QUIZ – JAK DOBRZE ZNASZ RODZIMY SZOŁBIZ?

Wskaż prawdziwą wiadomość. Nagród nie przewiduję. Zwycięzca niech żyje satysfakcją, że jest ostatnim sprawiedliwym, który cokolwiek jeszcze z tego rozumie.

1) Robert Pattinson (gwiazdor „Zmierzchu” – nie znam, ale mówią, że hit) powiedział dziennikarce Onetu, że jako dziecko słuchał polskiego hip-hopu.

2) Gracjan Roztocki w trosce o swój wizerunek wynajął menedżera. Poza tym planuje nagranie debiutanckiej płyty.

3) Maciej Maleńczuk wystąpi z dancingowym repertuarem w filharmonii.

4) Muzycy Green Day pogratulowali Dodzie nominacji do nagrody MTV w kategorii najlepszy artysta europejski.

Wiecie, że w Portslade jeden taki pies na baby z ogiera stał się impotentem po koncercie Celine Dion? „Po prostu już mu więcej nie stanął. Wyjawił Pudlowi, że czuł się tak, jakby do szczeliny w bankomacie próbował wcisnąć zdechłego kanarka. W końcu dał sobie spokój i został ogrodnikiem krajobrazowym w Walberwick.”

Nie planowałem bliższego spotkania ze „Śmiercią Bunny’ego Munro”, bo po nierównych zmaganiach z powieścią „Gdy oślica ujrzała anioła” lat temu kilkanaście, poprzysiągłem sobie, że więcej po książkę Nicka Cave’a nie sięgnę. Ale Marcin Sendecki mnie zmusił, swoją niemal entuzjastyczną recenzją w „Przekroju”. Marcin to człek, któremu łatwo pochwały nie przechodzą przez klawiaturę, więc doszedłem do wniosku, że po raz ostatni dam szansę temu Cave’u, niech stracę…

No i nie straciłem. „Śmierć Bunny’ego Munro”, zupełnie jak „Oślica”, gnieździ się w magicznym trójkącie: religia-seks-śmierć. Poza tym wszystko te książki różni. Tamta była sugestywnym rzygiem udręczonego narkotykami umysłu, który autorowi zdawał się zapewne szalenie ważny, wręcz dotykający tajemnic kosmosu, ale dla osoby postronnej był tylko jakimś quasi-biblijnym, manierycznym bełkotem, z którego nic nie wynikało. Jestem przekonany, że gdyby nie nazwisko autora, nikt by się po „Oślicę” nie schylił… „Śmierć Bunny’ego Munro” to dla odmiany proza zdyscyplinowana, napisana żywym, współczesnym językiem i błyskotliwie dowcipna. Chociaż zarazem, szczególnie w wątku Juniora, przejmująco smutna. Akcent przesunął się tu zdecydowanie z religii na seks, śmierci i udręczenia jest równie dużo, ale nabrały groteskowego wymiaru. A religię – czy szerzej: duchowość – się tam po prostu wyczuwa, Cave nie musi nią walić czytelnika po łbie.
Jeszcze to czytam, wciąż jeszcze nie wiem, jak skończy Bunny (choć ponad wszelką wątpliwość skończy marnie), ale już wiem, że bardziej dziś czekam na kolejną książkę, niż następną płytę Nicka Cave’a. Ale się porobiło, co?

A skoro już o śmierci mowa, polecam film Henryka Dederki „Witajcie w mroku” (na HBO pokazują póki co) o polskich gotach. Niezupełnie się ze sposobem ujęcia tematu zgadzam (o czym szerzej piszę tutaj), ale zobaczyć warto. Tam dla odmiany seksu nie znajdziecie. Co, swoją drogą, trochę mnie dziwi. O ile bowiem kultura gotycka (czy dark independent, jak zwał tak zwał) na całym świecie wiąże się mocno z ludzką seksualnością, o tyle bohaterowie „Witajcie w mroku” są cnotliwi niczym mnisi i zdawać by się mogło, że ciało służy im tylko:
a) dziś – za efektowne opakowanie nadwrażliwej duszy,
b) jutro – za pokarm dla robaków.
Weźcie takiego maga na przykład, który przyjechał do Castle Party na letni festiwal i przyzywa deszcz. Po jaką cholerę? Nie mógłby zamiast tego rzucić uroku na jakąś sympatyczną gotkę? Oglądałoby się to lepiej i sens by jakiś miało.

