Przeskocz nawigację

Wszystkich miłych ludzi, którzy zaglądają (czy raczej “zaglądali”) na tego bloga w poszukiwaniu nowych wpisów i zżymają się, że tu tylko puste butelki i wicher wieje, najmocniej przepraszam. Nie mam czasu i – prawdę mówiąc oraz przede wszystkim – ochoty na prowadzenie bloga w dotychczasowym kształcie i niniejszym ogłaszam zawieszenie broni.

Podglądanie i złośliwe komentowanie potknięć celebrytów oraz kolegów po dziennikarskim fachu tak się rozpowszechniło, że nie widzę w tym już niczego fajnego, ani potrzebnego. Takich Wojewódzki-wannabies mamy już dzisiaj w co drugiej gazecie, a także w niejednym radiu i portalu. Zostawiam więc bardziej sfrustrowanym kolegom kopanie leżącego (a więc wyzłośliwianie się pod adresem Eurowizji czy innych Bajmów), podobnie jak dopierdalanie się do czegoś, czego się nie zna lub nie rozumie oraz promowanie znajomych i siebie samego (przede wszystkim) między wierszami. “Mocny w gębie” ożyje, jeśli znajdę na niego inną formułę, albo jeśli w związku z wiekiem skoczy mi poziom mizantropii.

Odpuszczam, bo cykliczne, doroczne walenie w te same cele nie ma sensu. Wszystko, co miałem do powiedzenia na temat Fryderyków już tu i w “Przekroju” powiedziałem – i w związku z tym, że nic się nie zmienia, nie mam nic do dodania. Podobnie jak o Opolu, Eurowizji, telewizjach śniadaniowych, talent shows itp. itd.

Odpuszczam też i dlatego, że jak mnie coś irytuje lub bawi, łatwiej mi i szybciej zareagować jednym zdaniem na facebooku – ku uciesze lub zażenowaniu znajomych – niż konstruować dłuższy blogowy wywód.

Ale odpuszczam również dlatego, że ostatnio dziennikarzem już tylko bywam – niestety, ale nie można mieć wszystkiego… – za to przede wszystkim jestem aktywnym uczestnikiem wydarzeń. Nie będę się czepiał Open’era, skoro jestem zaangażowany w organizację dwóch innych festiwali (nota bene, zapraszam na Electronic Beats do Gdańska już 28 kwietnia – i radzę się spieszyć, bo zaraz pewnie zabraknie biletów). Nie będę pisał o muzycznych mediach, czy raczej nędznych zgliszczach po nich, skoro prowadzę T-Mobile Music (i to – mogę się pochwalić – z powodzeniem, czytelników przybywa, a i poziomu materiałów nie muszę się wstydzić). Nie mogę się już natrząsać z “Wprost”, bo dawno odbił się od dna i dzisiaj właściwie nie ma się z czego śmiać, za to chętnie napisałbym co myślę o “Przekroju”… ale nie, nie mogę, nieelegancko byłoby tak o tygodniku, który niedawno opuściłem (na własne życzenie), a poza tym – serce krwawi.

W dodatku, co tu kryć, z racji pełnionych funkcji muszę dobrze żyć nie tylko z tymi, których podziwiam i szanuję, ale także z tymi, których czasem chętnie bym uszczypnął. Nie będę więc udawał ostatniego sprawiedliwego i ikony niezależności.

Skoro jednak nie chcę i nie mogę być szybkostrzelnym komentatorem od wszystkiego, postaram się być przede wszystkim kimś… pożytecznym. Wierzę, że to co robię – nie sam, ale ze świetnymi, wartościowymi ludźmi – ma sens i że lepiej zorganizować jeden dobry koncert, niż opluć sto gównianych. Zamiast narzekać i lamentować, że polskie media muzyczne pukają w dno od spodu, wolę zakasać rękawy i zrobić coś dobrego, a przy tym potrzebnego. Zamiast zrzędzić, że mało jest w Polsce dobrych debiutów, wolę pomagać, choćby w taki sposób, w jaki robimy to w Zrób Głośniej! – przez dzielenie się doświadczeniami z muzykami, którzy mają już umiejętności i entuzjazm, ale jeszcze nie bardzo wiedzą, jak skutecznie działać w tym naszym szołbizie.

Czasem ludzie pytają mnie, co ja właściwie teraz robię, bo tempo, w jakim ostatnimi czasy zmieniałem adresy, projekty i plany, mnie samego przyprawiało o zawroty głowy, więc nie dziwię się, że inni nie potrafili nadążyć.

