Miłość i śmierć w Olympii

Gdyby film „Dalida. Skazana na miłość” trafił do polskich kin jeszcze dekadę temu, najlepiej dwie – byłby skazany na sukces. Ale dzisiaj? Czy ci, którzy jeszcze Dalidę pamiętają, będą mieli ochotę wyjść z domu? A może nie trzeba pamiętać, może oszałamiająca kariera pięknej piosenkarki i jej życie w cieniu śmierci (od samobójstw kochanków po własne) to historia na tyle frapująca, że obroni się bez sentymentalnego kontekstu?


Polski podtytuł filmu – „Skazana na miłość” – wiele mówi o tym, jak Lisa Azuelos widzi życie uczuciowe pieśniarki i jak przedstawia je widzowi. Poza pierwszym, krótkim okresem zauroczenia, każda miłość jest dla Dalidy ciężkim brzemieniem. Nawet jak jest dobrze to jest najgorzej, więc trzeba wzdychać i przewracać oczami. Zwykle jednak dobrze nie jest, a partnerzy kochliwej pieśniarki kończą marnie, zostawiając ją poturbowaną i jeszcze łatwiejszą do zranienia przez kolejnego pana. I tak w koło Macieju, aż do smutnego końca. Niestety, niewiele z tych relacji rozumiemy, bo było ich niemało, a tu przecież trzeba jeszcze przedstawić traumy dzieciństwa i sceniczne przewagi, jeszcze przeboje muszą wybrzmieć… Azuelos chciała w dwie godziny streścić całe burzliwe życie gwiazdy, uznając, że wszystko jest równie ważne, przez co mamy do czynienia ze zbiorem teledysków przetykanym doniesieniami z „Pudelka” i dialogami z opery mydlanej. Zmienia się scenografia, zmieniają kostiumy i charakteryzatorzy nieźle się starają, ale wichry namiętności, które hulają na ekranie, widza ledwie muskają.
Trudno się przy tym oprzeć wrażeniu, że Dalida jest istotą pozbawioną autorefleksji i/lub instynktu samozachowawczego, bez końca powtarzającą to samo ćwiczenie, nie wyciągając wniosków z porażek i popełniając te same błędy. Może zresztą takie były intencje twórców filmu, bo – jak podpowiada mi małżonka i pewnie ma rację – ludzie tak się zachowują, nie uczą się na błędach. Tak czy owak bohaterce tej opowieści współczułem od pierwszych minut filmu, ale chyba nie polubiłem jej do ostatnich.

Więcej pożytku z seansu „Dalidy”, niż wielbiciele dobrych obyczajowych historii, będą mieli fani muzyki. Warto dowiedzieć się (lub przypomnieć, jeśli ktoś załapał się na czasy jej hegemonii na listach przebojów), że te wszystkie hity, które wciąż krążą w krwiobiegu naszej popkultury (od „Parole parole” po „Gigi L’Amoroso”) wyśpiewywała nam we Francji pewna Włoszka z Egiptu. Że udało jej się nie tylko podbić świat, ale też wymyślić parę razy na nowo i przez trzy dekady utrzymać na powierzchni. Co właściwie było niemożliwe w czasach, w których w tej branży kobiety miały tylko wyglądać, pachnieć i dobrze brzmieć, a kiedy już się zużywały, po prostu wymieniało się je na nowsze modele. A zużywały się szybko, bo kto by tam chciał oglądać na scenie trzydziestolatkę, skoro tyle wokół utalentowanych dwudziestek… Była więc Dalida taką Madonną w epoce przed Madonną i warto o tym pamiętać oraz pokłonić się z szacunkiem.
Przy okazji możemy sobie przypomnieć nie tak znowu odległe – a zdawać by się mogło, że prehistoryczne – czasy, kiedy również nad Wisłą w poszukiwaniu muzycznych hitów nadstawiało się ucha nie na Londyn czy Nowy Jork, ale na Paryż. Szczytem eksportowych marzeń polskich artystów nie była natomiast Primavera, Coachella czy nawet Carnegie Hall, ale mityczna Olympia. Za sprawą „Dalidy” można się dowiedzieć, co to za miejsce i poznać prowadzącego ją Bruno Coquatrixa, tego samego, który uchylił drzwi do wielkiego świata przed Violettą Villas i Ewą Demarczyk.

Straciłem, więc jestem

Nadrabiając oscarowe zaległości, wreszcie obejrzałem „Manchester by the Sea”. Ze ściśniętym gardłem, oczywiście, nie da się inaczej. Bez wchodzenia w szczegóły – film jest o winie i oczekiwaniu na karę, która nie nadchodzi. Kara – jaki to piękny pomysł, jaki litościwy. Wystarczy schylić kark, przyjąć bolesne razy, przełknąć łzy, a potem można wstać nowym człowiekiem i zacząć wszystko od nowa. Bo bez kary nijak się nie da, nie będzie odkupienia.

