Drogie Fraglesy, tu Wuj Matt w Podróży… Siedzę w Londynie, ale myślami błądzę gdzieś po Wschodzie, im dalej tym lepiej. Może to przez książki, które wziąłem z sobą i czytuję do poduchy („Podróże z Herodotem” Kapuścińskiego i „Odyseja” – nie Kapuścińskiego), a może przez tajskie żarcie, 5.50 funta za opcję „all you can eat”, a ja mogę dużo, bardzo dużo. :-) Chociaż kiedy odkryłem żeberka na Poland Street (nazwy przybytku nie pamiętam, ale na wystawie świeci neonowa świnka, trudno nie zauważyć), zapomniałem o Tajach. Tak dobrych żeberek w życiu nie jadłem!

No, ale ja tu o jedzeniu, a o muzyce miało być. Zamiast w sklepach płytowych Soho i Camden pławić się w taniej i niedostępnej w Polsce klasyce, zamiast cieszyć się z naprawdę nowych nowości, ja jak głupi całe godziny spędzam przy półkach z muzyką świata, folkiem i tym podobnymi wynalazkami. I jestem bardzo monotematyczny – kierunek Azja! Zaczęło się od kilku płyt z tradycyjnymi pieśniami z Tuwy. To była republika radziecka, dziś część federacji rosyjskiej, składająca się głównie ze stepu i gór. Tuwa jest najdalej na południe wysuniętą częścią Syberii, graniczy z Mongolią. Tuwiańscy tubylcy wymyślili przed wiekami specyficzny rodzaj śpiewu, zwany höömej. Zresztą, wariantów pisowni tyle, ile publikacji, a wątpię czy kiedykolwiek pochyliła się nad tym problemem Rada Języka Polskiego, bezpieczniej więc będzie używać rodzimego terminu śpiew alikwotowy. Krótko mówiąc, chodzi o to, że ci ludzie potrafią wydać z gardła nawet do 6 (!!!) dźwięków równocześnie – od graniczącego z infradźwiękami buczenia po niepokojący gwizd. Śpiewają też, a jakże, choć europejskie ucho musi się przez jakiś czas do tego przyzwyczajać. Ja w każdym razie jestem w muzyce tuwiańskiej zakochany, a od niedawna jestem szczęśliwym posiadaczem kilku płyt ze śpiewem alikwotowym w wersji hardcore. Bo, niestety, od kiedy co wybitniejsi przedstawiciele gatunku - np. Huun-Huur-Tu - zaczęli robić karierę (umiarkowaną, ale jednak) na Zachodzie, namnożyło się płyt z höömej w wersji light. A to w rytmie techno, a to… po angielsku. Fuj.

Jeszcze bardziej cieszy mnie płyta „Alive” niejakiej Sa DingDing. Tytuł angielskojęzyczny, ale urocza Sa śpiewa po chińsku, w sanskrycie, po tybetańsku i w języku przez siebie wymyślonym. Tak przynajmniej stoi we wkładce, dla mnie to bez różnicy. Najważniejsze, że śpiewa pięknie, brzmi to bardzo egzotycznie, bardzo… chińsko po prostu. Żeby jednak nie odstraszyć publiczności z innych zakątków świata, te jej bliskie ultradźwiękom popisy, wywodzące się w prostej linii z tradycyjnych pieśni Państwa Środka, z tamtejszej opery, rzucone zostały na tło całkiem współczesnych (no, może już odrobinę nieaktualnych, bo mocno triphopowych) bitów, takiej miłej dla ucha, niezobowiązującej, nieco rozleniwionej elektroniki. Wiem, kilka sekund temu, krzywiłem się na podobny gwałt na muzyce z Tuwy. Wiem, nie jestem konsekwentny. No, ale moja rozkosznie subiektywna ocena zależy po prostu od wyników eksperymentu. Próby pożenienia höömej z muzyką Zachodu mi się nie podobają, a płyta Sa DingDing podoba mi się bardzo, udało im się to zrobić naprawdę dobrze. Tak, jak kiedyś Michaelowi Brookowi udało się przybliżyć nam śpiew Nusrat Fateh Ali Khana (jego też dużo słucham w Londynie, ale to żadne odkrycie, w ogóle często go słucham). Tu w Anglii album Sa DingDing dostać nietrudno, wydaje go Universal. Czy polski oddział też się na to zdecyduje, jeszcze nie wiadomo. Szkoda byłoby, gdyby odpuścili, bo teraz, przed olimpiadą, Sa ma szansę wzbudzić zainteresowanie również nad Wisłą. Choć zupełnie niepodobna jest ani do Feel, ani do Bajmu. O Jezu, jaka ona niepodobna!!! :-)

