Mamy nową świecką tradycję. Nie wystarcza już, że zespół na koncercie robi nam show za nasze pieniądze. Szczytem fanowskiej ambicji jest teraz zrobienie show dla zespołu. To chyba jakiś nowy wariant staropolskiej gościnności – skoro nie da się zaprosić Bono na niedzielny rosół, a Gahanowi postawić dużego piwa, to można przynajmniej kolektywnie zrobić na nim wrażenie spod sceny.

Jutro i pojutrze w Łodzi, na koncercie Depeche Mode (uprzedzając komentarze – tak, wyzłośliwiam się, bo nie mogłem pojechać, a bardzo chciałbym) w ściśle określonych momentach widownia będzie świecić komórkami i zapalniczkami, dmuchać balony i śpiewać a capella pieśni, których zespół sam śpiewać nie chce.
Trochę martwię się, że niedługo na koncertach nie będę mógł się zapomnieć w słuchaniu muzyki czy pogawędce ze znajomymi, bo terroryzowany przez zdyscyplinowany legion wyznawców Artysty będę musiał z zegarkiem w ręku uważać, kiedy mam wyciągnąć kolorową szmatkę, kiedy włączyć i wyłączyć komórkę, zrobić przysiad, piruet, podskoczyć, złapać się za nogę, pomachać ręką, zagwizdać, zaklaskać… Ale jako że bezpiecznie jest stanąć po stronie większości, niniejszym pozwalam sobie wyjść przed szereg i kilka kolejnych akcji specjalnych zaproponować.

Jean Michel Jarre (1.03, Spodek, Katowice)
Wymyśliłem tylko, żeby w połowie koncertu skorzystać z butli z tlenem. Ale przy tych nudach to żadna akcja specjalna, to konieczność…

Rammstein (12.03, Łódź, Arena)
Kiedy zespół zaczyna grać „Pussy”, kopulujemy radośnie, wykrzykując głośno „Ja, ja, gut, gut!”.

Katatonia (31.03-1.04, Rotunda, Kraków / Stodoła, Warszawa)
Przynosimy łóżka polowe. Zasypiamy zwinięci w pozycję embrionalną, ssąc kciuk i pochlipując z cicha.

Mono (1-2.04, Centralny Basen Artystyczny, Warszawa / Blue Note, Poznań)

Zapychamy sobie gotowanym ryżem jedno ucho. Przed rozpoczęciem akcji ryż należy przestudzić.

Pete Doherty (7.04, Sala Kongresowa, Warszawa)
Gdy artysta pojawia się na scenie, witamy go deszczem kwiatów. Preferowane czerwone maki. No, chyba, że komuś akurat w doniczce pejotl zakwitł…

Emmanuelle Seigner (29.04, Palladium, Warszawa)
Ostentacyjnie palimy opakowania z czekolad Milka, Alpen Gold i Lindt. Sery odpuszczamy – nie dość, że trudno je rozpalić, to jeszcze obrzydliwie cuchną.

AC/DC (27.05, Bemowo, Warszawa)
Dobrze, że przyjeżdżają w maju, bo na koncert idziemy oczywiście w krótkich spodniach. Przy „High Voltage” przykładamy sobie baterię R9 do języka (tymi dwoma dzióbkami, bez lalusiowania!), przy „Cover You In Oil” polewamy się olejem napędowym wysokooktanowym i modlimy się, żeby nie zagrali „Shot Down in Flames”, bo wtedy czeka na „Highway To Hell”.

Elton John (30.05, Stadion Polonii, Warszawa)
O nie, nie… Ja o takich rzeczach nawet nie myślę…

Sonisphere Festival (16.06, Bemowo, Warszawa)
Slayer – przy pierwszych taktach „Raining Blood” wyciągamy zza pazuchy chomika, kanarka albo małego kurczaka i wyciskamy go sobie na głowę.
Metallica – przy „Seek and Destroy” szukamy i niszczymy, przy „For Whom The Bell Tolls” wyciągamy zza pazuchy baranie dzwonki i brzęczymy, przy „Whiskey In The Jar” – wiadomo. A jeśli ochrona skonfiskuje nam słoiki z łyskaczem, wpadamy w „St. Anger” i robimy im takie „Hit The Lights”, że zostają “Broken, Beat & Scarred”.

