LCD is playing in my head

Śniło mi się, że mieszkałem w Nowym Jorku, miałem pokój z widokiem na Central Park. No i James Murphy wprosił się na wino, bo mi pozazdrościł tego widoku. On ma ścianę za oknem od kiedy wybudowali nowy hotel, ale nie wyprowadza się, bo nie jest w stanie znieść myśli, że mógłby jeść pieczywo inne od tego z piekarni za rogiem.
Żona gdzieś wyjechała, dzieci chyba na wakacjach, więc w lodówce tylko oliwki. No, ale czego więcej do szczęścia potrzeba, jak się ma oliwki, wino i muzykę. James wszedł do pokoju, zerknął na ścianę z płytami (półki z płytami mają amatorzy, prawdziwi twardziele liczą płyty na ściany), na drugą…

– Niezła kolekcja, bracie – powiedział płynną polszczyzną. – Soczewica, koło, miele, młyn.

Kurde, czujecie to? James Murphy pochwalił moje płyty. TEN James Murphy. PŁYTY. MOJE! Nie ma lepiej. To jest mniej więcej tak, jakby wpadł George Clooney i powiedział: „Dobrze dziś wyglądasz”.
Ujęty tym (dobra, przyznam się, trochę spodziewanym) komplementem opuściłem na moment gardę i w chwili słabości zaproponowałem:

– To może wybierzesz, czego chciałbyś posłuchać?

Jasne, od razu pożałowałem, że zachęciłem kogoś do a) dotykania moich płyt, b) decydowania, co będzie leciało w moim domu, ale trudno, słowo się rzekło.

– Pewnie! Dzięki, stary – zakrzyknął dziarsko i od razu wyciągnął rękę. Wiedział, co chce zagrać, nie zastanawiał się, nie marudził. Szanuję to.

lcd

Początek dziwny, chyba tego nie znam. Trochę wstyd nie rozpoznawać piosenek z własnej ściany, ale jak wjechał syntezator i wokal to od razu zakumałem. „Oh baby…” – tak, na pewno OMD. Albo Human League. Zmylił mnie ten gęsty, natarczywy rytm. Nie poznałem, bo za często nie słucham, ale szanuję, wiadomo.
Minę musiałem mieć jednak nietęgą, bo James podpłynął znowu do ściany, tym razem ku końcówce alfabetu.

– Zmienię! – zaproponował.

No, teraz spoko. To rozumiem. Talking Heads zawsze na propsie. Szkoda trochę, że w Polsce tak niedoceniani, powinni być kochani jak te wszystkie Purple albo inne Budgie… Ale co mnie to, nie jesteśmy w Polsce, jesteśmy w Nowym Jorku i Talking Heads is playing at my house.

– A to znasz? – pyta głupio Murphy odpalając kolejny numer, bo niby czemu miałbym nie znać? Przecież to moje ulubione płyty, z mojej kolekcji, grane na moim sprzęcie, w moim domu. Ten monotonny rytm, rozwibrowana gitara lekko w tle, oszczędny klawisz i wokalista niby zrezygnowany, bez sił, ale przez to jeszcze bardziej sugestywny. „I used to dance alone of my own volition / I used to wait all night for the rock transmissions”… Ha, poznałem po tym „transmissions”! Joy Division! Ale hm, trochę za bogato i za gładko jak na Joy Division. Może więc New Order? O, teraz wokalista (tylko który?) śpiewa: „I’m still trying to wake up, I’m still trying to wake up…”. Obudzić się? Właśnie, może…

– Ej, nie śpij – James pstryknął mi palcami przed nosem. – Teraz coś specjalnie dla ciebie. Wiem, że to lubisz.

Człowieku, czy lubię? Kocham Bowiego, jest najlepszy! „And I’m not dangerous now / The way I used to be once / I’m just too old for it now / At least that seems to be true” – tekst zajebisty, wiadomo. Ta gorycz, ten dystans, uwielbiałem go za to. Trochę wstyd, bo piosenki nie poznaję, ale produkował na pewno Visconti. Ta irytująca, jazgotliwa gitara znakomita. Ciekawe czy to Slick, czy Belew? Dzielę się z Jamesem moimi wątpliwościami. Śmieje się to i ja się śmieję. To przecież nie Wielka Gra, nie muszę pamiętać tytułu. Rozumiemy się bez słów. Obaj lubimy podobną muzykę, a to więzi trwalsze niż przyjaźń z wojska. Ja wiem, że on wie, on wie, że ja wiem. Stukamy się kieliszkami. Bowie śpiewa, nad Central Parkiem nagle unosi się obłoczek spłoszonych czymś ptaków, po czym znów opada między drzewa.

No i tak sobie siedzimy, trochę gadamy o życiu, głównie słuchamy muzyki, którą wybiera James. Dobrze wybiera, skubany. Raz tylko nieśmiało protestuję.

