Zwycięstwo na punkty

To był doskonały pomysł, szansa na nokaut w pierwszej rundzie.
Po pierwsze – zrobić długi wywiad z Mamedem Khalidovem. Tym „naszym Czeczenem”, który jest niezniszczalny w ringu, a poza nim… no właśnie? Kim on właściwie jest? Co jest dla niego ważne? Skąd przyszedł i co myśli o miejscu, które wybrał na swój drugi dom? Po drugie – powierzyć tę robotę Szczepanowi Twardochowi. To nie dziennikarz sportowy, nie będzie się skupiał na branżowych detalach. To popularny, świetny pisarz, który kreuje na kartach swych powieści barwne, pełnokrwiste postacie (rozmowa z Khalidovem ukazuje się po „Królu”, którego jednym z głównych bohaterów jest bokser – przypadek? nie sądzę), a więc o naturze ludzkiej wie więcej niż zwykły zjadacz chleba. Będzie umiał otworzyć Mameda, ominąć gardę, uchwycić, co nieuchwytne – a potem jeszcze przedstawić nam to piękną, literacką polszczyzną…

Czy się udało? Nie aż tak, jak mogło. Mam wrażenie, że „Lepiej, byś tam umarł” (dobry tytuł i znakomita historia, z której się wziął – szkoda, że pojawia się tak późno) to książka, która powstała w pośpiechu. Wierzę, że gdyby panowie dali sobie więcej czasu, lepiej się poznali, dłużej porozmawiali, byłaby ciekawszą lekturą. Nie musiałaby być dłuższa – choć mogłaby, bo to jest rzecz na jeden wieczór – ale można byłoby dodać kilka nowych tematów, parę już obecnych dopieścić, za to wywalić powtórzenia i płycizny służące podtrzymaniu konwersacji. O ile bowiem Twardoch mniej więcej wywiązał się ze swojej roli, o tyle redaktor tu się nie natrudził: wywiad-rzeka to nie są przecież stenogramy sądowe, papier nie musi odzwierciedlać prawdziwego przebiegu rozmowy. Nad tekstem warto popracować, połączyć rozproszone wątki w jedną całość, powywalać to, co niepotrzebne, dopytać o rzeczy, które zostały zawieszone… Tymczasem „Lepiej, byś tam umarł” od strony warsztatowej razi niedopracowaniem. Tematy pojawiają się i znikają, wiele z nich aż krzyczy o uporządkowanie i pogłębienie – przede wszystkim historia, kultura i dzień dzisiejszy Czeczenii, życie rodzinne (trzeba je sklejać z rozsianych tu i tam anegdot, matka pojawia się na przykład pod koniec książki, a i tak sporo brakuje), jego stosunek do polskiej kultury i życia społecznego, ale też, o dziwo, kwestie związane z karierą sportową. Jako niedzielny fan sportów walki gubiłem się czasem w wydarzeniach, które akurat panowie w danym momencie wspominali i na pewno więcej dowiedziałem się o psychologii sportu niż o tym, na czym tak naprawdę polega dyscyplina, w której mistrzem jest Mamed.

khalidovtwardoch blog

Okładka sugeruje też pewną równowagę pomiędzy Khalidovem i Twardochem. „Może to będzie po prostu ich szczera, męska, obustronna rozmowa o tym, co w życiu najważniejsze?” – przyszło mi w pewnej chwili do głowy. Niestety, nic z tego. Tu pisarz pyta, a wojownik odpowiada. Z rzadka Twardoch upomina się o siebie, stawiając znaki równości pomiędzy jego przypadkami życiowymi lub śląską kulturą a doświadczeniem Czeczeńca. Bywa, że są to podobieństwa dość naciągane, czasem po prostu błahe – dowiadujemy się na przykład, że obaj lubią ładne samochody, a Szczepan jeździ mercedesem – serio 😉 – ale niech będzie: wierzę, że Twardoch upiera się przy tych analogiach po to, by nawet najbardziej odpornych na wiedzę czytelników przekonać, że niewiele różni górników z Europy Środkowej od górali z Kaukazu, że na poziomie wartości chrześcijanie i muzułmanie są sobie znacznie bliżsi niż mogłoby się zdawać.

I tu dochodzimy do plusów, których nie przysłonią żadne minusy. Bo ta książka, nawet jeśli niedopracowana, po prostu była potrzebna. Mamed Khalidov wywalczył sobie bowiem – zero przenośni, po prostu wykopał sobie go i wydusił – autorytet, który sprawi, że wysłuchają go również ludzie, którzy nikogo innego nie wysłuchają. Którzy nie mają czasu i ochoty na dzielenie włosa na czworo. Którzy lubią łatwe odpowiedzi na trudne pytania. Którzy ulegają emocjom.

