To żyje

Nie lubię się bać, więc zamiast oglądać opolskie afterparty, wymknąłem się do kina, na późnowieczorny seans „It”. Marudziłem na ten film zanim go zrobili, więc OK, wypada publicznie zrobić krok w tył. No, może pół kroku, bo:

IT

– im (niby) straszniej tym gorzej, a klaun to w ogóle z jakiegoś nieudanego klipu Mansona,

– tajemnica za szybko przestaje być tajemnicą, mniej w tym klimatu, więcej gry komputerowej, w której odhacza się kolejne zadania,

ale za to:

– najstraszniejsze na świecie jest dojrzewanie, dzięki za przypomnienie,

– więc te fragmenty w których horror ustępuje miejsca klasycznemu coming-of-age wspaniałe,

– popkulturowe odwołania, takie jak New Kids On The Block, Anthrax (który zaczyna grać w soundtracku dokładnie wtedy, kiedy obwieś w t-shircie Anthrax obrywa kamulcem w łeb) czy „Koszmar z Ulicy Wiązów 5” w kinie – cudowne,

– złoty medal należy się za casting. Bill, Ritchie i szczególnie Ben znakomici, a Bev jest dokładnie taką dziewczyną w jakiej kochają się wszyscy 15-letni chłopcy.

No więc dobrze, nakręcenie tego filmu nie było głupim pomysłem. Ale ten klimat, te dekoracje, ścieżka dźwiękowa, nawet światło każą mi wątpić, czy „It 2017” spodoba się komukolwiek oprócz czterdziestoletnich chłopców.

Reklamy

Komplikacje

Niby jesteśmy ewenementem na skalę światową z tym naszym wzrostem sprzedaży płyt w czasach, kiedy wszystkim spada, ale nie oszukujmy się, aż tak różowo nie jest. W Polsce sprzedają się bowiem głównie kompilacje. Dlatego patrzę na nie spode łba, upatrując w nich przyczyn zła wszelakiego – że rozleniwiają słuchaczy, że pozbawiają muzyki kontekstu, że sprowadzają Wielką Sztukę do roli muzaka, radiowej tapety, tyle że bez wiadomości i reklam.
Ale skłamałbym, gdybym twierdził, że nigdy składanek nie słucham. Niektóre mają wielką wartość edukacyjną (jak cykl „Trzeszcząca płyta” Kaczkowskiego), inne promocyjną (na przykład seria Piotrka Stelmacha), a jeszcze inne po prostu użytkową (tu mam na myśli wszelakie kompilacje parkietowe, tudzież pościelowe). Są wreszcie i takie, które po prostu zawierają kupę dobrej muzyki, jak wydana niedawno „Dark Was the Night”.
Poza tym, jeśli ktoś nie jest takim płytowym psychopatą jak ja, nie musi kupować krowy, żeby napić się mleka. Giulia y Los Tellarini to całkiem zacny zespół i moim zdaniem warto mieć całą płytę, ale jeśli zależy wam tylko na piosence z „Vicky Christina Barcelona”, równie dobrze możecie sięgnąć po „Pinacoladę 6”, gdzie w pakiecie dostaniecie jeszcze „Kiss My Name” Antony’ego, radioheadowe „Creep” w jazzowej interpretacji Elizy Lumley, coś z nowej płyty Basi, coś Hercules & Love Affair i blisko 30 innych numerów. Serce mi podpowiada, że nie ma to jak albumy, ale rozsądek przywołuje do porządku – kompilacje mają sens.

No dobrze, mają sens w muzyce. A w literaturze? Nie wiem czy ja miałem ostatnio takie szczęście, czy rzeczywiście coraz więcej na rynku książkowych składanek… Na przykład „Obłędni rycerze”, z bardzo nieprecyzyjnym podtytułem „Humoreski fantastyczne”. To zbiór, w którym znajdziecie zupełnie nieprzystające do siebie opowiadania Woody’ego Allena, Terry’ego Pratchetta, Marka Twaina, Philipa K. Dicka, Orsona Wellesa, Petera Sellersa i paru innych miotaczy. Niektóre z nich naprawdę dobre, ale nie mam pojęcia, dlaczego zebrane pod jednym dachem. Ważne, że udało się przepakować towar już raz sprzedany i można sprzedać go raz jeszcze…
Zaraz potem sięgnąłem po księgę zatytułowaną „Stephen King na wielkim ekranie”. Lubię Kinga i czytam prawie wszystko, ale to ledwie dało się przekartkować – wszystko przecież już znałem. W dodatku „Serca Atlantydów” w znacznie szerszej wersji, bo tu zmieściła się tylko pierwsza część powieści. Klucz według którego dobrano te teksty jest dla mnie jeszcze mniej zrozumiały, niż w przypadku „Obłędnych rycerzy”. Mowa przecież o Stephenie Kingu, autorze, którego każde pierdnięcie jest ekranizowane, zanim facet zdąży wcisnąć ostatnie „ctrl+S” – więc po co ta ściema w tytule książki? Pytanie było retoryczne, wiem po co.

