To żyje

Nie lubię się bać, więc zamiast oglądać opolskie afterparty, wymknąłem się do kina, na późnowieczorny seans „It”. Marudziłem na ten film zanim go zrobili, więc OK, wypada publicznie zrobić krok w tył. No, może pół kroku, bo:

IT

– im (niby) straszniej tym gorzej, a klaun to w ogóle z jakiegoś nieudanego klipu Mansona,

– tajemnica za szybko przestaje być tajemnicą, mniej w tym klimatu, więcej gry komputerowej, w której odhacza się kolejne zadania,

ale za to:

– najstraszniejsze na świecie jest dojrzewanie, dzięki za przypomnienie,

– więc te fragmenty w których horror ustępuje miejsca klasycznemu coming-of-age wspaniałe,

– popkulturowe odwołania, takie jak New Kids On The Block, Anthrax (który zaczyna grać w soundtracku dokładnie wtedy, kiedy obwieś w t-shircie Anthrax obrywa kamulcem w łeb) czy „Koszmar z Ulicy Wiązów 5” w kinie – cudowne,

– złoty medal należy się za casting. Bill, Ritchie i szczególnie Ben znakomici, a Bev jest dokładnie taką dziewczyną w jakiej kochają się wszyscy 15-letni chłopcy.

No więc dobrze, nakręcenie tego filmu nie było głupim pomysłem. Ale ten klimat, te dekoracje, ścieżka dźwiękowa, nawet światło każą mi wątpić, czy „It 2017” spodoba się komukolwiek oprócz czterdziestoletnich chłopców.

Reklamy

Hit me, Baby, one more time

Nie pamiętam, kiedy miałem ostatnio taką pyszną kinową serię, jak w tym roku. Niech to trwa! Od rzeczy ambitniejszych, po zabili-go-i-uciekł – tyle dobra, że aż serce rośnie. Dzisiaj „Baby Driver” Edgara Wrighta. Gdyby nie polecenie kolegi (dzięki, Kuba!), mógłbym przegapić film z takim tytułem i straciłbym dwie godziny najlepszej zabawy.

Fabuły, nieskomplikowanej zresztą, zdradzał nie będę, ale punkt wyjścia chyba mogę: oto chłopiec, który wygląda na licealistę, grzecznego w dodatku, a jest kierowcą na usługach napadających na banki łobuzów. Kierowcą wybitnym, prawdziwym mistrzem. Jest do tego fanem muzyki, więc w jednej z głównych ról mamy ścieżkę dźwiękową, na której znajdziecie takie perełki, jak:

I jeszcze:

A nawet:

To nie koniec muzycznych wątków! Obecność Jamiego Foxxa mnie nie dziwi, bo to bardziej aktor niż śpiewak, ale trzeba zaznaczyć, że typ totalnie daje radę. W epizodycznych rolach pojawiają się też m.in. Flea bez nosa (który wypowiada kwestię – cytuję z pamięci – typu: „Cały czas słuchasz muzyki? Masz coś z głową?”, najmocniej przepraszam współkinomanów za mój zbyt głośny rechot w tym momencie), Killer Mike, Big Boi, Sky Ferreira, a nawet – no właśnie 😉 – Jon Spencer.

Ale to wszystko jeszcze nic. Po raz pierwszy spotkałem się z zabiegiem, który jest równie banalny, co efektowny i który sprawił, że „Baby Driver”, jest filmem sto razy bardziej muzycznym niż taki „La La Land”, choć nikt tu przecież nie śpiewa i nie tańczy. Otóż każdy dźwięk – kroki, dzwonki windy, syreny policyjne, szelest przeliczanych banknotów, wystrzały, pisk opon… – został tu zsynchronizowany ze ścieżką dźwiękową. Jeśli wcześniej spotykaliście się ze sformułowaniem, że jakiś film jest jak teledysk (a spotykaliście się na pewno), to zapomnijcie, bo tu mamy zupełnie nową jakość: „Baby Driver” jest jednym wielkim, dynamicznym, porywającym klipem. Ależ to jedzie!