No dobra, wracam do Cave’a… ;-)

Nienawidzę odtłuszczonej szynki. Jaką świnia ma dupę, każdy widzi. I albo jest zainteresowany wbiciem w nią zębów, albo nie, wolny wybór. To samo dotyczy nabiału. Kto próbował kiedyś prawdziwego krowiego mleka, takiego z udoju (niekoniecznie ciepłego i z pianką), albo zrobionego z niego masła czy twarogu, ten wie, że „serek zero tłuszczu” to tylko woda, tektura, benzoesan i substancja spulchniająca przemalowane na biało, żaden tam ser. A że prawdziwy twaróg tuczy? No jasne, że tuczy. To jedzcie mniej, jeśli nie chcecie wyglądać jak redaktor Szubrycht. Papierosy light, cola light, smalec light… to wszystko hucpa, pic na wodę, fotomontaż. Substytut.
Zawieszono wydawanie „Wprost Light”. Nie żebym komukolwiek źle życzył, nie żebym śmiał się, kiedy inny się potyka, ale tej wiadomości – przyznaję bez bicia – złą nazwać nie mogę. Bo sukces tak sformatowanego tytułu, takiego niby „tabloidu dla elit”, mógł za sobą pociągnąć smutne konsekwencje. Mógł być kolejnym krokiem, susem nawet, mediów w stronę treści bez treści, lekkiej jak twarożek light. Ale skoro nie chcemy patrzeć na polityków czy ludzi (pop)kultury wyłącznie przez pryzmat ich seks-horoskopów, kosmetyków i pulowerków, to znaczy, że jeszcze jest nadzieja.
Kto wie, może kryzys ekonomiczny działa na nas trochę trzeźwiąco? Jeśli tak, dzięki Bogu za kryzys. Ale tylko za taki w wersji light, oczywiście.

PS. Świeżynka z gugla: “jarek szubrycht nago”. Zapewniam cię, kimkolwiek jesteś – naprawdę nie chcesz tego znaleźć :-)

Nudzą Jarka takie sprawy ciągła praca brak zabawy.
Nudzą Jarka takie sprawy ciągła praca brak zabawy.
Nudzą Jarka takie sprawy ciągła praca brak zabawy.
Nudzą Jarka takie sprawy ciągła praca brak zabawy.
Nudzą Jarka takie sprawy ciągła praca brak zabawy.
Nudzą Jarka takie sprawy ciągła praca brak zabawy.
Nudzą Jarka takie sprawy ciągła praca brak zabawy.
Nudzą Jarka takie sprawy ciągła praca brak zabawy
Nudzą Jarka takie sprawy ciągła praca brak zabawy.
Nudzą Jarka takie sprawy ciągła praca brak zabawy.
Nudzą Jarka takie sprawy ciągła praca brak zabawy.
Nudzą Jarka takie sprawy ciągła praca brak zabawy.
Nudzą Jarka takie sprawy ciągła praca brak zabawy.
Nudzą Jarka takie sprawy ciągła praca brak zabawy.
Nudzą Jarka takie sprawy ciągła praca brak zabawy.
Nudzą Jarka takie sprawy ciągła praca brak zabawy.
Nudzą Jarka takie sprawy ciągła praca brak zabawy.
Nudzą Jarka takie sprawy ciągła praca brak zabawy.
Nudzą Jarka takie sprawy ciągła praca brak zabawy.
Nudzą Jarka takie sprawy ciągła praca brak zabawy.
Nudzą Jarka takie sprawy ciągła praca brak zabawy.
Nudzą Jarka takie sprawy ciągła praca brak zabawy.
Nudzą Jarka takie sprawy ciągła praca brak zabawy.
Nudzą Jarka takie sprawy ciągła praca brak zabawy.
Nudzą Jarka takie sprawy ciągła praca brak zabawy.
Nudzą Jarka takie sprawy ciągła praca brak zabawy.
Nudzą Jarka takie sprawy ciągła praca brak zabawy.
Nudzą Jarka takie sprawy ciągła praca brak zabawy.
Nudzą Jarka takie sprawy ciągła praca brak zabawy.
Nudzą Jarka takie sprawy ciągła praca brak zabawy.
Nudzą Jarka takie sprawy ciągła praca brak zabawy.
Nudzą Jarka takie sprawy ciągła praca brak zabawy.

sunn

Barwy ze słońca są. A ono nie ma
Żadnej barwy, bo ma wszystkie.
I cała ziemia jest niby poemat,
A słońce nad nią przedstawia artystę.

