Morza szum, piosenkarzy śpiew… Z plaży w Rewie i z lotniska w Babich Dołach niespecjalnie chce mi się wysyłać komunikaty w świat, tym bardziej, że deficyt snu dotkliwie daje się we znaki. Obiecuję poprawę i obszerną, obrzydliwie subiektywną relację najpóźniej we wtorek. Dzisiaj wykręcę się anegdotą, którą wczoraj sprzedał mi kolega.
Kolejką SKM na odcinku Sopot – Gdynia podróżuje spora grupka ludności z opaskami Open’era na nadgarstkach, w tym dwie wystrojone pannice, z identyfikatorami z napisem „Journalist” dyndającymi na dekoltach. Przeglądają program koncertów zaplanowanych na najbliższy wieczór.
- Ty, patrz! Kapela Ze Wsi Warszawa! – ożywia się nagle jedna z nich.
- Co to? Fajne? – pyta druga.
- Nie wiem, nie znam. Z nazwy się napierdalam…

Bardzo lubię Larsa von Triera, ale niespecjalnie lubię oglądać jego filmy. Już wyjaśniam. Podoba mi się, że sięga po tematy, które dla większości są tabu, że pięknie gra konwencjami i symbolami, że przy każdym filmie zadaje sobie trud wymyślenia siebie na nowo (nawet jeśli nie zawsze są to dobre pomysły). A nie lubię oglądać, bo w kinie szukam głównie magii, odskoczni od codzienności. No, nie ma co owijać w bawełnę – rozrywki po prostu. Nie chce mi się męczyć na filmach, nie chce mi się myśleć i analizować, wolę zapomnieć o tym, jak się nazywam i po prostu się wzruszać. Nawet najbardziej mętny Lynch nadaje się do tego lepiej, niż von Trier, który kręci głową i dla głowy, zamiast – przepraszam za banał – sercem i dla serca.

Dzisiaj postanowiłem jednak trochę pocierpieć i wybrałem się na „Antychrysta”. No i nie wiem, co mam o tym myśleć… Mogła – i zapewne miała – to być intrygująca przypowieść o neopogańskim podtekście, o Kybele, o Demeter, o Lilith, które czają się w naszych matkach, żonach i kochankach. Niestety, zupełnie niepotrzebna pornograficzna dosłowność niektórych scen niebezpiecznie zbliżyła najnowszy film Duńczyka do „Szamanki”. Na tym płycizny się nie kończą… Otóż Von Trier obserwuje swoją skąpaną we krwi bachantkę z perspektywy zdrowego rozsądku i równie zdrowej, dwudziestowiecznej moralności, więc wnioski narzucają się same – ta pani jest złem wcielonym, jest antychrystem. Nie ma w jej postępowaniu żadnej tajemnicy. Nie ma sensu. Jest opętana. Przeszła na ciemną stronę mocy i już. Odczuwamy ulgę, kiedy – uwaga, spoiler! – główny bohater pali jej truchło na stosie i czujemy, że na taki właśnie los zasługują wszystkie czarownice.

Może nic z tego nie zrozumiałem? Może mizoginia jest nowym feminizmem, może pornografia jest nową nową falą, a może po prostu von Trier manipuluje widzem, by go przyłapać z opuszczonymi portkami, czy raczej zapaloną zapałką w ręku? „Gdybyście, grubasy z epoki Internetu i telefonów komórkowych, żyli w średniowieczu, to też mordowalibyście kobiety podejrzane o czary” – może to właśnie chce nam „Antychrystem” powiedzieć? Ale to żadna sztuka sprowokować u widza żądzę krwi, kiedy przez półtorej godziny pokazuje się wariatkę, która – znowu spoiler – torturowała własne dziecko, po czym je zabiła (a już na pewno dopuściła do jego śmierci), a kochającemu ją facetowi zmiażdżyła pieńkiem jaja.

Warto obejrzeć, ale nie chcę mieć tego na DVD. Apage, Satanas!