A właśnie – jedzie. To film sensacyjny, więc wypełniony efektownymi pościgami samochodowymi, do tego trup się ściele gęsto, na to wszystko nakłada się cudownie naiwny, żywcem wycięty z kina college’owego, wątek romantyczny. Postacie są aż do przesady wyraziste, a całość narysowana została grubą, komiksową kreską – aż sprawdziłem, czy pierwowzorem nie były jakieś kultowe, acz mi nieznane, zeszyty, ale chyba nie. Co nie zmienia faktu, że „Baby Driver” to jeden z najlepszych kinowych komiksów, jakie widziałem, obok pierwszego „Sin City”, „Historii przemocy” i „Strażników galaktyki”.

PS. Na koniec prawdziwa perełka. Okazuje się, że Wright wymyślił sobie ten film ponad 20 lat temu, ale że długo nie miał możliwości zrealizowania go, w 2003 wyreżyserował teledysk, który jest właściwie ćwiczeniem ze sceny otwierającej „Baby Driver”.

Król Artur jest łotrem

Kinowa premiera „Króla Artura. Legendy miecza”, w reżyserii Guya Ritchiego, pozwoliła mi wcisnąć się do nowego numeru „Polityki” z tekstem nie tyle o samym filmie (w ogóle nie o nim), co o fenomenalnej żywotności legend arturiańskich, ich całkiem naturalnej demitologizacji, ale też zaskakującej (przynajmniej częściowej) remitologizacji oraz nieoczekiwanej roli w debacie wokół Brexitu.

Zainteresowani znajdą artykuł w papierze, a papier w kiosku, ewentualnie tutaj online, za drobną opłatą. Życzę przyjemnej lektury.

Artur

Film Ritchiego nie był jedynym pretekstem do napisania tego tekstu – była nim również niedawna premiera „Zimowego monarchy”, pierwszego tomu nowego wydania trylogii arturiańskiej Bernarda Cornwella. Powieści historycznej i przygodowej zarazem, którą pożarłem z wypiekami na twarzy i niniejszym gorąco polecam. Tu zresztą rekonstrukcja mitu odbywa się już w jego łonie. Oto królowa Igraine, na której zlecenie zakonnik (i eksrycerz) Derfel spisuje dzieje Artura, pyta o Camelot, „z jego zieloną trawą, wysokimi wieżami, damami w długich sukniach i wojownikami rzucającymi im kwiaty pod nogi”, ale w odpowiedzi słyszy: „Nie przypominam sobie (…) obsypanych kwiatami ścieżek, za to pamiętam wojowników, którzy po bitwie ledwo powłóczyli nogami albo czołgali się z płaczem po ziemi, wlokąc za sobą wyprute wnętrzności”.

Mamy więc z jednej strony w „Zimowym monarsze” dzielnych wojowników, heroiczne czyny, piękne damy i szał uniesień – ale narrator skrzętnie dba o to, by lot wyobraźni nie pociągnął nas zbyt wysoko w różowe chmury. Zarówno wojnę, jak i miłość odziera z romantyzmu, drastyczne, wręcz turpistyczne opisy krwawych porachunków przetykając rzadkimi, ale udanymi, bo nie dociskanymi na siłę, błyskami humoru. A wszystko to w scenografii, która bliższa jest prowizorce Monty Pythona i ich „Świętego Graala”, niż tym arturiańskim filmom, w których wszystko lśni, imponuje majestatem i przepychem. Stolice brytyjskich królestw z książki Cornwella rozsypują się i śmierdzą, nieporadnie rządzone przez półdzikich watażków, którzy wzięli je w posiadanie po odejściu znacznie bardziej cywilizowanych Rzymian. A ludzie, jak to ludzie, godni są raczej pogardy i/lub współczucia niż podziwu i naśladowania.

