Nigdy nie byłem w Nowym Jorku

…ale to jedno z moich ulubionych miast. W dodatku mam wrażenie, graniczące z pewnością, że ze wszystkich miast, w których nie byłem, właśnie Nowy Jork znam najlepiej. Nie wiem tylko, czy od najlepszej strony.

Znam Nowy Jork z filmów – od „West Side Story” i „Midnight Cowboy” przez najlepsze rzeczy Allena (nakręcone zanim zaczął wyprzedawać resztki talentu biurom podróży), „Hair” i „Ojców chrzestnych”, aż po „Nieoczekiwaną zmianę miejsc”, „Żandarma w Nowym Jorku”, „Księcia w Nowym Jorku” i wreszcie „Prawo Bronksu”, „Vanilla Sky” czy „Wilka z Wall Street”. O tych wszystkich filmach, w których Nowy Jork zostaje zrównany z ziemią przez kataklizm, inwazję z innej planety, wojnę nuklearną czy inne potwory nawet nie wspomnę. Są też oczywiście seriale, od tych które Nowy Jork traktują absolutnie pretekstowo (jak „Mad Men” czy „Przyjaciele”), po te, które zanurzone są w nim po uszy, jak „Seks w wielkim mieście”, czy mój ulubiony serial kryminalny „NYPD Blue”.

Znam oczywiście Nowy Jork z setek piosenek, od tych całkiem starych

przez stare umiarkowanie

i nowsze

po najnowsze

 

Znam wreszcie Nowy Jork i jego mieszkańców z książek, na przykład „Wielkiego Gatsby’ego”, „American Psycho” (cholera, to chyba nie jest dobry przykład), „Poniedziałkowych dzieci” Patti Smith, czegoś tam Kinga, czegoś Rotha… Nie miałem chyba jednak jeszcze w rękach książki, która byłaby tak bezpośrednim hołdem dla Nowego Jorku, ukłonem tak głębokim, jak „Miasto w ogniu” Gartha Riska Hallberga (Znak Literanova).

Prawie 1000 stron, ale dałem się skusić, przyciągnięty m.in. mocno eksponowanym w promocji wątkiem kontrkulturowym. Historia krąży tu bowiem wokół fikcyjnego zespołu Ex Post Facto (który byłby rówieśnikiem The Dictators, brakującym ogniwem pomiędzy Stooges a Ramones), a jedna z bohaterek powieści wydaje fanzin o nazwie „Land of 1000 Dances” (do którego zresztą możemy zajrzeć). Akurat ten punkowy wątek – poza przekonującymi, najwyraźniej płynącymi z serca, westchnieniami do Patti Smith – jest raczej pretekstowy i dość naiwny, szczególnie dla kogoś, kto coś tam już o punku wie. Ale zanim się zorientowałem, dałem się wciągnąć i zostałem.

Bo początek jest więcej niż obiecujący. Zainteresowanie budzi zawiązana na pierwszych stronach intryga kryminalna, ale największym atutem są barwne, staranie budowane postacie. Na przykład grający w rzeczonym punkowym bandzie wyklęty dziedzic jednej z największych nowojorskich fortun i jego kochanek, czarnoskóry nauczyciel z prowincji, żyjący nadzieją na karierę literacką w wielkim mieści. Dziennikarz, a więc oczywiście pijaczyna i samotnik, człek zgorzkniały, ale prawy (to, niestety, jedna z wielu klisz) oraz potargany latami służby i niepełnosprawnością policjant polskiego pochodzenia, swój chłop, ale wyprany z wiary w ludzkość (jak o nim czytam, to widzę Andy’ego Sipowicza ze wspomnianego „NYPD Blue”, inaczej być nie chce). Jest para zbuntowanych, zagubionych u progu dorosłości dzieciaków i małżeństwo w kryzysie, który wydaje się nie do przezwyciężenia. Jest marszand-dandys i stary mistrz, ostatni z rodu wielkich puszkarzy, wymiecionych z rynku przez tanie, chińskie fajerwerki… Hellberg z dużą sprawnością splata ich losy, a wątków wysnuwa tyle, że starczyłoby nie na jedną, nawet tak pękatą powieść, ale na całą sagę. Pewnie dlatego w skądinąd efektownym finale ma małe problemy z rozsupłaniem tego węzła, uciekając się tu i ówdzie do zbyt szybkiego cięcia. Czasem też, jakby nie wierząc w to, że czytelnik może samodzielnie wysnuć wnioski natury ogólnej ze szczególnych losów bohaterów powieści, wkłada w ich usta i głowy słowa i myśli, które nie musiały być sformułowane expressis verbis, żeby to wszystko miało sens. Nie lubię, kiedy ktoś wątpi w moje zdolności poznawcze, ale jak mniemam, to grzech debiutanta – wybaczalny, bo rekompensuje go cała reszta.