Dlaczego zrobił pan stację RMF PUNK?
Po prostu uważam, że…
Kto panu to zlecił?
Nikt, ja tylko…
Czy chce pan tym zniszczyć scenę?
Ależ skąd, ja przecież…
Jak pan śmiał zestawić punka z taką korporacją? Nie rozumie pan, że ideały DIY mogą być reprezentowane tylko poprzez tak niezależne serwisy jak MySpace, Last.fm czy YouTube?
No, ale…
Chce pan się wzbogacić na emitowaniu punka i HC?
Nie, przecież ja nawet…
Nie wygląda pan na punka.
Wiem, ale…
Na żadnym forum punkowym pana nie widzieliśmy.
Bo ja niestety…
Wygląda pan na metalowca. I mamy na to kwity! Nie zaprzeczy pan, że śpiewał pan w zespole metalowym?
No nie…
I że pisał pan artykuły o metalu?
Tak, ale nie tylko, przecież ja też…
Od jak dawna słucha pan punka?
O, to już będzie…
Codziennie?
Nie, bo ja…
Wie pan, że na playliście radia jest za dużo starych rzeczy?
Ale to dopiero…
Wie pan, że jest za mało starych rzeczy?
Ale to…
Za mało hardkora!
Ale…
Za dużo hardkora!
A…
Wie pan, że zagrać Farben Lehre obok Minor Threat to jak puścić bąka w perfumerii?
Ale przecież…
Wie pan, że każdy prawdziwy punk ma te wszystkie płyty na oryginałach i ich sobie w domu z oryginałów słucha i w stronę tej rozgłośni to nawet nie splunie?
To w takim razie…
A czy wie pan, że to my jesteśmy właścicielami punka? I to my decydujemy, po której jest pan stronie? Czy wie pan, że my tu stoimy, a pan stoi tam?
To ja przepraszam, to ja może puszczę piosenkę…

PS. Wszystkim dobrym ludziom dziękuję za sugestie. Niektóre spóźnione ;-) inne bardzo cenne.

Wiecie, dlaczego polska muzyka rockowa w swej przeważającej większości jest taka nadęta, pompatyczna i drętwa? Za mało punka! Był Jarocin, to prawda, ale poza nielicznymi wyjątkami ten polski punk był zawsze tak bardzo wsobny, przedrzeźniający i interpretujący sam siebie, że nie promieniował twórczo na inne gatunki. Jakimś Pink Floydom i Deep Purplom się stawia u nas pomniki ze spiżu, a The Clash traktuje po macoszemu, Ramones jak żart, o Undertones czy Stiff Little Fingers to już w ogóle nikt nic nie wie…

Sam musiałem zaległości z punk rocka jako stary grubas nadrabiać, choć to przecież muzyka dla chudych małolatów. Ale skoro już nadrobiłem, niechby absolutne podstawy, to postanowiłem się ze światem swoją radością podzielić.
Panie i Panowie, zapraszam do słuchania mojej autorskiej stacji radiowej:

Praca nad nią była rozkoszą wielką. Przy okazji uzupełniłem kolekcję o płyty, które zawsze chciałem mieć, a których kupno ciągle odkładałem na później, bo zawsze było coś pilniejszego (zwykle jakieś przehajpowane nowości, które i tak nudziły mi się po trzech przesłuchaniach).

To, co dzisiaj słyszycie w RMF PUNK (tutaj dla macowców) to oczywiście dopiero miły złego początek. Playlista stacji będzie na bieżąco uzupełniana, więc jeśli ktoś ma sugestie to zapraszam. Ale jest na czym i dzisiaj ucho zawiesić – od pre-punka w rodzaju The Velvet Underground, The Stooges czy Patti Smith oraz angielskiej klasyki (The Sex Pistols, The Clash, Buzzcocks, The Damned, Sham69, The Exploited, Discharge), przez amerykańskie hałasy (Minor Threat, Dead Kennedys, Black Flag, Bad Brains, Circle Jerks) i zacnych indywidualistów (Hüsker Dü, Fugazi, NoMeansNo), aż po rozmaite smaczne wynalazki – Turbonegro, GG Allina, Plasmatics, Atari Teenage Riot, nawet Slayera (no, jakże miałbym nie dać nic z „Undisputed Attitude”?!), Ministry i Napalm Death. Oczywiście, są też ulubieńcy list przebojów, jak The Offspring czy Green Day, oraz sporo polskiego punka, od tego jabolowego po Dezertera i Post Regiment.