Miałem coś jeszcze o tej świetnej książce napisać, ale nie muszę, bo rzutem na taśmę wyręczył mnie sam autor. Skontaktowałem się bowiem z Cornwellem tworząc tekst do „Polityki”, wysłałem mu kilka pytań, miał odpowiedzieć, ale coś mu wypadło… Myślałem, że nie odpisze i już się nie upominałem, aż tu wczoraj po południu przychodzi mail. Z serdecznymi pozdrowieniami i odpowiedziami na moje pytania, które pozwolę sobie przytoczyć poniżej. Ufając, że jeśli mi nie udało się zachęcić państwa do sięgnięcia po „Zimowego monarchę”, to Bernard sobie poradzi.

W czym, twoim zdaniem, tkwi tajemnica żywotności mitu arturiańskiego?  

Podejrzewam, że korzenie arturiańskich opowieści tkwią w micie złotego wieku. Wydaje mi się, że każde społeczeństwo ma podobny mit, który głosi, że kiedyś, w przeszłości, było znacznie lepiej. Nie wiemy nawet, czy ktoś o imieniu Artur, czy Król Artur, na pewno istniał, ale istnieją przesłanki, które każą nam przypuszczać, że wódz Brytów o tym imieniu pokonał Sasów w okolicach 500 roku naszej ery.
A teraz czas na tło! Wycofanie się legionów rzymskich w V wieku pozostawiło Brytanię zdezorganizowaną i bez przywództwa. Wyłoniły się z tego niewielkie królestwa, ale największym zagrożeniem była inwazja Sasów, przybywających z ziem, które dziś znamy jako Niemcy. Byli zajadłymi wojownikami, efektywnymi w boju, więc stopniowo przemieszczali się na zachód, biorąc Brytów do niewoli, zabijając ich, odbierając im ziemię. W połowie tego procesu (który zresztą zakończył się sukcesem), brytyjski wódz (myślę, że to Artur) pokonał saską armię pod Mount Badon. Wiemy, że taka bitwa miała miejsce, ale nie wiemy, gdzie dokładnie. W każdym razie Artur powstrzymał najeźdźców i kronikarze twierdzą, że „przez całe pokolenie” Sasi żyli w strachu. W końcu zwyciężyli, ale Brytowie (których dziś nazwalibyśmy Walijczykami) zachowali pamięć tego wspaniałego czasu, kiedy mogli siać i czekać na zbiory bez strachu, kiedy wiedzieli, że ich kobiety i dzieci nie trafią do niewoli, bo Sasi zostali pobici. To był dla Brytów złoty wiek! Długo nie potrwał, złote wieki zawsze szybko mijają, ale opowieść o nim była przekazywana z pokolenia na pokolenie i stawała się coraz bardziej wymyślna. W końcu straciła kontakt z rzeczywistością! Dowódca z VI wieku stał się „Królem Arturem”.
Dla mnie więc żywotność legend arturiańskich tkwi w naszej nieustającej tęsknocie za lepszym, mitycznym czasem, kiedy dobrze się żyło. Jestem pewien, że i w Polsce istnieje pamięć kulturowa złotego wieku, bo wszystkie społeczeństwa to mają.
 

Co najbardziej pociąga cię w tamtych czasach?

Ich drastyczność! Brutalność! W pierwszych wzmiankach o nim – w żywotach walijskich świętych – Artur jest łotrem! Jest złodziejem, mordercą i gwałcicielem! Najprawdopodobniej nie był chrześcijaninem (stąd ta wrogość), ale w końcu Kościół, któremu nie udało się wymazać wspomnień o bohaterze, postanowił go adoptować. Tak oto legendy arturiańskie zostały schrystianizowane. Zamiast szukać magicznego (i pogańskiego) kotła Clyddno Eidyna, Artur szuka Świętego Graala. Został idealnym chrześcijańskim bohaterem, odważnym, dobrym i mądrym, ale w rzeczywistości musiał być bardzo brutalnym, a więc bardzo efektywnym dowódcą.  