Oto plany na bliższą i dalszą przyszłość:

1) Rozwój portalu T-Mobile Music. Plan jest prosty – to będzie najlepsze (jakościowo) i największe (zasięgiem) muzyczne medium w języku polskim :-) A że z racji na możnego mecenasa (czy raczej fundatora i właściciela portalu), nie musimy się kłaniać ani wytwórniom, ani reklamodawcom, nie musimy iść na skróty szukając pustych klików w teksty o gołych dupach – to naprawdę może się udać. Trzymajcie kciuki.

2) Electronic Beats Festival – najbliższy, jak już wspomniałem, pod koniec kwietnia w Gdańsku. Ale EB to nie tylko pojedyncze imprezy, ale cały program muzyczny – w Niemczech funkcjonujący od ponad dekady – który zamierzamy z powodzeniem rozwijać w Polsce. Zakres zainteresowań: ambitna elektronika i okolice.

3) Książka o Vaderze – tak, tak, będzie. Wiem, że przekroczyłem deadline’y i granice przyzwoitości, za co przepraszam przede wszystkim Petera, ale i fanów zespołu, ale wiem też, że dokładam wszelkich starań, by efekt finalny wynagrodził wam oczekiwanie. Slayer to przy tym mały pikuś.

4) OFF Festival – nie zajmuję się już PR-em, nie prowadzę strony, nie przydzielam akredytacji. Ale tak całkiem, na amen, rozstać się z tym znakomitym festiwalem nie umiałem :-) Na pewno więc będę znów współtworzył książeczkę festiwalową i cieszę się, kiedy czasem mogę coś szepnąć Arturowi na ucho. Ale nie, nie mogę załatwić występu na Offie – tylko jeden człowiek o tym decyduje i wy już dobrze wiecie, kto to.

5) Płyta Lux Occulta – już jest niemal gotowa, prawie wszystkie ślady nagrane. Ale niech się za bardzo nie cieszą fani (jeśli jeszcze tacy żyją) poprzednich naszych wydawnictw, bo to zupełnie inna muzyka. Metalowa być może z ducha, przez mroczny nastrój, ale na pewno nie z brzmienia. Nie wiemy jeszcze, kiedy się to ukaże, bo sporo roboty przed nami (w tym nagranie wokali, których na razie nie umiem jeszcze sobie wyobrazić, co dopiero wykonać), ale będzie na pewno.
Za to koncertów nie będzie, więc proszę o nie nie pytać, nie proponować, nie zapraszać.

Jest jeszcze coś, i jeszcze… Ale nie będę się chwalił, żeby nie zapeszyć.

Dziękuję za uwagę, komentarze i czas, który tu zostawiliście. Najlepszego!

No więc plan vendetty jest taki:

1. Kupujemy na allegro za pięć dych maskę Guy’a Fawkesa (made in China, w hurcie 30 eurocentów za sztukę).

2. Dajemy ją do poświęcenia księdzowi Bonieckiemu.

3. Za pomocą Facebooka i Gmaila zwołujemy wszystkich przeciwników cenzury ciemiężonych przez rząd.

4. Na YouTube’a wrzucamy film “Hitler przeprasza za ACTA”.

5. Robimy mema z tym gościem z “Pulp Fiction”, albo z jakiegoś innego starego filmu, który mówi “Spróbuj tylko podpisać ACTA, you motherfucker”, po czym wrzucamy go na demotywatory i kwejka.

6. Pod każdą informacją na Onecie wpisujemy koment: “Donald, ty tyranie! Nie odbierzesz nam Wolności! Jutro znowu zhakujemy bloga twojej córki!”. Opcjonalnie: “Fuck ACTA, legalize zioło!”

7. Kiedy rząd ogłosi, że zabierze 50 procent kosztów uzyskania przychodu artystom, którzy nie chcą rozdawać seriali i piosenek za darmo, tylko kiszą pod kołdrą jak jakieś swoje, ogłaszamy zwycięstwo, bo – jak mówi staropolskie przysłowie – “wróg mojego wroga jest moim wrogiem” (nie jesteśmy pewni czy tak to szło, ale nie możemy sprawdzić, bo Wikipedia nie działa).

8. Co to ma wspólnego z ACTA? Jakim ACTA? W tym tygodniu walczymy przecież z nieludzkimi praktykami australijskich hodowców drobiu, wybieramy smar do nart Justynie Kowalczyk i żegnamy Ryśka z “Klanu”.

Spotkania zakończone, weekend zaskoczył mnie ok. 14. A bilet na pociąg do Krakowa kupiony na 16.30, więc atakuję multipleksa w Złotych Tarasach – tak rzadko ostatnio udaje mi się wyrwać do kina; może akurat będą grali ten film o brazylijskich gliniarzach?