Bardzo możliwe, że „Lepiej, byś tam umarł” będzie dla wielu czytelników pierwszym i największym źródłem wiedzy o obyczajach reprezentantów innej kultury, którzy wybrali Polskę na swoją nową ojczyznę, a także o islamie i jego wyznawcach (memów, wybaczcie, nie liczę). Dobrze się stało, że wiedzę tę dostarcza właśnie Mamed Khalidov, który co prawda nie jest uczonym w piśmie, ale zamiast grozić pięścią, prezentuje postawę pełną tolerancji, cierpliwości i pokory. Oczywiście, nie wszystkich przekona, a już na pewno nie tych, co mają go za wilka w owczej skórze (poczytajcie komentarze w internetach – albo nie, lepiej nie czytajcie). Ale może w kimś zasieje wątpliwości, nie tyle nawet we własnej sprawie, co wobec czarno-białego postrzegania świata w ogóle.

Ale na tym nie koniec! Niezwyciężony twardziel z Czeczenii opowiada tu również o swoich problemach psychicznych, o załamaniu, stanach depresyjnych, lękach. Szczerze, ale bez użalania się nad sobą, mówi o swoich słabościach, o ich prawdopodobnych przyczynach i wstydliwych objawach. Mówi o tym, że sam tej walki nie był w stanie wygrać, że potrzebował pomocy, że poprosił o nią i ją znalazł – w rodzinie, wśród przyjaciół, w religii, u lekarza.

„Lepiej, byś tam umarł” to książka niedoskonała, ale ten jeden wieczór warto jej poświęcić. Tym bardziej warto, im bardziej męscy, przekonani o swojej nieomylności i przywiązani do swojej, jedynie słusznej wizji świata jesteście.

Mamed Khalidov, Szczepan Twardoch „Lepiej, byś tam umarł”, Wydawnictwo WAB

Życie po życiu. I jeszcze raz, i znowu…

suma

Miałem poważną operację, której skutkiem ubocznym była dziura w lewym boku. Niby się goiło, ale zbyt powoli. Do tego bolało przy każdym ruchu, a krew sączyła się z rany, plamiąc opatrunek i ubranie. Nie pomagałem sobie podejmując wysiłek fizyczny, którego lekarz wyraźnie mi zabronił. Wiedziałem, że źle robię, że ryzykuję, ale cholera, chciałem normalnie żyć… i nagle się obudziłem. Po ranie ani śladu, bo – odpukać – nigdy nie byłem na stole operacyjnym. Po prostu zdrzemnąłem się na kanapie, z pilotem telewizyjnym wbitym w bok.
– A co jeśli – pomyślałem sobie, wiem, że niezbyt oryginalnie – nasze codzienne problemy są równie realne? A jeśli tylko śnimy nasze życie?

Niewielka „Suma” zawiera sporo podobnych myśli. David Eagleman – amerykański naukowiec, zatrudniony na wydziale psychiatrii i nauk behawioralnych Uniwersytetu Stanforda – zebrał w jednym tomiku 40 pomysłów na zaświaty. Od efektownych banałów (ludzie to komórki rakowe w ciele boga) po koncepcje oryginalne i karkołomne. Często zabawne i absurdalne, bo choć Eagleman deklaruje się jako posybilista (a więc – jeśli dobrze rozumiem – taki ładniej nazwany, ciekawy świata agnostyk), nie sposób traktować „Sumy” jako zbioru poważnych koncepcji eschatologicznych. To raczej iskry, które mogą odpalić jakiś proces w naszych umysłach, skłonić do kreatywnej refleksji. Coś między koanami, a powiastkami filozoficznymi Stanisława Lema czy bajkami Leszka Kołakowskiego.

Można raczyć się „Sumą” samotnie, na leżaku, w piękny, letni dzień – taki jak dziś, kiedy prawie da się zapomnieć, że wszystko ma swój koniec. Ale można też wykorzystać tę książkę jako grę towarzyską – losować jedno z 40. mini-opowiadań, odczytywać w gronie przyjaciół, przy butelce dobrego wina, a potem spędzić pół wieczoru na dyskusji o mocnych stronach i mieliznach koncepcji Eaglemana. No bo jeszcze rozmawia się o życiu po życiu, prawda? Czy już tylko o polityce i pieniądzach?

Nienawistny kutas

lou

Gdyby autor tej książki przejął się zasadą, że o zmarłych dobrze albo wcale, zostałoby mu haiku. Na przykład coś takiego:

Smutny piosenkarz
Lou Reed z Nowego Jorku
Śpiewał, że czeka

Bo „Zapiski z podziemia” Howarda Sounesa – tytuł oryginalny „Notes from the Velvet Underground” ma o tyle sens, że kieruje myśli ku kultowej formacji Lou Reeda – to garść nazw i dat plus mniej lub bardziej zakamuflowane komunikaty, że być może Lou wielkim artystą był, ale za to na pewno był małym człowiekiem. Wrednym, zadufanym w sobie sukinsynem, którego nikt nie lubił. A jak ktoś go na chwilę polubił, to głównie po to, by za chwilę pożałować. Pierwszy komplement pod adresem Reeda („Był po prostu fiutem”) pada z ust kolegi ze szkolnego zespołu już na drugiej stronie książki, a później jest niewiele lepiej. Czasem gorzej. „Sądzisz, że ludzie chcą czytać o życiu Lou Reeda?” – pyta autora „Zapisków z podziemia” jeden z najbliższych współpracowników artysty z czasów The Velvet Underground, poproszony o wywiad na potrzeby tej publikacji. – „Będziesz potrzebował dobrego tytułu, jak na przykład Nienawistny kutas lub Najgorszy człowiek, jaki kiedykolwiek żył. Coś, co od razu będzie sygnalizowało, że nie jest to biografia wspaniałego człowieka, bo nim nie był… Był durną, odrażającą, okropną istotą ludzką”.