– Ej no, co ty? U2? Weźże… – marudzę, kiedy słyszę, jak Bono śpiewa „And treat yourself tonight / To a little love life”.
– Co? Źle? – Murphy dziwi się mojej reakcji, swojego wyboru jest najwyraźniej pewien. I słusznie. Też w sumie lubię U2 z tego okresu.
– Nie, to dobry kawałek, po prostu o nim zapomniałem – przyznaję.
– Do usług – śmieje się James i podsuwa kieliszek. Dolewam mu wina. Pociąga solidny łyk i puszcza Gary’ego Numana zmiksowanego z soundtrackiem z „Twin Peaks”. Really? To moje? Najpewniej wyczuwając moje zakłopotanie Murphy po raz kolejny zmienia płytę, wracamy do Bowiego. Tu przynajmniej nie ma sporu. Tym bardziej, że okres berliński, wiadomo, najlepszy…


LCD Soundsystem „American Dream” DFA/Columbia

Reklamy

Hit me, Baby, one more time

Nie pamiętam, kiedy miałem ostatnio taką pyszną kinową serię, jak w tym roku. Niech to trwa! Od rzeczy ambitniejszych, po zabili-go-i-uciekł – tyle dobra, że aż serce rośnie. Dzisiaj „Baby Driver” Edgara Wrighta. Gdyby nie polecenie kolegi (dzięki, Kuba!), mógłbym przegapić film z takim tytułem i straciłbym dwie godziny najlepszej zabawy.

Fabuły, nieskomplikowanej zresztą, zdradzał nie będę, ale punkt wyjścia chyba mogę: oto chłopiec, który wygląda na licealistę, grzecznego w dodatku, a jest kierowcą na usługach napadających na banki łobuzów. Kierowcą wybitnym, prawdziwym mistrzem. Jest do tego fanem muzyki, więc w jednej z głównych ról mamy ścieżkę dźwiękową, na której znajdziecie takie perełki, jak:

I jeszcze:

A nawet:

To nie koniec muzycznych wątków! Obecność Jamiego Foxxa mnie nie dziwi, bo to bardziej aktor niż śpiewak, ale trzeba zaznaczyć, że typ totalnie daje radę. W epizodycznych rolach pojawiają się też m.in. Flea bez nosa (który wypowiada kwestię – cytuję z pamięci – typu: „Cały czas słuchasz muzyki? Masz coś z głową?”, najmocniej przepraszam współkinomanów za mój zbyt głośny rechot w tym momencie), Killer Mike, Big Boi, Sky Ferreira, a nawet – no właśnie 😉 – Jon Spencer.

Ale to wszystko jeszcze nic. Po raz pierwszy spotkałem się z zabiegiem, który jest równie banalny, co efektowny i który sprawił, że „Baby Driver”, jest filmem sto razy bardziej muzycznym niż taki „La La Land”, choć nikt tu przecież nie śpiewa i nie tańczy. Otóż każdy dźwięk – kroki, dzwonki windy, syreny policyjne, szelest przeliczanych banknotów, wystrzały, pisk opon… – został tu zsynchronizowany ze ścieżką dźwiękową. Jeśli wcześniej spotykaliście się ze sformułowaniem, że jakiś film jest jak teledysk (a spotykaliście się na pewno), to zapomnijcie, bo tu mamy zupełnie nową jakość: „Baby Driver” jest jednym wielkim, dynamicznym, porywającym klipem. Ależ to jedzie!

A właśnie – jedzie. To film sensacyjny, więc wypełniony efektownymi pościgami samochodowymi, do tego trup się ściele gęsto, na to wszystko nakłada się cudownie naiwny, żywcem wycięty z kina college’owego, wątek romantyczny. Postacie są aż do przesady wyraziste, a całość narysowana została grubą, komiksową kreską – aż sprawdziłem, czy pierwowzorem nie były jakieś kultowe, acz mi nieznane, zeszyty, ale chyba nie. Co nie zmienia faktu, że „Baby Driver” to jeden z najlepszych kinowych komiksów, jakie widziałem, obok pierwszego „Sin City”, „Historii przemocy” i „Strażników galaktyki”.

PS. Na koniec prawdziwa perełka. Okazuje się, że Wright wymyślił sobie ten film ponad 20 lat temu, ale że długo nie miał możliwości zrealizowania go, w 2003 wyreżyserował teledysk, który jest właściwie ćwiczeniem ze sceny otwierającej „Baby Driver”.

Trzeci ząb, trzecie oko

Rozwiązał się worek z komiksami o muzyce, co mnie niezmiernie raduje. Tym bardziej, że dla odmiany dobrej beletrystyki okołomuzycznej wciąż jak na lekarstwo – nie wiem, czy temat taki trudny, czy tak mało dla ludzi pióra interesujący? A może po prostu muzyka popularna wdzięczniej prezentuje się w obrazkach? W końcu MTV przeorała nam mózgi i od początku lat 80. muzyki słuchamy również (niektórzy głównie) oczami.

