Siódme: nie kradnij (artystom można)

Nie, tym razem nie o empetrójkach, bośmy się ostatnio wszyscy okopali na swoich pozycjach i niewiele z tego wynikło. Zdrowiej więc kaszę w swojej ziemiance wsuwać, niż nos na pewny odstrzał wystawiać.

Nie będzie nawet o serialach, chociaż szlag mnie trafia, że jestem cywilizacyjnie opóźniony, bo naiwnie czekam, aż w Polsce pojawią się na DVD te wszystkie tytuły, o których od miesięcy lub od lat rozprawiają moi znajomi (na przykład „Mad Men”, ale chciałbym też kupić „Twin Peaks” czy „Californication” i nie ma, „Nip / Tuck” są raptem wyrwane ze środka dwa sezony, pierwszego sezonu „Lost” nawet nie ma!). Ale jeśli dystrybutorzy mają mnie gdzieś i nie wydają niczego nowego, z góry zakładając, że i tak wszyscy kradną, to będą mieli to, czego chcą i w końcu ja też się przełamię.

Dzisiaj będzie o kuriozalnej sprawie lubelskiego plastyka Tomasza Kozaka, przy której kłopoty Doroty Nieznalskiej to mały pikuś. Rzeczony Kozak wykonał serię prac na zamówienie krakowskiego przedsiębiorcy. Dosyć hardkorowe to dzieła, trzeba przyznać, ale bardzo pomysłowe i koneserom mocnych wrażeń mogą się podobać – nic dziwnego, że zleceniodawca postanowił je wydać w formie kalendarza. Problemy zaczęły się, gdy na jaw wyszło, że nie zamierza Kozakowi za jego prace zapłacić. Artysta podał więc nieuczciwego biznesmena do sądu, gdzie dowiedział się, że… jego prawa nie zasługują na ochronę, bo propaguje faszyzm i pornografię oraz znieważył godło i polskie barwy narodowe. Słowem, umowa z wydawcą kalendarza od początku była nieważna i każdy mógł sobie z pracami Kozaka zrobić, co mu się żywnie podobało, bo to przecież ruja i poróbstwo bez wartości.

Sprawa ma dalszy ciąg, bo artysta oczywiście się odwołał i Sąd Apelacyjny unieważnił rozstrzygnięcie niższej instancji. Cały kołowrót zaczyna się od nowa… Tak czy owak, już dziś gratuluję krakowskiej pani sędzi kreatywnego podejścia do ochrony własności intelektualnej i trudnego zagadnienia wolności słowa.

To jest sposób! Zamiast niepokornych artystów zamykać, zamiast ich grzywnami karać, narażając się przy tym na marudzenie zepsutych do szpiku kości obrońców cywilizacji śmierci, wystarczy wystawić bluźnierców i kosmopolitów poza nawias prawa. Zdjąć z nich ochronę. Oddać sprawiedliwość w ręce ludu. Niech wtedy wszyscy urażeni zabiorą sobie, co im się należy, a czego nie uniosą, to niech zniszczą, zepsują, na zdrowie! Nie będą się nam tu artyści-wichrzyciele od zdrowej normy odchylać.

Słońce wokół Ziemi

Dobra wiadomość. Dorota Nieznalska uniewinniona, mam nadzieję, że ostatecznie. Chociaż prokurator, który sam przedstawia się, jako Miłośnik Kultury i Sztuki, nie zamierza odpuścić, bo uważa, że wolność do artystycznej wypowiedzi dobra rzecz, ale przecież nie można pozwolić artystom, by nas szokowali, bo jeszcze się rozpuszczą, bezmyślne bachory jedne, i nas będą szokować codziennie i zewsząd… No, jasne, sztuka powinna pana Miłośnika po miękkiej pupie głaskać i relaksować po ciężkim dniu w służbie narodu, ale straszyć, niepokoić czy przerażać? Boże broń, od tego są przecież przełożeni. Poza tym nie wiem, może coś przegapiłem, ale wydaje mi się, że ekspozycja Nieznalskiej miała miejsce w galerii, nie u Miłośnika w kuchni, ani nawet w osiedlowej „Biedronce”? Do tego jeszcze dowiedziałem się od pana Miłośnika, że „artyści nie działają w kosmosie”. Jasne, i co jeszcze? Słońce wokół Ziemi?
Zresztą, po co ja się tu produkuję, Miłośnik Kultury i Sztuki wie swoje, ja wiem swoje i tak już zostanie, na wieki wieków. A wywiad z Miłośnikiem możecie przeczytać tutaj.

