Twoim jedynym wrogiem jest czas

Przyszedł kiedyś taki moment, że znudziłem się wywiadami. Tymi 20-minutowymi okienkami, w których mogłem zadać kilka pytań temu lub owemu artyście, w ramach promocji płyty lub koncertu. Zdałem sobie bowiem sprawę z tego, że tak naprawdę ani ja nie chcę rozmawiać, ani oni – obie strony wypełniają tylko obowiązki zawodowe.
Niezależnie od tego, czy rozmawiałem z debiutantem czy gwiazdą – a trafiały się największe – to nie miało sensu, bo to nie była rozmowa. A „zaliczanie” wielkich nazwisk szybko mnie znudziło…

Od jakiegoś czasu na szczęście mam ten komfort, że nie muszę robić wywiadów, nie zarabiam tym na życie, nie muszę się godzić na szybkie randki, na tracenie czasu z kimś, z kim nie chcę gadać i w dodatku wiem, że on/ona ze mną też nie. Mam ten komfort, że rozmawiam, kiedy jestem ciekawy człowieka, a on chce – i ma na czas – podzielić się ze mną kawałkiem swojego życia. Okazało się, że nie trzeba wtedy wymyślać pytań, nie trzeba się w pocie czoła przygotowywać, że wystarczy zaufanie i otwartość.

Ale tym razem – przyznaję – czułem tremę. Genesis Breyer P-Orridge być może jest szalony, na pewno nie jest heteronormatywny, ponad wszelką wątpliwość jest heretykiem. Jest jednak przy tym jedną z najważniejszych postaci kontrkultury, w dodatku rzadkim wcieleniem zasady practice what you preach.
Chciałem zrobić ten wywiad, ale zarazem bałem się, że albo ja nie dźwignę tematu, albo odpowiedzi mnie rozczarują i cały ten mit – który poznałem w głębokich latach 90. z fanzinów i pokątnie kopiowanych nagrań Throbbing Gristle, i który doczekał się w moich oczach pięknej kulminacji za sprawą filmu „Ballada o Genesis i Lady Jaye” – legnie w gruzach.

Zadzwoniłem jednak o umówionej porze i powiem wam… że to prawdopodobnie jeden z najważniejszych wywiadów, jakie przeprowadziłem w życiu. Nie o to chodzi z kim rozmawiałem. Nawet nie o to, że we wszystkim się z nim zgadzam – bo nie we wszystkim. Chodzi o odwagę.

Byliśmy wolni. Absolutnie wolni. Totalna wolność wyboru wzięła się więc z odkrycia, że jesteśmy istotą śmiertelną. Jest takie sufickie przysłowie, które mówi: „każdy dzień przeżywaj tak, jakby miał być ostatnim dniem twojego życia i jakby na podstawie tego jednego dnia całe twoje życie miało zostać osądzone”. Tak próbujemy żyć. Czy dzisiaj daliśmy coś światu? Czy powiedzieliśmy dziś coś, z czego inni mogą skorzystać? Czy pozwoliliśmy sobie na czułość wobec innej osoby? Ile prawdy odsłoniliśmy tego dnia?

PS. Język angielski pod tym względem jest szczęśliwie neutralny, ale długo zastanawiałem się, czy do transseksualnego Genesis(a) w polskiej wersji wywiadu zwracać się w rodzaju męskim, czy żeńskim. Wybrałem męski, bo jednak przez większość życia – a dużo tu retrospekcji – Genesis był(a) mężczyzną. Zostawiłem natomiast liczbę mnogą, w której P-Orridge odpowiada na moje pytania. Nie jest to bynajmniej pluralis maiestatis – ale wyjaśnienie znajdziecie na końcu tekstu…

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s