Michael Jackson mnie osobiście zawiódł. Rok temu z okładem doszedłem do wniosku, że już za długo milczy, że już wystarczająco dużo czasu i pieniędzy zmarnotrawił, więc próbowałem zakląć rzeczywistość, usiłowałem wywabić go z matecznika tekstem o obrzydliwie proroczym tytule „Powrót czy pogrzeb?” Przez chwilę wydawało się, że jednak to pierwsze, że triumfalny kombek, bo ponoć płyta już powstawała, bo koncerty w Londynie… A tu taki, szlag by to trafił, nieoczekiwany zwrot akcji.
Swoją drogą, rozmawialiśmy o Jacksonie na zapleczu Szczecin Rock Festival, jakieś dwie, może trzy godziny przed jego śmiercią. Kolega zapytał mnie, czy wierzę w te londyńskie koncerty, a ja pomny swojej niesprawdzonej przepowiedni sprzed kilkunastu miesięcy, od razu odpowiadam, że nie, nie wierzę. Że nie ma szans. Ech, nie mogłem się znowu pomylić? :-(

mjslash

Nie będę się tutaj rozpisywał, dlaczego Michael Wielkim Artystą Był, bo dobrze wiecie, a jeśli nie wiecie, to inni wam przypomną po stokroć, aż do wyrzygania. Może przy okazji przypomną też Leszczyńskiemu, który uważa, że „Michael Jackson nie zostawił żadnej spuścizny muzycznej po sobie”.
Oczywiście, każdy ma prawo do własnego zdania. To samo co Leszczyński twierdzą przecież tłumy bezimiennych tumanów w Internecie (cześć z nich cytuje, jak widzę, TVN24 – zastanawiam się, po co?!). Subtelna różnica polega jednak na tym, że panu redaktorowi, ktoś płaci za niezrozumienie (lub nieznajomość) ostatnich 25 lat muzyki pop, tak jak ktoś mu zapłacił za pomysł, że ostatnim ważnym rockowym zespołem było Prodigy… Nie chciałbym zamienić tego bloga w Leszczyński Watch, bo to zbyt łatwe, ale tego nie mogłem mu przepuścić. Nie tym razem.

A tak w ogóle to dziękuję dobrzy ludzie za coraz tłumniejsze tu bywanie. Sorry, że zostawiłem was na tydzień, ale miałem niezłą trasę po ojczyźnie. Najpierw Down (jeśli kogoś interesują relacje, to proszę sobie klikać w nazwy zespołów) w Krakowie, potem bladym świtem PKS-em (polecam – można zwiedzić kraj! – z okien pociągu niewiele widać) do Poznania i świetny, długo oczekiwany koncert Nine Inch Nails, następnego dnia rano do Szczecina, gdzie niezła reprezentacja Polski oraz Kaiser Chiefs, Limp Bizkit, Cornell i Manic Street Preachers (zrobiłem fajny wywiad z Nickym, lada dzień w Interii, zresztą rozmowy z Windsteinem i Cornellem też), a w piątek przez Warszawę do domu.
Jestem hardkorem, co? ;-)

Przy okazji mojego natrząsania się z polskiego singla Manowar (Gdym mały biuł na rięce brałeś mie, Ojcie…), jeden taki maruda z zaprzyjaźnionego forum zapytał, czy zastanawiałem się kiedyś, jak Anglicy odbierają moje śpiewanie w Lux Occulta. Strzał był celny, ale odbił się od złotego puklerza (dzieło najlepszych płatnerzy helweckich) mojego wnikliwego i analitycznego umysłu ;-) Bo po prawdzie, w nielicznych szeptankach i melorecytacjach zapewne kaleczyłem mowę Szekspira, ale w przeważającej części piosenek nie śpiewałem przecież, lecz darłem mordę. Krzyczałem, wrzeszczałem, ryczałem, gulgotałem, bulgotałem, burczałem i charczałem. Wokalizy w takiej formie, atonalnej i amoralnej (dla większości śmiertelników również asłuchalnej, he, he) niewiele mają wspólnego z ludzką mową i takie niuanse jak akcent czy system fonologiczny języka schodzą tu na dalszy plan. To jest piekło i szatani, a nie jakieś tam bułkę przez bibułkę…

I tu mnie olśniło! Eureka!!! Międzynarodowe sukcesy polskiego ekstremalnego metalu, jazzu i elektroniki to nie przypadek. Nie chodzi bynajmniej o to, że więcej rodzi się u nas potencjalnych Nergali niż Edyt Górniak (chociaż cholera wie, może to Czernobyl zbiera swe odroczone żniwo?). Nie chodzi też o to, że w gatunkach brzydko nazywanych niszowymi jest mniejsza konkurencja, niż w mainstreamie – bo to argument ignoranta, który nie ma bladego pojęcia, ile płyt z łomotem, albo ile wydawnictw z elektroniką ukazuje się każdego tygodnia, miesiąca… Polski śmierć metal, jazz i elektronika są cool, bo albo wokaliści traktują swój głos jak instrument (co dotyczy zarówno growlingu, jak i szalonych wokaliz Urszuli Dudziak), albo w ogóle nie śpiewają. Vader, Behemoth, Komeda, Urbaniak, Sing Sing Penelope, Skalpel, Czubala, Catz N’Dogz, Bednarczyk nie kojarzą się tam, za siódmą górą i za siódmą rzeką, ze sprzedawcami kebabów, sprzątaczkami i tymi fachurami, co to nie potrafią odróżnić walk-in fridge od walking fridge.