Tak, wiem, zachwycanie się artystką z Chin może być odczytane jako akt politycznej niepoprawności i bezdusznego wsparcia dla ludobójstwa w Tybecie. Ale choć współczuję z serca Tybetańczykom i w ogóle wszystkim ludziom na świecie, którym dzieje się źle, uważam przedolimpijskie protesty za zawracanie głowy. Przede wszystkim dlatego, że Chiny to zupełnie inne cywilizacja, inna historia, religia, kultura, postrzeganie świata – i ocenianie ich z naszej perspektywy, bez próby poznania i zrozumienia, to kolejna, łagodna odsłona tej samej arogancji białego człowieka, przez którą mamy mniej lub bardziej przesrane u niemal wszystkich przedstawicieli innych ras. I choć żaden ze mnie znawca spraw międzynarodowych, a już Chin osobliwie, tak sobie myślę, że spektakularne próby zgaszenia znicza czy jakieś odsyłanie koszulek to tylko puste gesty, nie zmienią nic w Tybecie. Że więcej zdziałalibyśmy kupując płyty Sa DingDing oraz jej koleżanek i kolegów. Bo jeśli otworzymy się na Chiny, oni będą musieli otworzyć się na nas. I tak, drogą osmozy, prędzej czy później przekażemy im również te wartości, z których tak jesteśmy dumni. Wtedy Chiny będą bardziej cywilizowane, bardziej przyjazne dla swoich obywateli, ale zarazem… mniej chińskie. No, ale gdzie drwa rąbią, tam wióry lecą.

Jakiś czas temu wpadłem na pomysł, by szerzej opisać w „Przekroju” twórczość, czy raczej niezwykłą postać, Davida Tibeta. Ale Bartek, obecny wice naczelny, wówczas szef kultury, zaprotestował, zupełnie słusznie dowodząc, że lider Current 93 to persona w naszym kraju niemal zupełnie anonimowa i musielibyśmy mieć naprawdę dobry pretekst, by taki tekst na kolegium przeforsować. I kilka tygodni temu odpowiedni pretekst się pojawił, za sprawą Maćka z Job Karma, organizatora wrocławskiego koncertu Current 93. Dzięki pomocy tego samego Maćka udało mi się porozmawiać z Tibetem parę dni przed wizytą zespołu w Polsce. To była bardzo długa, interesująca rozmowa, która wymagała ode mnie niezłej gimnastyki umysłowej, bo konwersacja z takim dziwakiem i erudytą nawet w języku polskim wymagałaby sporej koncentracji i czujności, a co dopiero powiedzieć o języku Szekspira… Owocem tej rozmowy był duży artykuł w „Przekroju”, szczerze wierzę, że ciekawy nawet dla tych, którzy nigdy wcześniej nie zetknęli się z muzyką Current 93. Uradowany jak rzadko owocem swej pracy, podzieliłem się z artystą kopią artykułu i… dostałem w pusty łeb. Po jaką cholerę się wychylałem?! :-) Artysta raczył mnie bowiem zrugać na okoliczność towarzyszących tekstowi ilustracji. Nie podobało mu się to, zupełnie nie zrozumiał tamtego, ten znak jest kompletnie bez sensu, na tamtym zdjęciu źle wyszedł. Ech…
Nie żebym nie przywykł już do humorów artystów, ale tym razem sprawa była o tyle poważna, że złość Davida przekreśliła moje szanse na zobaczenie londyńskiego koncertu grupy. Biletów w wolnej sprzedaży już bowiem nie było, a asystent Tibeta, zapewne świadom powodów gniewu swojego pryncypała, nawet nie raczył odpowiedzieć na moje pytanie o to, czy dysponuje jakąś dodatkową pulą wejściówek (odpłatnych, a jakże). Pogodziłem się już z tym, że nie zobaczę Current 93 na scenie, nie tym razem. Przeznaczenie widać chciało inaczej. Kiedy grali we Wrocławiu, byłem bowiem w Londynie. Potem pojechali na dwie sztuki do Moskwy, ale ja musiałem być wtedy w Berlinie. Owszem, do Berlina też zawitali, również na dwa koncerty, zaraz po występach w Rosji, ale akurat tamte dwa dni musiałem spędzić w… Moskwie. (o powodach tych moich podróży, związanych z poważnymi zmianami w mym życiu zawodowym, napiszę już wkrótce) Został tylko Londyn. No, ale jak już pisałem, w Londynie bilety dawno wyprzedane.
I tutaj na scenę wkracza dziarskim krokiem kolega Paweł, w pewnych kręgach zwany Grindakiem, od jakiegoś czasu rezydujący w stolicy UK. Do perfekcji opanował metody dostawania się na koncerty na które nie można się dostać, więc sobie tylko znanym sposobem załatwił mi bilet nie dość, że tani (czyli w cenie niemal z przedsprzedaży), to jeszcze w drugim rzędzie! Tak jest, byłem tam! Udało się :-)
O samym koncercie długo rozpisywał się nie będę, bo jeszcze nie ochłonąłem. Spodziewałem się sennych, akustycznych klimatów, raz na pół godziny urozmaiconych jakimś bardziej intensywnym dźwiękiem, a dostałem… uff, to było intensywne! Dziesięcioosobowy zespół (w tym Baby Dee, która zagrała świetny solowy set na otwarcie oraz Andrew WK na gitarze!) najwyraźniej doskonale się bawił, masakrując proste piosenki Current potężnym, niemal metalowym brzmieniem i rozedrganym, psychodelicznym truchtem-kłusem- galopem od wyważonego początku do hałaśliwego finału, który kojarzyć się mógł z Sigur Ros czy Godspeed You! Black Emperor. Choć bosonogi David był nadmiernie pobudzony albo (i?) nieźle podpity, doskonale panował nad ceremonią. Nie skłamię, że doskonale śpiewał, bo tego akurat zupełnie nie potrafi robić, ale tę drobną niedogodność zrekompensowali nam jego goście: Marc Almond („Zaśpiewam wam wiersze rosyjskiego poety, który był dekadentem, alkoholikiem, narkomanem i homoseksualistą. Jak tu go nie lubić?” – chodziło o Erica Stenbocka, niezupełnie Rosjanina, ale nie czepiajmy się szczegółów) i Antony Hegarty (dlaczego tylko jedna piosenka???). W ramach niespodzianki byliśmy również świadkami kuriozalnej improwizacji Current 93 na temat powieści o dandysie w zaświatach, napisanej przez przyjaciela Davida. To wtedy padły słowa po których wybaczyłem mu tę niezasłużoną awanturę o artykuł w „Przekroju”: „Wiecie, mam naprawdę dziwnych przyjaciół. Ale póki co, nie spotkałem nikogo bardziej pretensjonalnego od siebie…”
No dobra, David, nazwijmy sprawy po imieniu. Może i jesteś pretensjonalny, i na pewno jesteś nadmiernie przewrażliwiony na swoim punkcie, ale nie da się ukryć, że zagrałeś jeden z najlepszych koncertów, jakie widziałem w życiu. Dziękuję.