Kto chce malować świat w barwnej postaci,
Niechaj nie patrzy nigdy prosto w słońce.
Bo pamięć rzeczy, które widział, straci,
Łzy tylko w oczach zostaną piekące.

Niechaj przyklęknie, twarz ku trawie schyli
I patrzy w promień od ziemi odbity.
Tam znajdzie wszystko, cośmy porzucili:
Gwiazdy i róże, i zmierzchy, i świty.
/Czesław Miłosz – “Słońce”/


Nie, nie widziałem Walki Stulecia. Wybrałem lepiej. Byłem na świetnym koncercie Soap & Skin i jeszcze lepszym cudownie wyluzowanego kolektywu Sigurdsson/Muhly/Amidon/Frost, a potem na imprezie z muzyką, przy której nie wstyd tańczyć, czyli Kode 9 et consortes. Cała Polska zazdrości nam Unsoundu – to oficjalne ;-)

PS. Gwoli usprawiedliwienia – kolejna Walka Stulecia pewnie w styczniu albo w lutym, a na następny Unsound trzeba będzie czekać cały rok.

Nie spodziewałem się, że kiedykolwiek zacytuję tu posła Palikota, w dodatku za “Pudelkiem”, ale to takie piękne i takie prawdziwe: “Jeżeli mam o coś pretensję do pani Sawickiej czy pani Pazury, to że wdały się w taką wiochę. To jest taka żenada… To je bardziej kompromituje niż wzięcie tych łapówek.”

Pozdrowienia dla wszystkich agentów i ich inwigilowanych gwiazd. Całą resztę gorąco namawiam na ostatnie dni Unsoundu, o ile jeszcze są bilety.

W miniony czwartek i piątek miałem przyjemność moderować konferencję New Directions, która odbyła się w Centralnym Basenie Artystycznym. Debatowaliśmy w gronie skromnym, ale bardzo zacnym – organizatorzy festiwali z innych krajów przybyli opowiedzieć o swoich doświadczeniach z lokalnymi władzami i rozwiązaniami prawnymi, ludzie z zagranicznych biur eksportu muzyki opowiadali o tym, jak promować muzykę nieanglojęzyczną w krajach zapatrzonych w Anglię i Amerykę, natomiast waleczni pracownicy polskich instytucji kulturalnych za granicą relacjonowali swoje zmagania z żywiołem. Na koniec wisienka na torcie – Karl Bartos walnął multimedialny wykład o tym, jak to dźwięk oderwał się od czasu i przestrzeni (czyli usianą filmami i fotami opowieść o historii rejestracji dźwięku).
Organizatorom konferencji dziękuję za zaproszenie i już nie mogę się doczekać podobnej imprezy. Takie spotkanie raz na dwa lata – to zdecydowanie zbyt rzadko.

Myślicie pewnie, że na sali tłoczyli się przedstawiciele rodzimej branży? Ludzie ze ZPAV-u, z wytwórni, instytucji kulturalnych, organizatorzy festiwali? A może dziennikarze, którzy lubią – a nawet muszą – wiedzieć wszystko o wszystkim, znać ludzi i mechanizmy, żeby móc to potem czytelnikom objaśniać? Menedżerowie lub marzący o karierze zagranicznej ich podopieczni? Może ktoś z Ministerstwa Kultury?

Nie. Nie było prawie nikogo. Kolega z „Przekroju” wpadł na chwilę, pilnie przysłuchiwał się wszystkim dyskusjom Jacek Lachowicz, menedżer Out Of Tune również. Do tego kilka młodych dziewcząt, zapewne tuż po studiach albo i w trakcie, trochę osób związanych zawodowo z kulturą (jak wnioskuję z rzeczowości zadawanych pytań), ale zupełnie mi nie znanych. I już, to wszystko…

Szefowa programowa Sziget pytała mnie później, jak to możliwe, że przyjechała między innymi po to, by poznać ludzi i polską muzykę, może potem kogoś zaprosić na koncert, a wyjeżdża bez choćby jednej polskiej płyty, bez jednej wizytówki człowieka z wytwórni płytowej… O to samo pytała mnie Angielka, Duńczycy też, i Francuz, i Fin. Kolega z Instytutu Francuskiego nie mógł się nadziwić, że dyskusji o eksporcie muzyki (w której brały udział niezłe szychy, w tym szef Europejskiego Biura Muzyki, który na tę okoliczność przybył z Brukseli) nie przysłuchiwał się NIKT z Polski, kto byłby zawodowo związany z tym tematem.

