To żyje

Nie lubię się bać, więc zamiast oglądać opolskie afterparty, wymknąłem się do kina, na późnowieczorny seans „It”. Marudziłem na ten film zanim go zrobili, więc OK, wypada publicznie zrobić krok w tył. No, może pół kroku, bo:

IT

– im (niby) straszniej tym gorzej, a klaun to w ogóle z jakiegoś nieudanego klipu Mansona,

– tajemnica za szybko przestaje być tajemnicą, mniej w tym klimatu, więcej gry komputerowej, w której odhacza się kolejne zadania,

ale za to:

– najstraszniejsze na świecie jest dojrzewanie, dzięki za przypomnienie,

– więc te fragmenty w których horror ustępuje miejsca klasycznemu coming-of-age wspaniałe,

– popkulturowe odwołania, takie jak New Kids On The Block, Anthrax (który zaczyna grać w soundtracku dokładnie wtedy, kiedy obwieś w t-shircie Anthrax obrywa kamulcem w łeb) czy „Koszmar z Ulicy Wiązów 5” w kinie – cudowne,

– złoty medal należy się za casting. Bill, Ritchie i szczególnie Ben znakomici, a Bev jest dokładnie taką dziewczyną w jakiej kochają się wszyscy 15-letni chłopcy.

No więc dobrze, nakręcenie tego filmu nie było głupim pomysłem. Ale ten klimat, te dekoracje, ścieżka dźwiękowa, nawet światło każą mi wątpić, czy „It 2017” spodoba się komukolwiek oprócz czterdziestoletnich chłopców.

Reklamy

Poszukiwany: Król Duch

Polska poezja romantyczna, co to zjadaczy chleba w anioły przerobić miała oraz błoto, gówno i syfilis. Wielkie patriotyczne uniesienie, krew za ojczyznę wiadrami przelewana, ale też polskie piekiełko, swary o rzeczy nieistotne, donosy, małe i duże zdrady, sobiepaństwo, pijaństwo i hazard. Głęboka, żarliwa wiara, a także zabobony, fanatyzm, sekciarskie fanaberie. Kryminalna intryga, pyszna łamigłówka dla twardo stąpających po ziemi amatorów powieści detektywistycznych i jeszcze horror, i powieść gotycka, i nawet romans z wielką historią w tle.

To wszystko spotyka się w powieści „Jul” Pawła Goźlińskiego. Nie pamiętam, jaka książka sprawiła mi ostatnio tyle radości, którą czytałbym z takimi wypiekami na twarzy. Bo chociaż to z pozoru tylko czarny kryminał, oryginalnie osadzony w środowisku polskiej emigracji polistopadowej w Paryżu, porusza też wiele poważniejszych wątków. Niezbyt nachalnie, ale jednak przypomina nam o paru polskich wadach, od stuleci niezmiennych, ale też uczy historii, wyrywając ją z nudnych kart podręczników. Do tego napisana jest bardzo smacznie, językiem cudem balansującym na cienkiej linii pomiędzy stylizacją na epokę, a wartkim rytmem współczesnej polszczyzny.

Dla mnie obcowanie z „Julem” to przyjemność tym większa, że przypomniała mi się – uśpiona (a może zaleniwiona ;-)) od jakiegoś czasu – ma miłość do poezji polskich romantyków, ze szczególnym wskazaniem na mistycznego Słowackiego. Mętnego co prawda, ale porywającego językiem i obrazami. Przypomniał mi też „Jul”, że byłem na tyle głupi i uparty, by mimo protestów mej rozsądnej niewątpliwie i dobrze mi życzącej pani promotor, przeforsować temat pracy magisterskiej porównującej pisma Andrzeja Towiańskiego z poezją rzeczonego Juliusza. Im głębiej w tym kopałem, tym mniej interesujące były moje odkrycia i przestałem się dziwić, dlaczego ostatnią osobą, która przede mną przeglądała niektóre z pism Mistrza Andrzeja w Jagiellonce, był jakiś zaintrygowany towiańszczyzną badacz z końca lat 40. Chociaż wtedy to jeszcze równie dobrze mógł być ostatni z towiańczyków 🙂

Tak czy owak, nie lenić mi się proszę, nie zasklepiać w skorupach, ale ducha podnosić, dostroić do tonu odpowiedniego i do księgarni po „Jula” pędzić.