Motto: „Och, minęło tyle czasu / Przepraszamy, że nas nie było / Byliśmy zajęci pisaniem piosenek dla was / Nie musicie się martwić, bo wciąż jesteśmy tym samym zespołem / Nie martwcie się…” (Panic At The Disco, „We’re So Starving”)

Zacytowana powyżej kuriozalna inwokacja to początek nowej, zaskakująco złej płyty Panic At The Disco. Próbowali nie dwie, ale dwieście srok za ogon złapać i wyszła im zupełnie niestrawna punk opera, coś jakby college’owa, smarkata wariacja na temat „Sierżanta Pieprza”, tudzież niestrawna parodia „American Idiot”. A wszystko przez to, że – jak mniemam – pomiędzy artystycznymi ambicjami muzyków Panic At The Disco i ich wyobrażeniami o gustach ich własnych fanów powstała przepaść, której nie da się zasypać, ani przeskoczyć.

Wszystkiemu winne dwie prędkości. Pierwsza z nich to prędkość, z jaką dojrzewają muzycy, nawet ci mierni. Z racji tego, że żyją muzyką na co dzień, że 24 godziny na dobę tkwią po uszy zanurzeni w dźwiękach, szybciej mają dość banałów, łatwiej zmieniają im się i dojrzewają gusta. Chętniej poszukują. Fani tymczasem – jak inżynier Mamoń oraz publiczność największych polskich (i nie tylko polskich, nie jesteśmy pod tym względem narodem wybranym) radiostacji – niestrudzenie domagają się powtórek ulubionych melodii, piosenek, płyt. Nie wszyscy oczywiście, ale większość owszem. Fani, nawet tych alternatywnych, niby niszowych gatunków, w swej anonimowej większości kierują się głównie sentymentami. Doświadczyli tego boleśnie niemal wszyscy wielcy – Pink Floyd, Metallica, REM, U2, Red Hot Chilli Peppers, nawet Slayer… Każdy, kto odważy się choćby lekko zboczyć z kursu obranego na płytach, które przyniosły mu sławę, uznanie i pieniądze, natychmiast naraża się na zimny prysznic. Nie wszyscy się tym przejmują. Pink Floyd na przykład się nie przejmował, nad czym wielce ubolewam :-) ale zwykle gwiazdy, nie chcąc narażać raz zdobytego terytorium, wracają na swoje miejsce i do końca mniej lub bardziej spektakularnej kariery grzecznie chodzą na pasku własnej publiczności. Na palcach jednej ręki da się policzyć tych, którzy nigdy nie dali się zapędzić w kozi róg i z każdej próby zaszufladkowania wychodzili obronną ręką. To oczywiście The Beatles (choć kto wie, co stałoby się, gdyby pograli dłużej i przetrwali nie tylko przypływ, ale i odpływ beatlemanii), David Bowie, a nawet… Madonna (choć w tym przypadku zawsze większe wrażenie niż zmiany stylu muzycznego robiły zmiany garderoby i uczesania).

Po co ja to wszystko piszę? No, zaprotestować chciałem… Czy raczej zaapelować. Nie do fanów, bo ci mają święte i niezbywalne prawo do złego gustu, niereformowalności, uporu. Chciałem zaapelować do artystów, by łaskawie odpieprzyli się od nas, dziennikarzy muzycznych i recenzentów. Nie my przecież rzucamy wam kłody pod nogi, nie my torpedujemy każdą próbę rozwoju, nie my każemy 60-latkom wykonywać w nieskończoność głupie piosenki, które niebacznie popełnili w wieku lat 18. To wasi ukochani fani was tak traktują. Więzi was ta sama ręka, która was karmi.

Wszyscy dzisiaj zdają się szukać w sieci informacji na temat Fryderyków, co oznacza, że wciąż warto je wręczać, że budzą emocje, że jednak i o dziwo, coś znaczą. A skoro tak to i ja dorzucę swoje trzy grosze do pofryderykowych refleksji. Nie żebym wierzył w to, że cokolwiek zmienię, ale choćby po to, bym za rok mógł znów krakać: A nie mówiłem?

Fryderyki wróciły do telewizji – to dobrze. Nie wiem tylko po co to prężenie muskułów i udawanie szołbizowego mocarstwa, którym nie jesteśmy? Po co dwie sceny i czerwony dywan? Przeganianie artystów z góry na dół w trakcie trwania uroczystości było pomysłem tak kuriozalnym, że aż zabawnym, a widok Kory z Fryderykiem w dłoni, goniącej po schodach za Kasią Nosowską porwaną przez Niedźwiedzia – niezapomniany.