Rzeczywiście, jako fan twórczości Lou Reeda, który to i owo już o nim czytał, zdawałem sobie sprawę z tego, że nie był przyjemniaczkiem, ale przyznaję, że nie spodziewałem się portretu Doriana Graya, który wyłania się z tej biografii. Bo jest to portret samolubnego, ale i zakompleksionego typa, wykorzystującego życzliwych mu ludzi, bijącego żonę, tak zaćpanego i zapitego, że nie panował nie tylko nad swoim życiem prywatnym, ale i twórczością. Ogarnął się jako tako dopiero jako starszy pan, pod wpływem Laurie Anderson, ale bratem-łatą nigdy nie został, o przebaczenie nie prosił.
Z „Nienawistnego…” – ups, przepraszam, z „Zapisków z podziemia” – jednoznacznie wynika, że płyty, którymi dziś się zachwycamy, które nie bez powodu przecież uważamy za wybitne i kultowe, były nie tylko owocem dalekosiężnej wizji giganta, który przerastał sobie współczesnych, ale również wypadkiem przy pracy albo owocem pracy ludzi, którzy zrobili coś za Lou, bo akurat nie ogarniał rzeczywistości…

Czy warto więc czytać taką książkę? O tak, po stokroć tak.

Z muzycznymi biografiami sprawy bowiem mają się tak, że powstają głównie z miłości. Wiem, co mówię. 😉 Autor takiej biografii najczęściej jest fanem opisywanego wykonawcy/zespołu, w dodatku rozmawia z jego/ich przyjaciółmi, rodziną, najlepszymi współpracownikami – a to oznacza, że nawet dbając o obiektywizm, przedstawia nam szklankę raczej do połowy pełną. Co bynajmniej nie musi oznaczać fałszu. Taka biografia jest po prostu jak zdjęcie korzystniejszego profilu. Wykonane przez dobrego fotografa. W korzystnym oświetleniu. „Zapiski z podziemia” są tymczasem jak foty, które zrobili ci komórką złośliwi koledzy – to nie ludzie, to wilki – na imprezie, która wymknęła się spod kontroli. Akurat wtedy, kiedy zasnąłeś z uchem w sałatce. I ktoś ci markerem narysował fiuta na czole.

Publikowanie takich fotografii na Fejsie czy Instagramie bez wiedzy i zgody najbardziej zainteresowanego to oczywiście zło największe – jaki więc płynie pożytek z publikacji i lektury „Zapisków z podziemia”? Choćby taki, że wraz z nieuchronnym wzrostem niechęci do Lou Reeda, coraz trudniej nam będzie uchylić się przed pytaniem: czy to wciąż OK lubić jego muzykę? Czy kiedy już wiemy, jak wyglądały relacje wewnątrz The Velvet Underground, jak powstawał „Transformer” i kim był człowiek, który wymyślił i zrealizował „Metal Machine Music”, możemy wciąż podziwiać dzieło i jego twórcę?

Moja odpowiedź brzmi: dzieło – tak. Pal licho twórcę.

Być może żyjemy w najbardziej dostatnim, najbardziej interesującym i zarazem najbardziej beztroskim (choć nie wiem, czy to się da połączyć) czasie w dziejach ludzkości, ale jedno jest pewne: XXI-wieczne połączenie kultu celebryty z informacyjną biegunką, którą codziennie nie tylko konsumujemy, ale i współtworzymy (ja choćby tym wpisem, I know) sprawiło, że twórca zrósł nam się z dziełem. Albo i dzieło zastąpił, bo po jaką cholerę czytać książkę, która ma 500 stron, skoro możemy zobaczyć, co pisarz włożył na ściankę i co powiedział (pierdnął na Twitterze) o innym pisarzu. My też mamy swoje zdanie o obu pisarzach i nie zawahamy się go użyć, więc dołożymy do pyskówki pomiędzy ludźmi pióra (w dupie) swój błyskotliwy komentarz, podamy dalej i już, uczestniczymy w kulturze, jest zajebiście. A książka? Nawet jeśli uda nam się ją przeczytać – to przecież nie sposób tego zrobić w oderwaniu od wspomnianych wyżej zdjęć, plotek, twittów, bon motów i memów. Wiemy o współczesnych nam twórcach – nawet tych, co starają się strzec swojej prywatności – zbyt wiele, by nie kładło to się cieniem na ich dziele. Czytamy więc książkę, oglądamy film, spektakl teatralny lub obraz, słuchamy płyty osadzając je automatycznie nie tyle w kontekście innych książek, filmów, płyt, co w kontekście prywatnego życia autorów. Czasem oczywiście ma to sens (bo jak inaczej brać się za bary z „Moją walką” Knausgårda?), ale zwykle – niekoniecznie. Często – w ogóle nie.

