Patrzcie Państwo, co się porobiło. Dwie największe gwiazdy tego roku to Lady GaGa i Susan Boyle. Nie narzekajcie. Łączy je przynajmniej to, że świetnie śpiewają. Po latach supremacji Madonny i Britney Spears to szok, wiem, ale może przywykniemy ;-)

O obu paniach piszę w nowym “Przekroju”. W przypadku Lady GaGa to recenzja nowej płyty, w której ku swemu niekłamanemu zdziwieniu odkrywam, że w tym szaleństwie jest metoda. W przypadku Boyle obszerny portret. Z chwilą refleksji pod koniec – że jej kariera mogła się udać, bo pojawiła się akurat w momencie, kiedy tradycyjny model piękna został sprowadzony do absurdu, skompromitowany, obrzydzony. Żyjemy w rzadkim i ciekawym momencie historyczno-estetycznym, kiedy to brzydota jest pięknem. Chciałem o tym napisać dłuższy tekst (i może jeszcze to uczynię), ale póki co kilka słów znajdziecie w “Kulcie kuchty”. Zapraszam do papierowego “Przekroju” albo na www:

Swoją drogą, życzę Susan jak najlepiej, ale podobnie jak pan z Kasabian myślę, że czeka ją twarde i bolesne lądowanie. Obym się mylił.

Jak weekend długi słucham płyt świątecznych i – poza nielicznymi wyjątkami, jak rubaszny Bob Dylan – ból targa mym trzewiem. No, ale wiadomo, przed świętami te wszystkie płyty z bałwanami i reniferami na okładkach warto opisać, bo ludzie ich w sklepach szukają, na prezenty kupują… Niech więc lepiej kupią dobrego Dylana, zamiast złego Halforda, albo nudnego Stinga.

Święta i koniec roku za pasem, pichcimy już z kolegami (i koleżanką) z „Przekroju” podsumowanie roku. Było nieźle, naprawdę nieźle… Może nawet za dobrze? Z biurka i półki obok telewizora straszą mnie większe niż zwykle sterty płyt, które w ciągu ostatnich miesięcy dostałem lub kupiłem, a których nawet nie zdążyłem przesłuchać (lub przesłuchałem pobieżnie), nie mówiąc o zrecenzowaniu. Wiele z nich to mocne średniaki, takie co to zlekceważyć szkoda, ale i na siłę szukać miejsca na łamach nie warto. Ale na pewno jest w tych stosach kompaktów niejedna perła, którą odkryję za późno. Może pod koniec grudnia, może w styczniu, zanim dla wydawców zacznie się nowy rok… A może dużo później, bo przecież niektóre płyty promocyjne premier planowanych na koniec stycznia przyjdą jeszcze przed Wigilią. Czuję wyrzuty sumienia wobec tych wszystkich (jeszcze) anonimowych dla mnie artystów, którzy tylko przez zrządzenie losu nie doczekali się recenzji albo miejsca w dorocznym rankingu. Bo wydawca przysłał płytę za późno, bo trafili na spód kupki, bo kiedy pierwszy raz słuchałem ich muzyki byłem zbyt zmęczony albo rozkojarzony, by zakumać, że trzeba im dać drugą szansę.

To co robię, z mojej żabiej perspektywy wygląda na jeden z fajniejszych zawodów świata – od rana do nocy słucham muzyki, myślę o niej, żyję nią, dzięki niej bywam tu i ówdzie, poznaję fajnych ludzi… Naprawdę, trudno mi wyobrazić sobie, że mogłoby być lepiej. Ale czasem, jak dzisiaj, dopada mnie zniechęcenie. W głośnikach The Priests chwalą Pana, później będzie jeszcze gorzej i dużo gorzej, a tymczasem wolałbym posłuchać czegoś zupełnie innego. Tylko dla siebie. Nie myśleć, nie analizować, nie notować. Po prostu cieszyć się fajnymi dźwiękami. Niestety, tempo w tej branży – szczególnie pomiędzy wakacjami a Bożym Narodzeniem – jest takie, że jeśli chce się być mniej więcej na bieżąco, można zapomnieć o słuchaniu muzyki dla przyjemności. Czuję się jak erotoman, co został ginekologiem. Jestem wniebowzięty i przerażony zarazem ;-)

A Mikołaj do mnie nie przyszedł. Pewnie byłem niegrzeczny.