Czy ten mit jest wciąż żywy? Ma jakikolwiek wpływ na dzisiejsze życie społeczne i polityczne Wielkiej Brytanii?

Tego nie wiem, ale mit nigdy nie umiera. Nie sądzę, by ludziom przychodził do głowy akurat Artur, gdy martwią się problemami kraju, ale te opowieści reprezentują tęsknotę za prostszą przeszłością. Podejrzewam, że wielu Brytyjczyków głosowało za Brexitem, kierując się między innymi takimi pobudkami – mieli poczucie, że Wielka Brytania była lepszym miejscem, zanim Bruksela zaczęła się wtrącać i wszystko komplikować.

Gombrowicz po francusku

Ja wiem, że „Obcy“ i „Piraci z Karaibów“, że „Twin Peaks” w telewizorze, a lato we łbie, ale proszę, uprzejmie proszę, idźcie na „Martwe wody” Dumonta, póki w kinach dają.

Idźcie, jeżeli lubicie filmy Brunona Dumonta, choćby za leniwe tempo, zakazane gęby i nieoczekiwane najazdy metafizyki na realizm. Idźcie, jeżeli najbardziej ukochaliście „Małego Quinquina” – choćby za pokraczne dialogi, rubaszne żarty, z których trochę głupio się śmiać i ekstremalne, naturalistyczne wrzutki w sielskich dekoracjach.

„Martwe wody” – tytuł polski uzasadniony, choć lepszy jest oryginalny, czyli „Ma Loute”, bo kierujący uwagę widza na głównego bohatera – to trochę kryminał, niby komedia, jakby krytyka stosunków społecznych, ale pełną gębą groteska. To film, który może zaskoczyć i zaszokować już na poziomie kreowania postaci, od bohatera tytułowego, przez inspektora Machina (który jest tak gruby, że musi się położyć na boku, żeby przyjrzeć się śladom zbrodni, kocham!) i szalonego hrabiego Van Peteghema, aż po Billy’ego i jego neurotyczną matkę… Ale i fabuła kryje niespodzianki – dość powiedzieć, że jeśli w pewnej chwili przypomną wam się placuszki pani Lovett ze „Sweeneya Todda”, nie będę zaskoczony.

Przede wszystkim jednak idźcie na „Martwe wody”, jeśli kochacie twórczość Witolda Gombrowicza. Nie wiem, czy Dumont zna powieści i/lub dramaty polskiego pisarza, ale trudno mi sobie wyobrazić, że nie, tak bardzo gombrowiczowski to film. Mamy do czynienia z tym samym wyczuciem absurdu i zarazem tragizmu ludzkiego życia, tą samą fascynacją przyciągającymi się i zarazem niszczącymi się wzajemnie opozycjami. W „Martwych wodach” napięcie przebiega pomiędzy młodością a starością, godną pogardy, zdegenerowaną arystokracją a zdrowym ludowym jądrem, czy wreszcie pomiędzy kobiecością a męskością. Brzmi znajomo? Bohaterowie uwięzieni w swoich rolach (gębach), drepczą niezdarnie, czasem przyspieszając do biegu kurczaków z poobcinanymi łbami, zderzają się ze sobą, próbują komunikować – ale zwykle z marnym skutkiem. Francuskiemu reżyserowi udało się w dodatku wszystko to, na czym potykał się Andrzej Żuławski w swojej wizji „Kosmosu” – groteska „Martwych wód” nie jest pozbawiona sensu, a aktorskie szarże nie odbierają postaciom wiarygodności.


Więcej nie napiszę, żeby nie spoilować, choć u Dumonta – jak w „Kosmosie” czy „Pornografii”, bo z tymi powieściami Witolda Gombrowicza najbardziej mi się francuski film kojarzy – przebieg intrygi to rzecz drugorzędna. Ledwie pretekst do studiowania ludzkiej natury, zderzonej z codziennymi rytuałami, społecznymi konwenansami czy wreszcie piekłem innych ludzi.