Wnioski? Przestańcie śpiewać. Albo róbcie to jak Kapela Ze Wsi Warszawa. Oni tam, na Zachodzie, tak nie potrafią. Jest jeszcze trzecia droga – chcecie robić karierę na Zachodzie, to pakujcie walizki i wyjeżdżajcie na Zachód. Po trzech miesiącach intensywnego kursu języka angielskiego metodą Callana, nie wystawiając nosa z Warszawy, może poradzicie sobie w telemarketingu, ale nie na liście „Billboardu”.

Miałem napisać o Opolu, ale teraz to już chyba musztarda po obiedzie, co? Zresztą, nad czym tu się rozwodzić? Nowe pomysły na show dla emerytów – jak apgrejdowane „Jak oni śpiewają?” – chwyciły, słupki poszły w górę, na Woronicza pewnie świętują. Nie byłem jednak na tyle zdesperowany, żeby na to patrzeć, więc nie mam zdania. Premiery – niektóre złe, inne przyzwoite, rewelacji nie było. Wyszkoni i Maleńczuk rzeczywiście dali radę, choć nie spodziewałem się, że ludzie zagłosują na Maleńczuka. Może pomogła mu zmiana imidżu? Już nie jest Nickiem Cavem, teraz przypomina raczej Kazimierę Szczukę.
Debiuty. Dobrze, że młodzież śpiewała covery, bo dziesięciu słabych piosenek w wykonaniu nieznanych wykonawców nikt by nie przetrwał. Niestety, aranżacje koszmarne. Superduety też nie były takie super, szczególnie przedstawiciele młodego pokolenia dali ciała, w konfrontacji ze starymi wyjadaczami. Tylko Kasia Cerekwicka mogła zabłysnąć, bo nie dość, że sama umie śpiewać, to jeszcze Marek Jackowski, na którego trafiła, nie potrafi ;-)
Jeśli chodzi o realizację telewizyjną, to muszę odnotować jedną zmianę na lepsze. TVP wreszcie odchodzi od zaśmiecania sceny tłumem tancerzy i innych żywych rzeźb, co było przekleństwem wszelakich festiwali, gali i koncertów telewizyjnych przez długie lata. Tylko Steczkowska nie zauważyła, że coś się zmienia i śpiewała do góry nogami. Trochę było mi jej żal… Przegnanie hord tancerzy to kroczek w dobrym kierunku. Bardzo mały, bo wykonawcy wciąż jeszcze nie zostali na tyle docenieni, by na nich skupić uwagę. Choreograf co prawda popadł w niełaskę, za to nastał czas scenografa. Gdybym dzień po koncercie spotkał na ulicy któregoś z debiutantów, nie byłbym go w stanie rozpoznać. Za to te diody, tę orgię świateł, zapamiętam do końca życia.

Swoją drogą, zwróciliście uwagę na opolskie zaklinanie rzeczywistości? Superjedynki, Superduety… Jest super, jest super, więc o co ci chodzi?

Cóż, chodzi mi o to, że Opole nie jest festiwalem muzycznym i nie trzeba od niego wymagać odkrywania nowych talentów czy wywracania gustu statystycznego Kowalskiego do góry kołami. Opole to rozrywka telewizyjna. Zabawa z muzyką w tle. To wszystko, cudu nie będzie. Od wspierania młodych, zdolnych są inni. Zauważyliście? Jeszcze parę lat temu totalna posucha, zero dopływu świeżej krwi na scenę. Dzisiaj każdy szanujący się festiwal, a jest ich z roku na rok coraz więcej, ma swój konkurs dla debiutantów. I bardzo dobrze, niech będzie ich jak najwięcej. Niech się te zespoły pościgają, posłuchają jak gra konkurencja, uczą od siebie nawzajem, powycierają sceny od Bałtyku do Tatr – to będzie lepiej. Już jest lepiej!