Weekend z polskimi filmami. „Dom zły” w kinie i „Wino truskawkowe” na DVD. Akcja obu toczy się w mych rodzimych stronach, na styku Beskidu Niskiego i Bieszczadów. W obu ważną, kluczową wręcz rolę gra alkohol. Autorzy obu filmów chcieli nam – no, może wam, bo ja to znam z autopsji – pokazać, jak wygląda prawdziwe życie daleko od szosy. Na tym jednak podobieństwa się kończą.

Bardzom Stasiukowi wdzięczny za mitologizację Dukli i okolic. Dzięki niemu sam jakoś cieplej myślę o tych miejscach. Tym razem też fajnie mi się oglądało te wszystkie znajome kąty, sfotografowane w ładnym, ciepłym świetle. Tę krainę winem i miodem płynącą, w której jak ktoś cierpi lub umiera, to tylko z miłości… Ale to nie jest prawdziwy świat. I nie ma niczego romantycznego w wiecznie nachlanych wioskach i miasteczkach, za tymi nieogolonymi, pijackimi mordami nie kryją się żadni ludowi mędrcy o złotych sercach. Nie ma niczego romantycznego w życiu spędzonym pomiędzy torturą kaca a euforią zerwanego filmu. W przepijaniu nikczemnych wypłat i głodowych zasiłków. W dziedzicznej beznadziei, gnuśności i biedzie. Nie przekonuje mnie strojenie tego wszystkiego w fatałaszki urokliwej melancholii i bełkotliwej metafizyki.

Uwielbiam Andrzeja Stasiuka*, ale tym razem wierzę Wojciechowi Smarzowskiemu. I pewnie wiem, skąd bierze się różnica – Stasiuk w Beskidzie Niskim odnalazł swoją arkadię, uciekł do niej z wielkiego miasta. Natomiast Smarzowski wychował się w Jedliczu, miasteczku nieopodal Krosna, pod wieloma względami podobnym do Dukli. Wydaje mi się, że wiem, co w naszych stronach tak zachwyciło Stasiuka. Niestety, wiem na pewno, czego musiał naoglądać się Smarzowski…

Należę do wąskiego grona (przynajmniej mi znanych) osób, które nie tańczyły na jego „Weselu”. Poza paroma anegdotami wydało mi się jakieś takie zbyt groteskowe, zbyt wymyślone. Ale „Dom zły” to już cios obuchem między oczy. Natężenie zła i podłości też jest tu właściwie niemożliwe, ale niestety prawdopodobne – przez to, że nie znajdziecie tu żadnych geniuszy zbrodni, nie ma zła pięknego i fascynującego, którym tak często uwodzą nas filmowcy. Bezmiar zła w „Domu złym” bierze się ze spiętrzenia codziennych brudów, małych podłości i namiętności… albo raczej zwierzęcych popędów, których nikt nie umie pohamować oraz hektolitrów wódy, która jest paliwem dla tego strasznego mechanizmu.