Najgorszy

No więc komiks, rzecz rodzimej produkcji, autorskie dzieło Macieja Pałki. Znajdziecie tu seks, są drugs, ale stosunkowo mało rock’n‘rolla. „Najgorszy komiks roku” jest opowieścią o mękach procesu twórczego – i to na kilku płaszczyznach. Z jednej strony bowiem mamy tu historię zespołu, którego losy sprowadzają się do nieszczególnie produktywnych prób, długich rozmów o niczym, kłótni, zmian składu, imprez, nielicznych koncertów i przypadkowych odkryć czegoś naprawdę fajnego, na co jednak nikt nie zwraca uwagi. Nie ma więc kariery, nie ma groupies, spektakularnych podróży i sensacyjnych zwrotów akcji. Jest codzienna szarpanina, ale i codzienna nuda. Ktokolwiek zakładał kiedyś zespół i upojony marzeniami godzinami rzeźbił w gównie w zagraconej, za ciasnej, brudnej salce prób – od razu się tu odnajdzie.
A wszystko to rysowane bez nadmiernego skupiania się na szczegółach: nerwowo, chaotycznie, pankowo. Bo takie przecież są te pojedyncze obrazki, z których składa się życie, które dzieje się za szybko i za bardzo byle jak, by przedstawiać je w formie wnikliwego studium przedmiotu.

Drugi tor narracji w „Najgorszym komiksie roku” jest autotematyczny. To komiks o próbach narysowania komiksu, o braku inspiracji, ale i lenistwie, o frustracji wynikającej z tego, że jak coś jest prawie gotowe, to jednak wciąż jeszcze tego nie ma. Skąd ja to znam?

„Najgorszy komiks świata” nie jest dla każdego, bo trzeba – a już na pewno warto – naprawdę mocno siedzieć w muzyce, by mieć radość z licznych nawiązań, cytatów i trawestacji. To propozycja dla muzycznych nerdów, dla przygarbionych no-life’ów w słuchawkach, pół dnia spędzających na Facebooku i kumających, kto to Weltrowski, kto Szpak i czemu ten tekst o field recordingu powyżej jest trafny i zabawny. To propozycja w sam raz dla mnie.

Maciej Pałka „Najgorszy komiks roku”, Wydawnictwo Komiksowe

W Hurghadzie bez zmian

Niestety, nie jest to poradnik. Nie dowiedziałem się, jak przejąć kontrolę nad światem, nie wychodząc z domu. Nie dowiedziałem się nawet, jak zdobyć i utrzymać kontrolę nad samym sobą, nie wstając z kanapy. Żądam przeprosin i zwrotu pieniędzy.

Przyznaję, raz czy drugi trafiłem na felieton Doroty Masłowskiej w Dwutygodniku, skuszony achem i ochem na wallu znajomego, ale żebym był stałym czytelnikiem to nie, jakoś nie wyszło. Nie dlatego, że mi Masłowska wstrętna, albo że Dwutygodnik mierzi – bo to prawdopodobnie najlepszy periodyk w polskim internecie, a może i w kategorii open – ale dlatego, że multitasking, deadline’y, seriale, zapierdol na Fejsie, żona, dzieci, koncerty, obowiązki towarzyskie. Choć znaczną część swojego życia zdążyłem już, bez żalu i bez powrotu, przenieść do internetu (powinienem powiedzieć, że swobodnie surfuję na wirtualnej fali? ale wtedy zdradzę, że mam trzysta lat, odebrałem pruskie wychowanie i prawdopodobnie niczego w życiu nie robię swobodnie…), książka wydrukowana na papierze kusi mnie i dotykiem, i zapachem, i brakiem zawracających dupę hyperlinków, i wreszcie organizacją treści. Dzięki książce, staromodnemu przedmiotowi z okładką i kartkami, odkryłem, że „Jak przejąć kontrolę nad światem, nie wychodząc z domu”, to może i zbiór felietonów, ale też spójna, sensowna, znakomita całość.

maslo

Dorota Masłowska serwuje w niej zapierającą dech w piersi relację z pozornej bezproduktywności – z oglądania telewizji, czytania książek, słuchania muzyki, podróży małych i dużych bez planu i celu, obserwowania randomowych ludzi w ich środowisku naturalnym. Bo Masłowska jest pisarką i ma obowiązki pisarskie. Z nudnej rzeczywistości, z krajobrazu bez cech, ze strzępów rozmów, podsłuchanych w środkach komunikacji miejskiej i przede wszystkim ze śmieci popkultury destyluje prawdę o nas, jako jednostkach, ale i społeczeństwie, a nawet – tu proszę o dyskretny pomruk surm bojowych – narodzie. Jest to wywar mieniący się kolorami tęczy (raczej jak plamy benzyny na asfalcie niż obcy nam kulturowo łuk nad Zbawiksem) z przewagą szarości. Napój w smaku raczej podły, ale grunt, że trzepie. O kacu dziś nie myślimy, raz się żyje.