Przesłuchuję nagrania kapel, które chcą zagrać na scenie Miasta Muzyki na mysłowickim Off Festivalu. Zgłosiło się ponad 200 zespołów, więc nie tak łatwo się przez to przedrzeć. Tym bardziej, że nie wszyscy – delikatnie rzecz ujmując – są już gotowi od wyjścia z garażu. Inni może i są gotowi, ale nie są bohaterami mojej bajki i ćwiczą jakieś grandżo-polo, albo krainę łagodności. Ale nawet po odsianiu tych, co nie potrafią i tych, co nie pasują, zostało kilkadziesiąt ciekawych grup. Jestem w szoku. Do tej pory Offowy konkurs wyglądał mniej więcej tak: cały tłum nieciekawych i przypadkowych zgłoszeń plus kilka perełek. Teraz pereł jest znacznie więcej i boję się, że nagród nie starczy, że trzy miejsca na festiwalu to zbyt mało, by je wszystkie wyłowić. Oraz życzę sobie, wam i naszym utalentowanym artystom, żebym miał tylko takie zmartwienia…

Gdym mały biuł na rięce brałeś mie
Ojcie
Ci juź wieś iźwreście rozumiem cie
Co dobry jest so złe pokazałyś mi
Dałyś najwięksi dar, wiem jak mam życz
Inje zawiodłesz mnjeee
Dodałeś mi sził
Kiedłjem cziem jusz miesz
Ucziłesz mje…

To fragment tekstu – spisany ze słuchu, a jakże – nowego utworu amerykańskiej grupy Manowar, jednej z najbardziej groteskowych w historii rocka. Manowar to Spinal Tap, tylko bardziej i na serio. Co nie przeszkodziło im swojego czasu w zrobieniu kariery – głównie w Niemczech, Europie Wschodniej, Ameryce Południowej i Azji. Dla Jankesów i Anglików byli zbyt obciachowi nawet w latach 80.
Chyba czują już, że czas ucieka i co teraz wycisną, to ich. W myśl zasady „Tonący brzydko się chwyta”, Manowar nagrali więc singel „Father” w kilkunastu wersjach językowych, w tym po bułgarsku, turecku, fińsku, japońsku i polsku właśnie. Ale nie piszę o tym, żeby pośmiać się z Manowar, bo to po pierwsze żadna sztuka, a po drugie, wciąż mam do nich sentyment z lat pacholęcych i nie wypada mi się pastwić nad postaciami z plakatu nad łóżkiem. Po trzecie – i przede wszystkim dlatego – wolę nie zadzierać z wielbicielami Manowar. W rozstrzygniętym niedawno konkursie na najlepszego fana grupy wygrał niejaki Dick the Destroyer, który wytatuował sobie tytuł płyty „Sign of the Hammer” na członku. Serio. Kto wie, do czego tacy są zdolni :-)

Piszę o tym polskim zespołom ku przestrodze. Jeśli śnicie sny o potędze, jeśli marzycie o karierze na Zachodzie i wściekacie się, że głupi, głusi i źli ludzie z Londynu oraz Nju Jorku nie chcą się poznać na waszym talencie, to upewnijcie się, czy w ich uszach nie brzmicie przypadkiem, jak Eric Adams rozpaczliwie próbujący wyśpiewać polskie głoski zwartoszczelinowe. Wiem, chcecie mieć świat u swych stóp, ale chyba niekoniecznie chodzi o to, by turlał się ze śmiechu…

PS. Dzięki Christophoros za podpowiedź!

„Zobacz prace graficiarza, którego kocha Jolie” - oto jak informację o wystawie dzieł Banksy’ego zatytułował portal tvn24.pl. Nie Pudelek, ani nawet żaden portal masowego rażenia, ale serwis, który – jak mi się wydawało – adresowany jest do ludzi, którzy mają coś pod sufitem. Cokolwiek.
Ten tytuł to oczywiście żadna wpadka tvn24.pl, ale element przemyślanej strategii. Otóż media, którym nie wypada zajmować się majtkami piosenkarek i celulitem serialowych gwiazdek, żeby podkręcić sobie słupki, pokazują nawet poważne tematy przez pryzmat celebrytów. Krótkowzroczna jest to polityka (po nas choćby potop… idiotów), ale pewnie skuteczna, skoro w Internecie stosują ją już wszyscy, a poza siecią większość. Tylko potem niech się Durczok nie obraża, że go wrzucają do jednego worka z Cichopek…