Znakomity film, idźcie.

Miłość i śmierć w Olympii

Gdyby film „Dalida. Skazana na miłość” trafił do polskich kin jeszcze dekadę temu, najlepiej dwie – byłby skazany na sukces. Ale dzisiaj? Czy ci, którzy jeszcze Dalidę pamiętają, będą mieli ochotę wyjść z domu? A może nie trzeba pamiętać, może oszałamiająca kariera pięknej piosenkarki i jej życie w cieniu śmierci (od samobójstw kochanków po własne) to historia na tyle frapująca, że obroni się bez sentymentalnego kontekstu?


Polski podtytuł filmu – „Skazana na miłość” – wiele mówi o tym, jak Lisa Azuelos widzi życie uczuciowe pieśniarki i jak przedstawia je widzowi. Poza pierwszym, krótkim okresem zauroczenia, każda miłość jest dla Dalidy ciężkim brzemieniem. Nawet jak jest dobrze to jest najgorzej, więc trzeba wzdychać i przewracać oczami. Zwykle jednak dobrze nie jest, a partnerzy kochliwej pieśniarki kończą marnie, zostawiając ją poturbowaną i jeszcze łatwiejszą do zranienia przez kolejnego pana. I tak w koło Macieju, aż do smutnego końca. Niestety, niewiele z tych relacji rozumiemy, bo było ich niemało, a tu przecież trzeba jeszcze przedstawić traumy dzieciństwa i sceniczne przewagi, jeszcze przeboje muszą wybrzmieć… Azuelos chciała w dwie godziny streścić całe burzliwe życie gwiazdy, uznając, że wszystko jest równie ważne, przez co mamy do czynienia ze zbiorem teledysków przetykanym doniesieniami z „Pudelka” i dialogami z opery mydlanej. Zmienia się scenografia, zmieniają kostiumy i charakteryzatorzy nieźle się starają, ale wichry namiętności, które hulają na ekranie, widza ledwie muskają.
Trudno się przy tym oprzeć wrażeniu, że Dalida jest istotą pozbawioną autorefleksji i/lub instynktu samozachowawczego, bez końca powtarzającą to samo ćwiczenie, nie wyciągając wniosków z porażek i popełniając te same błędy. Może zresztą takie były intencje twórców filmu, bo – jak podpowiada mi małżonka i pewnie ma rację – ludzie tak się zachowują, nie uczą się na błędach. Tak czy owak bohaterce tej opowieści współczułem od pierwszych minut filmu, ale chyba nie polubiłem jej do ostatnich.

Więcej pożytku z seansu „Dalidy”, niż wielbiciele dobrych obyczajowych historii, będą mieli fani muzyki. Warto dowiedzieć się (lub przypomnieć, jeśli ktoś załapał się na czasy jej hegemonii na listach przebojów), że te wszystkie hity, które wciąż krążą w krwiobiegu naszej popkultury (od „Parole parole” po „Gigi L’Amoroso”) wyśpiewywała nam we Francji pewna Włoszka z Egiptu. Że udało jej się nie tylko podbić świat, ale też wymyślić parę razy na nowo i przez trzy dekady utrzymać na powierzchni. Co właściwie było niemożliwe w czasach, w których w tej branży kobiety miały tylko wyglądać, pachnieć i dobrze brzmieć, a kiedy już się zużywały, po prostu wymieniało się je na nowsze modele. A zużywały się szybko, bo kto by tam chciał oglądać na scenie trzydziestolatkę, skoro tyle wokół utalentowanych dwudziestek… Była więc Dalida taką Madonną w epoce przed Madonną i warto o tym pamiętać oraz pokłonić się z szacunkiem.
Przy okazji możemy sobie przypomnieć nie tak znowu odległe – a zdawać by się mogło, że prehistoryczne – czasy, kiedy również nad Wisłą w poszukiwaniu muzycznych hitów nadstawiało się ucha nie na Londyn czy Nowy Jork, ale na Paryż. Szczytem eksportowych marzeń polskich artystów nie była natomiast Primavera, Coachella czy nawet Carnegie Hall, ale mityczna Olympia. Za sprawą „Dalidy” można się dowiedzieć, co to za miejsce i poznać prowadzącego ją Bruno Coquatrixa, tego samego, który uchylił drzwi do wielkiego świata przed Violettą Villas i Ewą Demarczyk.