Nazbyt gorliwe wiązanie życia prywatnego twórców z ich dziełem jest krzywdzące dla tych artystów, którzy mieli nieszczęście narodzić się i tworzyć w Epoce Informacji. O prywatnym życiu i cechach charakteru antycznych dramatopisarzy, barokowych kompozytorów i romantycznych poetów wiemy bowiem niewiele lub nic – w związku z tym obcowania z ich spuścizną nie zakłóca nam świadomość, że jak się ochlali na imieninach wujka Jurka to komuś spuścili łomot. Ich opryskliwość, niefotogeniczność, złe zwyczaje żywieniowe, poglądy polityczne, rytuały religijne, upodobania seksualne i nawet karygodna nieznajomość praw dynamiki Newtona dawno legły z nimi w grobie i nie mają żadnego znaczenia. No dobrze, może czasem pomagają nam w interpretacji dzieła – ale to wszystko, nie budzą emocji, nie zachęcają nas do ferowania wyroków w moralnym uniesieniu. Czemu więc mielibyśmy oceniać jakiegoś śpiewaka z Nowego Jorku nie za jego piosenki, ale za to, że był niemiły jak wciągnął kreskę?

Jest jeszcze coś. Jeśli sam tworzysz, możesz znaleźć w biografii Lou Reeda autentyczną pociechę – pal licho, że teraz twoje płyty się nie sprzedają, a recenzenci albo cię ignorują, albo uważają za pretensjonalnego głupka. Za 20, a może za 50 lat, nikt nie będzie pamiętał, kto był dzisiaj na pierwszym miejscu listy przebojów i co było piosenką dnia w RMF-ie, za to twój pogardzany dziś i niesprzedawalny album może przejść do legendy. Może być kultowy. Może inspirować innych. I nie ma znaczenia, kto ci dograł bas, kto podczyścił wokale i skąd ukradłeś tę fajnie brzmiącą linijkę w refrenie. Ważne, kto się pod tym podpisał.
Nie, nie żartuję.

A co z Lou Reedem? Po lekturze „Zapisków z podziemia” wciąż najbardziej nie lubię go za „Lulu”.

Obozy niczyje

img_3533

Obawiam się, że przez tę okładkę wielu ludzi wyrobi sobie opinię o książce Marka Łuszczyny bez czytania. Trudno zresztą na jej widok nie przypomnieć sobie regularnych przepychanek z ignorantami z zachodnich mediów, którym „polskie” myli się z „na terenie okupowanej Polski”.
Tymczasem „Mała zbrodnia” (Znak Horyzont, 2017) nie jest głosem w tej sprawie. Zaczyna się tam, gdzie kończy się Holokaust – to opowieść o obozach zorganizowanych przez NKWD i polską bezpiekę tuż po wojnie, dla prawdziwych i wyimaginowanych wrogów narodu i nowego ustroju. To wspomnienie żaren historii, które mieliły nie tylko tych, co je jeszcze przed chwilą uruchamiali, ale i niemiecką ludność cywilną (niewinną lub – jak ujmuje to jeden z bohaterów tej wielowątkowej opowieści – winną przez swój konformizm), a także Żołnierzy Wyklętych, pokutujących za nieswoje grzechy Ślązaków czy wysiedlonych w ramach akcji „Wisła” Ukraińców i Łemków.

To temat trudny, politycznie niewygodny, niezależnie od tego, kto akurat jest w naszym kraju u władzy. Bo jak tu mówić o polskich obozach koncentracyjnych (nie mylić z obozami zagłady! – zagadnieniu precyzyjnej nomenklatury poświęcony jest jeden z ustępów książki), nie narażając się jednocześnie na zarzut rozmydlania odpowiedzialności za Zagładę (nie ma tu cienia takiej próby), szukania fałszywej symetrii (o tym też nie ma mowy), czy choćby dostarczania paliwa niemieckim rewizjonistom. Jak położyć na szali miliony ofiar hitleryzmu i niewspółmiernie mniejszą (niewartą wspomnienia?) liczbę tych, co zginęli po wojnie, w ramach systemowego albo i prywatnego odwetu? Tym bardziej, że przecież musiała być akcja, żeby mogła zaistnieć reakcja – sadystów z bezpieki też stworzyła rozpętana przez Niemców wojna. Czy wreszcie można pisać o polskich obozach, skoro po wyzwoleniu komuniści nie przejęli w kraju władzy w wyniku demokratycznych wyborów, ale zostali tu zainstalowani przez obce mocarstwo?