Zapytacie, co takiego o popkulturowym produkcie ubocznym czasu przemiany ustrojowej może opowiedzieć nam Masłowska, czego nie opowiedziała już Olga Drenda w „Duchologii polskiej”? Czy możemy dowiedzieć się czegoś o „Dynastii”, „W labiryncie” lub „Szamance”, o disco polo lub Bajmie, czego sami nie wiemy? I przede wszystkim, po co nam ta wiedza?
Okazuje się, że z tej już dawno wyplutej i na kamień zastygłej gumy do żucia dla mózgu, Masłowska potrafi jeszcze wyssać to i owo. Widzi więcej niż średnia krajowa, nie jest skrępowana ni to historycznym, ni estetycznym konceptem (jak owa duchologia – choć książka Olgi skądinąd znakomita i jeśli ktoś jeszcze nie zna, niech pozna), więc może sobie pozwolić na intelektualną brawurę, bez obawy, że ktoś krzyknie „sprawdzam!”, a przy tym język ujeżdża jak Naczelnik Kasztankę. Celne obserwacje natury psychologicznej, antropologicznej, a nawet filozoficznej kryją się tu w zabawnych (choć czasem śmiech grzęźnie w gardle) anegdotach i błyskotliwych porównaniach. Z jednej strony czyta się to więc lekko, w pełnym galopie, ale z drugiej, warto być przytomnym, mieć oczy dookoła głowy, bo nigdy nie wiadomo, jakie sprytne nawiązanie do skarbów kultury (masowej) kryje się pomiędzy wierszami.

Warto też podkreślić, że choć czas transformacji straszy z kart „Jak przejąć kontrolę nad światem, nie wychodząc z domu” na każdym rogu, Masłowska nie ogranicza się do przeklętych i magicznych lat 90., analizując również zjawiska najnowsze, jak fenomen Magdy Gessler, PUA (nie wiecie, co to jest? ja też nie wiedziałem – dzięki tej książce jestem więc mądrzejszy, ale chyba nie szczęśliwszy) czy „Azja Express”. Jak to pogodzić z opowieściami sprzed denominacji złotego? Nie trzeba próbować, to się samo dzieje. To puzzle z tej samej koszmarnej układanki. Z felietonów Masłowskiej wynika, że transformacja bynajmniej się nie zakończyła, a nawet – co jest pewnie sprzeczne z samą naturą transformacji, ale Polak potrafi – być może nie zakończy nigdy. Owszem, jakoś w połowie ubiegłej dekady, przywdziewając kościołowe ubranie i przyczesując włosy, żeby nas do tej Unii wpuścili, na chwilę uwierzyliśmy, że jesteśmy piękniejsi, mądrzejsi, lepiej pachnący, ładniej mówiący i mniej przerażeni niż jesteśmy, ale to już było, sen minął. Jesteśmy tacy, jacy jesteśmy, na dobre i na złe – czego lustrem jest kultura popularna, a niepodważalnym świadectwem przezierające spoza niej życie społeczne i polityczne.

Trzeba ten wywód jakoś podsumować? No to może tak: czytając „Jak przejąć kontrolę nad światem, nie wychodząc z domu” bawiłem się doskonale, a gdy skończyłem miałem napad paniki, co i Państwu polecam.

Dorota Masłowska „Jak przejąć kontrolę nad światem, nie wychodząc z domu”, Wydawnictwo Literackie

PS. Dobrze, że Masłowska nie jest dziennikarką muzyczną, bo jak tu konkurować z kimś, kto obcowanie z przebojami disco polo opisuje, jako wrażenie, że „ktoś długo kozłował moją głową, a potem wrzucił ją do kosza, oraz że byłam w Hurghadzie, choć nigdy tam nie byłam”?!

PPS. Książka ma obwolutę, która nieco różni się od ukrytej pod nią okładki – ale dałem zdjęcie okładki, bo swobodnie surfuję na wirtualnej fali i wiem, że w internecie najlepiej performują naprawdę słodkie kociaki.

Jak śpiewa o bikini, to nie może być serio

Jest – a właściwie bywa, bo w tym numerze nie ma, ale wróci we wrześniu – w „Gazecie Magnetofonowej“ rubryka, co się zwie „Jak nas słyszą tak nas słyszą”, w której chodzi o to, by człek z dalekiego świata, skonfrontowany z polską muzyką, powiedział o niej to i owo. Wiadomo, że to tylko pierwsze wrażenie, obserwacja pospieszna i pobieżna, ale czasem wychodzą ciekawe rzeczy, bo przepytywany nie zna lokalnego kontekstu, nie wie, kto tu jest świętą krową, a kto niedocenionym debiutantem. Puszczałem już polskie piosenki Fenneszowi, Johnowi Stanierowi z Battles, Maxowi Richterowi, Kirkowi z Crowbar i Andy’emu Bellowi z Ride i Oasis. I Youthowi, ale to jeszcze nie poszło…

Przypomniałem sobie dzisiaj, że pierwszy, pilotażowy odcinek tego serialu powstał dawno temu, w 2009 roku, w Mysłowicach. Udało mi się na 40 minut zamknąć w jednym pomieszczeniu z miłymi panami z Wire, by popuszczać im to i owo. Było zabawnie i miejscami zaskakująco. Chyba szkoda byłoby, gdyby ten tekst pozostał na zawsze na dysku mojego komputera, więc proszę, oto jest. Potraktujcie to przy okazji jako reklamę i OFFa (skład w tym roku moim zdaniem przepyszny), i „Gazety Magnetofonowej” (właśnie wydaliśmy nowy numer, ze „Sztuką” w tytule i można go tu zamawiać, do czego zachęcam). Bo Wire chyba nie trzeba reklamować, co nie?