Recenzenci piszą, że „Dom zły” to polskie „Fargo”, a Smarzowski protestuje. No i słusznie się oburza, bo jeśli nawet są podobieństwa, to powierzchowne – policjantka w ciąży, zima, chata na wsi. Treść filmu, o jego ładunku emocjonalnym nie wspominając, jest zupełnie inna. „Fargo” to przy polskim filmie komedia romantyczna. Dziwię się natomiast, że tak mało mówi się o podobieństwie „Domu Złego” do szokującego i głośnego przecież „Ładunku 200” Aleksieja Bałabanowa. Niestety zbyt dużym, by uznać je za przypadek. Co właściwie nie umniejsza wartości „Domu złego” jako takiego, ale wyraźnie wskazuje źródło inspiracji. Oraz napawa optymizmem. Dom, w którym rozgrywa się akcja „Ładunku 200” jest jeszcze gorszy, niż chata w Lutowiskach. A więc Smarzowski ma o nas lepsze zdanie, niż Bałabanow o swoich rodakach. Uff, dobre i to…

*A może niesłusznie Stasiuka tarmoszę, może to Jabłoński przegiął? Ważny głos w komentarzach, zapraszam.

Zostałem znokautowany przez „Funny Games”, ale „Ukryte” było dla mnie chyba zbyt ukryte. Na nowy film Michaela Hanekego udałem się więc w pozycji wyprostowanej. A wyszedłem z kina na kolanach…

Akcja filmu rozgrywa się w niemieckiej wiosce – gdzieś w połowie drogi pomiędzy Dogville, a tropikalną wyspą z „Władcy much”. Zwykli ludzie i zwykłe życie, ale wystarczy drobne pęknięcie w tej gładkiej skorupie pozorów, by na świat wydostały się brzydkie, śmierdzące i głodne demony. Niby bogobojni, pracowici, skromni i zdyscyplinowani wieśniacy, a przecież sadyści, zawistnicy, zboczeńcy… Spokojne ujęcia, niemrawe dialogi, dłużyzna na dłużyźnie, więcej niedopowiedzeń niż konkretów – a jednak trudno wysiedzieć w fotelu, tyle w tym trudnego do zniesienia napięcia. I nie spodziewajcie się happy endu. Ba, nie spodziewajcie się nawet jednoznacznego, rzetelnego rozwiązania. Gdyby takie było, moglibyśmy o „Białej wstążce” zapomnieć już parę minut po wyjściu z kina. Ale Haneke zadbał o to, żebyśmy się zbyt dobrze nie poczuli we własnej skórze. W swoich rodzinach, wśród swoich sąsiadów, w swoich wioskach. Przy tego rodzaju opowieściach nie możemy się cieszyć, że jesteśmy lepsi od schwarzcharakterów, bo wszyscy jesteśmy umoczeni.

Nie skarżę się. Jak sądzę, jeszcze gorzej po obejrzeniu „Białej wstążki” muszą się czuć rodacy reżysera. Zdemolował tu przecież najpiękniejsze niemieckie cnoty – posłuszeństwo, porządek, protestanckie umiłowanie pracy. Mogę też powtórzyć za mądrzejszymi ode mnie recenzentami, że chciał w ten sposób wskazać źródła nazizmu. Ale choć to pewnie prawidłowy trop, możecie śmiało oglądać „Białą wstążkę” poza kontekstem historycznym. To nie musi być film o rodzącym się hitleryzmie, za to na pewno jest o paskudnej ludzkiej naturze.

Drogi Panie Ryszardzie, jako fan tzw. niszowych gatunków muzycznych pięknie Panu dziękuję za trud, który wkłada Pan w ich promowanie. Dokonuje Pan rzeczy niemożliwych, trafia Pan w dziesiątkę tam, gdzie zawodzą najlepsi spece od marketingu, potrafi Pan załatwić w mediach takie rzeczy, że lobbyści i pijarowcy rąk Panu niegodni całować…

Najpierw ten numer z Behemothem. No kurde, mistrzostwo świata! Zespół blackmetalowy, który co prawda robił swoje na Zachodzie, ale dawno przywykł do myśli, że u nas do końca świata egzystować będzie z nalepką „Cudze chwalicie swego nie znacie”, udało się Panu katapultować na pierwsze miejsce listy sprzedaży płyt, na okładki gazet, do programu pani prezydentowej nawet. I jeszcze tę blond laskę, com ją na rozkładówce „Playboya” widział, raczył Pan sprezentować liderowi Behemotha. Normalnie na tacy, przewiązaną różową wstążką… Szacun, Panie Ryszardzie, szacun!