Kayah nie powinna brać się za konferansjerkę. Ma wiele innych talentów, śpiewała przecież pięknie, wyglądała pięknie, ale zupełnie nie radziła sobie z dowcipnymi (w zamierzeniu) zapowiedziami. Swoja drogą, najsłabsze było rozpoczęcie transmitowanej przez TVP1 część gali od jakichś osobistych porachunków z Pudelkiem. Nie do końca wiem o co chodzi, bo zaglądam tam sporadycznie, ale skoro Kayah poleca, to chyba zacznę czytać go regularnie… Naprawdę zasłużył Pudelek na taką nobilitację?

Występów zbyt wielu nie widziałem, ale podobała mi się wspólna piosenka Bartka Królika i Natalii Kukulskiej („Pół na pół”), za to zupełnie nie podobało mi się , że Natalia na scenie udaje Amy Winehouse. Podobnie, jak nie kupuję Macieja Maleńczuka udającego Nicka Cave’a. Co się z nim porobiło? Przecież wszyscy pokochali go właśnie za to, że nie udawał. Tak jak nie udaje Kasia Nosowska, która zgarnęła połowę Fryderyków. No i niech ma, na zdrowie…
Niestety, czy się to komuś podoba, czy nie, skazani jesteśmy na dożywotnie nagradzanie Heya, Waglewskiego czy Raz, Dwa, Trzy. Nie dlatego, że nie ma w Polsce równie dobrych zespołów czy kompozytorów (choć tak wielu to w sumie nie ma), ale dlatego, że członkowie Akademii ich nie znają. Nie słuchają nominowanych płyt, nie mają pojęcia, kto to taki Pogodno, nie mówiąc już o Karimski Club czy Behemoth. Z roku na rok nagradzają więc te same dziesięć nazwisk i nazw, bo przejęci swoją rolą, nie będą przecież głosować w ciemno.

Skoro więc udało się odnowić fasadę Fryderyków i impreza znów przyzwoicie wygląda, to może pora popracować nad regulaminem? Może warto ograniczyć ilość głosujących? Może warto popracować nad kategoriami? Przecież nominowanie w tym samym wyścigu akustycznego Heya i Behemotha to groteskowy pomysł! A wystarczyło oddzielić rock od metalu, albumów wartych nominacji znalazłoby się aż nadto… Może trzeba przywrócić kategorię „reedycje”, bo to bardzo ważny element dzisiejszej fonografii. Może warto pomyśleć o kategorii „nowe technologie”, jako wyróżnienie dla tych, którzy w trudnych czasach zamiast psioczyć na piratów stadionowych i sieciowych, potrafią wykorzystywać różne sprytne wynalazki do promocji swojej twórczości? No i do jasnej cholery, nie pozwalajcie wysyłaczom esemsów decydować o tym, kto jest najważniejszą nową twarzą polskiej fonografii!!!