Lee, główny bohater „Manchester by the Sea” – czy Casey Affleck zasłużył na tego Oscara? A czy morze jest mokre? – to twardy chłopak. Nie prosi o łaskę, nie próbuje odbudować sobie życia, które – przypadkowo, ale jednak własnoręcznie – zrujnował. A raczej próbuje, ale nie dla siebie, lecz odpowiadając na wyzwanie losu, w ramach poczucia obowiązku wobec tych, których kocha. Miałem nie spoilować, więc nie powiem, czy mu się udaje, ale chyba nie zgrzeszę zdradzając, że „Manchester by the Sea” to nie kino familijne z obowiązkowym happy endem, że tu nie ma łatwych, jednoznacznych rozwiązań. Samo życie.

Przyznaję, wychodząc z kina zastanawiałem się, dlaczego Oscara w kategorii Najlepszy film dostał „Moonlight”, a nie „Manchester by the Sea” właśnie. Jeśli abstrahować od tematyki i rzecz sprowadzić do formy, do wykorzystania języka filmowego, to „Moonlight” chyba rzeczywiście jest ciekawszy, śmielszy, mniej akademicki. Z drugiej strony – ta ascetyczna forma „Manchester by the Sea” idealnie pasuje do treści. Kiedy obcujemy z tragedią tak wielką, kiedy wali się świat, nie czas na karkołomne fikołki montażu, gry kolorów czy efektowne, futurystyczne biciwo na ścieżce dźwiękowej. Swoją drogą, Lesley Barber (z niewielką pomocą Händla) doskonale to wyczuł, proponując muzykę bardzo klasyczną, może nieco melodramatyczną, ale przy tym po prostu piękną. Idealnie wpisującą się w sielskie i surowe zarazem, zimowe krajobrazy wybrzeża Nowej Anglii.

Decyzja Akademii wydaje mi się więc iście salomonowa. Niech już będzie, że „Moonlight” jest filmem formalnie lepszym, ale historia opowiedziana w „Manchester by the Sea” jest po prostu bardziej uniwersalna. Niezależnie od czasu, miejsca, koloru skóry, orientacji seksualnej i poglądów, każdy z nas może podzielić los Lee – choć, oczywiście, najgorszemu wrogowi nie życzę. A więc Oscar za scenariusz, za tę opowieść o nas wszystkich, jest jak najbardziej uzasadniony.

Nie wiem, czy Kenneth Lonergan, autor scenariusza i reżyser filmu, inspirował się własnymi doświadczeniami, historią z sąsiedztwa, Księgą Hioba czy mitami greckimi – w każdym razie „Manchester by the Sea” nie jest o nim. Głównym bohaterem jest Lee Chandler, ponury dozorca z Quincy w stanie Massachusetts. Everyman (a więc łatwo się z nim utożsamiać), ale jednak postać fikcyjna, zmyślona. Nawet ocierając łzy na „Manchester by the Sea” mamy świadomość umowności tego, co widzimy. To na szczęście tylko kino, iluzja, sen-mara. Za chwilę jakoś to się skończy, pójdą napisy, zapalą się światła. Wyjdziemy na słońce i wiatr, do swojego życia.

A gdyby to wszystko była prawda? Gdyby to był dokument? Gdyby Lee na naszych oczach naprawdę rozpadał się na kawałki? Wypadałoby na to patrzeć, nawet gdyby sam zainteresowany – może chwilowo otępiony bólem, może w świeżej żałobie nie do końca poczytalny – zezwolił?

Trudno nie zadawać sobie tych pytań, słuchając „A Crow Looked at Me”, najnowszej płyty Mount Eerie. Albumu, który dokumentuje chorobę i niedawną śmierć Geneviève Gosselin, żony Phila Elveruma. Płyty, której słuchanie jest tak trudnym doświadczeniem, że… właściwie nie polecam.

Śmierć jest prawdziwa / Ktoś jest, a potem go nie ma / Nie powinno się o tym śpiewać / Nie powinno się z tego robić sztuki – tak zaczyna tę opowieść Phil, w utworze zatytułowanym „Real Death”. A więc sam twierdzi, że się nie da, a już na pewno nie powinno, ale jednak kontynuuje. Śpiewa. Gra. Układa słowa w teksty piosenek, choć „słowa zawodzą”. Dlatego – znowu – formalnie jest to tak proste, jak tylko możliwe. Gitara akustyczna, czasem jakiś prymitywny, stukający głucho rytm i oczywiście głos. A właściwie półgłos, bo przecież nie można śpiewać pełną piersią, kiedy nie da się oddychać.

Teksty są równie proste, bo przecież poezja w takiej sytuacji jest „dumb” – albo niema, albo głupia, a najpewniej jedno i drugie. Phil po prostu wyrzuca z siebie pojedyncze sceny i myśli, nie rozwodzi się nad nimi, nie analizuje, nie interpretuje, nie dorabia filozofii. Jest bardzo brutalny, zawstydzająco bezpośredni. Brzdęka sobie na gitarze i półgłosem śpiewa: Nasza córka ma półtora roku / Ty nie żyjesz od 11 dni… Wspomina, jak się poznali, opisuje postępującą chorobę żony (W styczniu jeszcze żyłaś / Ale chemioterapia cię zdewastowała, zmieniła twoją porcelanę w coś innego / Coś żółtego i zjebanego), opowiada o tym, jak listonosz przyniósł paczkę, już po śmierci Geneviève i okazało się, że to szkolny tornister dla córki, prezent zamówiony ze świadomością, że przyda się w czasie, którego obdarowująca już nie doczeka. Jest też obrazek z rozsypywania prochów, w miejscu gdzie mieli razem budować dom: Przyniosłem z domu fotel / By zostawić go na tym wzgórzu / Ustawiony na północny zachód / Wysypałem na niego twoje prochy / Chyba po to, żebyś mogła obserwować zachód słońca / Ale prawda jest taka, że nie myślę, że jesteś tym prochem.