Zobaczycie, lada dzień na półkach wylądują kompilacje filmowe. Co lepsze kawałki z arcydzieł światowego kina, albo waszych ulubionych seriali telewizyjnych, na których obejrzenie nie macie czasu, bo wracacie późno z pracy i jeszcze jest tyle rzeczy do zrobienia… W sumie żadna nowość, ten patent został już przećwiczony w „Cinema Paradiso”. Branża porno stosuje go zresztą od dawna, handlując filmami złożonymi z „best cumshots ever”. Swoją drogą, autorzy filmów XXX muszą być nieźle sfrustrowani. Zdążyli już przywyknąć, że nikt nie zwraca uwagi na meandry scenariusza i dialogi, a tu leniom-onanistom nie chce się nawet oglądać samej akcji. Chcieliby tylko serii happy endów 😉

Tak będzie. Płyty DVD z najlepszymi pościgami samochodowymi (nie mówcie, że nie kupilibyście!), najlepszymi pojedynkami kung-fu (biorę!), albo scenami batalistycznymi z filmów historycznych. Dla pań 20 najbardziej wzruszających scen z komedii romantycznych, dla małolatów składanka 20 spektakularnych interwencji superbohaterów (mam nadzieję, że nie zabrakłoby żółwia Gamery!). Dla koneserów dwa tuziny gagów z komedii Chaplina, 10 najbardziej błyskotliwych dialogów z Woody’ego Allena, albo 15 najbardziej mówiących scen milczenia z Bergmana. Że poza kontekstem tracą sens, że niewiele znaczyłyby wydarte z większej całości? Nieprawda. Internet, z YouTube na czele, dowiódł, że nie potrzebujemy kontekstu, albo raczej, że sami potrafimy go sobie stworzyć. Nasze życie też nie jest rozgrywającą się linearnie fabułą, więc i bez takiej kultury jakoś się obejdziemy.

Stephen Bareja

Mówią, że Łukasz Orbitowski to crême de la crême polskiego horroru, że to nasz swojski, piastowski Stephen King, że nikt tak nie straszy nad Wisłą jak on. Skończyłem właśnie lekturę „Świętego Wrocławia”. Czytałem z wypiekami na twarzy. To najmocniejsza rzecz Orbitowskiego, jaką miałem okazję przeczytać, najzgrabniejsza, najlepiej napisana, ale żeby od razu horror? Bać się? Tego?!

Nie, bynajmniej nie chodzi o to, że Orbitowskiemu brak talentu do straszenia, że nie staje mu pomysłów. Jak na eksmetalowca przystało (nie ma co ukrywać, znamy się, z jednej wywodzim się sekty ;-)), Łukasz ma pod ręką całe zoo nocnych mar, ma na podorędziu cały arsenał diabelskich sztuczek i używa ich bez wahania. Z sadystyczną satysfakcją ich używa… Problem jednak polega na tym, że akcja powieści Orbitowskiego rozgrywa się w Polsce. Tu i teraz. Do dyspozycji ma więc nasze polskie realia, wrocławskie blokowisko z wielkiej płyty – żaden tam spowity mgłą Londyn, nie posępne Arkham, ani nawet przytulny za dnia i pełen mrocznych sekretów nocą Castle Rock.
A kto mieszka we Wrocławiu, takim zwyczajnym Wrocławiu? Żadnych fajerwerków, strzyg, wampirów, ani nawet szalonych naukowców. Jeśli szaleniec to bez nadzwyczajnych osiągów w żadnej dziedzinie, raczej zupełnie przeciętny, wioskowy – ups, przepraszam, miastowy – głupek. Do tego udające Dodę dresiary, studenci-kombinatorzy, stomatolodzy-alkoholicy, policjanci o niespełnionych ambicjach artystycznych oraz młodzieńcy, którzy po godzinach prowadzą niezależne wytwórenki z „black metalem, ambientem i muzyką dla skinheadów” itepe, itede… Nawet jeśli robią rzeczy straszne, albo straszne siły chwytają ich w swe szpony, bliżej temu do obyczajowej groteski, dla zabawy tylko przywdziewającej fatałaszki horroru, niż do powieści grozy z prawdziwego zdarzenia. Orbitowski zresztą dobrze to czuje i bareizmy mnoży, zamiast je eliminować. Pielgrzymi pod Świętym Wrocławiem nie śpiewają więc „Czarnej Madonny” (choć pasowałaby jak ulał), ale hity Ich Troje i Feela, a opis bitwy z policją choć wychodzi od brutalnej dosłowności (i tu od razu w głowie wyświetlają mi się bardzo mroczne obrazki: krucjaty dziecięce, rewolucja, powstania), ciąży ku batalistyce z „Przygód dobrego wojaka Szwejka” rodem. No bo jak tu napisać mrożący krew w żyłach epos, kiedy dekoracje ma się od Koterskiego, a postacie z Masłowskiej?

Dopiero w finale Orbitowski pozbywa się tego balastu groteski, ale w finale ma o tyle łatwiej, że ostatnie kilka stron książki to już zaświaty, albo inne światy, nie blokowiska, klubokawiarnie i ogródki działkowe. Swoją drogą, pomysł, by to – uwaga, spoiler! – co przez całą książkę uważamy za Atlantydę, okazało się Arką Noego: palce lizać! Niech będzie, ten jeden, jedyny raz naprawdę poczułem ciarki na plecach… Święty Wrocławiu, bądź miłościw.