Nie żebym był jakimś fanem twórczości Doroty Nieznalskiej, ale irytuje mnie fakt, że artystka owa zamiast pracować, rozwijać się i dać mi szansę zostania fanem, musi od dziewięciu lat robić za obrończynię wolności słowa, bo Miłośnicy z Trójmiasta postanowili raz na zawsze rozstrzygnąć dręczący ludzkość od starożytności dylemat: Czy artyście wszystko wolno? W dodatku robią to za moje pieniądze, co już irytuje mnie niezmiernie…

Zostałem za to fanem Mariny Abramović, którą poznałem za sprawą sylwetki w „New Yorkerze” i która właśnie gości w MOMA z ekspozycją „Artysta jest obecny”. Gości – dosłownie. Do maja zamierza siedzieć na stole zupełnie bez ruchu (oczywiście, w godzinach otwarcia muzeum), a państwo możecie przyjść i obejrzeć.
A na jej pogrzebie w Nowym Jorku (bo będą też dwa inne – i nikt nie będzie wiedział w której z trumien jest ciało Abramović) Antony Hegarty zaśpiewa „My Way” Sinatry. No i jak tu jej nie lubić? 🙂
O Marinie, artystce totalnej i jej (krwawym) szlaku do MOMA poczytacie tutaj.

Mickiewicz i muchy

Siedzę w pociągu, który wiezie mnie do Jarocina. Dzwoni telefon. To Tomek, szef onetowej muzyki. Mieliśmy się zobaczyć na miejscu, nocujemy w tym samym gospodarstwie agroturystycznym. Pewnie chce mi podpowiedzieć, jak tam dotrzeć.
– Jarek… Masz jakąś inną opcję noclegu?
– Co?!
– Nie jestem pewien, czy standard będzie ci odpowiadał.
– Eee, no nie rób sobie jaj. To Jarocin, nie potrzebuję luksusów.
– Wiem, wiem… Ale musisz to zobaczyć. Na wszelki wypadek wypytaj znajomych, czy nie wiedzą coś o innym noclegu.

Przyznam, że trochę mnie ta rozmowa zaniepokoiła. Taksówkarz, który wiózł mnie z jarocińskiego dworca do Śmiełowa (daleko, cholera – ponad sześć dych wziął) zaniepokoił mnie jeszcze bardziej, bo nie potrafił sobie przypomnieć, gdzie tam może być cokolwiek, w czym da się nocować. Pokazał mi za to pałac, w którym przez czas jakiś mieszkał Adam Mickiewicz, dziewki folwarczne bałamucąc i szukając inspiracji do „Pana Tadeusza”. Fajnie. Później dowiedziałem się, że w tym samym pałacu nakręcono „Wilczycę”. To już nie jest fajne, to prawdziwy kult 🙂

Przyjechaliśmy na miejsce. Ładny biały domek z czerwoną dachówką. Kiedyś mieściła się tu szkoła, dzisiaj coś pomiędzy galerią, a skłotem. Czy raczej hippisowską komuną. Jakieś dziwne obrazki i zdjęcia, działające (!) światła uliczne na ścianie, mnóstwo gratów, bibelotów, zdjęć, naczyń kuchennych, wichajstrów… Przedmiotów na tyle bezużytecznych, żeby się dziwić, że ktoś to trzyma, ale z drugiej na tyle… hmm… stylowych, że faktycznie, trudno je wyrzucić. Warunki raczej spartańskie. To nie agroturystyka, ale survival. Jedna łazienka na bodaj 12 osób, bo akurat odbywają się tam… warsztaty gitarowe dla oldbojów. O przepraszam, na strychu, w wielkim pomieszczeniu zamykanym na łyżeczkę, również był sedes. Z widokiem na hamak. Ale tam z kolei nie było umywalki. To znaczy nie, przepraszam, umywalka była, ale bez wody… Nie ma przebacz. Zresztą, któregokolwiek kibla byście nie wybrali, i tak intymności zero, bo zza wszystkich ścian słychać brzdęk strun i mamrotanie: a-dur, gie-dur, ce-dur…

Tomek pyta, czy zostaję. Fakt, wygląda to dość niepokojąco, ale co mi tam. Jest przygoda. Skoro Adam Mickiewicz mógł się zatrzymać w Śmiełowie, to co, ja nie mogę?