Horror: Nowa nadzieja

Kiedyś uwielbiałem horrory. Zarówno te wysokobudżetowe, jak „Poltergeist”, jak i klimatyczne włoskie dziwadła Fulciego. Później mi przeszło. Po pierwsze dlatego, że najbardziej popularne ostatnimi laty nurty, czyli porno-gore i horrory żywcem wyciągnięte z gier komputerowych, zupełnie do mnie nie trafiają, a po drugie dlatego, że im jestem starszy, tym mniejszą mi horrory sprawiają przyjemność, za to pozostawiają przykre poczucie estetycznego i psychicznego dyskomfortu.

Nie skreśliłem jednak gatunku na dobre i czasem rozglądam się, bez większej nadziei, po półce z filmowymi horrorami. I wreszcie się doczekałem – dwa trafienia z rzędu!

„Paranormal Activity” Orena Peli, to „The Blair Witch Project” przeniesione z lasu do mieszkania. Tym straszniejsze więc, bo nie wiem jak państwo, ale ja w ciemnym lesie rzadko mam okazję bywać, za to we własnym mieszkaniu nocuję nader często. Niemal wyłącznie. Podobnie jak w opowieści o wiedźmie Blair, mamy tu do czynienia z paradokumentem – ją od dziecka dręczą koszmary i doświadczenia obecności sił nadnaturalnych, on jest wyszczekanym sceptykiem, więc rzuca zaświatom wyzwanie. Chcą ten eksperyment udokumentować, więc kręcą wszystko amatorską kamerą. I jak to na tego typu nagraniach bywa – więcej się domyślamy, niż widzimy, więc można się wystraszyć nie na żarty. Świetne.

„Wrota do piekła” to podejście do tematu zgoła odmienne, bo oldskulowe. Sam Raimi, klasyk przecież, nakręcił ten film już po „Spidermanach”, co miło zaskakuje, bo myślałem, że to droga bez powrotu… Ale do rzeczy – uwaga, spoiler! – miła, acz ambitna dziewuszka z banku zadziera z cygańską staruchą (ach te urocze stereotypy rasowe i kulturowe, dzisiaj już tego w filmach nie ma), więc baba rzuca na nią klątwę. Od tej pory wokół dziewczyny dzieją się rzeczy straszne, ale i śmieszne (pojedynek ze staruszką na parkingu – znakomity!), a ja cieszę się jak kiedyś, gdy wreszcie dorwałem „Evil Dead”. Polecam wszystkim znudzonym dosłownością „Pił” i jednorodnością japońskich straszydeł.

Skoro już o straszeniu mowa, program tegorocznej edycji znakomitego krakowskiego festiwalu Unsound będzie podporządkowany horrorom. O szczegółach jeszcze na pewno będę donosił, bo dużo fajnych rzeczy nam tu szykują, ale już dzisiaj chciałbym wyrazić swą radość z faktu, że wśród gwiazd imprezy potwierdzono odrodzoną niedawno, kultową formację Goblin, której muzyka, psychodeliczny i dość mroczny progrock, ilustrowała słynne filmy Dario Argento. To będzie taki ubaw, że aż strach!

Duchy

Podczas zwyczajowego, coweekendowego buszowania w empiku odkryłem pierwszy numer „Lśnienia”, magazynu dla miłośników horrorów. Miło wiedzieć, że są gdzieś inni szaleńcy, od razu człowiekowi lżej na duszy. Niewiele zdążyłem przeczytać, tylko wywiad z egzorcystą w kolejce do fryzjera przerzuciłem (no co, z synem byłem…) i bardzo ubawiło mnie jego biadolenie na fakt, że ludzie nadmiernie interesują się satanizmem, okultyzmem i ezoteryką. Wyrażone – że przypomnę – w ogranie dla fanatyków horroru… To coś jak moje narzekanie na zgubny wpływ Internetu na kulturę, artykułowane na tym blogu 😉
A redakcji „Lśnienia” oczywiście życzę wytrwałości i sukcesu!