Autor dobrze zna i zawarł w swojej książce wszystkie te pytania, na niektóre z nich próbuje odpowiedzieć. Zdaje sobie też sprawę z tego, że nie wszystkich czytelników jego odpowiedzi usatysfakcjonują („Jak pierdolnie z lewej i prawej to pójdziesz do wymiany” – tak koleżanka po fachu ocenia temat reportażu i możliwe konsekwencje jego poruszenia) – ale brnie dalej. Uważa, że tak trzeba, że powinniśmy poznać prawdę, że pamięć może nas ochronić przed powtarzaniem błędów przeszłości. Przy czym rozsądnie nie domaga się tego w swoim imieniu („Kim on jest, żeby nas pouczać?!” – już to słyszę), ale cytuje „Korzenie totalitaryzmu” Hannah Arendt, relacjonuje jak z podobnym epizodem swojej historii (po)radzili sobie Czesi, przypomina słynny list biskupów polskich do niemieckich z 1965 roku… Jak mniemam wszystko po to, by jak najtrudniej było osadzić tę historię w kontekście doraźnych potrzeb polityki historycznej.

I tu wracamy do tytułu: mocnego, zwracającego uwagę, podkreślonego znakomitym projektem graficznym, ale jednak niezawierającego pytajnika. To zapewne pomoże książce na księgarnianych półkach. Wzbudzi kontrowersje, które prawdopodobnie przysłużą się sprzedaży, ale już niekoniecznie spokojnej, rzeczowej rozmowie na poruszane w „Małej zbrodni” tematy. Będzie awantura, będą wyzwiska, w jedną i drugą stronę fruwać będą oskarżenia o instrumentalne traktowanie historii, wybiórczą pamięć i działanie na szkodę polskiej racji stanu. Jestem jednak pewien, że i wydawca, i autor zdawali sobie sprawę z tego, że sieją wiatr, więc najwyraźniej uznali, że lepsza będzie burza niż przedłużająca się cisza.

Tak czy owak, warto. Skłamałbym jednak, gdybym powiedział, że „Małą zbrodnię” dobrze się czyta, choć nie jest to uwaga o charakterze warsztatowym. Po prostu, jako nolens volens przedstawicielowi gatunku Homo sapiens, z trudem mi przychodzi przyjęcie do wiadomości, że ludzie byli do tego wszystkiego zdolni. Nie gdzieś daleko, w Azji czy Afryce. Nie dawno temu, przed wynalezieniem kultury wysokiej, protokołu dyplomatycznego i etyki indywidualnej. Tutaj, obok, przed chwilą. Ledwie pokolenie, dwa temu. Przecież jeszcze niedawno, parę lat temu i ofiary, i oprawców zdarzało nam się mijać na ulicach. Może i dziś się zdarza…

Z archiwum Twin Peaks

Jedną z moich ulubionych baśni Andersena są „Nowe szaty cesarza”. Życiowe takie. Czerpiąc zatem inspirację z literatury, nie przedłużając i nie klucząc, niechętnie, ale z przekonaniem – krzyknę, że król jest nagi. Otóż, Panie Frost, ktoś Pana wprowadził w błąd. To nie ten serial. Pana książka nie jest apokryfem do „Twin Peaks”, ale do „X-Files”. Wystarczy zmienić ilustracje i parę nazw własnych, przepakować i wszystko będzie w porządku. Cieszę się, że mogłem pomóc. Czuwaj.

owl1

Na nic chyba tak w życiu nie czekałem – no, może poza beztroską emeryturą na Kanarach – jak na nowe wieści z tego miasteczka. Torturę miała złagodzić książka Marka Frosta, współtwórcy serialu, wypełniająca 25-letnią fabularną lukę pomiędzy Twin Peaks, które opuściliśmy, a tym do którego wejdziemy (już podobno) w kwietniu.
Byłem tak podjarany informacją o „The Secret History of Twin Peaks”, że marzyłem o przetłumaczeniu książki i nawet próbowałem się zgłosić do tego zadania. Zrobiłbym to za darmo, z potrzeby serca, święcie przekonany, że oto właśnie wypełniam swoje przeznaczenie, że ten przekład jest dziełem mojego życia. Na szczęście nic z tego nie wyszło, opatrzność czuwała… Na szczęście, bo nie przetłumaczyłbym tego lepiej niż Agnieszka Sobolewska, ale przede wszystkim dlatego, że śmiem przypuszczać, iż w połowie pracy rzeczone serce by mi pękło.

Spodziewałem się może i nudnej, pewnie lekko grafomańskiej, ale klimatycznej opowieści o tym, jak dorastają dzieci Lucy i Andy’ego, informacji o tym, że Bobby jednak wyszedł na ludzi, a Norma musiała sprzedać swój lokal, bo ją wykosił Subway. Liczyłem na zamknięcie kilku mało znaczących wątków, zasygnalizowanie innych. I na 350 stron dostałem takich może 30, w dodatku głównie dotyczących wydarzeń, które już znamy z serialu, ale tu ukazanych z innej perspektywy. Zupełnie zresztą niepotrzebnie – dzisiaj o niektórych mieszkańcach Twin Peaks wiem więcej niż o członkach własnej rodziny, ale nie mam pojęcia, po co mi ta wiedza.