Śpimy w jednej, wielkiej sali. Tu pewnie odbywały się szkolne akademie. Pierwszej nocy jest nas sześciu, a łóżko tylko jedno i jedna sofa o długości odpowiedniej, by zmieścić dorosłego faceta. Ja dostaję krótszą (na szczęście wystające nogi mogę wesprzeć na fotelu), za to obitą wypasionym czarnym skajem. Kolega z poznańskiego oddziału GW jeszcze krótszą i zero fotela – pewnie dlatego na kolejne noce woli wracać pociągiem do Poznania 🙂

smielow

Abstrahując jednak od hord much, które budziły nas rano, atakując bezlitośnie, nie mogę powiedzieć, żeby mi się w Śmiełowie nie podobało. Przeciwnie, hotel czy zwykła kwatera – to byłaby nuda. Tutaj ciągle byliśmy zaskakiwani, jeśli nie przez nadzwyczajne właściwości tego domu, to przez jego gospodarza, Włodka Sypniewskiego. Który naprawdę się starał, ciągle pytał czy czegoś potrzebujemy, a gdy po drugim dniu festiwalu wróciliśmy totalnie przemoczeni i zziębnięci, nawet nie pytał, tylko nalał nam wódki. Sypniewski to artysta totalny, tylko tym żyje. Ale to nie poza, nie przebranie, to jest u niego absolutnie naturalne, jak jedzenie czy spanie. Pierwszego ranka na przykład wkroczył do naszego pokoju z gitarą, zasiadł przed mikrofonem i wykonał nam w ramach pobudki „Blue Valentines” Waitsa. Dał radę, naprawdę. Potem, na bis, zaśpiewał jeszcze numer rosyjskiego zespołu DDT. Bo Włodek ma szeroki repertuar, organizuje w Śmiełowie festiwal muzyki rosyjskiej i w ogóle robi sto innych rzeczy, o których dowiadujemy się z rosnącym zdumieniem. W niedalekim Żerkowie kupił stary ewangelicki kościół, w którym od czasu do czasu robi koncerty. Zabrał nas tam, naprawdę piękne, niesamowite miejsce.
Ostatniego dnia Włodek urządził nam safari, przez łąki i lasy (czmychały przed nami koziołki, niemal spod kół zerwała się czapla, miał być też łoś, ale nie chciał nas poznać), aż nad brzeg Warty. Płynęła leniwie, gdzieś tam głęboko ponoć czaiły się szczupaki, ale my widzieliśmy tylko jadowicie niebieskie ważki. Jak cicho, jak ładnie…

Muzeum Adama Mickiewicza nie zdążyliśmy zwiedzić, ale chodziliśmy do pałacu na obiady. Polecam zupę selerową z kurczakiem. Koniecznie spróbujcie też „Srebrnego smoka”, lokalnego piwa.

Urocze i zabawne miejsce, miłe towarzystwo. Zero internetu i innych natrętnych zdobyczy cywilizacji. Nawet zasięg znikał. Dawno się tak nie zresetowałem, jak podczas tych trzech dni w Śmiełowie.

* * * * *

Mili Państwo,
wpisem powyższym żegnam Was na miesiąc z okładem. Cieszę się, że tu zaglądacie i wielką radość sprawiają mi rosnące z dnia na dzień statystyki bloga. Okazuje się, że można się uzależnić od rosnących statystyk, jak od jakichś papierosów czy seksu 😉 Muszę jednak rzucić ten miły nałóg, by skończyć książkę, a zaraz potem zacząć pewien nowy projekt, którym nie omieszkam się pochwalić, gdy przyjdzie odpowiedni czas. Do zobaczenia we wrześniu.