Za kilka minut zadzieram kiecę i lecę zobaczyć Seweryna Krajewskiego live. Rzadka to okazja i przepuścić jej nijak nie mogę. I liczę na coś znacznie więcej, niż seans spirytystyczny.

Stephen Bareja

Mówią, że Łukasz Orbitowski to crême de la crême polskiego horroru, że to nasz swojski, piastowski Stephen King, że nikt tak nie straszy nad Wisłą jak on. Skończyłem właśnie lekturę „Świętego Wrocławia”. Czytałem z wypiekami na twarzy. To najmocniejsza rzecz Orbitowskiego, jaką miałem okazję przeczytać, najzgrabniejsza, najlepiej napisana, ale żeby od razu horror? Bać się? Tego?!

Nie, bynajmniej nie chodzi o to, że Orbitowskiemu brak talentu do straszenia, że nie staje mu pomysłów. Jak na eksmetalowca przystało (nie ma co ukrywać, znamy się, z jednej wywodzim się sekty ;-)), Łukasz ma pod ręką całe zoo nocnych mar, ma na podorędziu cały arsenał diabelskich sztuczek i używa ich bez wahania. Z sadystyczną satysfakcją ich używa… Problem jednak polega na tym, że akcja powieści Orbitowskiego rozgrywa się w Polsce. Tu i teraz. Do dyspozycji ma więc nasze polskie realia, wrocławskie blokowisko z wielkiej płyty – żaden tam spowity mgłą Londyn, nie posępne Arkham, ani nawet przytulny za dnia i pełen mrocznych sekretów nocą Castle Rock.
A kto mieszka we Wrocławiu, takim zwyczajnym Wrocławiu? Żadnych fajerwerków, strzyg, wampirów, ani nawet szalonych naukowców. Jeśli szaleniec to bez nadzwyczajnych osiągów w żadnej dziedzinie, raczej zupełnie przeciętny, wioskowy – ups, przepraszam, miastowy – głupek. Do tego udające Dodę dresiary, studenci-kombinatorzy, stomatolodzy-alkoholicy, policjanci o niespełnionych ambicjach artystycznych oraz młodzieńcy, którzy po godzinach prowadzą niezależne wytwórenki z „black metalem, ambientem i muzyką dla skinheadów” itepe, itede… Nawet jeśli robią rzeczy straszne, albo straszne siły chwytają ich w swe szpony, bliżej temu do obyczajowej groteski, dla zabawy tylko przywdziewającej fatałaszki horroru, niż do powieści grozy z prawdziwego zdarzenia. Orbitowski zresztą dobrze to czuje i bareizmy mnoży, zamiast je eliminować. Pielgrzymi pod Świętym Wrocławiem nie śpiewają więc „Czarnej Madonny” (choć pasowałaby jak ulał), ale hity Ich Troje i Feela, a opis bitwy z policją choć wychodzi od brutalnej dosłowności (i tu od razu w głowie wyświetlają mi się bardzo mroczne obrazki: krucjaty dziecięce, rewolucja, powstania), ciąży ku batalistyce z „Przygód dobrego wojaka Szwejka” rodem. No bo jak tu napisać mrożący krew w żyłach epos, kiedy dekoracje ma się od Koterskiego, a postacie z Masłowskiej?

Dopiero w finale Orbitowski pozbywa się tego balastu groteski, ale w finale ma o tyle łatwiej, że ostatnie kilka stron książki to już zaświaty, albo inne światy, nie blokowiska, klubokawiarnie i ogródki działkowe. Swoją drogą, pomysł, by to – uwaga, spoiler! – co przez całą książkę uważamy za Atlantydę, okazało się Arką Noego: palce lizać! Niech będzie, ten jeden, jedyny raz naprawdę poczułem ciarki na plecach… Święty Wrocławiu, bądź miłościw.

Mister Crowley

Dobrych parę lat temu wyczytałem gdzieś, że Bruce Dickinson pracuje nad filmem, który ma być komedią o Aleisterze Crowley’u, utrzymaną w montypythonowskiej konwencji. Kilka miesięcy później robiłem wywiad z wokalistą, więc go o to zapytałem. – Jaka komedia?! – obruszył się. – Owszem, kończę scenariusz filmu o Crowley’u, ale to będzie całkiem poważna sprawa.

