Hit me, Baby, one more time

Nie pamiętam, kiedy miałem ostatnio taką pyszną kinową serię, jak w tym roku. Niech to trwa! Od rzeczy ambitniejszych, po zabili-go-i-uciekł – tyle dobra, że aż serce rośnie. Dzisiaj „Baby Driver” Edgara Wrighta. Gdyby nie polecenie kolegi (dzięki, Kuba!), mógłbym przegapić film z takim tytułem i straciłbym dwie godziny najlepszej zabawy.

Fabuły, nieskomplikowanej zresztą, zdradzał nie będę, ale punkt wyjścia chyba mogę: oto chłopiec, który wygląda na licealistę, grzecznego w dodatku, a jest kierowcą na usługach napadających na banki łobuzów. Kierowcą wybitnym, prawdziwym mistrzem. Jest do tego fanem muzyki, więc w jednej z głównych ról mamy ścieżkę dźwiękową, na której znajdziecie takie perełki, jak:

I jeszcze:

A nawet:

To nie koniec muzycznych wątków! Obecność Jamiego Foxxa mnie nie dziwi, bo to bardziej aktor niż śpiewak, ale trzeba zaznaczyć, że typ totalnie daje radę. W epizodycznych rolach pojawiają się też m.in. Flea bez nosa (który wypowiada kwestię – cytuję z pamięci – typu: „Cały czas słuchasz muzyki? Masz coś z głową?”, najmocniej przepraszam współkinomanów za mój zbyt głośny rechot w tym momencie), Killer Mike, Big Boi, Sky Ferreira, a nawet – no właśnie 😉 – Jon Spencer.

Ale to wszystko jeszcze nic. Po raz pierwszy spotkałem się z zabiegiem, który jest równie banalny, co efektowny i który sprawił, że „Baby Driver”, jest filmem sto razy bardziej muzycznym niż taki „La La Land”, choć nikt tu przecież nie śpiewa i nie tańczy. Otóż każdy dźwięk – kroki, dzwonki windy, syreny policyjne, szelest przeliczanych banknotów, wystrzały, pisk opon… – został tu zsynchronizowany ze ścieżką dźwiękową. Jeśli wcześniej spotykaliście się ze sformułowaniem, że jakiś film jest jak teledysk (a spotykaliście się na pewno), to zapomnijcie, bo tu mamy zupełnie nową jakość: „Baby Driver” jest jednym wielkim, dynamicznym, porywającym klipem. Ależ to jedzie!

A właśnie – jedzie. To film sensacyjny, więc wypełniony efektownymi pościgami samochodowymi, do tego trup się ściele gęsto, na to wszystko nakłada się cudownie naiwny, żywcem wycięty z kina college’owego, wątek romantyczny. Postacie są aż do przesady wyraziste, a całość narysowana została grubą, komiksową kreską – aż sprawdziłem, czy pierwowzorem nie były jakieś kultowe, acz mi nieznane, zeszyty, ale chyba nie. Co nie zmienia faktu, że „Baby Driver” to jeden z najlepszych kinowych komiksów, jakie widziałem, obok pierwszego „Sin City”, „Historii przemocy” i „Strażników galaktyki”.

PS. Na koniec prawdziwa perełka. Okazuje się, że Wright wymyślił sobie ten film ponad 20 lat temu, ale że długo nie miał możliwości zrealizowania go, w 2003 wyreżyserował teledysk, który jest właściwie ćwiczeniem ze sceny otwierającej „Baby Driver”.

Oto Ameryka

Minioną noc spędziliśmy z małżonką w kinowych fotelach i jeśli o mnie chodzi, tak właśnie wygląda Sylwester idealny. Szczególnie, że repertuar Kino Ars zaproponowało smakowity: na początek „La La Land”, po północy „American Honey” i „Patersona” nad ranem.

„La La Land” to musical Damiena Chazelle’a, tego od „Whiplash” (swoją drogą, epizodyczną rolę J.K. Simmonsa odbieram jako udane mrugnięcie okiem do fanów tamtego filmu). Postanowił się zrehabilitować i tym razem nie straszyć ludzi muzyką, ale przeciwnie – uczynić z niej główny pas transmisyjny historii o tym, że miłość jest super, że warto marzyć, a jak miłość spotyka marzenia to już w ogóle sky is the limit. Mamy więc bajkowe Los Angeles, mamy baristkę Mię, która bardzo chce być aktorką i Sebastiana, który jest jazzowym pianistą z aspiracjami – chce mieć klub, który będzie świątynią sztuki, nie chce grać dżobów. Fajnie się na nich patrzy – o tym, że Emma Stone jest super wiemy już od „Zombieland”, a choć Ryana Goslinga uważam za ładniejszą inkarnację Nicolasa Cage’a, a więc właściciela jednej, cierpiętniczej miny, którą laski lubią – tutaj, przyznaję, stara się tańczyć i śpiewać, a nawet zdradza pewne symptomy talentu komediowego.