Niestety, wybór żaden. Mogę iść na “Wyjazd integracyjny”, albo poczytać książkę w kawiarni. Powinienem był wybrać książkę, wiem. Ale chciałem dać mózgowi odpocząć i, to trzeba przyznać, przynajmniej tę część planu zrealizowałem w stu procentach.

Żeby nie było – jako aktywny, a zdarzało się że i nadaktywny, uczestnik kilku hucznych wyjazdów integracyjnych (ukłony dla towarzyszy doli i niedoli z Augustowa oraz Budapesztu!) uważam, że to znakomity temat. Na komedię, ale i na horror. Oraz dramat psychologiczny. W jednym. Można z tego zrobić i “Dom zły”, i “Hotel Zacisze”. Wstrząsającą etiudę, epopeję 3D i serial telewizyjny na siedem sezonów. Tak czy owak, inspiracji oraz możliwości moc.
Niestety, twórcy “Wyjazdu integracyjnego” spalili temat, produkując film nudny i głupi. Nie przeszkadza mi nawet to, że cały ich pomysł to libacja & kopulacja (obiecujący wątek paintballa zostaje ustrzelony po paru minutach), ale to, jak bardzo to wszystko przaśne i nieśmieszne. Naprawdę, o piciu wódki da się opowiadać tylko językiem (i okiem) dżentelmena, który już sam symboliczne pięćset gram spożył? A ta satyra na polski zaściankowy kapitalizm to nie jest aby o jakieś 15 lat spóźniona? Charaktery muszą być ciosane toporem, jak ze współczesnego polskiego kabaretu? I czy muszą tak pieprzyć, w dodatku językiem, którego nikt nie używa? Szkoda dobrych aktorów (Frycza i Topy przede wszystkim) do odgrywania tych bzdur.

Amerykańscy (chyba – są jacyś inni?!) naukowcy podobno wymyślili wódkę, po której nie ma kaca. A polscy filmowcy wymyślili film, po którym mam kaca, choć nie piłem.

Chwalebna inicjatywa TVP2, czyli przedwyborcza debata artystów z politykami o kulturze, wyglądała mniej więcej tak:

- T.Love promowali swój nowy singel
- przez 10 minut panie i panowie próbowali ustalić czym jest kultura
- pan Palikot się z nimi nie zgodził, a potem powiedział to samo, chyba
- eksminister Ujazdowski pochwalił się tym, że PiS był i jest żywo zainteresowany kulturą
- pan z Polskiej Partii Pracy obiecał, że będzie dotował poetów w każdej gminie, po czym płynnie przeszedł do takich zagadnień jak płaca minimalna
- potem było łączenie z Wałbrzychem, gdzie pani dziennikarka miała flow jak BigBoi, ale gorszą dykcję, więc nie wiem o co pytała państwa z teatru, ale chyba chodziło o to, że był sobie Andrzej, a Warszawa jest złem (a może była sobie Warszawa i Andrzej jest złem)
- odetchnąłem z ulgą, kiedy oddali głos do studia
- pan polityk pochwalił innych polityków, że jest coraz lepiej
- chór dramatycznie zapytał: skoro jest tak dobrze to dlaczego jest tak źle?
- pani wyciągnęła z rękawa nieśmiertelną kwestię: dotować czy nie dotować? pan się oburzył
- padły przykłady z wielkiego świata, że jednak dotować
- politycy skoczyli sobie do gardeł
- Palikot skoczył do gardła kościołowi
- w Gackach koło Pinczowa nie ma domu kultury (a był piękny)
- Hołdys rozstrzelał polityków
- minister kultury zaprotestował
- dwie wystraszone panie z publiczności stwierdziły, że mają po stówie miesięcznie, w tym “na taniec, bo lubię tańczyć”
- politycy się zmartwili i obiecali kulturę za darmo, szczególnie dla młodych, starych i “osób z obszaru wykluczenia”
- Palikot zaproponował kino albo teatr zamiast katechezy
- pan z PPP postanowił zakończyć wojnę w Afganistanie i wydać te pieniądze na bilety do teatru
- minister Zdrojewski zaprosił pana z PPP w poniedziałek do muzeum
- zgubiłem wątek, sorry… ale chyba było coś o ulgach podatkowych dla właścicieli zabytków
- krytyk powiedział, że “to jest problem fundamentalny, ale ja w tym nie widzę nic złego”, nie mam pojęcia na jaki temat
- nie ma plastyki i muzyki w szkołach, pomstowali
- jest plastyka i muzyka, prostował minister
- ale nie było, zgrzytali zębami
- no nie było, przyznał minister
- Materna zauważył, że jest chaos i zaproponował, żeby kontynuować tę rozmowę w sejmie…
- ktoś obudził Marcina Wolskiego
- ktoś machał dowodem zapłaty abonamentu
- znowu straciłem wątek, tym razem na dobre
- a na napisach zagrał Masecki, którego ucięli zanim zaczął…

Wnioski: kultura jest nudna, nie wiadomo o co chodzi i szkoda na nią czasu. Oraz pieniędzy, bo czas to pieniądz.