Przede wszystkim bowiem liczyłem na to, że Frostowi wystarczyło ćwierć wieku, żeby zrozumieć, co było największą siłą jego własnego serialu. Podpowiadam: zagadka, nie jej rozwiązanie. Ale także uniwersalność przekazu. Nie wiadomo było, o co tak naprawdę chodzi, jakie siły reprezentuje Bob, jacy inni szatani są tam czynni – więc łatwo mogliśmy poczuć, że „Twin Peaks” opowiada nam też coś o nas i naszym najbliższym otoczeniu. Przecież bohaterowie Twin Peaks to też zwyklaki ze zwyczajnego miasteczka, w którym niby wszystko się zgadza, ale za (czerwoną) zasłoną rzeczywistości kryje się inny, mroczny świat, rządzący się swoimi prawami.

sekretyo

Frost tymczasem postanowił w „Sekrety Twin Peaks” wrzucić wszystkie tajemnice nie tylko miasteczka, ale w ogóle całej Ameryki i okolic. Nie dość więc, że w raczej niedorzeczny sposób miesza wszystko ze wszystkim – klątwę Indian, Wielką Stopę, masonów, Roswell, Aleistera Crowley’a, prezydenta Nixona, scjentystów… – to jeszcze pozbawia tym samym miasteczka jego uniwersalnego charakteru. Z „Sekretów Twin Peaks” wynika bowiem, że mamy do czynienia z jakowymś pępkiem (innego) świata, z miejscem od stuleci niezwykłym, raz po raz rozbłyskającym nadprzyrodzonymi fajerwerkami. Takie miasto jest więc tylko jedno, skryte gdzieś w malowniczych lasach stanu Waszyngton, a więc ta historia nijak mnie nie dotyczy. Symboliczny, czy wręcz archetypiczny, charakter „Twin Peaks” zastępuje bełkotliwa dosłowność. Czar pryska.
Ostatnio byłem równie rozczarowany, kiedy dowiedziałem się, że ćwiczenia koncentracji i woli nie wystarczą: nigdy nie będę rycerzem Jedi, bo jak ostatnio robiłem sobie morfologię, to się okazało, że stężenie midichlorianów w mojej krwi jest równe zeru. Od tamtej pory Gwiezdne Wojny nie toczą się już w moim imieniu.

Przestrzegam więc – choć zdaję sobie sprawę z tego, że za późno, bo każdy zainteresowany pewnie rzucił się na nią tuż po premierze – honorowych obywateli Twin Peaks: ta książka nie jest tym, czym się wydaje.

Gdzie ci kwiaty?

„All You Need Is Love” Jerzego Jarniewicza (Znak, Kraków 2016) to wbrew tytułowi i – skądinąd bardzo urodziwej – okładce znacznie więcej niż tylko afirmacja Dzieci Kwiatów, z ich wolną miłością, tłustym dżointem i naiwnym pacyfizmem. Podtytuł książki jest bardziej precyzyjny, to rzeczywiście sceny z życia kontrkultury lat 60.
Najwięcej, oczywiście, pocztówek z Ameryki – od premiery „Hair” przez marsz na Pentagon i festiwal Woodstock po działalność Weather Underground – ale są też wątki europejskie, takie jak provosi z Amsterdamu czy berlińska Kommune 1. Sporo muzyki: Beatlesi plus Ameryka. Tu zresztą życie najszybciej dopisało ciąg dalszy do wciąż przecież nowej, bo wydanej późną jesienią 2016, książki. Rozdział poświęcony twórczości Dylana zaczyna się bowiem od konstatacji, że nie wiadomo, czy pieśniarz ma szansę na literackiego Nobla, a ten, którego głównym bohaterem jest Leonard Cohen… no cóż, nie uwzględnia ani „You Want It Darker”, ani – tym bardziej – odejścia artysty.

img_3509

Nie zmienia to jednak faktu, że „All You Need Is Love” jest rzetelnym i wciągającym wprowadzeniem do świata kontrkultury. Wprowadzeniem właśnie – bo w krótkich rozdziałach autor tylko sygnalizuje jakieś zjawisko, w paru słowach kreśli kontekst, wskazuje kierunek interpretacji, po czym pędzi dalej. Dzięki temu może po prostu przedstawić więcej epizodów tak złożonej przecież historii, a jeśli coś was szczególnie zainteresuje – dalej już szukajcie sami. Jarniewicz podpowie gdzie, bo chętnie odwołuje się do źródeł. Ma warsztat naukowca, ale temperament eseisty, a nawet literata, często bierze górę. „All You Need Is Love” nie jest więc książką naukową, bo autor nawet nie próbuje pozorować obiektywizmu – czuje się częścią opisywanego przez siebie zjawiska, daje się ponieść emocjom. Najczęściej uwiarygadnia tym fakty, ale mam wrażenie, że zdarza mu się zagalopować w interpretacji fotografii z epoki (nie wszystkie, do których się odwołuje, znalazły się w książce – czasem trzeba googlać), a nawet po prostu pomylić, choćby wtedy, gdy „subkulturze raperskiej” zarzuca „zuniformizowaną formę buntu” (jako kontrast do stawiających na jednostkowość hippisów). Głównie jednak pisze o tym, co dobrze zna i – przede wszystkim – doskonale czuje, a serce, najpewniej słusznie, podpowiada mu, że my z kontrkultury wszyscy. Że choć poszczególne bitwy najczęściej kończyły się porażką, w najlepszych wypadkach pyrrusowym zwycięstwem, wojna z systemem została wygrana i dziedzictwo kontrkulturowej rewolucji lat 60. to dziś immanentna część naszego życia społecznego, politycznego i obyczajowego.