Niedługo pewnie będziemy czytać takie newsy:

Wczoraj w mieście, w którym Alicja Bachleda-Curuś obściskiwała się w bramie z Colinem Farrellem, miała miejsce premiera nowej inscenizacji opery „Tosca” (MROŻONY KURCZAK W “TESCO” – TYLKO 3.99 ZA KILOGRAM!) Giacomo Pucciniego, kompozytora z kraju, w którym Silvio Berlusconi dał się sfotografować z ptaszkiem na wierzchu, w towarzystwie cycatej blondynki. Doskonałe recenzje zebrał baryton, o którym nigdy nie słyszała Mandaryna oraz sopranistka, która ma takie same inicjały jak Britney Spears.

Albo i takie:

Bank, w którym pieniędzy nie trzyma Madonna, zamknie w najbliższym czasie 35 placówek (to tyle, ile domów ma Robbie Williams) – informuje „Parkiet”, gazeta w której nie przeczytacie o romansie Borysa Szyca z tajemniczą brunetką.

Pocieszająca jest tylko myśl, że za 50 lat o Angelinie Jolie nie będzie nikt pamiętał, za to o Banksym owszem. Tak będzie, prawda? No proszę, niech ktoś potwierdzi, że tak właśnie będzie.

* Dodę nago widziałem oczywiście w „Playboy’u”. Fajnie wyszła.

Od lat słucham lamentów piosenkarzy, którzy psioczą, że trudno się w Polsce przebić, że szklany sufit, że układ. Nic bardziej mylnego. Chcecie w jeden dzień z piwnicy awansować na pierwsze strony gazet, chcecie żeby was pokazywali w telewizorze i żeby w internecie od komentarzy aż się dymiło? Zróbcie piosenkę, w której polityka mieszać się będzie z historią. W proporcjach właściwie dowolnych, bo kontekst dośpiewają sobie dziennikarze, komentatorzy, anonimowi fani, którzy czekali na was całe życie i równie anonimowi hejtersi, którzy zmasakrują was za to, że stanęliście po złej stronie barykady. Tak czy owak, bilans jest dodatni. Będą o was mówić, będą grać, na koncerty zapraszać będą. Nie musicie wiele potrafić, instrumenty mogą nie stroić, piosenka może się nie kleić i nie mieć większego sensu – byle tylko w klipie wrzuconym na YouTube’a wykorzystać odpowiednie archiwalia. Bo klip to obowiązek, przecież TVN24 musi coś pokazać!

Wiadomo, do czego piję. Miałem się nie pastwić już nad Sabatonem, ale zapowiedzi ich koncertów – tu cytat z materiałów organizatora – „upamiętniających 70. rocznicę wybuchu Drugiej Wojny Światowej” nie mogę pominąć milczeniem. Nie mam nic przeciwko patriotyzmowi i jego manifestowaniu, ale jakoś nie umiem uwierzyć w polski patriotyzm Szwedów (te biało-czerwone barwy w nazwie trasy!), w dodatku mierzony w złotówkach (od 85 do 99 za bilet). Najbardziej żenujące w tym wszystkim jest jednak to, że za supporty dla Sabaton mają robić legendy polskiego rocka: Turbo, Proletaryat i Armia. Panowie, trochę szacunku dla samych siebie…

Sabaton (ART)

Swoją drogą, ciekaw jestem czy 13 grudnia Turbo, Proletaryat i Armia zagrają jako supporty dla formacji Holy Smoke. Nie znacie? Spoko, spoko – do grudnia będą więksi niż Feel. Chodzi o tych niby metalowców z Tczewa, którzy nagrali piosenkę w hołdzie Lechowi Wałęsie. Spryciarze. Odrobili zadanie domowe z Sabatonu i rozbili bank. Takich zespołów jak Holy Smoke są w Polsce tysiące, lepszych – setki. Ale to właśnie oni zakumali, o co w tym wszystkim chodzi i teraz panoszą się w sieci, gazetach, telewizorach. Cierpiąca na nadmiar czujności stacja TVN24 poświęciła dziś temu arcydziełu cały kwadrans, pochylając się nad pieśnią „Lech Wałęsa” z troską i znawstwem przedmiotu („Do tej pory synonimem buntu była muzyka rockowa. Czy coś się zmieniło i teraz najbardziej buntowniczy jest heavy metal?” – dziennikarka próbowała wziąć lidera zespołu w krzyżowy ogień pytań, ale ten dzielnie się bronił, przypominając, że rock jest buntowniczy już od lat 80., od czasów Perfectu). Czekamy na trasę Holy Smoke po kraju. Patronat medialny: „Gazeta Wyborcza”. Ale ciężar promocji spadnie na pewno na Radio Maryja i „Nasz Dziennik”, którzy będą próbowali te koncerty odwołać…