Wróciłem z kilkudniowego pobytu w Londynie. Bogatszy o kupkę płyt (jak to możliwe, że tam w sklepach mają prawie wszystko i w dodatku tanio, a w naszych nie ma nic i w dodatku drogo?) i parę miłych wspomnień. Już w Londynie dowiedziałem się, że w piątek swój pierwszy koncert w stolicy Wielkiej Brytanii zagra moja cudownie wyguglana kuzynka Melanie, wraz ze swoim zespołem Leather Zoo. Postanowiłem zrobić jej niespodziankę. Poczłapałem więc wieczorem na Northampton Road, do obskurnego klubiku Leonard’s, gdzie na stu metrach kwadratowych upchano jakimś cudem dwie sceny, na których miało wystąpić z 10, może 11 zespołów. Makabra…
No, ale o muzyce później. Rodzina musi być na pierwszym miejscu. Bez trudu rozpoznałem Melanie, widziałem przecież jej zdjęcia i fragmenty koncertów w sieci. Podszedłem do niej i bez słowa podsunąłem prawo jazdy, wskazując paluchem nasze wspólne nazwisko. Mel aż podskoczyła. Bynajmniej nie z radości – oczywiście, nigdy wcześniej nie widziała polskiego prawa jazdy, więc widząc wielkie literki PL na niebieskim tle, myślała, że jestem policjantem. Tajniakiem ze specjalnej jednostki do spraw walki z czymkolwiek. Swoją drogą, ciekawe, co przeskrobała, że tak się gliniarzy boi? :-) Kiedy w końcu dotarło do niej, kim jestem, zaczął się równie radosny, co męczący rytuał powitalny, potem opowieści familijne, szukanie wspólnych cech, opracowywanie planów wielkiego rodzinnego zjazdu i tym podobne historie, których wam oszczędzę. Tak czy owak, było fajnie.
Szkoda tylko, że koncert nie do końca się udał. Jeśli młodzi polscy muzycy – ci z kapel puszczanych w Trójce przez Piotrka Stelmacha i ci dopieszczani raz na jakiś czas czułym słowem przez Machinę, i ci co w samo południe grywają na festiwalach w Mysłowicach, Jarocinie czy Węgorzewie – myślą, że mają przesrane, że w Polsce trudno się przebić, to niniejszym oświadczam, że są w wielkim błędzie. Choć rynek u nas kulawy, do świadomości fanów przebić się można stosunkowo łatwo, bo konkurencja prawie żadna. Za to w Anglii… Tam wszyscy grają w zespołach. Naprawdę. W piątkowy wieczór w Leonard’s było tłoczno, ale ludzi, którzy nie przewinęli się przez scenę mógłbym policzyć na palcach jednej ręki. W związku z tym, że wszyscy grali, nikt nie słuchał. Kapele były tak skupione na sobie, że kompletnie nie interesowały się tym, co robi konkurencja, a co za tym idzie, mimo pełnej sali wszyscy grali właściwie dla siebie. No i dla mnie, bo starałem się zerkać w tamtą stronę raz na jakiś czas i łowić uchem co ciekawsze dźwięki. Niestety, tych było jak na lekarstwo… Najbardziej rozbawiło mnie czterech nastoletnich Pete’ów Dohertych, którym przed koncertem jakiś siwy pan tłukł do łbów, że muszą jeszcze trochę razem pograć, zanim wejdą do studia. Trochę? Pograć? Przecież oni nawet nie potrafili trzymać instrumentów! Ale przyznaję, na wszelki wypadek notowałem nazwy kapel. Jeśli The Knowledge, Theoretical Dawnfall, The London Agreement lub The Expectations jakimś cudem zrobią karierę, będę się wymądrzał w telewizorze, że widziałem ich pierwsze kroki na scenie i że już wtedy poczułem, że mają w sobie to coś :-)
Dopiero The Merry Misery, przedostatni tego wieczoru, prezentowali poziom w miarę przyzwoity. Szczególnie w szybkich kawałkach, które brzmiały jak Misfits doprawieni szczyptą rocka z Południa. Słabiej im wychodziły wolniejsze, bluesowe numery, ale cóż, nobody’s perfect… Na koniec Leather Zoo. Przykro było patrzeć, że grają dla niemal pustej sali (bo młodzież z pierwszych zespołów zdążyła już popędzić do domów, po kilku chłopców zresztą przyjechali rodzice), ale serce rosło, gdy widziałem, że starają się tak, jakby to była sztuka na stadionie. To oczywiście subiektywny osąd, w dodatku zaburzony więzami krwi, ale na żywo Leather Zoo zabrzmieli dużo bardziej dynamicznie i przekonująco, niż w wersji studyjnej, a Mel okazała się świetną frontwoman. Grają w lipcu w Cottbus, przy polskiej granicy, więc jeśli ktoś mieszka blisko, polecam. Albo nie… Może przeczyta to ktoś, kto chciałby zaprosić ich wtedy na koncert czy dwa do Polski? Chętnie pomogę. To dopiero byłby happy end!

Dzisiaj będzie wulgarnie, ale co robić, life is brutal… Czasownik „pierdolić” i jego pochodne to wielki wkład polszczyzny w światowe dziedzictwo kultury. Nie dość, że pięknie brzmi – ach, to „rrrr”! – to jeszcze zawiera w sobie całą galaktykę znaczeń. Przekonali się o tym w sobotę muzycy legendarnej grupy Down, wytatuowani twardziele z amerykańskiego Południa. Wychodząc na deski Stodoły pewnie spodziewali się, że ludność skandować będzie ich nazwę, ale nie, usłyszeli równie pięknie, co obco brzmiące słowo: „Na-pier-da-lać, na-pier-da-lać!” Nękany głodem wiadomości dobrego i złego Pepper Keenan, gitarzysta grupy, podszedł ku fosie i pochylił się do jednego z fotografów, pytając, co też ten dziki okrzyk oznacza. Fotograf ponoć odrzekł „Rock the fuck out” (co z grubsza może znaczyć „napierdalać” właśnie), ale w koncertowym zgiełku Keenan usłyszał „Get the fuck out” (czyli raczej „wypierdalać”) i to samo powtórzył Philowi, czyli wokaliście. Panowie mieli ponoć nietęgie miny, ale cóż było robić, w obawie przed gniewem tłumu, który tak ich przywitał, zagrali jak umieli najlepiej. Niestety, anegdotę tę przeczytałem na zaprzyjaźnionym forum, na koncercie być nie mogłem, czego wielce żałuję. Cóż, może po królewskim przyjęciu, jakie zgotowano im w Stodole, Down do Polski rychło wróci i ponapierdala trochę i dla mnie.
Inne zastosowanie dla magicznego słowa na „p” znaleźli muzycy z zespołu Video. Nagrali piosenkę zatytułowaną „Weź nie pierdol”, której tekst dotyczy problemów męsko-damskich podmiotu lirycznego (o dziwo nie chodzi o akt seksualny, ale kłopoty z komunikacją i psychologiczne niuanse). Niestety, poza jednym, głupio wulgarnym refrenem, nic z debiutu Video nie zapamiętałem, choć słuchałem dwa razy, dość uważnie. Zupełnie nijaka, nieaktualna muzyka, z kiepskimi tekstami o niczym, festyniarską produkcją i dwoma zmasakrowanymi klasykami – „Papierowym księżycem” i „Video Killed the Radio Star” (to przynajmniej dobry pomysł, ale do lekkości oryginału nawet się nie zbliżyli). Aż chciałoby się zwrócić do lidera zespołu (do niedawna nadwornego kompozytora Dody) słowami z refrenu jego własnej piosenki…