I jaki z tego wszystkiego płynie morał? Czego dowiadujemy się o życiu i śmierci z „A Crow Looked at Me”? Czego o sobie? Niczego. Wobec miłości i śmierci jesteśmy bezbronni, na to nie da się przygotować. Nawet przez sztukę. Nie chcę się niczego z tego nauczyć. Kocham cię – zwraca się Elverum do żony, a ja nie po raz pierwszy i nie ostatni czuję, że nie powinienem być tego świadkiem, że to ich prywatna sprawa.

Ale na tej skrajnie osobistej płycie – może przypadkiem, może świadomie, z artystami nigdy nie wiadomo – Phil formułuje też uniwersalną i arcyprawdziwą definicję człowieczeństwa, które wzrasta na sprzeciwie wobec naturalnej kolei rzeczy. Na buncie przeciwko bądź co bądź prawdziwej konstatacji, że tak już musi być.

Odrzucam naturę. Nie zgadzam się.

Musical pełną paszczą

Tak, wiem. „La La Land” jest taki kolorowy i wspaniały, na miarę najlepszych musicali, są Globy, będą Oscary i wdzięczność pokoleń… Mi też się podobało, o czym już pisałem, ale entuzjazmu nie podzielam, choćby dlatego, że tylko w tym roku widziałem już kilka lepszych filmów. W tym jeden lepszy musical.

Niby dla dzieci, ale mogę się założyć, że bawiłem się w kinie lepiej niż moje potomstwo i na pewno bardziej wzruszyłem (nie popełnijcie tylko tego błędu, co ja i nie idźcie do kina z tylko jedną chusteczką!). Niby animacja, ale w obsadzie jeszcze bardziej gwiazdorskiej, niż „La La Land” – w wersji oryginalnej głosów zwierzakom udzielili m.in. Matthew McConaughey, Reese Witherspoon i Scarlett Johansson (ale i polski dubbing robi robotę, za sprawą choćby Marcina Dorocińskiego, Małogorzaty Sochy i Ewy Farnej).

Są i podobieństwa – „Sing”, jak „La La Land”, jest refleksją amerykańskiego showbizu na swój własny temat, w dodatku z wyraźną, wręcz dominującą nostalgiczną nutą. Lepiej już było, dziś rządzi tandeta i pieniądz, ale jeśli będziemy szli za swoimi marzeniami, jeśli będziemy wytrwali i szczerzy w tym, co robimy, to pokonamy nawet największe trudności – with a little help from our friends – i czeka nas happy end. Spoko, kupuję tę bajkę niezmiennie od trzech dekad z okładem i zamierzam kupować do końca życia. Szczególnie jeśli przedstawiona jest w tak bezpretensjonalny, wdzięczny sposób, jak w przypadku obu tych filmów.

„Sing” to wariacja na temat talent-show (choć bez telewizji, konkurs odbywa się w oldskulowym teatrze – dokładnie takim, w jakim Mia w „La La Land” wystawiała swój monodram) i pięknie wykorzystuje klisze do bólu zgrane przez producentów tych programów, serwując nam wyciskające łzy historie uczestników konkursu. Wśród głównych bohaterów mamy więc i zbuntowaną nastolatkę, którą rzucił chłopak i która nie do końca wie, czego chce, i kurę (czy raczej świnkę) domową, i pewnego siebie cwaniaczka, wytrawnego łowcę nagród, i łobuza z patologicznego środowiska, który ma złoty głos i złote serce, i jeszcze skrajnie nieśmiałą, za to niewiarygodnie utalentowaną szarą myszkę o gołębim sercu. Która nie jest ani myszką, ani gołębiem.

I najważniejsze – „Sing” ma lepsze piosenki. Z tym zastrzeżeniem, że „La La Land” to muzyka oryginalna, napisana na potrzeby tej produkcji, zaś animacja Gartha Jenningsa korzystała niemal wyłącznie z szafy grającej. Słuchamy więc m.in. numerów z repertuaru Steviego Wondera, Gipsy Kings, Queen, Franka Sinatry, Lady Gagi, Leonarda Cohena i Eltona Johna (niektóre w oryginalnych wykonaniach, inne nieźle zaśpiewane przez obsadę musicalu) i nasz wewnętrzny inżynier Mamoń fika koziołki ze szczęścia. Można więc powiedzieć, że w tej kategorii „Sing” pokonał „La La Land” ciosami poniżej pasa, że to nie była uczciwa konfrontacja.
No, ale to przecież show-biznes, tu wszystkie chwyty są dozwolone…

Toni i Whitney

Nie wierzcie reklamom, które nie wiedzieć czemu (no dobra, wiadomo, w końcu to reklamy, mają sprzedać towar) skupiają się na komicznej stronie „Toni Erdmann”. Owszem, są momenty, w których nawet trup by się roześmiał, ale bynajmniej nie dominują i często jest to śmiech przez łzy. Bo to w ogóle nie jest komedia, ale raczej tragifarsa. Może komediodramat?