Fajnie, fajnie, ale czytając „All You Need Is Love” na przełomie 2016 i 2017 roku nie mogłem się pozbyć natrętnej myśli, że owszem, te burzliwe, acz radosne czasy przyniosły pożądane zmiany, ale… lepiej już było. Obszar wolności się kurczy, pod każdą szerokością geograficzną. Wniosek jest prosty – przydałaby się nam nowa kontrkultura – ale niekoniecznie prawdziwy. Dzisiaj to już nie takie proste. Nie wiadomo, gdzie postawić barykadę. Oko Wielkiego Brata lśni brokatem i mruga do nas porozumiewawczo. Wątki kontrkulturowe zostały rozpracowane do ostatniej molekuły przez marketerów i polityków, którzy bez skrupułów wykorzystują je, by osiągnąć swoje cele. Przecież antydemokratyczna konserwa, która od paru lat wygrywa wybory na całym świecie – od Polski po Stany – również gra na tę kontrkulturową, antysystemową nutę. Nie mówiąc już o tym, że ma w swoich szeregach wielu przebranych w garnitury ekshipisów, działaczy organizacji wolnościowych, byłych punków. Którzy nader często wykazują się wyjątkową gorliwością we wznoszeniu nowych murów, dowodząc prawdziwości przysłowia, które mówi, że najlepiej wilkowi powierzyć pilnowanie stada.

No więc tak, ja też uważam, że światu potrzebna jest dziś nowa kontrkultura. Myślę jednak, że tym razem akcent powinien być nie na „kontr”, ale na „kultura”.

Lodołamaczem cała naprzód

Fedor

Być może jeszcze chodziłem w Dukli do liceum i wyczytałem o nim w „Na przełaj”. Albo zobaczyłem w telewizji. A może usłyszałem o nim już w Krakowie, gdy przyjechałem na studia? Mój pierwszy adres w tym mieście – ponury hotel robotniczy na osiedlu Złota Jesień – był zresztą dość odległy od Wawelu, za to bliski arenie wydarzeń, od których zaczyna się ta książka…

W autobusie nie było oczywiście kibla, więc kiedy zatrzymaliśmy się na stacji przed granicą, wszyscy pobiegli się wysikać. Obok tych kibli stały jakieś typy spod ciemnej gwiazdy, sprzedawali krasnale ogrodowe i gapili się na irokezy chłopaków. Ja stałem z boku, w dresach, i paliłem papierosa. W pewnym momencie podszedł do mnie jeden z tych zakapiorów i mówi: „Patrz pan jakie skurwysyny! Ja bym ich wszystkich do więzienia, żeby zapierdalali, darmozjady! Życia by się nauczyli, a nie fryzury i lakiery, skurwysyny!”. Nawija tak i szuka we mnie akceptacji. W tym momencie wychodzi z kibla Elefant, czyli dwumetrowy punk z Nowej Huty, i czując, co jest grane, pyta: „Szefku, mam przypierdolić?”.

Co szefek na to?
Nie pozwoliłem, wyjazd był najważniejszy. Zresztą ten żul natychmiast zniknął. Pojechaliśmy dalej. 

Nie jestem pewien, kiedy po raz pierwszy usłyszałem o tym, co Jerzy Fedorowicz wyprawia w Nowej Hucie ze skinami i punkami, o tym jego mozolnym przerabianiu zjadaczy chleba w anioły, ale pamiętam, że byłem pod wrażeniem. Sam od zawsze miałem kłopot z dostosowaniem się do norm społecznych, sam byłem częścią – innej co prawda – kontrkultury i nie przywykłem do tego, by ktoś o pokolenie od nas starszy traktował nas poważnie. Wtedy jeszcze przedstawiciele wszelakich subkultur nie byli cool, wtedy jeszcze się nas pałowało albo w najlepszym razie usilnie przeciągało na stronę zdrowej tkanki społeczeństwa. Mało kto dostrzegał w nas ludzi, potencjał, talenty. Takim wyjątkiem był Edward Klein, mój wychowawca z liceum (RIP) i taki (jak słyszałem) był Fedor.