PS. Nawiasem mówiąc, ktoś niedawno zwrócił uwagę, że Video ma nazwę, która nie pozwoli ich wyguglać. Co za cudowny zbieg okoliczności :-)
PS 2. A co, wrzucę sobie Dodę do tagów, póki ktokolwiek jeszcze w nią klika :-))

Dawcy nasienia w Irlandii są coraz mniej hojni. Ktoś ponoć wyliczył, że w ciągu ostatnich czterech lat ich wydajność spadła o 40%. Jeden z tamtejszych banków spermy postanowił więc wziąć sprawy w swoje ręce - a raczej oddać je w sprawne ręce melomanów. Każdemu, kto weźmie udział w akcji Sperm For Tickets, obiecano darmową wejściówkę na dowolnie wybrany letni festiwal. Jako że Irlandczycy są społeczeństwem otwartym, równe szanse mają wszystkie europejskie plemniki. W regulaminie nie wspomina się też o tym, by ejakulat wielbiciela późnego Debussy’ego miał wartość większą od materiału genetycznego fana Snoop Dogga czy na ten przykład Gorgoroth. Niedawno na stronie Spermforticekts pojawiła się za to informacja, że akcja została czasowo wstrzymana z powodu zbyt wielkiego zainteresowania. Skoro pomysł trafił na podatny grunt, łatwo wyobrazić sobie plastikowe pojemniczki czekające na głodnych kultury dawców przed każdym muzeum, kinem galerią… Kto wie, może i za przejazd tramwajem będzie można zapłacić w ten sposób?

Niestety, organizatorzy koncertu Boba Dylana w Stodole nie przewidzieli alternatywnych form płatności, więc musiałem wyskoczyć z gotówki. I to niemałej, bo małżonka też chce, co mnie zresztą wielce raduje. Za Boba targował się nie będę, tym bardziej, że mój największy koncertowy wyrzut sumienia to przegapienie jego wizyty w Krakowie. Byłem wtedy w mieście, mogłem pójść, ale jakieś zaćmienie mnie dopadło… Z drugiej strony, wtedy jeszcze tak zagorzałym jak dzisiaj fanem nie byłem, więc pewnie bym marudził, że dziad coś mamrocze pod nosem i że powinien się uczyć od Iron Maiden jak grać koncerty :-) Dobrze, że Opatrzność ustrzegła i oby tym razem się udało.

Kolejna Metalmania przeszła do historii. Znajomych zatrzęsienie, miłych mniej lub bardziej spodziewanych spotkań bez liku, ale że jestem w trakcie wiosennego odtruwania (tudzież umartwiania) organizmu, za nic do baru zaciągnąć się nie dałem. Poza tym, sławiący uroki zachodu słońca metal gotycki i romantyczny black metal z klawiszami przestały się cieszyć popularnością, a co za tym idzie, czarnych mew teraz na koncertach jak na lekarstwo… Thrash i death metal przyciąga głównie brzuchatych dziadów mego pokroju, zerkać dziewczętom w dekolty się nie dało, więc pilnie śledziłem to, co działo się na scenie. Dużej, bo dwie przymiarki do małej (fragmenty koncertów Drone i Mortal Sin) uświadczyły mnie w przekonaniu, że nie trzeba się tam zapuszczać.

Immolation - to chyba mój ulubiony zespół deathmetalowy, więc radowała mi się gęba na koncercie, mimo niezbyt selektywnego brzmienia (prawa strona obrzydliwie smażyła). Po zejściu ze sceny Dolan i Vigna przez bite 10 godzin plątali się po antresoli Spodka i bratali z fanami, więc jeśli jest jakiś wielbiciel Immolation, który był wczoraj w Katowicach, chciał mieć autograf i/lub zdjęcie z Jankesami, i nie ma - to musi być straszną dupą :-) 

Flotsam And Jetsam - poniżej oczekiwań. Myślałem, że będą w tej samej klasie co ich kumple z sąsiedztwa, czyli Sacred Reich (mam na myśli występ na Wacken z ostatniego lata), ale niestety. Pożytek z tego koncertu był taki, że kolejnych idoli z lat pacholęcych wreszcie na żywo zobaczyłem i więcej widzieć nie chcę.

Artillery - oczekiwania miałem niewielkie, więc nie miałem się czym zawieść, ale słabiutko, oj słabiutko. Ogólną wesołość budził basista, wyglądający jak… sam nie wiem jak, nie chciałbym obrażać księgowych, ani pracowników ZUS-u, ale na pewno nie nie wyglądał jak muzyk kapeli thrashmetalowej. W dodatku takiej, o której 20 lat temu mówiliśmy, że może zdetronizować Kreatora w Europie, że kto wie, może zagrozi Slayerowi. Kurczę, ale głupi byliśmy 20 lat temu :-)

Marduk - ten nowy wokalista ma niezły atak, ale po 10 minutach miałem dość. Na antresoli wpadłem na Fazi’ego, basistę Kata, który nie mógł się nadziwić, że można zagrać cały koncert na dwóch dźwiękach. Chociaż lojalnie zaznaczył, że w którejś tam, na poły akustycznej wstawce dźwięki były cztery…

Vader - wiadomo. Oczywiście świetny, żywiołowy koncert, który w dodatku - jako pierwszy tego dnia - naprawdę dobrze zabrzmiał. No, może solówki Mauzera trochę za mocno waliły po uszach, ale trudno, metal to nie spacerek plażą. Nie ma miętkiej gry.