Leniwy niedzielny poranek. Na śniadanie pyszna kawa w restauracji mysłowickiego hotelu „Trojak”, na drugie śniadanie – spotkanie z muzykami kultowej brytyjskiej formacji Wire, kilka godzin przed ich występem na Off Festivalu. Próbuję nałożyć Colinowi Newmanowi słuchawki na uszy, ale Graham Lewis, basista, protestuje. On też chce posłuchać polskiej muzyki. Wyciąga z plecaka głośnik podróżny, podłączam go do iPoda i zaczynamy. Colin odpowiada, Graham podpowiada.

Klaus Mitffoch – Klus Mitroh

To dla mnie bardzo trudne, bo nie wiem, o czym ten facet śpiewa. A sposób, w jaki zaaranżowano i zmiksowano ten numer, czyli wyeksponowany, głośny wokal, świadczy o tym, że to, o czym śpiewa jest ważne. W muzyce słychać wpływy The Cure, jest też coś z klimatu Stranglersów. Te akcenty na talerzach, tin-tin-tin, nie są fajne… Przez nie ich muzyka brzmi na 10 czy 15 lat starszą, niż jest w rzeczywistości.

Cóż, świeże nagranie to nie jest. 1985 rok.

Naprawdę? O, to wejście basu jest dobre!

Lider zespołu jest basistą.

No to już wiemy wszystko. (śmiech) To naprawdę słychać.

Republika – Śmierć w Bikini

Początek lat 80., prawda?

Zgadza się.

Znowu słychać inspiracje The Cure, może Roxy Music, wokalista chyba lubi też Davida Byrne’a. Zastanawia mnie ten dziwny rytm. Czuję, że tekst piosenki nie jest zbyt serio. Mam rację?

Tekst jest całkiem poważny, dotyczy skomplikowanych relacji damsko-męskich. Jest w tym też pewna dwuznaczność, bo…

O Boże, co on tu krzyczy?

Bikini.

Jak śpiewa o bikini, to nie może być całkiem serio. No, chyba, że chodzi o atol Bikini.

No właśnie.

Tak czy owak, już dziękuję. Wystarczy.

Homo Twist – Miasto Kraków

O, słyszę, że jesteśmy już w latach 90. Bardzo interesujące, naprawdę niezłe. Ten tekst na pewno jest po polsku?

Nie, tutaj wokalista śpiewa w wymyślonym przez siebie języku.

Bardzo ciekawe, to spiętrzenie twardych „r” znakomicie komponuje się z muzyką. Teraz już po polsku, prawda? I znowu mamy wokal bardzo głośno, jak w tym pierwszym kawałku. Pewnie jakiś ważny, polityczny tekst?

Lider tego zespołu był ulicznym poetą, który postanowił założyć rockowy zespół. To ich pierwsza płyta, sprzed 15 lat.

Współbrzmienie gitary i basu jest dość ciekawe, ale niestety, ten utwór więcej obiecuje, niż daje. [zaczyna się solówka] Och, co to jest? Nie lubię takich gitarowych zawijasów. OK, już dziękuję. To od dzisiaj jeden z moich ulubionych zespołów, ale proszę to wyłączyć. (śmiech) Myślę, że ten poeta powinien się skupić na pisaniu wierszy.

Apteka – Wiesz, rozumiesz

Ktoś tu się nasłuchał Prince’a. To bardzo trudny teren. Żeby się po nim swobodnie poruszać musisz być zajebiście dobry, bo Prince zbyt wysoko zawiesił poprzeczkę. Pewnie znowu tekst jest kluczem do tego numeru, bo bez niego to bardzo przeciętna piosenka. O, to było fajne! [próbuje naśladować Kodyma] E-e, e-ee… (śmiech) Ten funkujący perkusista też jest nienajgorszy.

Myslovitz – Dla ciebie

O, to jest dobre… Nikt tu nie odkrywa Ameryki, ale brzmi naprawdę intrygująco. Potrafią budować napięcie, wszystko w naturalny sposób ciąży do refrenu. To dziewczyna śpiewa?

Nie. Facet.

Równie dobrze mogłaby to być babka z altem. [głośne wejście drugiej gitary] Cholera, co to? (śmiech) Dziwna ta gitara, niepotrzebna. O, jest refren. Niestety, już nie tak dobry jak zwrotka. Wiesz, to nie jest problem tej piosenki, ani tego zespołu, ani tym bardziej polskiej muzyki, ale kłopot, z którym borykają się największe zespoły na świecie. Niezły pomysł na otwarcie numeru, świetnie budowane napięcie i refren, który nie staje na wysokości zadania. Ci tutaj w refrenie brzmią już jak każdy inny zespół z radia, szkoda. Wszystko przez myślenie, że refren to marchewka, że musi ci wynagrodzić czekanie na niego. Gówno prawda, cały numer powinien być wypłatą, nie czekaj z tym, co masz do powiedzenia do refrenu. Z drugiej strony, jak nie masz pomysłu na dobry refren, to go po prostu nie dawaj. Są sposoby, żeby go ominąć. Ale z wszystkich zespołów, które do tej pory słyszałem, ten jest i tak najbardziej pomysłowy.