Mnie dodatkowo przygnębił drugi plan, czyli Rumunia czasu przemian. Rumunia ścigająca Zachód, nadrabiająca cywilizacyjne zaległości, realizująca swoje modernistyczne ambicje. A więc i my pewnie tak wyglądamy? Tacy jesteśmy? Zapewne gonimy tego samego króliczka, rezygnując z prawdziwego życia. Niedobrze. Nie podoba mi się to.

Za to film podoba mi się bardzo

Chyba nie zdradzę zbyt wielu tajemnic fabuły, jeśli powiem, że z „Toni Erdmann” dowiadujemy się, że:
a) życie mija szybciej, niż nam się wydaje,
b) może i trzeba pędzić, ale czasem warto się zatrzymać, albo przynajmniej zastanowić, po co się pędzi,
c) każdemu zdarza się dokonywać złych wyborów, więc jest OK, kiedy się przyznasz i zawrócisz,
d) miłość jest w porządku, rodzina też, a śmiech to zdrowie.

Nieszczególnie to odkrywcze, prawda? W dodatku powtarza się w 95% filmów. Trzeba jednak przyznać, że Maren Ade udało się pokazać te banały w niebanalny sposób. Bez zgranego sentymentalizmu amerykańskiego kina familijnego, bez patosu i dydaktyzmu. Bez wkładania bohaterom w usta aforyzmów z Paulo Coelho. Bez punktów kulminacyjnych obliczonych na fontanny łez. Bez efekciarstwa.
To jest zwyczajne życie zwykłych ludzi, więc „Toni Erdmann” nie oszałamia. Nie każdego zachwyci, a już na pewno nie każdego od razu – ale będzie rosnąć. We mnie rośnie dziarsko, często o tym filmie myślę i chętnie zobaczę jeszcze raz. Nie raz. Już wiem, jak się to wszystko skończy, już mnie pan Erdmann niczym nie zaskoczy, ale sądzę, że to jeden z takich filmów, które warto mieć pod ręką, gdy życie wydaje się zbyt skomplikowane. Cholera, więc może jednak komedia…

Oto Ameryka

Minioną noc spędziliśmy z małżonką w kinowych fotelach i jeśli o mnie chodzi, tak właśnie wygląda Sylwester idealny. Szczególnie, że repertuar Kino Ars zaproponowało smakowity: na początek „La La Land”, po północy „American Honey” i „Patersona” nad ranem.

„La La Land” to musical Damiena Chazelle’a, tego od „Whiplash” (swoją drogą, epizodyczną rolę J.K. Simmonsa odbieram jako udane mrugnięcie okiem do fanów tamtego filmu). Postanowił się zrehabilitować i tym razem nie straszyć ludzi muzyką, ale przeciwnie – uczynić z niej główny pas transmisyjny historii o tym, że miłość jest super, że warto marzyć, a jak miłość spotyka marzenia to już w ogóle sky is the limit. Mamy więc bajkowe Los Angeles, mamy baristkę Mię, która bardzo chce być aktorką i Sebastiana, który jest jazzowym pianistą z aspiracjami – chce mieć klub, który będzie świątynią sztuki, nie chce grać dżobów. Fajnie się na nich patrzy – o tym, że Emma Stone jest super wiemy już od „Zombieland”, a choć Ryana Goslinga uważam za ładniejszą inkarnację Nicolasa Cage’a, a więc właściciela jednej, cierpiętniczej miny, którą laski lubią – tutaj, przyznaję, stara się tańczyć i śpiewać, a nawet zdradza pewne symptomy talentu komediowego.

Niestety, trochę gorzej się „La La Land” słucha. Jestem fanem musicalowej klasyki i widzę, że Chazelle odrobił zadanie z wielką starannością, ale jak się nie ma repertuaru to trudno zbudować coś trwałego. Mamy tu parę sympatycznych refrenów, ale nie zapamiętałem nawet wałkowanego przez pół filmu motywu przewodniego, zaś o evergreenach w rodzaju „Singin’ In The Rain”, „Tonight”, „I Feel Pretty”, „Money, Money” czy „Good Morning Starshine” nie ma nawet co marzyć. No więc na ekranie słodziaki, dekoracje cukierkowe, fajnie się to ogląda, ale niewiele zostaje.

„Paterson” dobry, choć nie polecam oglądania go po czwartej rano 😉 Leniwie płynący, podszyty subtelnym humorem film, w którym przez tydzień towarzyszymy Patersonowi, piszącemu wiersze (ale że napisy na ekranie? really?) kierowcy miejskiego autobusu, jego nieco znudzonej samotnym przesiadywaniem w domu małżonce, psu (który, nie wdając się w szczegóły, pełni tu tę samą rolę, co strzelba wisząca na ścianie w sztuce teatralnej) oraz kolegom z pracy i baru za rogiem. Jest też miasto Paterson, w stanie New Jersey – raczej metafora, niż dekoracja – i jego mieszkańcy, których poznajemy głównie podsłuchując (uchem głównego bohatera) w autobusie. Fabuły streszczał nie będę, tym bardziej, że jest nader wątła. „Paterson” to przecież film Jarmusha, a więc nie epos, tym razem nawet nie nowelka, ale raczej haiku, które każdy sam sobie powinien odczytać dla własnego użytku.
Swoją drogą – czy Adam Driver jest już oficjalnie uznawany za najlepszego aktora młodego pokolenia, czy jeszcze musi coś udowodnić?