Słuchajcie na zdrowie, byle głośno! Najlepiej w pracy, albo kiedy rodzina i sąsiedzi pójdą spać. To jest punk, nie rurki z kremem ;-)

PS. A właśnie – podziękowania dla Felka i Gronka za to, że mnie skutecznie punkiem zarazili.

Moje dzieci kochają Myszkę Miki. Biegają w ubrankach z disnejowskimi postaciami, bawią się zabawkami żywcem wyjętymi z kreskówek, syn śpi pod kołdrą z gigantyczną Miki, a córa pod podobną, ale z Prosiaczkiem i Puchatkiem. I choć dzisiejsze, światłe i edukacyjne wcielenie Myszki Miki uważam za obrzydliwe nudziarstwo, bez startu do odcinków sprzed kilkudziesięciu lat, tych bez gadania, przychylnym okiem patrzę na kult Disneya w moim domu. I trochę smarkaczom zazdroszczę…

Byłem chyba w trzeciej klasie podstawówki, kiedy Duklę opanowało prospektowe szaleństwo. Nie wiem, jak to wyglądało w innych częściach kraju, ale u nas każdy, kto się ruszał, wysyłał kartki pocztowe (te najtańsze, żółtoszare) do zachodnich firm, z prośbą o prospekty, gadżety i inne artykuły reklamowe. Sprawdzone adresy były na wagę złota, podobnie jak skuteczne „prośby”, czyli teksty w bliżej nam nieznanym języku, które były magicznym zaklęciem, uchylającym wrota kapitalistycznego sezamu. Prośba, której ja używałem najdłużej brzmiała jakoś tak: Dear sir, I am coletioming prospect cars. I very please for prospect your cars very. Długo nie miałem pojęcia, co to wszystko znaczy, więc wysyłałem te same treści do producentów butów i samochodów, ubrań i ogumienia, traktorów i komputerów, nawozów i pisaków fluorescencyjnych, nart i alkoholi. Oczywiście, nie wszyscy odpisywali, ale reagowało wystarczająco wielu, by każdy z nas uzbierał sterty naklejek, folderów i ulotek. Nieliczni szczęśliwcy mogli się nawet pochwalić długopisem reklamowym, proporczykiem, czy – proszę o werble dla podkreślenia powagi chwili – bawełnianą koszulką.

Jedną z pierwszych kartek wysłałem do firmy Walta Disneya. A może na adres któregoś z amerykańskich Disneylandów? Nie pamiętam już, nieważne… Po kilku tygodniach dostałem widokówkę z kolorowym disnejowskim zamkiem, oświetlonym blaskiem sztucznych ogni. Przez kilka dni nie mogłem od niego oderwać wzroku, przez kilka miesięcy nosiłem go w tornistrze do szkoły, przez kilka lat miałem go na wyciągnięcie ręki, za szybą meblościanki. Wiedziałem już, że jest na świecie coś piękniejszego, bardziej majestatycznego, a zarazem nieskończenie bardziej przyjaznego, niż Pałac Kultury i Nauki. Ciałem tkwiłem wciąż w PRL-u, ale myślami byłem już tam, w innym, lepszym świecie. Namówiłem rodziców, żeby opłacili mi prywatne lekcje angielskiego. W 1984 roku, w podkarpackiej mieścinie, wyglądało to na gówniarską fanaberię, ale zgodzili się, bo przecież trudno protestować, kiedy dzieciak garnie się do książek.

Gdy wiele lat później usłyszałem Golden Life śpiewających o „escape from Poland to Disneyland”, zrozumiałem, że nie byłem sam. I że PRL może przetrwałby dłużej, gdyby był bardziej kolorowy, miły dla oka, zgrabny, zamiast straszyć siermięgą, szarzyzną, bylejakością. W połowie lat 80. byłem za głupi, żeby cokolwiek rozumieć ze spraw politycznych czy gospodarczych, ale jak wielu moich kolegów znienawidziłem komunę ze względów estetycznych. Kiedy pocztą zaczęły do nas przychodzić namacalne dowody na istnienie piękniejszej części świata, nie chcieliśmy już żyć w jego brzydszej połowie.

Swoją drogą, zastanawiam się, co kierowało specami od marketingu z tych wszystkich firm, że decydowali się wysyłać hurtowe ilości materiałów do dzieciaków z kraju, w którym nikt nigdy ich produktów na oczy nie oglądał. Albo byli tak głupi, że nie zdawali sobie z tego sprawy, albo tak mądrzy w swej dalekowzroczności… Przewidzieli, że Żelazna Kurtyna się rozsypie, że otworzy się nowy rynek, a oni już będą tam mieli najcenniejszy przyczółek: legion młodych, zakochanych po uszy w ich kolorowej, błyszczącej marce.