Straciłem, więc jestem

Nadrabiając oscarowe zaległości, wreszcie obejrzałem „Manchester by the Sea”. Ze ściśniętym gardłem, oczywiście, nie da się inaczej. Bez wchodzenia w szczegóły – film jest o winie i oczekiwaniu na karę, która nie nadchodzi. Kara – jaki to piękny pomysł, jaki litościwy. Wystarczy schylić kark, przyjąć bolesne razy, przełknąć łzy, a potem można wstać nowym człowiekiem i zacząć wszystko od nowa. Bo bez kary nijak się nie da, nie będzie odkupienia.

Lee, główny bohater „Manchester by the Sea” – czy Casey Affleck zasłużył na tego Oscara? A czy morze jest mokre? – to twardy chłopak. Nie prosi o łaskę, nie próbuje odbudować sobie życia, które – przypadkowo, ale jednak własnoręcznie – zrujnował. A raczej próbuje, ale nie dla siebie, lecz odpowiadając na wyzwanie losu, w ramach poczucia obowiązku wobec tych, których kocha. Miałem nie spoilować, więc nie powiem, czy mu się udaje, ale chyba nie zgrzeszę zdradzając, że „Manchester by the Sea” to nie kino familijne z obowiązkowym happy endem, że tu nie ma łatwych, jednoznacznych rozwiązań. Samo życie.

Przyznaję, wychodząc z kina zastanawiałem się, dlaczego Oscara w kategorii Najlepszy film dostał „Moonlight”, a nie „Manchester by the Sea” właśnie. Jeśli abstrahować od tematyki i rzecz sprowadzić do formy, do wykorzystania języka filmowego, to „Moonlight” chyba rzeczywiście jest ciekawszy, śmielszy, mniej akademicki. Z drugiej strony – ta ascetyczna forma „Manchester by the Sea” idealnie pasuje do treści. Kiedy obcujemy z tragedią tak wielką, kiedy wali się świat, nie czas na karkołomne fikołki montażu, gry kolorów czy efektowne, futurystyczne biciwo na ścieżce dźwiękowej. Swoją drogą, Lesley Barber (z niewielką pomocą Händla) doskonale to wyczuł, proponując muzykę bardzo klasyczną, może nieco melodramatyczną, ale przy tym po prostu piękną. Idealnie wpisującą się w sielskie i surowe zarazem, zimowe krajobrazy wybrzeża Nowej Anglii.

Decyzja Akademii wydaje mi się więc iście salomonowa. Niech już będzie, że „Moonlight” jest filmem formalnie lepszym, ale historia opowiedziana w „Manchester by the Sea” jest po prostu bardziej uniwersalna. Niezależnie od czasu, miejsca, koloru skóry, orientacji seksualnej i poglądów, każdy z nas może podzielić los Lee – choć, oczywiście, najgorszemu wrogowi nie życzę. A więc Oscar za scenariusz, za tę opowieść o nas wszystkich, jest jak najbardziej uzasadniony.

