Zerkałem wczoraj wieczorem jednym okiem na „Warto rozmawiać” (swoją drogą trudno o równie ironiczny tytuł programu telewizyjnego – chyba tylko „Jak oni śpiewają”) i przypomniało mi się, że miałem już kilka godzin wcześniej z panem Janem do czynienia. Otóż raczył skomentować dla Wirtualnej Polski informację o proteście w sprawie koncertu Madonny, który odbędzie się w Warszawie 15 sierpnia, a więc w święto maryjne. Warto się nad tym tekstem pochylić. To sztandarowy przykład polskiego piekiełka, w którym wszyscy krzyczą i nikt nikogo nie słucha, bo każdy swoje wie.
Lecimy od początku (cytaty, z zachowaniem oryginalnej pisowni, kursywą):
Mazowiecki radny Marian Brudziński postanowił nie dopuścić do koncertu Madonny w Warszawie. Dlaczego? Bo artystka ma wystąpić 15 sierpnia – w Święto Wniebowstąpienia Najświętszej Marii Panny i rocznicę”cudu nad Wisłą”.
Pani Joanno – zwraca się do autorski tekstu Sługa Wasz Uniżony – nie ma czegoś takiego jak „Wniebowstąpienie Najświętszej Marii Panny” – jest wniebowzięcie. To fundamentalna różnica, łatwa do wychwycenia już na poziomie języka, nie trzeba być biegłym teologiem. Za to kiedy się pisze o religii, a już szczególnie jeśli zapuszcza się na tak grząski grunt jak obraza uczuć religijnych, warto wiedzieć, o czym się pisze. Bo pani lekceważący stosunek do przedmiotu sporu jest, przynajmniej moim skromnym zdaniem, nie mniej obraźliwy, niż organizowanie koncertów półnagich piosenkarek w niedziele i święta.
- 15 sierpnia to data symboliczna. Nie jest dziełem przypadku, że Madonna sobie ten dzień zarezerwowała na występ w Polsce. To prowokacja. Zdawała sobie sprawę, że nie będziemy siedzieć cicho i udawać, że się nic nie stało, że to nas nie obraża – mówi WP Brudziński.
Tak jest panie Brudziński, Madonna domagała się grania w Polsce 15 sierpnia, żeby Pana obrazić. A przyjeżdża do nas po raz pierwszy dopiero teraz, bo wcześniejsze 15 sierpnia mieliśmy zajęte…
Co najbardziej oburza radnego? – Występ tej artystki nie ma żadnej wartości moralnej ani patriotycznej. Ona nie ma zasad, żyje z facetem, który ma na imię Jezus, ma córkę Lourdes, nie wspominając już o jej zachowaniu na scenie, czyli np. publicznych ukrzyżowaniach. To wszystko jest żałosne – uważa Brudziński.
To rzeczywiście ubolewania godne, że Madonna nie ma w repertuarze hołdu dla obrońców Westerplatte, nie nawiązuje kostiumami do insurekcji kościuszkowskiej, a choreografią do bitwy pod Grunwaldem. Suka.
Co do wszetecznic, które żyją z facetami imieniem Jezus, w krajach hiszpańskojęzycznych – a więc do pewnego stopnia i USA – jest takich więcej. To popularne imię. Taki hołd dla Chrystusa, dopuszczalny w tamtej kulturze, świadczący o głębokiej wierze rodziców. Zapewne podobna była motywacja rodziców piosenkarki, kiedy w 1958 roku nadawali jej imię Madonna – bo to wbrew pozorom nie pseudonim, który przyjęła, by obrażać katolików. Swoją drogą, nurtuje mnie myśl, czy gdyby miała na pierwsze Grażynka albo Wacława, mogłaby grać 15 sierpnia? Pewnie tak. Ale na przykład recital Bożenki w Boże Ciało to już śliski temat…
Oczywiście, nie kwestionuję tego, że Madonna prowokuje i obraża, bo tak robi, od zawsze. Patent z ukrzyżowaniem na scenie czy klip do „Like a Prayer” najlepszymi dowodami. Ale wrzucanie tych przykładów do jednego worka z imieniem jej chłopaka po prostu sprowadza cały ten protest do absurdu. A jako absurdalny, służy raczej promocji koncertu Madonny, niż sprawie, której tak dzielnie broni pan Brudziński.
- Nie pójdę na ten koncert, bo po pierwsze nie interesuję się taką muzyką, dla mnie kultura masowa, która posiłkuje się przekroczeniami, transgresją, przełamywaniem tabu, jest już zbyt nudna i przewidywalna, poza tym nie widzę sensu, żeby płacić 200 zł po to, by stać w kilkutysięcznym tłumie i dostać butelką browaru w głowę – mówi WP Pospieszalski.
Pan Pospieszalski ma święte prawo nie lubić Madonny, uważać ją za diabelskie niesienie i mierną artystkę zarazem (właściwie wszystko się zgadza). Może nie iść na koncert, bo jej nie lubi. Może nie iść, jeśli piosenkarka, albo i data koncertu, obraża jego uczucia religijne. Ale po co straszyć ludzi? Po co kłamać? Na masowych koncertach, takich jak ten, nie wolno pić alkoholu, nawet z plastikowego kubeczka. Nikt też nie wniesie butelki, ani żadnego innego niebezpiecznego przedmiotu. Zresztą, na koncertach w krajach, w których władza ma nieco więcej zaufania do publiczności też butelki nie latają, bo jeśli ktoś płaci małą fortunę za bilet i traci cały wieczór lub dzień na taką eskapadę, robi to po to, by się rozerwać, miło spędzić czas, coś ciekawego zobaczyć, a nie po to, żeby komuś zrobić krzywdę.
Oczywiście, dopuszczam myśl, że Pospieszalski ma inne doświadczenia i publiczność na jego koncertach rzucała butelkami. Ale to już temat dla pana Jana – do autorefleksji.