No, ale wiadomo, Szatana łatwo mediom sprzedać, pewnie dlatego, że są jego dziełem. Nie sądziłem jednak, że uda się Panu ten sam numer ze starym, nudnym jazzem wywinąć. No, Panie Rysiu, to już było promocyjne salto mortale! Prędzej bym się powrotu O.N.A. spodziewał, niż tego, że zobaczę informacje o bielskiej Jesieni Jazzowej na pierwszych stronach wszystkich najważniejszych portali. Z „Pudelkiem” na czele! Panie Ryszardzie kochany, o jazzie w naszym kraju tak obszernie pisano ostatnio, kiedy Miles Davis przyjeżdżał, ale nawet wtedy tak chętnie o nim nie czytano. Jest Pan wielki. Szkoda, że ten kościół w Aleksandrowicach tak mało ludzi pomieści. Ci organizatorzy to jednak ludzie małej wiary są. Z Pana pomocą to przecież byliby w stanie na Chicka Coreę nawet Spodek sprzedać.

Nie wiem jakie Pan ma teraz plany, ale ufam, że to znowu będzie coś wielkiego. Jeśli mogę coś nieśmiało zasugerować – może wziąłby się Pan za promocję muzyki współczesnej? Stockhausena pośmiertnie o praktyki magiczne oskarżył? Albo ku Reichowi młot na czarownice skierował? Bo wie Pan, to fajna muzyka jest, ale trudna. Jak Pan nie pomoże, to w telewizorze nie pokażą, w radiu nie puszczą, w gazecie nie napiszą…

Moja pierwsza praca. Ochroniarz, czy raczej łapacz złodziei, w sklepie płytowym „Music Corner” na krakowskim rynku. Pal licho nikczemne zarobki! Najważniejsza była muzyka od świtu do nocy i cudowna, bardzo kolorowa ekipa. Do moich obowiązków należało między innymi wożenie paczek z towarem z centrali, która mieściła się na Jana. I razu pewnego przywiozłem pakę, z której wyłowiłem księgę zatytułowaną „Encyklopedia Polskiego Rocka”, autorstwa Leszka Gnoińskiego i Jana Skaradzińskiego. Kiedy ruch był niewielki, zaczytywałem się w niej spod lady, a gdy już przeleciałem wszystkie hasła, to ją sobie kupiłem. Stoi na półce, zawsze w zasięgu ręki, bo nieraz do niej zaglądam.

I popatrzcie, jak to się dziwnie plecie… Nie tylko mogę się dzisiaj pochwalić znajomością z Leszkiem Gnoińskim, ale – tadam! tadam! – zostałem przez niego zaproszony do wzięcia udziału w filmie, który będą oglądały nasze wnuki. I wnuki naszych wnuków :-) To „Historia polskiego rocka”, a ściślej rzecz ujmując odcinek „Teoria hałasu”, z którego dowiecie się, jak to z tym polskim metalem było. Z ust m.in. Petera, Nergala, Piekarczyka, Kostrzewskiego, Titusa, Litzy i paru innych zawodników. Do tego dużo archiwaliów, muzyki i innych fajerwerków.
Serial został nakręcony przez Leszka i Wojtka Słotę na zlecenie Discovery Historia, więc to poważna sprawa, nie żadne tam tanie, rozrywkowe fiu-bździu. Najpierw zobaczycie go na odpowiednim kanale TV, a później na płytach DVD. Ale jeszcze lepiej mają ci, co mogą wpadać do krakowskiej „Pauzy”, na Floriańską, na pokazy, który organizowane są co czwartek. W najbliższy czwartek, 19 listopada, 20.00 – „Teoria hałasu” właśnie. Po niej dokument o Acid Drinkers, a w międzyczasie wasz sługa uniżony opowiadał będzie, jak hartowała się stal. Serdecznie zapraszam. Obejrzymy ładny film, pogadamy, postoimy razem w kolejce do baru…

PS. Ten sam Leszek wydał właśnie (własnym sumptem, podwójne brawa!) świetną i przepięknie wydaną biografię Myslovitz. Tu szczegóły. Polecam!