Satyricon - początek leśny i niemrawy, ale w końcówce powiało szatanem, aż miło. Bawił mnie nowy imidż Satyra, nieco zażenowało festyniarskie zmuszanie ludności do nucenia klawiszowego motywu z “Mother North” (ktoś tu bardzo chciałby być Ironem Maidenem), ale trzeba przyznać, że to jeden z nielicznych blackmetalowych zespołów, osobliwie ze Skandynawii, które wiedzą, do czego służy scena. Latem widziałem popisy koncertowe Immortal i Dimmu Borgir, i muszę przyznać, że Satyricon jest o klasę lepszy. Przynajmniej gitarzyści potrafią grać bez gapienia się na gryf jak sroka w kość.

Overkill - widziałem ich na żywo już tyle razy, że wystarczy do końca życia. I choć dawali radę, po pierwszej piosence wymknąłem się na antresolę, by w towarzystwie Barta z Hermh i jego uroczej małżonki spożyć herbatkę z cytrynką. Przy okazji dowiedziałem się, że Bart jest w posiadaniu taśmy z koncertem zespołu młodzieżowego Lux Occulta, o jakości dźwięku rzekomo wyśmienitej. Nie chce mi się wierzyć, bo to nagranie z czasów, kiedy dobrej jakości dźwięku nie umieliśmy z siebie wygenerować, ale posłuchamy, zobaczymy. Jeśli rzeczywiście będzie nieźle, to się te wykopaliska upubliczni, czemu nie…

Dillinger Escape Plan - na nich tam przyjechałem i nie zawiodłem się. To pieprzone zwierzęta! Uczestniczenie w koncercie DEP, osobliwie blisko sceny, to jak zderzenie z rozpędzonym pociągiem. Czy raczej kilkoma pociągami, pędzącymi w różnych kierunkach. Do tego oryginalna, świetnie dopasowana do muzyki oprawa sceniczna - sporo dymu, zero świateł z przodu, za to mocne oświetlenie zza pleców zespołu, ze szczególnym wskazaniem na stroboskopy. W miejscu, w którym stałem brzmienie było zaskakująco selektywne, jak na tak gęstą i poplątaną muzykę wręcz niemożliwie selektywne. Smaczków, których sporo na ostatniej płycie grupy, prawie nie było słychać, w sytuacji live mocniej eksponowane są ich siłowe, core’owe korzenie… Pewnie również dlatego Dillinger miał najsilniejszy elektorat negatywny - nie dość, że sporo luda wyemigrowało na antresolę w poszukiwaniu jadła i napojów, to jeszcze paru dzielnych wojowników plątało się pod sceną, pokazując faki piosenkarzom. Ale ani zespołowi, ani mi to nie przeszkadzało. Śmiem wręcz twierdzić, że dodawało to koncertowi interesującego posmaku całkowitej jazdy po bandzie  :-)

Megadeth - lubię, bardzo lubię. Za cuda na gitarze i ten szyderczy wokal Mustaine’a, cedzony zza zębów. Nie dostałem ani jednego, ani drugiego. Oczywiście, Dave swoje absurdalnie szybkie, thrashowe solówki odgrywał wyśmienicie, ale nowy gitarzysta - odmawiam nauczenia się jego nazwiska, bo mam nadzieję, że długo w Megadeth nie zagrzeje - zupełnie nie radził sobie z materiałem. Co było słychać szczególnie w “Hangar 18″ (niestety) i w ”Holy Wars” (zupełnie położył to cudne orientalne solo w pauzie) oraz w całkowicie niepotrzebnej solówce a capella. To dobry gitarzysta, ale nie dla Megadeth, gdzie wisi nad nim cień Marty’ego Friedmana. I paru innych, o klasę lepszych, jak Polanda czy Pitrelli’ego… W sumie niezły koncert, ale takie firmy jak Megadeth tylko “niezłych” grać nie powinny.

  

Nie widziałem finału polskich eliminacji do Eurowizji i nie żałuję. Dramatyczne zmagania Nataszy Urbańskiej z Isis Gee ominęły mnie, bo w olsztyńskim pubie Beczka spożywałem zupę gulaszową i piwo w towarzystwie pierwszego składu zespołu Vader, który zarzucił mnie wspomnieniami z czasów równie zamierzchłych, co bohaterskich. Chcecie próbkę?

Jest rok 1986, Katowice, pierwsza Metalmania. Jeden z muzyków Vadera podąża w stronę Spodka, gdy zatrzymuje go patrol ZOMO. Prowadzą go na posterunek. Tam wielki zomowiec, widząc bujną (jak na tamte czasy) fryzurę artysty, zwraca się do niego w te słowa:

- Wiesz, kiedyś jak widziałem takie długie włosy, to je obcinałem. Ale teraz już tego nie robię…

Tu muzyk odetchnął z ulgą. Nieco przedwcześnie.

- …teraz je kurwa wyrywam!