Wreszcie „American Honey”, moim zdaniem najlepszy film tej nocy i w ogóle jeden z najlepszych, jakie ostatnio widziałem. Amerykańska prowincja okiem życzliwego, ale krytycznego outsidera, bo to dzieło Andrei Arnold, pani od „Fish Tank”. Gatunkowo urodziwy kundel – i poetycki film drogi, i słodko-gorzkie coming of age, i realizm społeczny im. Kena Loacha. Wiem, że takie połączenie wydaje się karkołomne, ale tu naprawdę wszystko się udało. „American Honey” to film mocny historią (banda działających na granicy prawa smarkatych komiwojażerów przemierza kraj od czegoś uciekając i za czymś goniąc), aktorstwem (znakomita debiutantka Sasha Lane w roli Star, świetny Czarek Mończyk, który nie wiedzieć czemu podpisany jest tu Shia LaBeouf i spora gromada teresek obojga płci, ponoć rzeczywiście zgarniętych przez reżyserkę z amerykańskich ulic), zdjęciami Robbiego Ryana (to stały współpracownik Arnold, ale i Loacha, więc wszystko się zgadza) i muzyką. Przy tej ostatniej chwilę się zatrzymam, bo… wiadomo 😉 Słyszymy właściwie tylko to, czego słuchają bohaterowie filmu – a więc przede wszystkim grubo ciosanych trapów Carnage’a, czy równie subtelnych hitów Rae Sremmurd i Rihanny. Ale jest też okazja, żeby zanucić jeden z przebojów Bruce’a Springsteena – na trzy głosy, dołączając do Star i kierowcy ciężarówki – a nawet Dead Kennedys. Tu okoliczności nie zdradzę, bo to jedna z najmocniejszych scen…

Jest też piosenka Lady Antebellum, z której Arnold zaczerpnęła tytuł swojego filmu. Przyznałem, nie znałem jej wcześniej, ale po powrocie z kina odszukałem na YouTube i obejrzałem teledysk. Zobaczcie i wy – i od razu wyobraźcie sobie, że „American Honey” jest tej drętwej, rażącej sztucznością sielanki stuprocentowym, rewelacyjnym przeciwieństwem.

Podsumowanie roku 2016

Oczywiście, jak wszyscy, zapamiętam ten rok, jako rok pożegnań. Już sam David Bowie – który w dodatku popisał się saltem mortale w arcymistrzowskim stylu, reżyserując i udźwiękawiając swoją śmierć – wykonał normę, ale kosiarz dopiero brał zamach. Prince, Leonard Cohen, George Michael… to wszystko artyści, którzy pisali ścieżkę dźwiękową do życia mojego pokolenia. Nie trzeba było być zagorzałym fanem, by odczuć tę stratę. I jeszcze Keith Emerson, i Greg Lake, i Alan Vega, i Chór Aleksandrowa, i Stasiek Wielanek, i Maurice White, i – już spoza świata muzyki, ale wciąż ze świata naszej zbiorowej wyobraźni – Muhammad Ali, i Carrie Fisher, i Andrzej Wajda, i Andrzej Kondratiuk, i Andrzej Żuławski, i Alvin Toffler, i Umberto Eco, i Gene Wilder… I jeszcze Grudzień, bez kolejki, spoza rozdzielnika, zupełnie bez sensu.
Jestem już na tyle duży, że nie od dziś mam świadomość, że vanitas vanitatum et omnia vanitas, ale w 2016 roku wyjątkowo często powracało memento: świat, który znasz, przestaje istnieć. Właściwie już nie istnieje.

Co więc robić, gdy na karku czujesz oddech otchłani? Jedz, módl się twórz/poznawaj twórczość innych, i kochaj.

O jedzeniu pisał nie będę, bo konkurencja za duża, miłość też lepiej czynić niż o niej rozprawiać, więc twórczość, zajmijmy się twórczością – najpierw samolubnie, moją własną, później cudzą.

W 2016 roku nie wydałem żadnej książki i świat, o dziwo, jakoś wciąż się kręci – ale już nad kolejną (a właściwie nawet dwiema) pracuję. Powstały natomiast dwie książki, do których dołożyłem swoje trzy grosze, więc w ramach podsumowania roku pochwalę się, bo jest czym.