Nie wiem, czy Kenneth Lonergan, autor scenariusza i reżyser filmu, inspirował się własnymi doświadczeniami, historią z sąsiedztwa, Księgą Hioba czy mitami greckimi – w każdym razie „Manchester by the Sea” nie jest o nim. Głównym bohaterem jest Lee Chandler, ponury dozorca z Quincy w stanie Massachusetts. Everyman (a więc łatwo się z nim utożsamiać), ale jednak postać fikcyjna, zmyślona. Nawet ocierając łzy na „Manchester by the Sea” mamy świadomość umowności tego, co widzimy. To na szczęście tylko kino, iluzja, sen-mara. Za chwilę jakoś to się skończy, pójdą napisy, zapalą się światła. Wyjdziemy na słońce i wiatr, do swojego życia.

A gdyby to wszystko była prawda? Gdyby to był dokument? Gdyby Lee na naszych oczach naprawdę rozpadał się na kawałki? Wypadałoby na to patrzeć, nawet gdyby sam zainteresowany – może chwilowo otępiony bólem, może w świeżej żałobie nie do końca poczytalny – zezwolił?

Trudno nie zadawać sobie tych pytań, słuchając „A Crow Looked at Me”, najnowszej płyty Mount Eerie. Albumu, który dokumentuje chorobę i niedawną śmierć Geneviève Gosselin, żony Phila Elveruma. Płyty, której słuchanie jest tak trudnym doświadczeniem, że… właściwie nie polecam.

Śmierć jest prawdziwa / Ktoś jest, a potem go nie ma / Nie powinno się o tym śpiewać / Nie powinno się z tego robić sztuki – tak zaczyna tę opowieść Phil, w utworze zatytułowanym „Real Death”. A więc sam twierdzi, że się nie da, a już na pewno nie powinno, ale jednak kontynuuje. Śpiewa. Gra. Układa słowa w teksty piosenek, choć „słowa zawodzą”. Dlatego – znowu – formalnie jest to tak proste, jak tylko możliwe. Gitara akustyczna, czasem jakiś prymitywny, stukający głucho rytm i oczywiście głos. A właściwie półgłos, bo przecież nie można śpiewać pełną piersią, kiedy nie da się oddychać.

Teksty są równie proste, bo przecież poezja w takiej sytuacji jest „dumb” – albo niema, albo głupia, a najpewniej jedno i drugie. Phil po prostu wyrzuca z siebie pojedyncze sceny i myśli, nie rozwodzi się nad nimi, nie analizuje, nie interpretuje, nie dorabia filozofii. Jest bardzo brutalny, zawstydzająco bezpośredni. Brzdęka sobie na gitarze i półgłosem śpiewa: Nasza córka ma półtora roku / Ty nie żyjesz od 11 dni… Wspomina, jak się poznali, opisuje postępującą chorobę żony (W styczniu jeszcze żyłaś / Ale chemioterapia cię zdewastowała, zmieniła twoją porcelanę w coś innego / Coś żółtego i zjebanego), opowiada o tym, jak listonosz przyniósł paczkę, już po śmierci Geneviève i okazało się, że to szkolny tornister dla córki, prezent zamówiony ze świadomością, że przyda się w czasie, którego obdarowująca już nie doczeka. Jest też obrazek z rozsypywania prochów, w miejscu gdzie mieli razem budować dom: Przyniosłem z domu fotel / By zostawić go na tym wzgórzu / Ustawiony na północny zachód / Wysypałem na niego twoje prochy / Chyba po to, żebyś mogła obserwować zachód słońca / Ale prawda jest taka, że nie myślę, że jesteś tym prochem.


I jaki z tego wszystkiego płynie morał? Czego dowiadujemy się o życiu i śmierci z „A Crow Looked at Me”? Czego o sobie? Niczego. Wobec miłości i śmierci jesteśmy bezbronni, na to nie da się przygotować. Nawet przez sztukę. Nie chcę się niczego z tego nauczyć. Kocham cię – zwraca się Elverum do żony, a ja nie po raz pierwszy i nie ostatni czuję, że nie powinienem być tego świadkiem, że to ich prywatna sprawa.

