Negru

W połowie lat 90. napisał do mnie typ z Rumunii. To było wtedy znacznie bardziej egzotyczne niż listy z Kanady, Brazylii, a nawet Malezji… Rumunia, really? To tam jest jakieś życie? Mają prąd? Znają metal? Okazało się, że owszem, znają. Zespół nazywał się Negura Bunget i grał black metal, bo niby co? Debiutowaliśmy mniej więcej w tym samym czasie, więc wymieniliśmy się płytami, a następnie uprzejmościami. Na tym się nie skończyło. Pomiędzy Duklą a Timisoarą zaczęły krążyć długie listy. Pisaliśmy o sprawach osobistych, ale też o kulturze, stereotypach, polityce, religii, filozofii… jak to wadzący się ze światem dwudziestolatkowie z prowincji 😉
Negru załatwił nam licencyjne wydanie „Dionysosa” w Rumunii, na kasecie, w wytwórni Bestial Records – mam gdzieś pamiątkowy egzemplarz. Próbował też zorganizować wspólny koncert Lux Occulta i Negura Bunget w Transylwanii, co nas oczywiście bardzo kręciło – ale nie aż tak bardzo, żeby się po prostu ogarnąć i pojechać.

Potem kontakt się urwał, każdy z nas poszedł w inną stronę, ale zawsze dobrze wspominałem człowieka, wiedziałem, że wciąż działa i trzymałem kciuki. A dziś przychodzi wiadomość, że Negru zmarł.
No i już, to wszystko.

Reklamy

Satu Mare

Mamy taką rodzinną tradycję, że na te kilka chwil pomiędzy świętami a sylwestrem wymykamy się na południe. Słowacja, Czechy, najczęściej Węgry – to tematy lubiane i dobrze już rozpoznane. Tym razem postanowiliśmy zapuścić się krok dalej, do Rumunii. Na kilka godzin, do pierwszego przygranicznego miasta, tylko po to, żeby sprawdzić, jak tam świeci słońce, jak pachnie powietrze, jak smakuje chleb.

Jedziemy więc do Satu Mare, a moje dzieci – jak zwykle w takich przypadkach – domagają się opowieści. Stojąc w kolejce pod szlabanem (Rumunia nie należy do Schengen, ale można wjechać na dowód) z przerażeniem uświadamiam sobie, jak niewiele wiem o tak bliskim nam przecież państwie, o jego długiej i barwnej historii. Że imperium rzymskie, że później najazdy Turków i… skok do czasów Ceaușescu. Niedobrze. Rumunia dzisiaj? Jeszcze gorzej.

img_3491

Spacerujemy więc po Satu Mare urzeczeni echami dawnej świetności, spoglądającymi na nas z tablic i pomników, które budzą szacunek, choć kompletnie nic nam nie mówią. Kościoły pilnowane przez kamiennych, uzbrojonych świętych o obcych imionach. Skwery nad którymi górują anonimowi bohaterowie. Ulice o dziwnych, niemożliwych do zapamiętania nazwach. Wreszcie jest – wilczyca kapitolińska, karmiąca Romulusa i Remusa. To znam. To dziedzictwo do którego i ja się przyznaję, choć z zapuszczającymi się na północno-wschodnie obrzeża Imperium rzymskimi legionistami mam jeszcze mniej wspólnego niż obecni mieszkańcy tego miasta. No, ale przecież ja z Dukli, oni z Satu Mare – wszyscy jesteśmy z Europy. No nie? Przynajmniej trochę. Niechby w połowie.

img_3465

Szybko odkrywam jednak, że po niemal dwóch tysiącach lat spędzonych obok siebie, ale jednak zupełnie osobno, połączyło nas nowe imperium. Święte Cesarstwo Popkultury ze stolicą w Hollywood. I trochę śmieszne to, i trochę straszne, że mój wspólny kod kulturowy z sąsiadami z Rumunii (samochodem z Dukli dojadę do Satu Mare szybciej niż do Poznania, Gdańska czy Białegostoku) opiera się na takich znakach jak Al Bundy i Jackass, ale inaczej być nie chce.
Wrócę do domu to trochę o Rumunii poczytam – obiecuję sobie – a póki co, Satu Mare, niech moc będzie z tobą.

img_3423img_3471img_3433img_3416