Pieprzyć to. Nie pytaj, co politycy mogą zrobić dla kultury, weź sprawy w swoje – ekhm – ręce:

 

Behemot jaki jest, każdy widzi

Dziś o tym, jak redaktor Marcin Meller próbuje odzyskać dziewictwo, choć jako redaktor “Playboya” powinien wiedzieć, że takie rzeczy to tylko w filmach.

Miałem napisać te parę zdań już po ubiegłotygodniowym popisie pana Marcina w “Drugim śniadaniu mistrzów”, ale doszedłem do wniosku, że może nie warto. Pewnie emocje go poniosły, a ze mnie żaden “Pudelek”, żebym się na każdym niebacznie palniętym zdaniu zębami uwieszał. Ale już na wczorajszy felieton we “Wprost” zareaguję, bo to słowo pisane, z premedytacją przez pana Mellera wysłane w świat i uwagi naszej się napraszające.

Tytuł felietonu pana Marcina Mellera brzmi “Ave, Nergal!”, a streścić się go da w zdaniu: wy, którzy twierdzicie, że Nergalowi wpierw wolno było Biblię podrzeć, a teraz w telewizji publicznej występować, inaczej śpiewacie, kiedy z tej samej wolności słowa korzystać chcą rasiści i im podobne łobuzy. Znaczy, głupi i niekonsekwentni jesteście. Amoralni moralnością Kalego.

Ogólne wrażenie z lektury felietonu można wynieść takie, że autor rację swoją ma. Ale diabeł – tadam! – tkwi w szczegółach. Oto i one:

1. Różnica pomiędzy manifestacją, która odbywa się w miejscach publicznych i podczas której wznosi się antysemickie czy rasistowskie hasła, będące częścią programu politycznego, a zamkniętym koncertem, którego elementem jest jakieś kontrowersyjne działanie, jest dla mnie tak oczywista, że aż wstyd ją nazywać po imieniu. Ale powiedzmy, że to tylko interpretacja zdarzeń, przejdźmy więc do faktów…

2. Przywołany przez pana Mellera w felietonie Piotr Farfał szefował telewizji publicznej, natomiast Nergal ocenia głosy (i zdaje się – biusty) dziewcząt, które chcą zostać gwiazdami estrady. Naprawdę da się tu postawić znak równości?
Swoją drogą, jaką linijką by ich nie mierzyć – ja się i tak w pułapkę retoryki pana Mellera złapać nie dam, bo tu mam dowód na to, że do antyfarfałowskiej histerii też się nie przyłączyłem.

3.  Farfał był be, bo jako nastolatek napisał coś do skinowskiego fanzinu, ale że dorosły już Darski przybrał sobie pseudo Holocausto, no to nie bądźmy zbyt drobiazgowi – ironizuje pan Meller. Ale dlaczego nie mielibyśmy być drobiazgowi? Bądźmy, będzie fajnie. Otóż nie mam pojęcia, jak długo pan Farfał był skinheadem jak z obrazka, w glanach i we fleku (może zresztą w ogóle nie był), ale wikipedia twierdzi, że był działaczem Narodowego Odrodzenia Polski i redaktorem “Szczerbca” na studiach. A więc musiał być pełnoletni. Zapytajmy tę samą wikipedię o niejakiego Holocausto – choć nie muszę tego robić, dobrze pamiętam jak Behemoth raczkował – a dowiemy się, że z pseudonimu tego zrezygnował w 1993 roku (nie chce być inaczej, we wkładce demówki “The Return of the Northern Moon” już był Nergalem). Urodził się w 1977 roku, a więc przestał być Holocaustem w wieku 16 lat.