Pierwsza z nich to „Alchemia muzyki współczesnej”, książka festiwalowa towarzysząca krakowskiemu Sacrum Profanum. Nie program plus ciekawostki, ale właśnie książka – zbiór esejów i wywiadów odnoszących się do programu tegorocznej edycji imprezy, ale broniących się również poza jego kontekstem. Praca zbiorowa, którą miałem zaszczyt współtworzyć obok m.in. Olgi Drendy, Moniki Pasiecznik, Jacka Hawryluka i Bartka Chacińskiego. Ja tam miałem napisać o Johnie Zornie, przede wszystkim jako o – wciąż chyba niedocenianym – kompozytorze muzyki współczesnej, ale wyszedł mi tekst o jego funkcjonowaniu wśród ludzi, które równocześnie jest w pewnym sensie metodą twórczą.

Druga książka, której jeszcze chyba nie ma, ale lada moment będzie to „Antologia Polskiej Muzyki Elektronicznej”. Również praca zbiorowa, która powstała pod auspicjami Narodowego Centrum Kultury i która powinna raz na zawsze uporządkować lata formacyjne polskiej elektroniki. Bardzo szeroko pojmowanej – ale o tym innym razem, nie zamierzam spoilować, skoro oficjalnych informacji o tej publikacji póki co niewiele. Zapowiada się jednak rzecz bardzo smaczna i pozycja raczej obowiązkowa na półce każdego fana, który uważa, że niekoniecznie tylko rock.

2016 to dla mnie jednak przede wszystkim rok „Gazety Magnetofonowej” – spełnionego marzenia i klątwy zarazem. Przyniosła mi równie wiele radości, co zmartwień, pożarła więcej czasu, energii i funduszy niż jakikolwiek inny projekt, ale też dała dużo satysfakcji. I wciąż żyje – to największy sukces!
Pokornie dziękuję wszystkim, którzy się do tego przyczynili: koleżankom i kolegom z redakcji, czytelnikom, którzy wsparli nas na Polak Potrafi i później, wykupując prenumeratę czy sięgając po pojedyncze numery magazynu, artystom (i nie tylko), którzy opowiedzieli nam wiele fascynujących historii, reklamodawcom, dystrybutorom, dziennikarzom, którzy zanieśli światu dobrą nowinę – wszystkim razem i każdemu z osobna.

prenumeratapic

Wierzę, że nie muszę tłumaczyć, czym jest „Gazeta Magnetofonowa”, bo każdy, kto chciał, miał już okazję sprawdzić. Udało nam się tę łajbę zwodować, udało się ustabilizować kurs, choć wody wokół burzliwe i zdradliwe – a teraz będziemy się starać robić mniej więcej to samo, ale coraz lepiej. Bo oczywiście mam świadomość, że może być znacznie lepiej. Swoją drogą, jeśli ktoś chciałby wesprzeć „Gazetę Magnetofonową” krytyczną uwagą, dobrym pomysłem, jeszcze lepszym tekstem itp., itd. – proszę o kontakt. Choćby pod tym adresem: gazeta@magnetofonowa.pl

Wszystkich natomiast, którzy zakładają, że po „Gazetę Magnetofonową” w 2017 roku raczej sięgną, gorąco zachęcam do wykupienia prenumeraty – tak będzie taniej i prosto do domu, a dla nas to najlepsze wsparcie, właściwie gwarancja przetrwania. Win-win.

Koncertów widziałem za dużo, więc zlewają się w jeden głośny, migocący światłami sceny kołowrót – ale kilka zapamiętam. Neurosis na Roadburn – pierwszy z nich – wyprostował mi zwoje mózgowe. I jeszcze Diamanda Galas, G.I.S.M. i Pentagram tamże. Oranssi Pazuzu tu i tam. Kwadrofonik + Adam Strug. Angelcorpse, Nagrobki, Killing Joke, Kristen, Ketha. Jazzowo-ambientowe „Dziady”. Zeitkratzer grający Karkowskiego i Toeplitza oraz Zaradny/Piotrowicz/Noetinger na Sacrum Profanum. Adrian Belew solo i King Crimson z trzema perkusjami. Brodka i Ibeyi na Weekenderze. Dawid Podsiadło w Poznaniu i w Krakowie. Napalm Death, Jambinai i ten krótki kawałek Sleaford Mods, który udało mi się zobaczyć na OFFie. Senyawa, Death Grips, Lotto, Zimpel i Matmos na Unsound. Tanya Tagaq i drone’owo-metalowa noc na RBMA w Montrealu. Pożegnanie z Black Sabbath.
Dużo, dużo dobra. Prawdę mówiąc trochę już jestem zmęczony tym ciągłym bieganiem na koncerty – ale jak tu przestać?

Kino & telewizja. Znowu sporo mnie ominęło. Bardzo podobała mi się „Służąca” Park Chan-wooka, jeszcze bardziej „Nienawistna ósemka” Tarantino, na „Łotra 1” złego słowa nie powiem (poza tym, że do bólu przewidywalny – no, ale nie spodziewałem się, że będzie inaczej), jakoś przemęczyłem się na „Juliecie” Almodovara (czego pożałowałem w rozczarowującym finale) i z jeszcze większym trudem wytrzymałem na „Kosmosie” Żuławskiego (choć i tak podziwiam odwagę – to przecież nie miało prawa się udać). Dobrze bawiłem się na „Nice Guys” i jeszcze lepiej na „Masterminds” (mam nadzieję, że autor polskiego tytułu – „Asy bez kasy” – nie dostał za to kasy”). Największe wrażenie w tym roku zrobiły na mnie „Ostatnia rodzina” (to grower – z kina wyszedłem rozczarowany, ale choć wciąż mam zastrzeżenia, nie mogę przestać o tym filmie myśleć) i „Wołyń” – na szczęście nie muszę rozstrzygać, który z tych filmów jest lepszy i dlaczego, za to oba gorąco polecam.