Dobre, co? Więcej podobnych perełek w książce, która ukaże się zapewne tuż po wakacjach. Ale wróćmy do Eurowizji. Otóż jeśli myślicie, że Finowie przed dwoma laty wysłali na konkurs formację Lordi w ramach kosztownego dowcipu, w ramach braku szacunku dla imprezy (a takie opinie, również podpisane przez kolegów parających się dziennikarstwem muzycznym czytuję regularnie) to pomyślcie jeszcze raz. Finowie wystawili Lordi, bo tak wygląda i brzmi muzyka pop w tym kraju. Od dobrych kilku lat listy przebojów niezmiennie okupują gwiazdy metalu i hard rocka (głównie lokalne, od HIM przez Apocalyptikę, Nightwish, 69 Eyes, Lordi właśnie, aż po Reverend Bizarre, Children Of Bodom i dziesiątki innych), a melodyjny metal stał się w Finlandii narodową specjalnością. Kiedy parę lat temu organizowałem liderowi Nightwish spotkania z dziennikarzami w Warszawie, przyszła również miła pani z fińskiej ambasady (nawiasem mówiąc okazało się później, że chrzcił ją dziadek Tuomasa, pastor), by złożyć artyście wyrazy szacunku. Wyobrażacie sobie, że polski dyplomata okazuje podobną atencję Vaderowi albo Behemothowi gdzieś tam, za górami i lasami? Finowie się swojego metalu nie wstydzą, bo po pierwsze wiedzą, że ci wszyscy spoceni oberwańcy z gitarami to świetna promocja dla kraju, a po drugie – wymierny dochód dla skarbu państwa.

Nie dziwujcie się więc, że Finlandię rok temu na Eurowizji znów reprezentowali metalowcy i że w tym roku nie będzie inaczej. Teräsbetoni do Lordi pod każdym względem daleko i z taką piosenką jak “Missä miehet ratsastaa” pewnie konkursu nie wygrają (chociaż ja esemesa wyślę, co mi tam), za to po takim występie kilkadziesiąt tysięcy płyt na starym kontynencie opchną. I o to chodzi, i tak trzymać.

Niech co Fińska Demokratyczna Republika Metalowa? Niech żyje!!!

No, przyznajcie się. Każdy chociaż raz wpisał swoje nazwisko w google’a, by sprawdzić, co wyszukiwarka ma nam na nasz temat do powiedzenia. A kiedy ktoś ma szczęście (nieszczęście?) legitymować się nazwiskiem tak rzadkim, jak niżej podpisany, przy okazji łatwo się zorientować, co szanowna familia porabia. Zarówno ci jej przedstawiciele, których egzystencję choćby mgliście sobie uświadamiałem, jak i ci, o których istnieniu nie miałem bladego pojęcia…

Melanie. Obywatelka Wielkiej Brytanii, mniej więcej w moim wieku i o identycznym jak moje nazwisku. Do niedawna wyczynowo i ze sporymi sukcesami uprawiająca kolarstwo, dziś przede wszystkim wokalistka punkrockowego zespołu Leather Zoo. Fajnie grają, nie powiem, trochę jak Ramones… Skąd się wzięłaś dziewczyno w tej Anglii z germańsko brzmiącym i z polska zapisanym nazwiskiem? Z tymi blond włosami, nosem z Miasta Nosów i dziwnie znajomymi rysami twarzy… To przecież nie może być przypadek!
I nie jest. Cofamy się w przeszłość, do drugiej wojny światowej. Podkarpacie, okolice Dukli. Niemieckie ciężarówki, z naczepami krytymi burozieloną plandeką, zatrzymały się na skraju wsi. Słychać płacz, szczekanie psów, lament kobiet i pokrzykiwanie niemieckich żołnierzy. Nie, nie pacyfikacja. Na tym terenie rzadko dochodziło do masowych mordów, rzadko było słychać strzały. To po prostu kolejna wywózka młodych i silnych Polaków do pracy, do Rzeszy. Dwaj bracia, Staszek i Michał, trafili nieźle – do austriackiego bauera, który dobrze ich traktował, pracą nie zamęczał, nawet pozwalał na jakieś tam szczątkowe życie prywatne. Dlatego kiedy wojna się skończyła, obu braciom bardzo śpieszyło się do ożenku. Śluby wzięli jeszcze we włoskim obozie dla przesiedleńców. Po czym Staszek ze swoją żoną Anną (i rosnącą w jej brzuchu Stanisławą, starszą siostrą mojego ojca) wrócili w rodzinne strony, a Michał ze swoją wybranką Olgą – nie. Zdecydowali się ruszyć w drugą stronę, na Zachód. I tak na dobrą sprawę tyle o nich w mojej rodzinie słyszano…
Dalszy ciąg opowiedziała mi Melanie. Michał z Olgą osiedlili się w Anglii. Mieli dzieci, te dzieci też miały dzieci, w tym niepokorną smarkulę, która siłę odziedziczyła po dziadku (te jej rowery!) a zainteresowanie punk rockiem Bóg wie po kim, no ale święcie wierzę, że to po prostu musimy mieć w genach… Olga zmarła kilka lat temu, Michał żyje i cieszy się – jak na swój wiek – całkiem dobrym zdrowiem. Mam nadzieję, że uda mi się go odwiedzić tego lata. Swojego dziadka nie poznałem, zmarł parę miesięcy po moim urodzeniu, więc może chociaż uda mi się poznać jego brata? No i koniecznie wybiorę się na koncert Leather Zoo, którego od jakiegoś czasu jestem pierwszym polskim fanem, bo przecież inaczej nie wypada  ;-)

Dziękuję Ci Google

PS. Na stronie Leather Zoo do niedawna instruowano potencjalnych fanów, że „Szubrycht” należy wymawiać mniej więcej jak „shoebox” :-) Już ja im dam pudełko po butach…