To jest zespół Artura Rojka, szefa tego festiwalu.

Wiedziałem, że mi to zrobisz. Dlatego z taką nerwowością podszedłem do tych piosenek. (śmiech) W takim razie chciałbym powiedzieć, że to bardzo dobry zespół. Zresztą już muzyczny gust człowieka, który zorganizował ten festiwal, o czymś świadczy. Za bardzo kryję dupę? (śmiech) Dobra, dawaj następny kawałek…

Cool Kids Of Death – Hej chłopcze

O, to brzmi całkiem współcześnie. Poza tym, choć to polski zespół, nie są chyba nadmiernie przywiązani do lokalnej tradycji muzycznej. Tak grać może dzisiaj kapela z każdego zakątka świata. To z jednej strony zaleta, a z drugiej… Fajnie brzmi bas, to może być Rickenbacker. Nie grają niczego zbyt oczywistego, ale też niczego wyjątkowo oryginalnego. Niezłe, naprawdę niezłe. O czym on śpiewa?

Zwraca się bezpośrednio do słuchacza, wskazuje palcem i zmusza do odpowiedzi na niewygodne pytania. Jest dość arogancki, ale oni tak zawsze.

No i dobrze, prawidłowa postawa! To w muzyce ważna rzecz i podejście tych kolesi wyraźnie przebija przez muzykę. Dokładnie tak to odbieram, choć nie znam polskiego. Za postawę – najwyższa ocena.

Voo Voo – Leszek mi mówił

[robi przerażoną minę] Zaczęło się jak Creedence Clearwater Revival, a teraz jest jeszcze gorzej. (śmiech) Bardzo zwyczajne. Po prostu rockandrollowy standard, a przecież lata 50. już się skończyły… Nie ma w tym żadnego napięcia. Saksofon barytonowy? Nie lubię tego instrumentu. Dla mnie to zbyt tradycyjne. Najmniej oryginalne z wszystkich rzeczy, które dzisiaj puszczałeś.

 

Gaba Kulka – Hat, Meet Rabbit

No, nareszcie. Czekałem na odrobinę polskiego jazzu. Początek był świetny, teraz trochę za dużo się dzieje. Ten jej śpiew też mógłby być trochę mniej nerwowy, mniej poszarpany. Ale fajne, naprawdę dobra rzecz. Wielki talent.

Nie przypomina ci kogoś?

Nie bardzo. A powinna?

Niektórzy tu mówią, że zżyna z Kate Bush albo Tori Amos.

Oczywiście, takie porównanie zawsze przyjdzie ci do głowy, kiedy kobieta zacznie śpiewać w podobnym rejestrze. Ale to bardzo szowinistyczne podejście. Ta dziewczyna nie kopiuje Kate Bush, śpiewa własnym głosem.

Dezerter – Jeszcze nie zapomniałem

Fajny riff. Świetny patent z tymi pauzami. Wokalista przypomina mi kolesia z meksykańskiej kapeli Café Tacuba. Znasz ich? Dziwaczny zespół, grają właściwie wszystko. Mają też za sobą epizod punkowy i to naprawdę podobnie brzmiało. Kto to jest?

Jeden z pierwszych polskich zespołów punkrockowych. Już ze 30 lat tak grają…

Naprawdę? No to świetnie się starzeją! Zupełnie nie słychać, że to kapela, która zaczynała 30 lat temu. Niezłe. Przepraszam, było niezłe do tego momentu. Heavymetalowych solówek z zawijasami nigdy nie polubię. Po co im to było?

Ścianka – Białe wakacje

Jedna z gitar jest zbyt głośna w miksie, ale podoba mi się ten zespół. Wszystko pięknie osadzone w rytmie, takie ciężkie i czyste. Jak „Harvest” Neila Younga. Kiedy to nagrali?

Siedem lat temu.

Dzisiaj pewnie zrobiliby to inaczej. Choć trochę za dużo bluesa, to jest niezły postrockowy zespół. W ogóle dużo rocka mi dziś puszczałeś. Kiedy ostatnio byłem w Polsce, odniosłem wrażenie, że tu króluje techno.

Cóż, nie mam zbyt wiele techno w swoim iPodzie.

(śmiech) No tak, o tym nie pomyślałem. Z tego, co usłyszałem, wnoszę, że nie ma czegoś takiego jak polski sound. Po prostu macie lepsze i gorsze zespoły. Dobrze. Tak jest normalnie.

 

 

 

Król Artur jest łotrem

Kinowa premiera „Króla Artura. Legendy miecza”, w reżyserii Guya Ritchiego, pozwoliła mi wcisnąć się do nowego numeru „Polityki” z tekstem nie tyle o samym filmie (w ogóle nie o nim), co o fenomenalnej żywotności legend arturiańskich, ich całkiem naturalnej demitologizacji, ale też zaskakującej (przynajmniej częściowej) remitologizacji oraz nieoczekiwanej roli w debacie wokół Brexitu.