Niestety, trochę gorzej się „La La Land” słucha. Jestem fanem musicalowej klasyki i widzę, że Chazelle odrobił zadanie z wielką starannością, ale jak się nie ma repertuaru to trudno zbudować coś trwałego. Mamy tu parę sympatycznych refrenów, ale nie zapamiętałem nawet wałkowanego przez pół filmu motywu przewodniego, zaś o evergreenach w rodzaju „Singin’ In The Rain”, „Tonight”, „I Feel Pretty”, „Money, Money” czy „Good Morning Starshine” nie ma nawet co marzyć. No więc na ekranie słodziaki, dekoracje cukierkowe, fajnie się to ogląda, ale niewiele zostaje.

„Paterson” dobry, choć nie polecam oglądania go po czwartej rano 😉 Leniwie płynący, podszyty subtelnym humorem film, w którym przez tydzień towarzyszymy Patersonowi, piszącemu wiersze (ale że napisy na ekranie? really?) kierowcy miejskiego autobusu, jego nieco znudzonej samotnym przesiadywaniem w domu małżonce, psu (który, nie wdając się w szczegóły, pełni tu tę samą rolę, co strzelba wisząca na ścianie w sztuce teatralnej) oraz kolegom z pracy i baru za rogiem. Jest też miasto Paterson, w stanie New Jersey – raczej metafora, niż dekoracja – i jego mieszkańcy, których poznajemy głównie podsłuchując (uchem głównego bohatera) w autobusie. Fabuły streszczał nie będę, tym bardziej, że jest nader wątła. „Paterson” to przecież film Jarmusha, a więc nie epos, tym razem nawet nie nowelka, ale raczej haiku, które każdy sam sobie powinien odczytać dla własnego użytku.
Swoją drogą – czy Adam Driver jest już oficjalnie uznawany za najlepszego aktora młodego pokolenia, czy jeszcze musi coś udowodnić?


Wreszcie „American Honey”, moim zdaniem najlepszy film tej nocy i w ogóle jeden z najlepszych, jakie ostatnio widziałem. Amerykańska prowincja okiem życzliwego, ale krytycznego outsidera, bo to dzieło Andrei Arnold, pani od „Fish Tank”. Gatunkowo urodziwy kundel – i poetycki film drogi, i słodko-gorzkie coming of age, i realizm społeczny im. Kena Loacha. Wiem, że takie połączenie wydaje się karkołomne, ale tu naprawdę wszystko się udało. „American Honey” to film mocny historią (banda działających na granicy prawa smarkatych komiwojażerów przemierza kraj od czegoś uciekając i za czymś goniąc), aktorstwem (znakomita debiutantka Sasha Lane w roli Star, świetny Czarek Mończyk, który nie wiedzieć czemu podpisany jest tu Shia LaBeouf i spora gromada teresek obojga płci, ponoć rzeczywiście zgarniętych przez reżyserkę z amerykańskich ulic), zdjęciami Robbiego Ryana (to stały współpracownik Arnold, ale i Loacha, więc wszystko się zgadza) i muzyką. Przy tej ostatniej chwilę się zatrzymam, bo… wiadomo 😉 Słyszymy właściwie tylko to, czego słuchają bohaterowie filmu – a więc przede wszystkim grubo ciosanych trapów Carnage’a, czy równie subtelnych hitów Rae Sremmurd i Rihanny. Ale jest też okazja, żeby zanucić jeden z przebojów Bruce’a Springsteena – na trzy głosy, dołączając do Star i kierowcy ciężarówki – a nawet Dead Kennedys. Tu okoliczności nie zdradzę, bo to jedna z najmocniejszych scen…

Jest też piosenka Lady Antebellum, z której Arnold zaczerpnęła tytuł swojego filmu. Przyznałem, nie znałem jej wcześniej, ale po powrocie z kina odszukałem na YouTube i obejrzałem teledysk. Zobaczcie i wy – i od razu wyobraźcie sobie, że „American Honey” jest tej drętwej, rażącej sztucznością sielanki stuprocentowym, rewelacyjnym przeciwieństwem.

Film: The End

Uprzejmie donoszę, że w numerze grudniowym miesięcznika „Film” po raz ostatni ukazała się moja autorska rubryka muzyczna. Prowadziłem ją rok z okładem, było miło, ale się skończyło. Recenzje płytowe w „Filmie” zostają, ale od tej pory pisywać je będą dziennikarze „Machiny”. Oba tytuły łączy ten sam wydawca, więc decyzja to zrozumiała – wiecie, synergia, cross-promocja, a pewnie i ekonomia. Trudno się spierać…
Nie żebym się cieszył takim obrotem sprawy, ale z pewnego szczególnego powodu odczułem również ulgę. Otóż w prowadzeniu rubryki owej pozostawiono mi sporo swobody, ale redakcja pisma postawiła jeden, zupełnie sensowny warunek – żeby przynajmniej część opisywanych przeze mnie płyt miała „filmowy” charakter. W pierwszej chwili wydawało mi się, że nic prostszego. Kiedy jednak zacząłem przesłuchiwać ścieżki dźwiękowe do aktualnych kinowych hitów, okazało się, że… nie ma o czym pisać. Muzyka filmowa to dzisiaj boleśnie nudny, doskonale sformatowany produkt, w którym nie ma miejsca na artystyczne porywy serca. Ma być tak jak lubi widz, ma być w zgodzie z obrazkami i jeszcze ma się potem sprzedać na płycie. Daje nam to cztery rodzaje soundtracków:

1) Pompatyczne łubudubu na orkiestrę symfoniczną i chór mieszany. Takie udawanie muzyki poważnej, w którym specjalizują się Williams, Shore, Zimmer i dziesiątki ich naśladowców. Ładne to, kiedy zawiązuje się akcja. Ponure, groźne i głośne, kiedy na scenę wkracza czarny charakter i nasz bohater znajduje się w tarapatach. Ckliwe i łzawe, kiedy bohater dokonuje wyboru, którego pewnie później będzie żałował. Równie ładne, jak na początku, ale bardziej bombastyczne, kiedy nadchodzi upragniony happy end. Zastosowanie: epickie widowiska dla starszych i młodszych, kino fantastyczne, historyczne i obyczajowe, ze szczególnym wskazaniem na kostiumowe romanse.

2) Składanka starych, bezpiecznych hitów. Naprawdę dobre, zaskakujące, elektryzujące kompilacje do filmów powstawały jeszcze w poprzedniej dekadzie (Seryjni zabójcy i Leonard Cohen? Czemu nie, to przepis Trenta Reznora na „Urodzonych morderców”! O „Pulp Fiction” nie wspomnę), a w nowym stuleciu sztuka ta w tajemniczy sposób została zapomniana. Dzisiaj wszystko jest takie oczywiste. Kiedy bohater, mimo przeciwności losu, bierze sprawy w swoje ręce, warto puścić „I Feel Good”, kiedy jest mu źle, można się posłużyć „It’s a Man’s Man’s Man’s World”, zaś gdy jest szczęśliwie zakochany, nie ma jak Marvin Gaye. No, chyba że chodzi mu tylko o seks, wtedy nieodzowny jest Barry White. Owszem, to wszystko fajne piosenki. Też je lubię, nie jestem kosmitą. Ale co tu recenzować?

3) Składanka nowych piosenek. Gorzej być nie może, bo na tego typu ekstrawagancję porywają się dzisiaj głównie producenci kinowych komiksów, komedii romantycznych lub pełnometrażowych oper mydlanych dla małolatów. Jeśli myślicie, że praca recenzenta to zajecie łatwe, higieniczne i przyjemne, przesłuchajcie choć raz soundtrack do „Camp Rocka”…

4) Czysto ilustracyjne, najczęściej krótkie, otwarte formy. Doskonale zestrojone z filmem, ale w oderwaniu od niego zupełnie pozbawione sensu. Żeby sprzedać płytę z tymi szkicami, najlepiej dolepić do nich, w charakterze kwiatka do kożucha, jakiś sprawdzony hit, w ostateczności cover. Z filmem nie musi mieć nic wspólnego, w ostateczności można go puścić od drugiej minuty napisów końcowych…

Są wyjątki? Oczywiście, że są – choćby fenomenalna ścieżka dźwiękowa do „Aż poleje się krew”, autorstwa Jonny’ego Greenwooda – ale to nader rzadkie zjawisko. W kinie niezależnym oczywiście króluje muzyka niezależna, lecz i tu artystycznych uniesień raczej się nie spodziewajcie, bo czeka was albo pastisz ścieżek dźwiękowych ze starych pornosów i filmów blaxploitation, albo ambientowe pierdu-pierdu, takie dźwiękowe plamy i szumy, co to mają dać widzowi złudzenie, że film jest ambitnym i trudnym dziełem sztuki, i jeśli widz ziewa, to najpewniej dlatego, że dzieło jest dla niego za ambitne.

Co się stało z muzyką filmową? Gdzie wielkie przeboje wylansowane przez kino, rzeczy na miarę „Mrs. Robinson”, „Who Wants To Live Forever”, czy choćby „Eye of the Tiger”? O wielkich bondowskich hitach nie wspomnę… Gdzie nieśmiertelne tematy muzyczne, jak te z „Ojca chrzestnego”, „Love Story” czy „Gwiezdnych wojen”? Do kin walą tłumy, niezliczony legion miłośników filmu garbi się przed ekranami telewizorów i laptopów, ale muzycy z jakiegoś powodu nie chcą lub nie mogą się w ten sposób promować. To wielka strata nie tyle dla branży filmowej, co muzycznej, bo wałkując w kółko Jamesa Browna filmowcy nie dają szans na przebicie się jego potencjalnym następcom.