa pogonili kota fanom The Cracow Klezmer Band. Zaniepokojony premier zmarszczył brew, palcem pogroził i dwa koncerty odwołał, więc zaszokowani i obrażeni, bo nie nawykli do takiego traktowania fani, poszli się wypłakać w białe prostokąty na klacie lidera opozycji. Wtedy dopiero rozpętała się awantura…

Obudziłem się zlany zimnym potem. Jakie to szczęście, że z krainy absurdu wróciłem do rzeczywistości, do normalności.

3350 x platyna i twarde negocjacje

Różnica pomiędzy faktami, a faktami prasowymi jest mniej więcej taka, jak pomiędzy okiem, a okiem cyklonu.

Czy tylko Bartek sprawdził ile płyt można sprzedać w Chinach? Artyści zagraniczni, a taki z punktu widzenia statystycznego Lee jest Bayer Full, dostają tam Złotą Płytę za 10 tysięcy sprzedanych egzemplarzy, a Platynę za 20 tysięcy. Nasi specjaliści od nakrapianych majtek ogłosili więc, że zamierzają zgarnąć w Państwie Środka skromne 3350 platynowych krążków i wszyscy, od poważnych dzienników po tradycyjnie niepoważne telewizje połknęli to jak forfiter czikena. Nigdy wcześniej Bayer Full nie miał w Polsce tak dobrej prasy, nigdy tyle razy nie przygrywał na największych antenach narodowi do śniadania – wystarczyło odwołać się do naszych podszytych kompleksami snów o potędze i wymyślić historię na tyle egzotyczną, żeby nikomu nie chciało się jej zweryfikować.

Czytam tu i ówdzie – ostatnio w „Polityce”, na stronie Wojewódzkiego – o filmie „Mój mały Manhattan”, kręconym iPhonem przez niejakiego Łukasza Jacka Jakóbiaka. Na razie jest trailer, o taki. Może nie będę oceniał tego, co zobaczyłem, bo pewnie się nie znam i mój mały Bronx bardzo się od małego Manhattanu pana Jakóbiaka różni, ale zaciekawiły mnie doniesienia, że „trwają negocjacje z Lady GaGą”, że Lady GaGa być może wystąpi, może się zgodzi, może łaskawym okiem spojrzy. Tyle tylko, że kiedy media skwapliwie temat podchwyciły i zaczęły rozdmuchiwać ten różowy GaGowy balon, pan Jakóbiak był ledwie na etapie wysyłania do amerykańskiej wokalistki listu w butelce. A jeśli się nie uda i piosenkarka na ten żarliwy apel nie odpowie? Co robić, pewnie Lady G. trailera nie obejrzała, albo miała inne plany na ten wieczór, ale przynajmniej próbowaliśmy, dziennikarze mogą zaświadczyć.

To napisałem ja, Jarząbek Wacław, podczas krótkiej przerwy w negocjacjach z Moniką Bellucci w sprawie namiętnego romansu oraz z Davidem Bowiem, w sprawie ficzuringu na jego nowej płycie. Nie wiem tylko, czy znajdę na to wszystko czas, bo sułtan Brunei zaproponował mi prowadzenie bloga tylko na jego własny, prywatny użytek i jak się zgodzę, to obiecał mi takich Bowiech trzech na własność kupić. Ale jeszcze się muszę z brunejskiego podciągnąć, bo pan sułtan po polsku nie bardzo…

Teraz on

Ulica Wiejska, Warszawa. Jesteśmy przed budynkiem Sejmu. Tomasz Sekielski podchodzi do Kazimierza Kutza.
Wcieliłem się w dokumentalistę, robię film – zagaja dziennikarz.
Kurwa, czy to jest dobra droga? – głośno wyraża swoje wątpliwości poseł.
Nie trzeba mu się dziwić. Dla polityków, niezależnie od przynależności partyjnej, biografii, zasług i – a może szczególnie – pielęgnowanego na co dzień wizerunku, dokument „Władcy marionetek”, pokazany wczoraj przez TVN, to nic dobrego. To grzebanie w śmietniku historii (najnowszej), to rozdrapywanie pięknie zabliźnionych ran, szukanie dziury w całym.
Owszem, można się zżymać, że Sekielski czasem zbyt długo zajmuje się pierdołami, że niektóre tanie i efekciarskie chwyty chyba przejął od bohaterów swojego filmów, że czasem za mocno jedzie Moorem, albo że opieranie dziennikarskiego śledztwa na wynurzeniach kogoś takiego jak pan Tymochowicz to nienajlepszy pomysł… Ale to wszystko nie zmienia faktu, że Tomasz Sekielski zrobił dobry film o czymś bardzo ważnym. Nie, to nie jest o politykach i ich mniej lub bardziej szkodliwych kłamstwach. To film o naszej krótkiej pamięci, o naszym grzechu zaniechania, o tym że wolimy być ładnie okłamywani, niż przyjąć na siebie trud rozliczania naszych przedstawicieli z przedwyborczych obietnic.
Jeśli tak ma wyglądać zapowiadana przez TVN rezygnacja z publicystyki, to ja poproszę o więcej. I mam nadzieję, że stacja, która zdecydowała się ten film zrealizować i pokazać, wykaże się konsekwencją i zmusi jego bohaterów do skomentowania tego, co zobaczyliśmy. Codziennie zapraszacie polityków i dajecie im mówić, co chcą. Może dla odmiany, niech powiedzą to, co powinni?