Z myślą o reaktywacji Lux Occulta kupiłem sobie dzisiaj na DVD „Hubala” oraz serial „Znak orła”. Nie wiem, na co się zdecydować, więc kombinuję tak: Zaszyci w lesie partyzanci Hubala mają coraz większe kłopoty z aprowizacją, więc kiedy znajdują polanę pełną grzybów, wreszcie mogą najeść się do syta. Rano budzą się na plaży, Bałtyk czule pieści im onuce. W oddali dopala się wioska rybacka – to źli Brandenburczycy za unijne pieniądze budują sobie korytarz do Gdańska. Ocalały z rzezi chłopiec, imieniem Gniewko, jest jak sama nazwa wskazuje bardzo na Niemców wkurwiony. Tłumaczy hubalczykom zawiłości polityki zagranicznej gabinetu Władysława Łokietka. Major wie już, co ma robić. Prowadzi swój oddział na Berlin i dalej, aż do Zagłębia Ruhry. Idzie im łatwo, w końcu dysponują nie tylko szablami przeciwczołgowymi, ale też bronią palną. Po tym ciosie Niemcy nigdy się nie podniosą. Nie będzie rozbiorów, Bismarcka, Wrześni, Westerplatte, II wojny światowej (a więc i bitwy pod Wizną – za to może mnie Sabaton znienawidzić), „Telefonu 110”, Neny, Modern Talking i Media Marktów. Nie będzie Niemiec pluł nam w twarz.

PS. O Opolu będzie jutro, a pojutrze o tym, dlaczego ostatnio kupuję filmy, nie płyty z muzyką. Bo naprawdę kupiłem tego „Hubala” i serial o Gniewku… Watch this space ;-)

Zerkałem wczoraj wieczorem jednym okiem na „Warto rozmawiać” (swoją drogą trudno o równie ironiczny tytuł programu telewizyjnego – chyba tylko „Jak oni śpiewają”) i przypomniało mi się, że miałem już kilka godzin wcześniej z panem Janem do czynienia. Otóż raczył skomentować dla Wirtualnej Polski informację o proteście w sprawie koncertu Madonny, który odbędzie się w Warszawie 15 sierpnia, a więc w święto maryjne. Warto się nad tym tekstem pochylić. To sztandarowy przykład polskiego piekiełka, w którym wszyscy krzyczą i nikt nikogo nie słucha, bo każdy swoje wie.

Lecimy od początku (cytaty, z zachowaniem oryginalnej pisowni, kursywą):

Mazowiecki radny Marian Brudziński postanowił nie dopuścić do koncertu Madonny w Warszawie. Dlaczego? Bo artystka ma wystąpić 15 sierpnia – w Święto Wniebowstąpienia Najświętszej Marii Panny i rocznicę”cudu nad Wisłą”.

Pani Joanno – zwraca się do autorski tekstu Sługa Wasz Uniżony – nie ma czegoś takiego jak „Wniebowstąpienie Najświętszej Marii Panny” – jest wniebowzięcie. To fundamentalna różnica, łatwa do wychwycenia już na poziomie języka, nie trzeba być biegłym teologiem. Za to kiedy się pisze o religii, a już szczególnie jeśli zapuszcza się na tak grząski grunt jak obraza uczuć religijnych, warto wiedzieć, o czym się pisze. Bo pani lekceważący stosunek do przedmiotu sporu jest, przynajmniej moim skromnym zdaniem, nie mniej obraźliwy, niż organizowanie koncertów półnagich piosenkarek w niedziele i święta.

- 15 sierpnia to data symboliczna. Nie jest dziełem przypadku, że Madonna sobie ten dzień zarezerwowała na występ w Polsce. To prowokacja. Zdawała sobie sprawę, że nie będziemy siedzieć cicho i udawać, że się nic nie stało, że to nas nie obraża – mówi WP Brudziński.