Elektryzujące doniesienia ze świata literatury… Robert Kozyra grozi, że napisze książkę o kulisach szołbiznesu i mediów w Polsce. Odgraża się między innymi, że ujawni, co powiedział Madonnie, Robbiemu Williamsowi, Kylie i innym takim, że zgodzili się zareklamować Radio Zet i to za czapkę gruszek. Uważam, że tak potężnego zaklęcia nie powinien zdradzać, że tak mocne słowa nie powinny dostać się w niepowołaną gębę. No, boję się po prostu, że może się powtórzyć przerażający kazus najbardziej zabójczego dowcipu świata:

Bestseller pisze też moja ulubiona Sara May, literacka spadkobierczyni Karola Maya. On pisał o Indianach, których nigdy na oczy nie oglądał, ona będzie zdradzać tajemnice showbizu, w którym nie zaistniała. W odróżnieniu od Kozyry, który oczywiście nie napisze tego, co wie, May z całą pewnością wygarnie nam całą prawdę o wszystkim, o czym nie ma zielonego pojęcia.

Najszybciej na wieść o planach Kozyry i May zareagował Steve Jobs, wprowadzając na rynek iPada. Zaraz potem w kraju spadło ciśnienie i rozpętały się śnieżyce. Nie wiem, co w tym kontekście myśleć o decyzji premiera Tuska, że jednak nie będzie się ubiegał…

PS. Widzimy się jutro na Living Colour w Krakowie. Kto nie przyjdzie, ten czytelnikiem książki Sary May.

Galeria bohaterów żywcem wyjęta z wczesnego Jeuneta, zwroty akcji jak u Finchera, poziom abstrakcji, którego Lynch mógłby pozazdrościć – i pomyśleć, że za tym arcydziełem stoi TVP! Niestety, nie chodzi o kolejny film, który mógłby być kandydatem na kandydata na Oscara, ani nawet o nowy serial pani Ilony Łepkowskiej (u Lisa mówiła, że stanowczo za dużo pracuje; niechże ktoś z telewizyjnych kadr zmusi ją do wykorzystania zaległego urlopu – błagam!). Mowa o eliminacjach do finału krajowych preselekcji konkursu Eurowizji. Wiem, kopanie leżącego jest łatwe i nieeleganckie, ale zbyt wiele wysiłku włożyłem w próbę zrozumienia, o co w tym wszystkim chodzi, żeby sprawę po prostu przemilczeć.

Najpierw krótkie streszczenie:
- Pierwszych czterech wykonawców (Dziewczyny, Anetę Figiel, Annę Cyzon, PIN) wybrała wyłoniona przez TVP szacowna komisja.
- Potem TVP (ale już nie wiadomo czyimi rękoma i uszyma) postanowiła wydać trzy tzw. dzikie karty, czyli zaprosić do preselekcji następujących artystów: Sunrise, Nefer i Sonic Lake.
- Następnie zespół PIN wycofał się z rywalizacji, rzekomo „w związku z koniecznością reorganizacji harmonogramu nagrań naszego najnowszego, trzeciego albumu, a co za tym idzie modyfikacją planów promocyjnych i koncertowych”.
- Złe wrażenie zostało zatarte, kiedy TVP wyciągnęła z kapelusza Iwonę Węgrowską, Leszczy oraz ZoSię.

Finał krajowych preselekcji w Walentynki, czyli za niecałe dwa tygodnie, ale jeśli myślicie, że wszystko już wiecie i że na pewno dzień przed imprezą nie pojawi się na scenie jakiś czarny koń ex machina, to pomyślcie jeszcze raz… Ale wcześniej rzućcie okiem na ten krótki fragment regulaminu:

7. Wybór wykonawców i utworów do Krajowych Eliminacji pozostawia się do uznania i decyzji wybranej przez TVP S.A. Komisji Konkursowej. TVP S.A. zaprosi do udziału w Krajowych Eliminacjach wykonawców i utwory w kolejności zajmowanych przez nich miejsc na liście rekomendacji ustalonej drogą głosowania w liczbie nie mniejszej niż cztery i nie większej niż dziesięć. (…)
9. TVP S.A. ma prawo zaproszenia do Krajowych Eliminacji, poza wykonawcami wybranymi przez Komisję Konkursową, dowolną ilość wykonawców według własnego uznania, także spośród utworów, które nie uzyskały uznania Komisji Konkursowej, a ich tożsamość zostanie podana do publicznej wiadomości najpóźniej 24 godziny przed koncertem finałowym Krajowych Eliminacji.