4. W świetle tego, co napisałem powyżej to właściwie nie ma znaczenia, ale pozwolę sobie na małą dygresję, dedykowaną wszystkim tym, co lubią Nergala walić po łbie jego gówniarskim pseudonimem. Otóż nastoletni Adam D., zakładając zespół, który później miał się przeobrazić w Behemotha, zafascynowany był m.in. fińskim zespołem Beherit, w którym grał niejaki Nuclear Holocausto (co zresztą też nie miało nic wspólnego z nazizmem, podobnie jak kominy Auschwitz w logo Industrial Records. Chodziło po prostu o szokowanie mieszczan ich najgorszymi koszmarami… Myślałem, że to karta zgrana już w późnych latach 70., ale jak widać, u nas wciąż działa).
Jakiś rok czy dwa lata później, Ner po prostu zrozumiał, że po pierwsze ksywkę ma głupią (może dowiedział się, co znaczy ;-) ), a po drugie cudzą, a więc prowadzącą wszystkich recenzentów na trop Beherita, który w gruncie rzeczy był kapelą cienką jak dupa węża.

5. Czytajmy dalej: (…) moja odpowiedź na uwagę Małgorzaty Domagalik, że Darski jest prywatnie miły: “Hitler też był pewnie miły dla bliskich”, znaczyła to, co znaczyła, czyli że osobiste powaby nie mają znaczenia dla osądu czynów człowieka“.
Co racja to racja, zauroczenie pani Domagalik szarmem Nergala nie ma tu nic do rzeczy. Ale po pierwsze, o ile mi wiadomo, Nergal jest miły nie tylko dla bliskich ;-) a po drugie, taki argument w dyskusji to akt rozpaczy, klasyczny przykład braku argumentów. Sam kiedyś podobnego, chyba nawet na tym blogu, użyłem i zostałem poczęstowany linkiem, który teraz na ręce pana Millera przekazuję. Chodzi o Reductio ad Hitlerum, czyli zabieg z podobnej półki, co pytanie: “Kiedy przestał pan bić żonę?”

6. Ale to wszystko nic. Nie zabierałem dotąd głosu w sprawie Nergala, bo choć uważam, że artyście w ramach uprawianej przez niego sztuki wolno prawie wszystko, poza czynieniem fizycznej krzywdy innym żywym istotom (oczywiście nie znaczy to, że wszystko trzeba oraz że wszystko powinni oglądać nieletni), to uważam też, że wszyscy urażeni słowem, obrazem lub czynem artystycznym mają pełne prawo to oburzenie manifestować. Nie kneblować, nie zamykać w więzieniach, ale niezadowolenie swoje głośno wyrażać – jak najbardziej. Wolność działa tylko wtedy, kiedy działa w obie strony.

Święte oburzenie pana Mellera – (…) barbarzyńca profanuje Biblię, lży ludzi i szerzy nienawiść (…) – wprawiło mnie jednak w osłupienie, bo wydaje mi się mocno spóźnione. Oto kilka dat:
- wrzesień 2007 – koncert Behemotha w gdyńskim klubie Ucho, Nergal drze Biblię.
- luty 2008 – w związku z incydentem w Gdyni, Ryszard Nowak z Ogólnopolskiego Komitetu Obrony przed Sektami składa skargę na ręce ministra sprawiedliwości. Prokuratura wszczyna śledztwo. W mediach sporo się o tym pisze i mówi.
- kwiecień 2008 – oskarżyciel publiczny postanawia umorzyć śledztwo, więc pan Nowak wytoczył Nergalowi proces z powództwa cywilnego.
- koniec 2008, wiosna 2009 – kolejne etapy sądowej przepychanki pomiędzy Darskim a Nowakiem, wszystkie szeroko relacjonowane i komentowane w mediach.
- lato 2009 – Nergal nawiązuje bliższą znajomość z Dodą, piosenkarką, którą bardzo interesuje się miesięcznik “Playboy”, kierowany przez pana Mellera.
- styczeń 2010 – w “Playboy’u” ukazuje się wywiad z “szerzącym nienawiść barbarzyńcą”. Cztery strony, 44 pytania. Rozmowa o seksie, nowej narzeczonej, muzyce, rodzinie, religii, jest i obśmianie plotki o rzekomych neofaszystowskich sympatiach Behemotha (a w notce biograficznej wzmianka o tym, że jego wczesny pseudonim to Holocausto)… Zwraca uwagę ciekawe zdjęcie otwarciowe. Oto barbarzyńca siedzi na łóżku, czyta “Mistrza i Małgorzatę”. Dłonie ma owinięte bandażem, ale spod ich bieli przesącza się krew. Wygląda to na stygmaty…

Dzisiaj we Wrocławiu dwa skrajnie różne wydarzenia.

A więc celebracja cywilizacji śmierci. Wyfraczeni barbarzyńcy, którzy za grube pieniądze radzą, jak by tu puścić z dymem nasz poczciwy stary świat. Którzy zaciekle depczą wartości, nawet siedząc na tyłkach. Słowem – Europejski Kongres Kultury.