Tak jest panie Brudziński, Madonna domagała się grania w Polsce 15 sierpnia, żeby Pana obrazić. A przyjeżdża do nas po raz pierwszy dopiero teraz, bo wcześniejsze 15 sierpnia mieliśmy zajęte…

Co najbardziej oburza radnego? – Występ tej artystki nie ma żadnej wartości moralnej ani patriotycznej. Ona nie ma zasad, żyje z facetem, który ma na imię Jezus, ma córkę Lourdes, nie wspominając już o jej zachowaniu na scenie, czyli np. publicznych ukrzyżowaniach. To wszystko jest żałosne – uważa Brudziński.

To rzeczywiście ubolewania godne, że Madonna nie ma w repertuarze hołdu dla obrońców Westerplatte, nie nawiązuje kostiumami do insurekcji kościuszkowskiej, a choreografią do bitwy pod Grunwaldem. Suka.
Co do wszetecznic, które żyją z facetami imieniem Jezus, w krajach hiszpańskojęzycznych – a więc do pewnego stopnia i USA – jest takich więcej. To popularne imię. Taki hołd dla Chrystusa, dopuszczalny w tamtej kulturze, świadczący o głębokiej wierze rodziców. Zapewne podobna była motywacja rodziców piosenkarki, kiedy w 1958 roku nadawali jej imię Madonna – bo to wbrew pozorom nie pseudonim, który przyjęła, by obrażać katolików. Swoją drogą, nurtuje mnie myśl, czy gdyby miała na pierwsze Grażynka albo Wacława, mogłaby grać 15 sierpnia? Pewnie tak. Ale na przykład recital Bożenki w Boże Ciało to już śliski temat…
Oczywiście, nie kwestionuję tego, że Madonna prowokuje i obraża, bo tak robi, od zawsze. Patent z ukrzyżowaniem na scenie czy klip do „Like a Prayer” najlepszymi dowodami. Ale wrzucanie tych przykładów do jednego worka z imieniem jej chłopaka po prostu sprowadza cały ten protest do absurdu. A jako absurdalny, służy raczej promocji koncertu Madonny, niż sprawie, której tak dzielnie broni pan Brudziński.

- Nie pójdę na ten koncert, bo po pierwsze nie interesuję się taką muzyką, dla mnie kultura masowa, która posiłkuje się przekroczeniami, transgresją, przełamywaniem tabu, jest już zbyt nudna i przewidywalna, poza tym nie widzę sensu, żeby płacić 200 zł po to, by stać w kilkutysięcznym tłumie i dostać butelką browaru w głowę – mówi WP Pospieszalski.

Pan Pospieszalski ma święte prawo nie lubić Madonny, uważać ją za diabelskie niesienie i mierną artystkę zarazem (właściwie wszystko się zgadza). Może nie iść na koncert, bo jej nie lubi. Może nie iść, jeśli piosenkarka, albo i data koncertu, obraża jego uczucia religijne. Ale po co straszyć ludzi? Po co kłamać? Na masowych koncertach, takich jak ten, nie wolno pić alkoholu, nawet z plastikowego kubeczka. Nikt też nie wniesie butelki, ani żadnego innego niebezpiecznego przedmiotu. Zresztą, na koncertach w krajach, w których władza ma nieco więcej zaufania do publiczności też butelki nie latają, bo jeśli ktoś płaci małą fortunę za bilet i traci cały wieczór lub dzień na taką eskapadę, robi to po to, by się rozerwać, miło spędzić czas, coś ciekawego zobaczyć, a nie po to, żeby komuś zrobić krzywdę.
Oczywiście, dopuszczam myśl, że Pospieszalski ma inne doświadczenia i publiczność na jego koncertach rzucała butelkami. Ale to już temat dla pana Jana – do autorefleksji.