Seriale. Netflixa odpalę pewnie dopiero w styczniu – jak Bóg da – więc nie wiem, o co chodzi z „Black Mirror” czy „Stranger Things”, nie załapałem się na hajp. Nie załapałem się też na hejt „Westworld”. Zapewne można znaleźć w historii sf koncepcje podobne, lecz bardziej spójne, pełne myśli bardziej przenikliwych i solidniejszych analiz – ale mnie ten świat wciągnął. Przekonały mnie postacie, zafascynowały dekoracje, skusiły dźwięki. Słyszałem, że nuda, że się wlecze – a mnie to tempo zachwyca. Pewnie dlatego, że w moim wieku, z balkonikiem, za czymś pędzącym szybciej trudno nadążyć. Zresztą „Młody papież” płynie jeszcze wolniej, a uważam go za arcydzieło – to na pewno najlepszy serial, jaki obejrzałem w tym roku. Oryginalny, odważny i nieoczywisty. W równym stopniu wprawiający w zakłopotanie zapiekłego ateusza, jak i żarliwego katolika, a przecież powiedzieć o „Młodym papieżu”, że to po prostu serial o Kościele, czy nawet o wierze – to jeszcze nic nie powiedzieć.

„Vinyl”? Głupia wydmuszka. Jak można nakręcić serial obyczajowy z muzyką w roli głównej proponuję sprawdzić na przykładzie „Treme” i nie przekonywać mnie już, że „Vinyl” miał w sobie coś poza koncertowo zmarnowanym potencjałem. „Długa noc” fajna, bo John Turturro jest mistrzem, ale tu również miałem apetyt na więcej – jakoś od połowy znakomity serial dla dorosłych przepoczwarza się w naiwne skrzyżowanie „Skazanego na śmierć” z „Dwunastoma gniewnymi ludźmi” i trochę przykro, że właśnie tak.

Niestety, nie widziałem żadnego polskiego serialu, ale gdzieś natrafiłem na informację, że Rysiek wraca do „Klanu” i też się cieszę.

Literatura. Na pewno było dużo dobra, ale chyba dokonywałem złych wyborów. Nawet „Vernon Subutex” Virginie Despentes, w którym po pierwszej części z radością odkryłem hardkorowy dalszy ciąg „High Fidelity” Cornby’ego, w części drugiej srogo mnie rozczarował. Numerem jeden w tym roku są więc dla mnie „Beatlesi” Larsa Saabye Christensena, powieść tylko z pozoru muzyczna, za to z całą pewnością bardzo chłopacka. Zaczyna się jak „Mikołajek” dla dorosłych, a kończy… życiowo.

No i płyty. Skupiłem się w tym roku głównie na polskiej muzyce – ze względu na obowiązki związane z „Gazetą Magnetofonową”, ale i dlatego, że po raz któryś z rzędu mieliśmy najlepszy rok w historii. Poniżej przedstawiam więc 50 moich ulubionych polskich płyt w kategorii open. Zrezygnowałem z hierarchizujących cyferek, bo porządek, w którym zostały ułożone, jest mniej lub bardziej przypadkowy. Poza pierwszą dwudziestką jest już raczej dowolny, a i tytuły z czołówki ulegają ciągłemu przetasowaniu – bo dziś mam taki nastrój, a jutro inny, bo coś się znudziło, a coś innego dopiero po dwudziestym przesłuchaniu ujawniło wszystkie swe walory.

 