Podczas zwyczajowego, coweekendowego buszowania w empiku odkryłem pierwszy numer „Lśnienia”, magazynu dla miłośników horrorów. Miło wiedzieć, że są gdzieś inni szaleńcy, od razu człowiekowi lżej na duszy. Niewiele zdążyłem przeczytać, tylko wywiad z egzorcystą w kolejce do fryzjera przerzuciłem (no co, z synem byłem…) i bardzo ubawiło mnie jego biadolenie na fakt, że ludzie nadmiernie interesują się satanizmem, okultyzmem i ezoteryką. Wyrażone – że przypomnę – w ogranie dla fanatyków horroru… To coś jak moje narzekanie na zgubny wpływ Internetu na kulturę, artykułowane na tym blogu ;-)
A redakcji “Lśnienia” oczywiście życzę wytrwałości i sukcesu!

Za kilka minut zadzieram kiecę i lecę zobaczyć Seweryna Krajewskiego live. Rzadka to okazja i przepuścić jej nijak nie mogę. I liczę na coś znacznie więcej, niż seans spirytystyczny.

QUIZ – JAK DOBRZE ZNASZ RODZIMY SZOŁBIZ?

Wskaż prawdziwą wiadomość. Nagród nie przewiduję. Zwycięzca niech żyje satysfakcją, że jest ostatnim sprawiedliwym, który cokolwiek jeszcze z tego rozumie.

1) Robert Pattinson (gwiazdor „Zmierzchu” – nie znam, ale mówią, że hit) powiedział dziennikarce Onetu, że jako dziecko słuchał polskiego hip-hopu.

2) Gracjan Roztocki w trosce o swój wizerunek wynajął menedżera. Poza tym planuje nagranie debiutanckiej płyty.

3) Maciej Maleńczuk wystąpi z dancingowym repertuarem w filharmonii.

4) Muzycy Green Day pogratulowali Dodzie nominacji do nagrody MTV w kategorii najlepszy artysta europejski.

Wiecie, że w Portslade jeden taki pies na baby z ogiera stał się impotentem po koncercie Celine Dion? „Po prostu już mu więcej nie stanął. Wyjawił Pudlowi, że czuł się tak, jakby do szczeliny w bankomacie próbował wcisnąć zdechłego kanarka. W końcu dał sobie spokój i został ogrodnikiem krajobrazowym w Walberwick.”

Nie planowałem bliższego spotkania ze „Śmiercią Bunny’ego Munro”, bo po nierównych zmaganiach z powieścią „Gdy oślica ujrzała anioła” lat temu kilkanaście, poprzysiągłem sobie, że więcej po książkę Nicka Cave’a nie sięgnę. Ale Marcin Sendecki mnie zmusił, swoją niemal entuzjastyczną recenzją w „Przekroju”. Marcin to człek, któremu łatwo pochwały nie przechodzą przez klawiaturę, więc doszedłem do wniosku, że po raz ostatni dam szansę temu Cave’u, niech stracę…