Po studiach zostałem w Krakowie. Postać Jerzego Fedorowicza raz na jakiś czas zamajaczyła mi na horyzoncie – dosłownie i w przenośni, na przykład w postaci nazwiska na liście wyborczej – ale nigdy nie miałem okazji poznać go osobiście. Aż do stycznia bieżącego roku. Zadzwoniła miła pani z wydawnictwa Burda i zapytała, czy nie byłbym przypadkiem zainteresowany przeprowadzeniem z nim wywiadu-rzeki. Dwa razy pytać nie musiała. Wiedziałem już o nim znacznie więcej niż 20 lat temu i przeczuwałem ciekawe życie, wietrzyłem dobrą historię. No, ale jeszcze on musi się zgodzić. Pierwsze spotkanie i okazuje się, że mamy wspólnych znajomych (powiem wam w tajemnicy, że Kraków nie jest takim dużym miastem za jakie się ma) i sporo wspólnych zainteresowań – Fedor potwierdził więc w wydawnictwie, że w porządku, że ten Szubrycht chyba się nada i nie trzeba dalej szukać…

W czasie akcji Burza ojciec dowodził żołnierzami obsługującymi cekaem. Karabin ustawiony był na linijce, myśliwskim powozie, który po wojnie leżał w wozowni w Zawadkach. Kiedy złamał mi się resor w trabancie, moi wujkowie za pół litra spirytusu wymontowali ten z wózka od cekaemu i wmontowali do trabanta. Dojechałem na tym resorze do Puław, gdzie i ten się złamał. Ojciec służył w obstawie radiostacji. Działała bardzo długo, chyba nawet po wojnie. Przeszkolony został przez Żonkila, Stanisława Kujawińskiego, słynnego cichociemnego. Później stanął na czele oddziału, który chronił Redutę, czyli wydawnictwo Wolności i Niezawisłości, dla którego moja matka pisała artykuły. Dlatego już jako dorosły człowiek stawałem w obronie ludzi, którzy mieli epizod fascynacji komunizmem, bo wiem, że nie znali prawdziwych informacji o tym, co się dzieje. Moi rodzice takie posiadali, bo pracowali przy radiostacji, mieli łączność ze światem. Znali więc prawdę o Katyniu i o tym wszystkim, co działo się na Wschodzie.

Rodzice chętnie opowiadali o wojnie?
Nie, prawie wcale. Ojciec umierał na raka, bardzo świadomie. Siedziałem przy nim, kiedy tak marniał każdego dnia, ale nawet wtedy nic mi nie opowiadał. Gdy już byliśmy pewni, jak to się skończy, UB wezwało mnie na przesłuchanie. Mieli taki pokój bez okien, przy placu Wolności.

O co pytali?
Czy wiem coś o broni. Jak Stalin jechał pociągiem do Poczdamu, na konferencję, to od Moskwy do Berlina, na całej trasie, co 150 metrów stał żołnierz i jeszcze jeździły patrole. W lipcu 1945 roku mój ojciec dostał rozkaz, żeby schować gdzieś furmankę pełną broni. Kupa żelaza ledwie przykryta słomą. Gdyby żołnierze z tego rosyjskiego patrolu byli bardziej przytomni, zorientowaliby się, że podczas wjazdu na nasyp koń ledwie ciągnie furmankę, że coś tam musi być nie tak. Dwadzieścia trzy lata po wojnie temat powrócił i ubek pyta mnie, czy wiem, gdzie ta broń została zakopana.

1966057_551031381665305_3930566156298208234_o

„Lodołamacz Fedor” to życie jednego człowieka, ale też niezła lekcja historii Polski – od czasów wojny, przez dziwne, śmieszno-straszne czasy PRL-u, stan wojenny, dramatyczne lata przeobrażeń ustrojowych, aż po naszą małą stabilizację. Tak, to książka w dużej mierze o historii, ale też o kulturze, polityce, zdrowiu i przede wszystkim – o miłości. Nie mnie ją oceniać, ale najlepsza z żon niejedną łezkę przy lekturze uroniła, a twarda jest przecież jak Roman Bratny.

Książka miała premierę w miniony weekend. Najpierw odbyło się miłe spotkanie w Teatrze Ludowym (powiem wam, że to dość abstrakcyjne uczucie, zasiąść na tej scenie, obok Fedora i obecnego dyrektora teatry, pana Jacka Stramy, z takimi postaciami jak Leszek Piskorz czy Jerzy Trela na widowni), później zostaliśmy wrzuceni w książkowe targowisko próżności. Było bardzo miło – dużo nowych twarzy, ciekawych rozmów, miłych gestów – ale trochę to wszystko męczące. Wolę siedzieć i pisać, niż chodzić i gadać. 😉

Książkę można znaleźć już chyba w każdej księgarni w realu i niejednej internetowej, do czego wszystkich zachęcam. Nie trzeba być wielbicielem teatru, ani wyborcą Fedorowicza, nie trzeba nawet mieszkać w Krakowie, by znaleźć tu coś dla siebie. I żadna w tym moja zasługa – ja tylko znowu pomogłem opowiedzieć to, co się zdarzyło i nie powinno zostać zapomniane.