Niby jesteśmy ewenementem na skalę światową z tym naszym wzrostem sprzedaży płyt w czasach, kiedy wszystkim spada, ale nie oszukujmy się, aż tak różowo nie jest. W Polsce sprzedają się bowiem głównie kompilacje. Dlatego patrzę na nie spode łba, upatrując w nich przyczyn zła wszelakiego – że rozleniwiają słuchaczy, że pozbawiają muzyki kontekstu, że sprowadzają Wielką Sztukę do roli muzaka, radiowej tapety, tyle że bez wiadomości i reklam.
Ale skłamałbym, gdybym twierdził, że nigdy składanek nie słucham. Niektóre mają wielką wartość edukacyjną (jak cykl „Trzeszcząca płyta” Kaczkowskiego), inne promocyjną (na przykład seria Piotrka Stelmacha), a jeszcze inne po prostu użytkową (tu mam na myśli wszelakie kompilacje parkietowe, tudzież pościelowe). Są wreszcie i takie, które po prostu zawierają kupę dobrej muzyki, jak wydana niedawno „Dark Was the Night”.
Poza tym, jeśli ktoś nie jest takim płytowym psychopatą jak ja, nie musi kupować krowy, żeby napić się mleka. Giulia y Los Tellarini to całkiem zacny zespół i moim zdaniem warto mieć całą płytę, ale jeśli zależy wam tylko na piosence z „Vicky Christina Barcelona”, równie dobrze możecie sięgnąć po „Pinacoladę 6”, gdzie w pakiecie dostaniecie jeszcze „Kiss My Name” Antony’ego, radioheadowe „Creep” w jazzowej interpretacji Elizy Lumley, coś z nowej płyty Basi, coś Hercules & Love Affair i blisko 30 innych numerów. Serce mi podpowiada, że nie ma to jak albumy, ale rozsądek przywołuje do porządku – kompilacje mają sens.

No dobrze, mają sens w muzyce. A w literaturze? Nie wiem czy ja miałem ostatnio takie szczęście, czy rzeczywiście coraz więcej na rynku książkowych składanek… Na przykład „Obłędni rycerze”, z bardzo nieprecyzyjnym podtytułem „Humoreski fantastyczne”. To zbiór, w którym znajdziecie zupełnie nieprzystające do siebie opowiadania Woody’ego Allena, Terry’ego Pratchetta, Marka Twaina, Philipa K. Dicka, Orsona Wellesa, Petera Sellersa i paru innych miotaczy. Niektóre z nich naprawdę dobre, ale nie mam pojęcia, dlaczego zebrane pod jednym dachem. Ważne, że udało się przepakować towar już raz sprzedany i można sprzedać go raz jeszcze…
Zaraz potem sięgnąłem po księgę zatytułowaną „Stephen King na wielkim ekranie”. Lubię Kinga i czytam prawie wszystko, ale to ledwie dało się przekartkować – wszystko przecież już znałem. W dodatku „Serca Atlantydów” w znacznie szerszej wersji, bo tu zmieściła się tylko pierwsza część powieści. Klucz według którego dobrano te teksty jest dla mnie jeszcze mniej zrozumiały, niż w przypadku „Obłędnych rycerzy”. Mowa przecież o Stephenie Kingu, autorze, którego każde pierdnięcie jest ekranizowane, zanim facet zdąży wcisnąć ostatnie „ctrl+S” – więc po co ta ściema w tytule książki? Pytanie było retoryczne, wiem po co.

Zobaczycie, lada dzień na półkach wylądują kompilacje filmowe. Co lepsze kawałki z arcydzieł światowego kina, albo waszych ulubionych seriali telewizyjnych, na których obejrzenie nie macie czasu, bo wracacie późno z pracy i jeszcze jest tyle rzeczy do zrobienia… W sumie żadna nowość, ten patent został już przećwiczony w „Cinema Paradiso”. Branża porno stosuje go zresztą od dawna, handlując filmami złożonymi z „best cumshots ever”. Swoją drogą, autorzy filmów XXX muszą być nieźle sfrustrowani. Zdążyli już przywyknąć, że nikt nie zwraca uwagi na meandry scenariusza i dialogi, a tu leniom-onanistom nie chce się nawet oglądać samej akcji. Chcieliby tylko serii happy endów ;-)

Tak będzie. Płyty DVD z najlepszymi pościgami samochodowymi (nie mówcie, że nie kupilibyście!), najlepszymi pojedynkami kung-fu (biorę!), albo scenami batalistycznymi z filmów historycznych. Dla pań 20 najbardziej wzruszających scen z komedii romantycznych, dla małolatów składanka 20 spektakularnych interwencji superbohaterów (mam nadzieję, że nie zabrakłoby żółwia Gamery!). Dla koneserów dwa tuziny gagów z komedii Chaplina, 10 najbardziej błyskotliwych dialogów z Woody’ego Allena, albo 15 najbardziej mówiących scen milczenia z Bergmana. Że poza kontekstem tracą sens, że niewiele znaczyłyby wydarte z większej całości? Nieprawda. Internet, z YouTube na czele, dowiódł, że nie potrzebujemy kontekstu, albo raczej, że sami potrafimy go sobie stworzyć. Nasze życie też nie jest rozgrywającą się linearnie fabułą, więc i bez takiej kultury jakoś się obejdziemy.