No i nie straciłem. „Śmierć Bunny’ego Munro”, zupełnie jak „Oślica”, gnieździ się w magicznym trójkącie: religia-seks-śmierć. Poza tym wszystko te książki różni. Tamta była sugestywnym rzygiem udręczonego narkotykami umysłu, który autorowi zdawał się zapewne szalenie ważny, wręcz dotykający tajemnic kosmosu, ale dla osoby postronnej był tylko jakimś quasi-biblijnym, manierycznym bełkotem, z którego nic nie wynikało. Jestem przekonany, że gdyby nie nazwisko autora, nikt by się po „Oślicę” nie schylił… „Śmierć Bunny’ego Munro” to dla odmiany proza zdyscyplinowana, napisana żywym, współczesnym językiem i błyskotliwie dowcipna. Chociaż zarazem, szczególnie w wątku Juniora, przejmująco smutna. Akcent przesunął się tu zdecydowanie z religii na seks, śmierci i udręczenia jest równie dużo, ale nabrały groteskowego wymiaru. A religię – czy szerzej: duchowość – się tam po prostu wyczuwa, Cave nie musi nią walić czytelnika po łbie.
Jeszcze to czytam, wciąż jeszcze nie wiem, jak skończy Bunny (choć ponad wszelką wątpliwość skończy marnie), ale już wiem, że bardziej dziś czekam na kolejną książkę, niż następną płytę Nicka Cave’a. Ale się porobiło, co?

A skoro już o śmierci mowa, polecam film Henryka Dederki „Witajcie w mroku” (na HBO pokazują póki co) o polskich gotach. Niezupełnie się ze sposobem ujęcia tematu zgadzam (o czym szerzej piszę tutaj), ale zobaczyć warto. Tam dla odmiany seksu nie znajdziecie. Co, swoją drogą, trochę mnie dziwi. O ile bowiem kultura gotycka (czy dark independent, jak zwał tak zwał) na całym świecie wiąże się mocno z ludzką seksualnością, o tyle bohaterowie „Witajcie w mroku” są cnotliwi niczym mnisi i zdawać by się mogło, że ciało służy im tylko:
a) dziś – za efektowne opakowanie nadwrażliwej duszy,
b) jutro – za pokarm dla robaków.
Weźcie takiego maga na przykład, który przyjechał do Castle Party na letni festiwal i przyzywa deszcz. Po jaką cholerę? Nie mógłby zamiast tego rzucić uroku na jakąś sympatyczną gotkę? Oglądałoby się to lepiej i sens by jakiś miało.

No dobra, wracam do Cave’a… ;-)

Nienawidzę odtłuszczonej szynki. Jaką świnia ma dupę, każdy widzi. I albo jest zainteresowany wbiciem w nią zębów, albo nie, wolny wybór. To samo dotyczy nabiału. Kto próbował kiedyś prawdziwego krowiego mleka, takiego z udoju (niekoniecznie ciepłego i z pianką), albo zrobionego z niego masła czy twarogu, ten wie, że „serek zero tłuszczu” to tylko woda, tektura, benzoesan i substancja spulchniająca przemalowane na biało, żaden tam ser. A że prawdziwy twaróg tuczy? No jasne, że tuczy. To jedzcie mniej, jeśli nie chcecie wyglądać jak redaktor Szubrycht. Papierosy light, cola light, smalec light… to wszystko hucpa, pic na wodę, fotomontaż. Substytut.
Zawieszono wydawanie „Wprost Light”. Nie żebym komukolwiek źle życzył, nie żebym śmiał się, kiedy inny się potyka, ale tej wiadomości – przyznaję bez bicia – złą nazwać nie mogę. Bo sukces tak sformatowanego tytułu, takiego niby „tabloidu dla elit”, mógł za sobą pociągnąć smutne konsekwencje. Mógł być kolejnym krokiem, susem nawet, mediów w stronę treści bez treści, lekkiej jak twarożek light. Ale skoro nie chcemy patrzeć na polityków czy ludzi (pop)kultury wyłącznie przez pryzmat ich seks-horoskopów, kosmetyków i pulowerków, to znaczy, że jeszcze jest nadzieja.
Kto wie, może kryzys ekonomiczny działa na nas trochę trzeźwiąco? Jeśli tak, dzięki Bogu za kryzys. Ale tylko za taki w wersji light, oczywiście.

PS. Świeżynka z gugla: “jarek szubrycht nago”. Zapewniam cię, kimkolwiek jesteś – naprawdę nie chcesz tego znaleźć :-)