Oraz – to drugie z nich – bardzo sympatyczny, bardzo polski bokser być może da w zęby większemu od siebie Ruskowi. Adamek jest co prawda nie dość, że mniejszy,to jeszcze mniej doświadczony, ale Kliczko, jako najpewniej saracen, jest mniej miły Bogu, więc może się zdarzyć coś na kształt odsieczy wiedeńskiej albo chociaż obrony Częstochowy…

A nie mógłby Adamek z Kliczką w ramach EKK się okładać? Jeden reprezentowałby awangardzistów, drugi klasyków. Jeden waliłby na odlew w imię pozytywistycznej pracy u podstaw, drugi punkowo-romantyczną kontrą szukałby podbródka przeciwnika. A tak, znowu jacyś źli ludzie podzielili naród – że niby jak wybieram dzisiaj boks, zamiast Eno, Pendereckiego i Lupy tom cham?
Co robić, prędzej czy później i tak by się wydało…

Wal go Tomasz! Twoje zdrowie!

PS. Boks to brzydki sport. Nigdy tak naprawdę nie lubiłem boksu. Cały ten wpis jest wypadkiem przy pracy. Nie, przepraszam – haker mi zhakował bloga i powpisywał tu takie… Dokąd zmierza ten świat…

Kiedy u szczytu sławy był Marilyn Manson, emocjonowaliśmy się plotką, że kazał sobie usunąć żebro albo dwa, by móc sobie samemu obciągnąć. Urodziny TVN24, a szczególnie towarzyszące im programy wspominkowe typu “gadające głowy”, dowodzą, że do tej autoerotycznej akrobacji nie trzeba interwencji chirurga. Swoją drogą, łowiąc jednym uchem te ich kombatanckie gawędy – a TVN24 leci u mnie niemal non stop, gdy pracuję, taki ze mnie news junkie – wyłowiłem mniej więcej takie przesłanie: Byli żółtodziobami, mieli ciasne studio i słaby sprzęt, nie do końca wiedzieli czego chcą, a już na pewno nie wiedzieli jak… na szczęście przeszedł 11 września i wszyscy żyli długo i szczęśliwie.
Sto lat, sto lat!

* * *
Pogłoski o śmierci tego bloga były przedwczesne. Za mną po prostu najbardziej intensywne zawodowo półrocze w życiu – i musiałem z czegoś zrezygnować, żeby przeżyć. Oficjalnie jednak informuję, że już jestem na etapie lizania ran, i że bloga nie zamykam, i że nie będę pisał tylko o telewizji ;-)
Tymczasem zadzieram kiecę i lecę na Judas Priest. No pun intended :-)

W tym moim śnie polskie władze – z opozycją pospołu – uznały, że muzyka jest naszym dobrem narodowym, że naród umuzykalniony to naród szczęśliwy, że Chopin, Górecki oraz Komeda, że Vader z Behemothem zobowiązują. Doszedł więc premier i prezydent, doszli posłowie i senatorowie, do jedynie słusznego wniosku, że zrobią nad Wisłą imprezę muzyczną, która Europę, a może i świat zadziwi. Że zorganizują festiwale i konkursy, zaproszą największe gwiazdy, a za nimi ściągną fani, z portfelami wypchanymi walutą i że będziemy wespół w zespół, tańcząc i śpiewając, gospodarkę napędzać.

Społeczeństwo przez aklamację plan ów śmiały poparło, więc przegłosowano ustawy, rozporządzenia i budżety. Ryknęły buldożery, koparki zaczęły kopać na potęgę, a dźwigi dźwigać. Cały naród uczestniczył w tym zbiorowym wysiłku, każdy Polak dokładał się z podatków swych do budowy wielkich aren widowiskowych i nieco mniejszych, ale wypasionych akustycznie sal koncertowych. Każdy dołożył swą cegiełkę do dworców i lotnisk, na których witać będziemy piosenkarzy, gitarzystów i fagocistów, i przez które fani spoza gór i rzek będą się tłumnie przewalać. Śmiały umysł planisty wytyczył nowe tory, które połączą miasta biorące udział w festiwalu nad festiwalami oraz autostrady, którymi będzie można spod sali koncertowej ze Stingiem bezkolizyjnie pod arenę z Blackeyed Peas podjechać… A co po festiwalu? No przecież to wszystko zostanie i wszyscy będą mogli skorzystać. Za odpowiednią opłatą, ale zawsze. My, fani muzyki, mamy gest.