Tłumaczenie z prawniczego na nasze:

Wyślij SMS-a. I tak poślemy do Oslo, kogo będziemy chcieli. Wyślij SMS-a. I możecie nam skoczyć. Wyślij SMS-a.

Ktoś dzisiaj wszedł na mojego bloga wpisując w googla frazę „jebana zima”. Lepiej bym tego nie ujął.

Scorpions ogłosili koniec kariery. Po czym uściślili, że w marcu ukaże się jeszcze jedna studyjna płyta, po czym ruszą na pożegnalną trasę koncertową, która potrwa kilka lat. Sprawdzony patent. Kiss na tej sztuczce objechali glob ze trzy razy, wydali kilka koncertówek i wypasionych DVD, aż w końcu, bezgranicznie wzruszeni pożegnaniem, które zgotowali im najwierniejsi fani, w drodze wyjątku postanowili nagrać dla nich jeszcze jeden materiał studyjny. A potem oczywiście ruszyć w kolejną ostatnią trasę…

Rozmawiałem z Alanem Parsonsem. Zapytałem go, jaka będzie nowa płyta, za której nagrywanie już się ponoć wziął.
Klasyczny, rockowy Alan Parsons Project – odpowiedział. – Na poprzedniej płycie eksperymentowaliśmy trochę z elektroniką, ale fani uważają, że to nie dla nas.
- Mają rację?
- Z wynikami sprzedaży się nie dyskutuje.

W „Teraz My” lśniła Królowa Doda Pierwsza. Sekielski i Morozowski bardzo chcieli dowiedzieć się, czy lepiej całuje Tusk czy Kaczyński, ale ponoć obaj stali jak kołki. Poza tym piosenkarka kilkanaście razy zapewniła redaktorów, że jest artystką oraz kilkadziesiąt razy podkreśliła, że nie interesuje się polityką i nie ma na ten temat nic do powiedzenia. Raz zauważyła przytomnie: - Nie wiem, po co mnie tu zaprosiliście?

Widzicie państwo, to muszą być te anomalie pogodowe związane z efektem cieplarnianym… Bo choć jebana zima, to i tak sezon ogórkowy.

Kupiłem sobie pierwszy numer nowego czasopisma o zachwycającej, wszystko mówiącej nazwie „Czarne jest czarne. Back to Black”. - Masz już dość różu, ciągle tych samych popowych gwiazdek i przesłodzonych opowiastek o miłości? – zagaja anonimowy (nie dziwię się) redaktor we wstępniaku. No pewnie, że mam dość!

Swoje frustracje mogę odreagować:

1. Czytając komiks o „zwariowanej dwudziestopięciolatce” Nemi (która „nie boi się wyróżniać i ma w nosie opinie innych”, słucha Tori Amos, Alice Coopera i The Cure, ma kolekcję pokemonów, ubiera się na czarno i chciałaby być ninją) albo artykuł o jego autorce („Najbardziej lubiła tworzyć thrillery i horrory, ale pisanie wymagało od niej masy odwagi. Okropnie bała się bowiem stwarzanych przez siebie potworów”).

2. Wypełniając psychotest „Słodka Barbie czy mroczna wampirzyca?” („Kolor twego wnętrza to nieprzenikniona czerń. (…) Odnajdujesz się, pisząc wiersze i złote myśli”)

3. Dowiadując się „Czy mamy bać się czarnego?”(jeśli lubicie się ubierać na czarno, dobrze porozmawiać o tym z rodzicami)

4. Zachwycając się gadżetami „Bez cukru, ale z pazurem” (nie miałem pojęcia, że na topie są martwe zwierzątka, a „na ich punkcie oszalało wiele sław”, choć zawsze przeczuwałem, że padlina coś w sobie ma)

5. Robiąc sobie gothic makijaż (mam wrzucić zdjęcie?)

6. Ucząc się rysować kobietę (w następnych numerach dowiem się, jak narysować „inne stwory nie z tej ziemi”)

7. Czytając o wilkołakach, parach nie z tej ziemi, zespole Muse („nosili czarne makijaże, a swoją muzykę traktowali jako formę buntu”) lub chłopcu z Tokio Hotel („nie wyobrażam sobie już życia bez gotyckiego makijażu”)