Ale na tej skrajnie osobistej płycie – może przypadkiem, może świadomie, z artystami nigdy nie wiadomo – Phil formułuje też uniwersalną i arcyprawdziwą definicję człowieczeństwa, które wzrasta na sprzeciwie wobec naturalnej kolei rzeczy. Na buncie przeciwko bądź co bądź prawdziwej konstatacji, że tak już musi być.

Odrzucam naturę. Nie zgadzam się.

Musical pełną paszczą

Tak, wiem. „La La Land” jest taki kolorowy i wspaniały, na miarę najlepszych musicali, są Globy, będą Oscary i wdzięczność pokoleń… Mi też się podobało, o czym już pisałem, ale entuzjazmu nie podzielam, choćby dlatego, że tylko w tym roku widziałem już kilka lepszych filmów. W tym jeden lepszy musical.

Niby dla dzieci, ale mogę się założyć, że bawiłem się w kinie lepiej niż moje potomstwo i na pewno bardziej wzruszyłem (nie popełnijcie tylko tego błędu, co ja i nie idźcie do kina z tylko jedną chusteczką!). Niby animacja, ale w obsadzie jeszcze bardziej gwiazdorskiej, niż „La La Land” – w wersji oryginalnej głosów zwierzakom udzielili m.in. Matthew McConaughey, Reese Witherspoon i Scarlett Johansson (ale i polski dubbing robi robotę, za sprawą choćby Marcina Dorocińskiego, Małogorzaty Sochy i Ewy Farnej).

Są i podobieństwa – „Sing”, jak „La La Land”, jest refleksją amerykańskiego showbizu na swój własny temat, w dodatku z wyraźną, wręcz dominującą nostalgiczną nutą. Lepiej już było, dziś rządzi tandeta i pieniądz, ale jeśli będziemy szli za swoimi marzeniami, jeśli będziemy wytrwali i szczerzy w tym, co robimy, to pokonamy nawet największe trudności – with a little help from our friends – i czeka nas happy end. Spoko, kupuję tę bajkę niezmiennie od trzech dekad z okładem i zamierzam kupować do końca życia. Szczególnie jeśli przedstawiona jest w tak bezpretensjonalny, wdzięczny sposób, jak w przypadku obu tych filmów.

„Sing” to wariacja na temat talent-show (choć bez telewizji, konkurs odbywa się w oldskulowym teatrze – dokładnie takim, w jakim Mia w „La La Land” wystawiała swój monodram) i pięknie wykorzystuje klisze do bólu zgrane przez producentów tych programów, serwując nam wyciskające łzy historie uczestników konkursu. Wśród głównych bohaterów mamy więc i zbuntowaną nastolatkę, którą rzucił chłopak i która nie do końca wie, czego chce, i kurę (czy raczej świnkę) domową, i pewnego siebie cwaniaczka, wytrawnego łowcę nagród, i łobuza z patologicznego środowiska, który ma złoty głos i złote serce, i jeszcze skrajnie nieśmiałą, za to niewiarygodnie utalentowaną szarą myszkę o gołębim sercu. Która nie jest ani myszką, ani gołębiem.

I najważniejsze – „Sing” ma lepsze piosenki. Z tym zastrzeżeniem, że „La La Land” to muzyka oryginalna, napisana na potrzeby tej produkcji, zaś animacja Gartha Jenningsa korzystała niemal wyłącznie z szafy grającej. Słuchamy więc m.in. numerów z repertuaru Steviego Wondera, Gipsy Kings, Queen, Franka Sinatry, Lady Gagi, Leonarda Cohena i Eltona Johna (niektóre w oryginalnych wykonaniach, inne nieźle zaśpiewane przez obsadę musicalu) i nasz wewnętrzny inżynier Mamoń fika koziołki ze szczęścia. Można więc powiedzieć, że w tej kategorii „Sing” pokonał „La La Land” ciosami poniżej pasa, że to nie była uczciwa konfrontacja.
No, ale to przecież show-biznes, tu wszystkie chwyty są dozwolone…