Pewnie jesteście tak zajebiści, że nie potrzebujecie tego wszystkiego wiedzieć. Albo tak beznadziejni i świadomi swej beznadziejności, że już nic wam nie pomoże. A może gardzicie festiwalem na 400 000 widzów na Węgrzech, albo takim na 50 000 w Danii, bo interesuje was tylko kariera w Londynie i Nowym Jorku?
Tak czy owak, nie chcę już słuchać jęków, że to takie trudne, że ciężko się przebić, że nas tam nie chcą. I radzę zmienić zawód.

Nie chciałbym, żebyście myśleli, że potrafię tylko szukać dziur w całym, kpić, narzekać i wybrzydzać. Że źdźbło w oku brata owszem, ale belki w swoim to już nie. Że nie mam żadnego programu pozytywnego. Owszem, mam.

Mam piękny porcelanowy plan!*

Robimy gazetę o muzyce.

Nie serwis internetowy, nie webzina czy coś. Gazetę papierową. Pomysł jest mój, żeby nie było, że ktoś inny zwariował, ale wspomaga mnie w tym wszystkim – może z litości – grono znakomitych koleżanek i kolegów. Numer zerowy, do użytku wewnętrznego, jest już prawie gotowy. Wygląda pięknie. Numer pierwszy, ogólnodostępny – najpewniej za kilka tygodni.

Dzisiaj więcej wam powiedzieć nie mogę, ale już niebawem szczegóły. Watch this space.

Aaaa, Drogi Gościu, jeśli zupełnie przez przypadek odziedziczyłeś fortunę, albo powiodło Ci się w biznesie i chciałbyś zainwestować w pismo muzyczne, ze świadomością, że kokosów na tym raczej nie zarobisz (ale jestem święcie przekonany, że i nie stracisz), to oczywiście zapraszam.

Jeśli masz drukarnię – też ;-)

I w ogóle każdego, kto chciałby pomóc, choćby dobrym słowem – serdecznie zapraszam.

*kto wie z czego to cytat i ma płytę, i w dodatku chciałby się jej pozbyć – to herzlich willkommen.

Listonosz przyniósł nowy numer „Rolling Stone’a”. Okładka z Megan Fox, prężącą się w stroju kąpielowym, pasowałaby raczej do „Sports Illustrated Swimsuit Issue” – też niby legenda amerykańskiej prasy, ale trochę nie z mojej bajki. Możecie mnie nazwać zboczeńcem, ale zamiast półnagiej laski, na okładce „Rolling Stone’a” wolałbym jednak widzieć zapiętego pod szyję Davida Bowiego. Albo Boba Dylana. Albo stu innych dżentelmenów i drugą setkę dam, którzy niekoniecznie zaludniają sny erotyczne nastoletniej Ameryki, za to nagrywają fajne piosenki lub kręcą dobre filmy…

Pal licho okładkę. Rozumiem też niedawne zmniejszenie formatu i wyraźne odchudzenie magazynu – nie dość, że kryzys, to jeszcze czasy dla papieru wyjątkowo ciężkie. Ale materiału ze stron 66-70 im nie wybaczę. Te pięć stron poświęcono Scarlett Johansson i Pete’owi Yornowi, którzy nagrali właśnie całkiem przyzwoity album „Break Up”. I nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, gdyby materiał nie był oznaczony czerwonym nagłówkiem „Fashion”. O płycie, o współpracy Scarlett i Pete’a znajdziecie tu ledwie kilka zdań – cała reszta to modowa sesja fotograficzna. Taka, jakich pełno w każdym piśmie dla bab i bananowej młodzieży. O, przepraszam, w gazetach dla ambitnych, aspirujących, eleganckich, nowoczesnych itepe itede mężczyzn też takie są… Bajkowo oświetlone, infantylne scenki, na których on i ona niby coś tam robią, ale w rzeczywistości eksponują pulowerek Burberry, dżinsy Diesel, tudzież okulary Ray-Bana. Oczywiście, żeby nie było wątpliwości – cała garderoba skrupulatnie opisana.

Kurwa mać, czy już wszystko musi być reklamą??!

Droga redakcjo „Rolling Stone’a”, właśnie złamałaś mi serce.