8. Sprawdzając, czy przeżyłbym w świecie „Zmierzchu” (muszę w końcu ten film zobaczyć, chyba wiele tracę)

9. Zaglądając w przyszłość przy pomocy „Horoskopu księżycowego” (nie mam siły tego przepisywać)

10. Pękając ze śmiechu przy „Szczypcie czarnego humoru na koniec” („Pewien mężczyzna i jego żona jadąc samochodem, postanowili odpalić dynamit i wyrzucić przez okno, żeby zobaczyć, co się stanie. Nie zauważyli, że okno było zamknięte…”)

Czarne jest nowym różowym.

Wiem, długo to trwało. Ale też sporo dobrych płyt musiałem sobie przypomnieć. Oby 2010 rok w polskiej muzyce nie był gorszy. Lepszy też może być – szczególnie, że w tak zwanym mainstreamie plaża i hula wiatr, więc ktoś kumaty mógłby to zagospodarować. Tylko czy znajdzie się ktoś równie kumaty, co przebojowy?

Armia – Freak
Zaczęli rok od mocnego, ale zachowawczego „Der Prozess”. Nie przyłączyłem się wówczas do chóru entuzjastów, nie piałem, że to jak „Legenda” tylko bardziej. Ale progpunkowym „Freakiem” mnie kupili. Do tego stopnia, że nawet ten niefortunny angielski mi nie przeszkadza. Nieoczekiwane odrodzenie zespołu, który miałem za zakonserwowany na wieki. Tak trzymać!

Behemoth – Evangelion
Tłum świeżo upieczonych entuzjastów Behemotha w polskich mediach wprawia mnie w stan lekkiego zażenowania… Kto by pomyślał, że niemal we wszystkich redakcjach czai się tłum zakonspirowanych fanów death metalu. Szkoda, tylko że nie pisali o sukcesach zespołu, zanim Ner zaczął spotykać się z Dodą, na przykład półtora roku temu, kiedy Behemoth grał na Ozzfest. Co nie zmienia faktu, że zamieszanie wokół zespołu zasłużone, a „Evangelion” jest znakomitą płytą.

Biff – Ano
Pogodno rozmnaża się przez pączkowanie (albo przez podział). Biff jest mniej rockowy, ale poza tym ma najlepsze cechy szczecińskiej formacji – radość z grania, absurdalny humor i to anarchiczne podejście do muzycznej materii, które pozwala im na swobodne poruszanie się w niemal każdej stylistyce.

The Black Tapes – The Black Tapes
Tu się nie ma co rozpisywać. Zdrowy, punk’n’rollowy napierdziel. Czysta energia.

Blindead – Impulse (EP)
Nie wiem jak dla Państwa, ale dla mnie to obecnie najlepsza kapela metalowa w Polsce. Trzymam kciuki za kontrakt na Zachodzie, bo jak nie podpiszą za chwilę papierów z kimś w miarę poważnym to sczezną jak wielu przed nimi…

Dick4Dick – Summer Remains
Lubiłem ich koncerty, nie przepadałem za nagraniami. Ale „Summer Remains” to wielki krok naprzód. Połączenie rocka psychodelicznego z lat 70. z obciachowym, ale cudnie chwytliwym polskim popem sprzed ćwierćwiecza – z humorem, bez napinki, ze znamionami własnego stylu. Świetne.

Maciej Filipczuk – Metamuzyka
Objawienie. Punkrockowe oberki z odjechanym, Robotobibokowym napędem. Nie mogę przestać słuchać.

Furia – Grudzień za grudniem
Piekielnie ciepły w dłoniach śnieg / Czarny jak węgiel Ślonska / I w oczy ołów lany / Dymem hut / Chłodzony skwierczy / Jeszcze i jeszcze! – dawno blackmetalowa płyta nie zrobiła na mnie takiego wrażenia. Moc.

Gaba Kulka – Hat, Rabbit
Świetna płyta i wielka obietnica na przyszłość. Dzisiaj Gaba dopiero rozkwita. Strach pomyśleć, czym zaowocuje.