Miałem sen, w którym politycy doszli do wniosku, że trwający kilka tygodni überfestiwal to mało, bo przecież w tak umuzykalnionym kraju muzyką nie wolno zajmować się doraźnie, incydentalnie i bez pomysłu. Wykoncypował więc jeden polityk z drugim, żeby w każdej gminie zbudować salę koncertową z prawdziwego zdarzenia, żeby lokalną orkiestrę w instrumenty i sprzęt nagłośnieniowy wyposażyć. No bo przecież, żeby światowe gwiazdy nie zdmuchnęły naszych reprezentantów z ich własnych scen, trzeba inwestować w młodzież, budować i organizować, szukać talentów, nie szczędzić dukatów. Co prawda są lekcje muzyki w szkołach, dwie czy trzy godziny tygodniowo, ale to przecież nie wystarczy, by osiągnąć poziom mistrzowski, do tego trzeba ćwiczyć, ćwiczyć, ćwiczyć…

Wyrosły więc te nasze piękne Słowiki w każdym miasteczku, w każdej gminie – i natychmiast zapełniły się orkiestrami dętymi, kolektywami didżejskimi, chórami mieszanymi, kwartetami smyczkowymi, a także kapelami rockowymi, jazzowymi, country oraz nowofalowymi i electro. Tylko wszyscy czterej rodzimi przedstawiciele nurtu chillwave powiedzieli, że mają w dupie Słowiki i wołami ich z sypialni nie wyciągną…

A władze jeździły po Polsce i na otwarciach Słowików przecinały wstęgę, przemawiały, zachęcały, gratulowały i fotografowały się w koszulkach z logotypami zespołów. Prezydent dumnie prężył się w t-shircie Teda Nugenta, lider opozycji ruszając w Polskę przywdziewał Floydowe “The Wall” (w Warszawie wystarczał mu znaczek Joy Division w klapie), a premierowi spod marynarki wystawała sprana koszulka “OK Computer”. W “Gazecie Polskiej” napisali co prawda, że płyty Radiohead kupił miesiąc przed wyborami na allegro, a t-shirt specjalnie potraktował wybielaczem, ale wiadomo, walka polityczna rzecz bezwzględna.

No właśnie. Polityka. Walka. W tym moim śnie sielanka się skończyła i powiało koszmarem, gdy w roku wyborów parlamentarnych nieoczekiwanie okazało się, że muzyki słuchają nie tylko grzeczni melomani, ale i łobuzy, co to piwo lubią na koncercie wypić, a potem niesieni emocjami są w stanie nie tylko plastikowe krzesełko złamać, ale nawet wielbicielowi innego artysty rozkwasić nos. I oto pewnego dnia, ultrafani Perfectu starli się z zagorzałymi wielbicielami Budki Suflera. Tydzień później najbardziej krewcy stronnicy Kapeli Ze Wsi Warszawa pogonili kota fanom The Cracow Klezmer Band. Zaniepokojony premier zmarszczył brew, palcem pogroził i dwa koncerty odwołał, więc zaszokowani i obrażeni, bo nie nawykli do takiego traktowania fani, poszli się wypłakać w białe prostokąty na klacie lidera opozycji. Wtedy dopiero rozpętała się awantura…

Obudziłem się zlany zimnym potem. Jakie to szczęście, że z krainy absurdu wróciłem do rzeczywistości, do normalności.

Spędziliśmy dzisiaj uroczy dzień, spacerując w miłym towarzystwie po Lanckoronie i chyba zatrułem się świeżym powietrzem, bo teraz leżę na kanapie i drzemię, budząc się z trudem na obszerne fragmenty “Must Be The Music”. W wielkim finale znaleźli się: Filipińczyk śpiewający po angielsku (mój faworyt), sympatyczna ekipa zasuwająca po ukraińsku oraz skrzypek wykonujący numery instrumentalne. I jak to się ma do teorii, że w Polsce ludzie chcą słuchać tylko piosenek śpiewanych po polsku?
No więc wymyśliłem sobie w tej malignie, w tym półśnie, że muzyka mogła być językiem, którym porozumiewali się mieszkańcy Wieży Babel. Albo jeszcze inaczej – że jest tego języka echem, tak jak śnieżenie w telewizorze nie nastawionym na żaden kanał jest echem Wielkiego Wybuchu. I tekst w języku, który rozumiemy to tylko zawracanie głowy, a więc niepotrzebne (zazwyczaj) odciąganie naszej uwagi od prawdziwego i głębszego sensu piosenki.
Tylko tyle dzisiaj. Idę spać. Dobranoc.