Rekompensuje go przede wszystkim panorama Nowego Jorku lat 70., kreślona szerokim, pewnym gestem. Miasta pięknego i strasznego zarazem. Nowy Jork Hallberga to nieskończone możliwości, ale przede wszystkim pole bitwy. Tu toczy się wojna ras, wojna płci, wojna pokoleń, wojna kultur, wojna klas… Linie frontów przecinają się plączą, a wczorajsi zaprzysiężeni wrogowie są dzisiejszymi sojusznikami. Zmierza to wszystko do nieuchronnej katastrofy, do apokalipsy, która zmiecie wszystko z powierzchni ziemi, ale… „nic nie umiera, wszystko się przemienia”. To cytat z Balzaka i motto jednego z rozdziałów z tej książki. I moja puenta, lepszej bym nie wymyślił.

Miasto

Reklamy

Od urodzin Vadera do historii komunizmu

W sobotę obchodziliśmy 25. urodziny Vadera. Świetne kapele, zatrzęsienie starych dobrych znajomych (niektórych nie widziałem od lat), no i okazja odpowiednia do biesiady – ćwierć wieku pod górkę, ale za to z wielkim hukiem. Szkoda, że tuż przed koncertem sprawa się rypła i wszyscy dowiedzieli się, że Darek odchodzi do Dimmu Borgir (swoją drogą gratulacje, to transfer roku w polskim metalu – jeśli nie dekady), a Mauser postanowił skupić się wyłącznie na swoim projekcie UnSun (w który Century Media inwestują stertę pieniędzy, więc kto wie, może doczekamy się pierwszej polskiej gwiazdy światowych list przebojów). No i OK, życzę im jak najlepiej, a Peter oczywiście sobie poradzi, bo Vader to on. Lada moment znajdzie więc nowych muzyków, bo chętnych, z tego co wiem, nie brakuje. Niestety, w związku z całym tym zamieszaniem atmosfera imprezy chwilami była nienajlepsza. Niby urodziny, a jednak trochę stypa…

Całodniową sobotnią masakrę w Stodole odreagowałem w poniedziałek na półakustycznym koncercie Jeffrey’a Lewisa i jego dwóch kolegów, a raczej brata i kolegi, z The Jitters. Zabawna historia z tym koncertem, bo jego organizatorka i wierna fanka artysty zarazem, zadłużyła się po uszy, żeby piosenkarza do Krakowa ściagnąć (w dodatku srogo przepłacając moim skromnym zdaniem) i na dodatek w przeddzień sztuki, czy raczej przednoc, została przyłapana przez organy ścigania na partyzanckim plakatowaniu miasta i osadzona w areszcie. Doszedł więc dodatkowy wydatek, na kaucję, żeby mogła zorganizowaną przez siebie imprezę zobaczyć. Rock’n’roll pełną gębą! 🙂 [PS. Jak się okazuje, jednak było odrobinę mniej rockandrollowo 😉 – szczegóły w komentarzach – JS]

A sam występ Lewisa? Świetny, z jednym momentem absolutnie rewelacyjnym i jednym zgrzytem. Rewelacyjny był trwający nieco ponad kwadrans wykład na temat historii nowojorskiego punk rocka, w latach 1950-75, a więc właściwie naukowy dowód na to, że punk to tylko nieco bardziej pyskate i zaawansowane technologicznie dziecko amerykańskiej muzyki folk. Oczywiście, Jeff swoje wywody bogato ilustrował muzyką, kilkunastosekundowymi pigułami – to zmieniając się w Dylana, to znów w Reeda, Popa (tak, tak, Stooges to Detroit, ale płytę nagrywali w New Yorku, z Calem, więc wszystko zostaje w rodzinie) albo Patti Smith. Doskonały występ, niemal kabaretowy, ale i naprawdę kawał historii muzyki! O, znalazłem nawet wersję sprzed paru lat, nieco krótszą, ale i tak warto zobaczyć, jeśli ktoś nie miał okazji na żywo.

A zgrzyt? Lewis to nie tylko kompozytor, tekściarz i śpiewak, ale również ceniony autor komiksów. Kilka razy więc tego wieczoru odkładał gitarę i mamrotał jakąś historię, przewracając kartki wielkiego zeszytu, co miało być formą teledysku bez telewizora. Opowieść o czerwonej dłoni, przy której pomocy podmiot liryczny rozprawił się z autokarem pełnym zakonnic była nawet zabawna, ale już krótka historia komunizmu w Rosji – zupełnie nie. Oto bowiem okazało sie, że komunizm był fajny, chłopi dostali ziemię na własność, dostęp do edukacji i ochrony zdrowia, wolne wybory, i wszyscy żyliby długo i szczęśliwie, gdyby tylko rząd radziecki był nieco mniej paranoiczny (sic!). O kolektywizacji, NKWD, Gułagu, Planie Pięcioletnim i innych wynalazkach władzy radzieckiej na uniwersytetach Wschodniego Wybrzeża nie mówią? Słuchając tych bzdur napotkałem wzrok jakiegoś chłopaka. „Ale pierdoli” – szepnął w moją stronę. Lepiej bym tego podsumować nie umiał.