No i jest, można to kupić w Polsce na płycie DVD, co też uczyniłem dwa dni temu. Nie musieli mnie kusić niewiele mniejszym od tytułu napisem „Scenariusz BRUCE DICKINSON wokalista grupy IRON MAIDEN”, bo już sama postać Crowley’a jest dla mnie magnesem nie do zlekceważenia. Przyniosłem film do domu, poczekałem, aż żona i dzieci pójdą spać (smarkaczom horrorów oglądać nie wolno, małżonka nie lubi), i odpaliłem płytę. W ten sposób zmarnowałem cenne 102 minuty swojego życia, przed czym niniejszym was przestrzegam. Nie idźcie tą drogą.

„Chemical Wedding” to nieudana stylizacja na hammerowski horror, ale bez tamtego klimatu, bez dystansu i humoru. Głównie nudzi, czasem brzydzi, ani przez chwilę nie straszy. Film został nakręcony w dekoracjach, które wyglądają jak kac po królowej Wiktorii, a cała intryga rozgrywa się w drętwych dialogach, usranych bezsensownie cytatami z pism maga. Na ekranie, oprócz zmurszałych kamienic i gadających głów, widzimy czasami jakieś cycki (w końcu Crowley to magia seksualna), ekskrementy (choć przyznać muszę, że profesor Haddo sikający na studentów to jedyny autentycznie zaskakujący moment tego filmu), tudzież trupa lub dwa. Jest też nowoczesne laboratorium oraz superkomputer, przy których technologia z „Pana Kleksa w kosmosie” wydaje się naprawdę kosmiczna. No i – dla bezkrytycznych fanów to może być jakiś atut – Dickinson solo i z Maiden na ścieżce dźwiękowej. Oj, szkoda Bruce, że jednak nie zdecydowałeś się na komedię… Póki co, w skromnej kategorii metalowców-filmowców pozycja Roba Zombie pozostaje więc niezagrożona. Jego „Dom 1000 trupów” to moim zdaniem rzecz bijąca na (obciętą) głowę te wszystkie przereklamowane „Hostele” i „Piły”. No, ale Zombie nie ma wybujałych ambicji, chodzi mu tylko o grę ulubioną konwencją, o efekciarską i ociekającą krwią zabawę cytatami z popkulturowego śmietnika. Dickinson natomiast spadł z wysokiego konia, bo bardzo chciał stworzyć łamigłówkę w najlepszej tradycji brytyjskich kryminałów, zanurzając ją w okultystycznym sosie i doprawiając naukowymi teoriami na miarę XXI wieku. Wyszedł niestrawny bełkot.

Szkoda, bo „Chemical Wedding” na jakiś czas wyczerpie temat głównego bohatera filmu. Nie, nie wyczerpie – raczej obrzydzi, zarówno innym artystom, jak i widzom. Niby nic w tym dziwnego, że postać Aleistera Crowley’a zawłaszczyli sobie metalowcy (od „Mr. Crowley” Ozzy’ego, po sterty płyt blackmetalowych, z Behemothem na czele) i autorzy kiepskich horrorów („Chemical Wedding”, który w Stanach będzie pokazywany pod tytułem „Crowley”, to klasyczny przykład wspólnego podzbioru), ale nie mogę się nadziwić, że tak barwnej biografii nie zechciał jeszcze przełożyć na język filmu lub telewizji ktoś z większym dystansem i lepszym warsztatem. Przecież Crowley to facet, który z jednej strony mógłby robić za diaboliczne połączenie profesora Moriarty’ego, doktora Frankensteina i hrabiego Drakuli razem wziętych, a z drugiej… No właśnie, czy ktoś odważy się pokazać Bestię z ludzką twarzą?

PS. Post niniejszy to inauguracja rubryki (kategorii) z recenzjami. Filmowymi, muzycznymi, książkowymi – tym wszystkim, czego z różnych powodów nie zmieszczę w „Przekroju”, tudzież innych tytułach.