Hey – Miłość! Uwaga! Ratunku! Pomocy!
Wiadomo. Pracowici jak mrówki, utalentowani jak… hmm… ktoś bardzo utalentowany ;-) Na polskiej scenie rokowej nie ma innego zespołu, który po tylu latach wciąż potrafiłby się wymyślać na nowo i nagrywać tak dobre płyty.

Indigo Tree – Lullabies of Love and Death
Cicho, ale niepokojąco. Przystępnie, ale psychodelicznie. Jeden z najciekawszych debiutów minionego roku i wielka obietnica na przyszłość.

Kapela Ze Wsi Warszawa – Infinity
Ludowo, ale ponadgatunkowo. Eklektycznie. Pomysłowo. No i tak po prostu – potrafią napisać sobie zajebiste numery i świetnie je wykonać.

Kucz/Kulka – Sleepwalk
Ta płyta powstawała bardzo długo i miała brzmieć zupełnie inaczej. Na początku były wielowarstwowe, mroczne, ambientowe dywany Kucza, potem kilka wersji przejściowych, z innymi głosami, aż w końcu to, co znacie. Chwytliwe, zgrabne piosenki z unikalnym drugim dnem. Trzymam kciuki za kontynuację tego projektu. Bo wierzę, że tak utalentowane postaci jak Gaba i Konrad są w stanie nagrać znowu coś dobrego i wiem, że na pewno nie będą się powtarzać.

Lachowicz – Pigs_Joys And Organs
Zaskoczył mnie rockowy pazur tej płyty. Czyżbyś Jacku zatęsknił do Ścianki? Tak czy owak, znakomity album. Niestety, bez szans na większe powodzenie. Nie dość, że po angielsku i bez radiowego hitu, to jeszcze wydany w okresie złotych dzwoneczków, pluszowych łosi i samoubierających się choinek Maide in China. Kto przegapił, niech natychmiast nadrobi zaległości.

Anita Lipnicka – Hard Land of Wonder
Bardzo urocze dziewczyńskie smęcenie. Raczej ze słusznymi długami u Badalamentiego, PJ Harvey czy Nicka Cave’a, niż w polskiej tradycji „nadwrażliwa okularnica w krainie łagodności”.

Lost Soul – Immerse in Infinity
Wszyscy zajęli się porównywania Vadera z Behemothem i w tym zgiełku niemal przepadła doskonała płyta Lost Soul. To death metal z ambicjami i wyobraźnią, zagrany na najwyższym światowym poziomie. Tylko nie dajcie się odstraszyć okładką.

L.U.C. – Zrozumieć Polskę 39/89
Facet z artystycznym ADHD, w dodatku straszny gaduła – tutaj spokojny i milczący. Ze względu na ciężar gatunkowy tematyki nie słucham tej płyty z nadzwyczajną przyjemnością, ale z szacunkiem chylę czoła. Odważna, świetnie zrealizowana wizja.

Julia Marcell – It Might Like You
Płyta niby sprzed roku, ale w Polsce ukazała się dopiero jesienią. Jeden z mocniejszych debiutów ostatnich lat.

Nathalie and the Loners – Go, Dare
A może Orchid “Driving with a Hand Brake On”? Rok temu nie wiedziałem o istnieniu tej pani. Dzisiaj upatruję w Natalii Fiedorczuk jedną z największych nadziei polskiej sceny indierockowej (czy tam nawet indiepopowej, jak chcecie). Przebojowa i zabawna na scenie z Happy Pills, melancholijnie pogodna w Orchid, uroczo neurotyczna w Nathalie and the Loners… Jestem fanem.

Pablopavo – Telehon
Nie przepadam za reggae więc umknęła mi ta postać. Świetny tekściarz, przekonujący wokalista i przede wszystkim osobnik z charakterem przez duże CH. Jego łobuzerskie, miejskie ballady, które zarazem mają potencjał pokoleniowych przebojów, to jedno z najfajniejszych wydarzeń roku w polskiej muzyce. Coś jak Maleńczuk 20 lat później, tylko 50 procent jaśniej.

Paristetris – Paristetris
Pozwolą Państwo, że powtórzę swą laudację z „Przekroju”: „Od lirycznych uniesień po jazzgotliwe połamańce. I ten głos… Gdyby taką płytę nagrał Mike Patton, chwalilibyście go za powrót do wysokiej formy.” A teraz uściślę – głos oczywiście należy do cudownej Candelarii Saenz Valiente, a ten Mike Patton tu po to, by uzmysłowić kochającym Pattona krajanom, że Paristetris jest fajne, odważne i eklektyczne. A nie dlatego, że jest podobne do Faith No More ;-)

Pustki – Kalambury
Ładne wiersze wybrali. Ciekawie je interpretują. I w ogóle fajnie grają. A zaśpiewana przez Artura Rojka „Nieodwaga” to jedna z najlepszych polskich piosenek minionego roku.