Zainteresowani znajdą artykuł w papierze, a papier w kiosku, ewentualnie tutaj online, za drobną opłatą. Życzę przyjemnej lektury.

Artur

Film Ritchiego nie był jedynym pretekstem do napisania tego tekstu – była nim również niedawna premiera „Zimowego monarchy”, pierwszego tomu nowego wydania trylogii arturiańskiej Bernarda Cornwella. Powieści historycznej i przygodowej zarazem, którą pożarłem z wypiekami na twarzy i niniejszym gorąco polecam. Tu zresztą rekonstrukcja mitu odbywa się już w jego łonie. Oto królowa Igraine, na której zlecenie zakonnik (i eksrycerz) Derfel spisuje dzieje Artura, pyta o Camelot, „z jego zieloną trawą, wysokimi wieżami, damami w długich sukniach i wojownikami rzucającymi im kwiaty pod nogi”, ale w odpowiedzi słyszy: „Nie przypominam sobie (…) obsypanych kwiatami ścieżek, za to pamiętam wojowników, którzy po bitwie ledwo powłóczyli nogami albo czołgali się z płaczem po ziemi, wlokąc za sobą wyprute wnętrzności”.

Mamy więc z jednej strony w „Zimowym monarsze” dzielnych wojowników, heroiczne czyny, piękne damy i szał uniesień – ale narrator skrzętnie dba o to, by lot wyobraźni nie pociągnął nas zbyt wysoko w różowe chmury. Zarówno wojnę, jak i miłość odziera z romantyzmu, drastyczne, wręcz turpistyczne opisy krwawych porachunków przetykając rzadkimi, ale udanymi, bo nie dociskanymi na siłę, błyskami humoru. A wszystko to w scenografii, która bliższa jest prowizorce Monty Pythona i ich „Świętego Graala”, niż tym arturiańskim filmom, w których wszystko lśni, imponuje majestatem i przepychem. Stolice brytyjskich królestw z książki Cornwella rozsypują się i śmierdzą, nieporadnie rządzone przez półdzikich watażków, którzy wzięli je w posiadanie po odejściu znacznie bardziej cywilizowanych Rzymian. A ludzie, jak to ludzie, godni są raczej pogardy i/lub współczucia niż podziwu i naśladowania.

Miałem coś jeszcze o tej świetnej książce napisać, ale nie muszę, bo rzutem na taśmę wyręczył mnie sam autor. Skontaktowałem się bowiem z Cornwellem tworząc tekst do „Polityki”, wysłałem mu kilka pytań, miał odpowiedzieć, ale coś mu wypadło… Myślałem, że nie odpisze i już się nie upominałem, aż tu wczoraj po południu przychodzi mail. Z serdecznymi pozdrowieniami i odpowiedziami na moje pytania, które pozwolę sobie przytoczyć poniżej. Ufając, że jeśli mi nie udało się zachęcić państwa do sięgnięcia po „Zimowego monarchę”, to Bernard sobie poradzi.

W czym, twoim zdaniem, tkwi tajemnica żywotności mitu arturiańskiego?  

Podejrzewam, że korzenie arturiańskich opowieści tkwią w micie złotego wieku. Wydaje mi się, że każde społeczeństwo ma podobny mit, który głosi, że kiedyś, w przeszłości, było znacznie lepiej. Nie wiemy nawet, czy ktoś o imieniu Artur, czy Król Artur, na pewno istniał, ale istnieją przesłanki, które każą nam przypuszczać, że wódz Brytów o tym imieniu pokonał Sasów w okolicach 500 roku naszej ery.
A teraz czas na tło! Wycofanie się legionów rzymskich w V wieku pozostawiło Brytanię zdezorganizowaną i bez przywództwa. Wyłoniły się z tego niewielkie królestwa, ale największym zagrożeniem była inwazja Sasów, przybywających z ziem, które dziś znamy jako Niemcy. Byli zajadłymi wojownikami, efektywnymi w boju, więc stopniowo przemieszczali się na zachód, biorąc Brytów do niewoli, zabijając ich, odbierając im ziemię. W połowie tego procesu (który zresztą zakończył się sukcesem), brytyjski wódz (myślę, że to Artur) pokonał saską armię pod Mount Badon. Wiemy, że taka bitwa miała miejsce, ale nie wiemy, gdzie dokładnie. W każdym razie Artur powstrzymał najeźdźców i kronikarze twierdzą, że „przez całe pokolenie” Sasi żyli w strachu. W końcu zwyciężyli, ale Brytowie (których dziś nazwalibyśmy Walijczykami) zachowali pamięć tego wspaniałego czasu, kiedy mogli siać i czekać na zbiory bez strachu, kiedy wiedzieli, że ich kobiety i dzieci nie trafią do niewoli, bo Sasi zostali pobici. To był dla Brytów złoty wiek! Długo nie potrwał, złote wieki zawsze szybko mijają, ale opowieść o nim była przekazywana z pokolenia na pokolenie i stawała się coraz bardziej wymyślna. W końcu straciła kontakt z rzeczywistością! Dowódca z VI wieku stał się „Królem Arturem”.
Dla mnie więc żywotność legend arturiańskich tkwi w naszej nieustającej tęsknocie za lepszym, mitycznym czasem, kiedy dobrze się żyło. Jestem pewien, że i w Polsce istnieje pamięć kulturowa złotego wieku, bo wszystkie społeczeństwa to mają.
 