Furia „Księżyc milczy luty“, Pagan
Mooryc „Wiped Out“, Sonar Kollektiv
ARRM „ARRM”, Instant Classic
Shy Albatross „Woman Blue”, Pomaton
Wacław Zimpel „Lines”, Instant Classic
Brodka „Clashes“, Kayax/PIAS
So Slow „Nomads“, Instant Classic
Lotto „Elite Feline“, Instant Classic
We Will Fail „Hand That Heals / Hand That Bites“, Monotype
Ryby „Kenia”, Thin Man
Pio Szorstkien „Signum”, Karrot Kommando
Żywizna „Zaświeć Niesiącku and other Kurpian songs”, Bołt
Tryp „Nagie serce”, 3P
Furia „Guido”, Pagan
Łona i Webber „Nawiasem mówiąc“, Dobrze Wiesz
HEY „Błysk”, Kayax
Kristen „LAS”, Instant Classic
KęKę „Trzecie Rzeczy”, Takie Rzeczy
Jacek Sienkiewicz „Hideland”, Recognition
Ten Typ Mes „AŁA.“, Alkopoligamia/Agora
Anna Zaradny „Go Go Theurgy“, Musica Genera / Bocian
Wędrowcy-tułacze-zbiegi „Światu jest wszystko jedno”, Devoted Art Propaganda
Duży Jack „Uczucia”, Lado ABC
Innercity Ensamble „III”, Instant Classic
Olgierd Dokalski „Mirza Tarak”, Fundacja Kaisera Söze
Tropy „Eight Pieces”, Wet Music Records
Zamilska „Undone“, Untuned
Resina „Resina”, 130701
PRO8L3M „PRO8L3M”, Rap History Warsaw
Lelek „Brzask bogów”, Karrot Kommando
Obscure Sphinx „Epitaphs”, wyd. własne
Pictorial Candi „fOREVER TILL YOU DIE”, MAMI
Robert Piotrowicz „Walser”, Musica Genera
Mirt „Random Soundtrack”, Kosmodrone
LAM „LAM”, Instant Classic
Lautbild „Pulsus Frequens”, Mik Musik/BDTA
Julia Marcell „Proxy”, Mystic
Sorry Boys „Roma”, Mystic
Coldair „The Provider”, Twelves
Arkona „Lunaris”, Debemur Morti
Hańba! „Hańba!”, Antena Krzyku
Gaba Kulka „Kruche”, Mystic
Naphta „7th Expedition”, Transatlantyk
Adam Witkowski „Ra Ba Ba Ba”, BDTA
Rebeka „Davos”, ART2 Music
Maja Kleszcz & Incarnations „Romantyczność”, Fonobo
Bisz/Radex „Wilczy humor”, Pchamy ten syf
Alles „Culture” Antena Krzyku
Król „Przez sen”, Kayax
Cultes des Ghoules „Coven, or Evil Ways Instead of Love”, Under the Sign of Garazel

Moje ulubione płyty ze świata? Pierwsza dwudziestka mniej więcej taka:


The Body „No One Deserves Happiness”
Oranssi Pazuzu „Värähtelijä”
ANOHNI „Hopelessness”
Bon Iver „22, A Million”
David Bowie „Blackstar”
Beyonce „Lemonade”
Danny Brown „Atrocity Exhibition”
Wrekmeister Harmonies „Light Falls”
James Blake „The Colour in Anything”
Swans „The Glowing Man”
Gojira „Magma”
Neurosis „Fires Within Fires”
Planetary Assault Systems „Arc Angel”
Radiohead „A Moon Shaped Pool”
Tanya Tagaq „Retribution”
Nicolas Jaar „Sirens”
Leonard Cohen „You Want it Darker”
Nick Cave & The Bad Seeds „Skeleton Tree”
Meshuggah „The Violent Sleep of Reason”
Crowbar „The Serpent Only Lies”

…ale długo jeszcze będę nadrabiał zaległości.

Najlepszego w 2017! Obyśmy roku 2016 nie wspominali z rozrzewnieniem.
 

Teraz chcę być twoim psem (no, chodźże)

Nie zawsze 2+2=4. Jeden z moich ulubionych reżyserów (pierwsza dziesiątka, z dodatkowymi punktami za klipy) nakręcił film o jednym z moich ulubionych zespołów (na pewno w pierwszej setce – proszę mi zaufać, to jest ŚCISŁA CZOŁÓWKA), więc powinno być najpiękniej. Nie powiem, na „Gimme Danger” świetnie się bawiłem, szczególnie gdy w zwyczajową tkankę muzycznego dokumentu (gadające głowy + koncertowe archiwalia) Jarmusch wplatał zabawne animacje lub fragmenty starych filmów i programów telewizyjnych, w roli ironicznych, a niekiedy wręcz surrealistycznych didaskaliów. Te wszystkie anegdoty, zdjęcia, dźwięki i ruchome obrazki z epoki składają się na widoczny z kosmosu napis: THE STOOGES WIELKIM ZESPOŁEM JEST – i niestety niewiele więcej. Żadnego wstrząsu, głębszego wzruszenia czy olśnienia: „No tak, teraz to ma sens!”. Prawdopodobnie miałem zbyt duże oczekiwania…

zrzut-ekranu-2016-11-26-o-00-03-24

Jeśli znacie tę historię, macie na półce płyty, czytaliście książkę o Iggym, pociliście się na OFF-ie pod barierką, „Gimme Danger” niczym was nie zaskoczy. Co najwyżej utwierdzicie się w przekonaniu, że macie świetny gust, poznaliście się na talencie zignorowanym przez głuchą, chodzącą na pasku wielkich wytwórni większość i w ogóle – to cytat z przemowy Iggy’ego z okazji przyjęcia grupy do Rock’n’Roll Hall Of Fame – jesteście cool. Taka miłe pomizianie własnego ego w cenie biletu kinowego – więc w sumie warto.
Jeśli natomiast historii nie znacie, ale interesujecie się popkulturą w ogóle, a rockiem szczególnie, to „Gimme Danger” jest lekturą obowiązkową. Bo to jednak wszystko prawda, The Stooges wielkim zespołem byli i dobrze się stało, że akurat Jim Jarmusch potwierdził to swoim autorytetem. Jest szansa, że hałaśliwy film z jakimś cudakiem w roli głównej obejrzą również ci, którzy kochają kino, ale ich najdzikszą muzyczną przygodą jest Sting oraz „Nevermind” w liceum. Nie, nie szydzę, wręcz przeciwnie. Właśnie tym spotkania z „Gimme Danger” najbardziej zazdroszczę.