Tides From Nebula – Aura
Wolę ich w wersji koncertowej, ale płyta to zawsze jakiś pretekst, by o zespole przypomnieć. Mam nadzieję, że na następnej uda im się odtworzyć ten flow, tę atmosferę, którą tak urzekają, kiedy grają na żywo. To rzadki przykład zespołu, który nie ma (jeszcze – wierzę, że to przyjdzie) wielkich kompozycji czy imponujących umiejętności technicznych, ale ma to ”coś”.

Tomasz Stańko Quintet – Dark Eyes
Jak przygoda to tylko w Warszawie, jak nudzić się to tylko przy płytach z ECM. Na poziomie kompozycji żadna wielka gra się tu nie toczy, ale to brzmienie trąbki pana Tomasza…

Vader – Necropolis
Powrót do przeszłości – jeśli chodzi o kompozycje i sposób kreowania atmosfery, ale brzmienie mięsiste, potężne, współczesne. Nie wiem tylko, czemu Nuclear Blast zdecydował wydać się nowego Vadera dokładnie w tym samym czasie, co Behemotha? Chodziło o to, że konkurencja działa mobilizująco? Kogo jak kogo, ale tych dwóch zespołów chyba nie trzeba mobilizować, za to antagonizowanie ich fanów to słaby pomysł…

Patronat medialny to instytucja znana nie tylko w Polsce. Na świecie jednak zdrowy rozsądek ogranicza zarówno media, które takową opieką otaczają wybrane projekty, jak i tych, którzy pod ów parasol wchodzą – mamy więc do czynienia z jednym, maksymalnie kilkoma patronami danego przedsięwzięcia, a ich obecność zaznaczana jest odpowiednio wyraźnie, ale bez przegięć. W każdym razie, nie przysłania rzeczy samej.
U nas patronujący i ci, co o patronaty zabiegają, nie znają umiaru. Stąd w polskich filmach idiotycznie głośne dżingle radiostacji, których słuchają bohaterowie. Stąd logotyp jednego lub drugiego radia zajmujący ćwierć okładki płyty (oczywiście frontu i to wydrukowany w poligrafii, żadna tam naklejka!) czy niepojęte dla mnie dążenie niektórych organizatorów imprez czy wydawców do wydębienia patronatów od wszystkiego, co się rusza. Widziałem już plakaty i okładki płyt usrane dwudziestoma czy trzydziestoma logotypami, z których oczywiście żaden nie zwracał uwagi i żaden właściwie nie był do ocyfrowania.

Od jakiegoś czasu z fascynacją śledzę nowy trend. Otóż patronaty medialne nad wytworami kultury popularnej zostały odkryte przez media egzotyczne, a nawet w ogóle przestają być domeną mediów. No, bo z mediami sprawa coraz trudniejsza – telewizji to nie interesuje, radio jest wybredne i jeszcze każe sobie dopłacać, nakłady gazet lecą na pysk, a w Internecie prezes już trzecią godzinę klika i jeszcze na banner nie trafił… Znajdźmy sobie więc innego patrona, takiego który się przyłoży, który będzie zaszczycony tym, że może nasze dzieło wesprzeć. Jak? Coś wymyślimy.

I wymyślają. Telepizza patronowała ostatnio horrorowi „Wrota do piekieł”, co ograła odpowiednimi ulotkami. A mogła przecież pójść za ciosem i na przykład poszerzyć ofertę o nowy, superostry sos lub pizze: piekielną i cygańską. Uważam też, że dział marketingu Telepizzy dał ciała nie obejmując patronatem filmu „Udław się”. Ale to jeszcze nic! Absolutnym hitem jest album „Krystyna Tkacz śpiewa Kurta Tucholsky’ego” (nie polecam), któremu patronują m.in. portal senior.pl oraz czasopisma „Manager Apteki” i „Świat lekarza”. Halo, czy na pewno wszyscy zdrowi?!

Przed przesłuchaniem płyty uważnie przeczytaj wkładkę lub skonsultuj się z lekarzem lub farmaceutą.