Co najbardziej pociąga cię w tamtych czasach?

Ich drastyczność! Brutalność! W pierwszych wzmiankach o nim – w żywotach walijskich świętych – Artur jest łotrem! Jest złodziejem, mordercą i gwałcicielem! Najprawdopodobniej nie był chrześcijaninem (stąd ta wrogość), ale w końcu Kościół, któremu nie udało się wymazać wspomnień o bohaterze, postanowił go adoptować. Tak oto legendy arturiańskie zostały schrystianizowane. Zamiast szukać magicznego (i pogańskiego) kotła Clyddno Eidyna, Artur szuka Świętego Graala. Został idealnym chrześcijańskim bohaterem, odważnym, dobrym i mądrym, ale w rzeczywistości musiał być bardzo brutalnym, a więc bardzo efektywnym dowódcą.  

Czy ten mit jest wciąż żywy? Ma jakikolwiek wpływ na dzisiejsze życie społeczne i polityczne Wielkiej Brytanii?

Tego nie wiem, ale mit nigdy nie umiera. Nie sądzę, by ludziom przychodził do głowy akurat Artur, gdy martwią się problemami kraju, ale te opowieści reprezentują tęsknotę za prostszą przeszłością. Podejrzewam, że wielu Brytyjczyków głosowało za Brexitem, kierując się między innymi takimi pobudkami – mieli poczucie, że Wielka Brytania była lepszym miejscem, zanim Bruksela zaczęła się wtrącać i wszystko komplikować.

Gombrowicz po francusku

Ja wiem, że „Obcy“ i „Piraci z Karaibów“, że „Twin Peaks” w telewizorze, a lato we łbie, ale proszę, uprzejmie proszę, idźcie na „Martwe wody” Dumonta, póki w kinach dają.

Idźcie, jeżeli lubicie filmy Brunona Dumonta, choćby za leniwe tempo, zakazane gęby i nieoczekiwane najazdy metafizyki na realizm. Idźcie, jeżeli najbardziej ukochaliście „Małego Quinquina” – choćby za pokraczne dialogi, rubaszne żarty, z których trochę głupio się śmiać i ekstremalne, naturalistyczne wrzutki w sielskich dekoracjach.

„Martwe wody” – tytuł polski uzasadniony, choć lepszy jest oryginalny, czyli „Ma Loute”, bo kierujący uwagę widza na głównego bohatera – to trochę kryminał, niby komedia, jakby krytyka stosunków społecznych, ale pełną gębą groteska. To film, który może zaskoczyć i zaszokować już na poziomie kreowania postaci, od bohatera tytułowego, przez inspektora Machina (który jest tak gruby, że musi się położyć na boku, żeby przyjrzeć się śladom zbrodni, kocham!) i szalonego hrabiego Van Peteghema, aż po Billy’ego i jego neurotyczną matkę… Ale i fabuła kryje niespodzianki – dość powiedzieć, że jeśli w pewnej chwili przypomną wam się placuszki pani Lovett ze „Sweeneya Todda”, nie będę zaskoczony.

Przede wszystkim jednak idźcie na „Martwe wody”, jeśli kochacie twórczość Witolda Gombrowicza. Nie wiem, czy Dumont zna powieści i/lub dramaty polskiego pisarza, ale trudno mi sobie wyobrazić, że nie, tak bardzo gombrowiczowski to film. Mamy do czynienia z tym samym wyczuciem absurdu i zarazem tragizmu ludzkiego życia, tą samą fascynacją przyciągającymi się i zarazem niszczącymi się wzajemnie opozycjami. W „Martwych wodach” napięcie przebiega pomiędzy młodością a starością, godną pogardy, zdegenerowaną arystokracją a zdrowym ludowym jądrem, czy wreszcie pomiędzy kobiecością a męskością. Brzmi znajomo? Bohaterowie uwięzieni w swoich rolach (gębach), drepczą niezdarnie, czasem przyspieszając do biegu kurczaków z poobcinanymi łbami, zderzają się ze sobą, próbują komunikować – ale zwykle z marnym skutkiem. Francuskiemu reżyserowi udało się w dodatku wszystko to, na czym potykał się Andrzej Żuławski w swojej wizji „Kosmosu” – groteska „Martwych wód” nie jest pozbawiona sensu, a aktorskie szarże nie odbierają postaciom wiarygodności.


Więcej nie napiszę, żeby nie spoilować, choć u Dumonta – jak w „Kosmosie” czy „Pornografii”, bo z tymi powieściami Witolda Gombrowicza najbardziej mi się francuski film kojarzy – przebieg intrygi to rzecz drugorzędna. Ledwie pretekst do studiowania ludzkiej natury, zderzonej z codziennymi rytuałami, społecznymi konwenansami czy wreszcie piekłem innych ludzi.

Znakomity film, idźcie.