Dzisiaj wszyscy o ślubie, więc nie będę się wyłamywał. Z tym, że ja o swoim. A właściwie nie o ślubie, tylko o weselu, a konkretnie o tej jednej piosence, podczas której młoda para samotnie kompromituje się na parkiecie.

Otóż z małżonką mą obecną, a ówczesną konkubiną, podeszliśmy do kwestii wesela z umiarkowanym entuzjazmem, traktując je raczej jako dług wobec rodziców za to, że podcierali nam zadki, dokarmiali i posyłali do szkół, niż uroczystość, która nam samym do szczęścia byłaby potrzebna. Pozwoliliśmy więc rzeczonym rodzicom decydować o szczegółach przyjęcia, w tym – o chwilo nieszczęsna! – o wyborze zespołu muzycznego, który miałby nam przygrywać do tańca. Wyszedłem bowiem z założenia, słusznego niestety, że jest to wybór pomiędzy dżumą a cholerą, więc po co się wysilać…

Pewnego dnia jednak zadzwonił do mnie tata i zapytał, co chcemy mieć zagrane do pierwszego tańca.
- Wszystko jedno.
- Nie może być wszystko jedno, musicie wybrać.
- Wszystko jedno.

- W porządku, to orkiestra proponuje… – i tu padł jakiś tytuł, który zmroził mi krew w żyłach.
- Nie, nie! To już niech zagrają “Mario Magdaleno” Happy End, tak będzie dobrze – zaproponowałem. Następnego dnia tata zadzwonił z potwierdzeniem. Znają. Zagrają. Spoko, mam to z głowy.

Tu mała dygresja. Otóż “Ballada o Marii Magdalenie” była wówczas – albo trochę wcześniej, kiedy jeszcze byliśmy na studiach – późnonocnym hitem w nieodżałowanym Teatrze Bückleina, pięknym przybytku nieopodal krakowskiego dworca, gdzie odbywały się niezapomniane koncerty i spektakle oraz zwykle szybko zapominane imprezy, i gdzie z moją obecnie szanowną małżonką chętnie bywaliśmy. Kiedy już wybrzmiały ówczesne nowinki (jakieś Prodigy na ten przykład), DJ puszczał Happy End i kto jeszcze był w stanie wstać od stolika, ruszał w tany… Miało to pięknie alternatywny smaczek, bo w połowie lat 90. nie było jeszcze mody na PRL, ani “Wideoteki dorosłego człowieka”, ani tym bardziej reedycji hitów sprzed lat, więc taki repertuar w klubach był naprawdę rzadkością.
Zamówiłem więc “Balladę o Marii Magdalenie”, bo lubiliśmy, bo nam się dobrze kojarzyła. Zresztą, co miałem u tych weselnych muzykantów zamówić? “Heroes”?!

Nadeszła godzina W. Jak wesele. I przyszedł czas pierwszego tańca.
Ale zaraz, zaraz, nic tu się nie zgadza. Owszem, niektóre nuty brzmią znajomo, ale połowa wyfraczonego kwartetu gra coś zupełnie innego. Depczę więc małżonkę i jednocześnie robię wściekłe miny do muzykantów – gdyby wzrok mógł zabijać, leżeliby już z poderżniętymi gardłami. Band-leader pąsowieje, wygląda na równie zdezorientowanego co my, ale za cholerę nie potrafi zapanować nad sytuacją, bo widocznie nie taki z niego lider, jak go malują. Potykamy się więc z żoną o siebie przez kilka minut, rozpaczliwie wsłuchując w kulejący rytm i dziwaczne dysharmonie… i jakoś docieramy do finału. Co się okazało? Otóż część zespołu przygotowała “Balladę o Marii Magdalenie”, tak jak prosiłem, ale za to druga część była święcie przekonana, że chodzi o “Annę Marię” Czerwonych Gitar – i to nam zagrała. Odsłuchów oczywiście nie było, więc zanim się połapali, minęło pół piosenki, a przez drugie pół próbowali jakoś się odnaleźć, nie wiedząc czy to oni dali ciała, czy może jednak tamci…

Gdybym dzisiaj miał wybierać orkiestrę na wesele, oddałbym wszelkie pieniądze za Mitch & Mitch. Serio. Mam nadzieję, że chłopaki się za to wyznanie nie obrażą, ale sądzę, że to jest jedyny band, który tak cudnie łączy środowiska, gusta i pokolenia :-) A drugi – albo nawet równorzędny – wybór, to Richard Cheese. Nie byłoby problemu z zagryzającymi się Mariami, gdybyśmy w pierwszy nasz taniec ruszyli w takt tego:

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.

Join 46 other followers