Nienawistny kutas

lou

Gdyby autor tej książki przejął się zasadą, że o zmarłych dobrze albo wcale, zostałoby mu haiku. Na przykład coś takiego:

Smutny piosenkarz
Lou Reed z Nowego Jorku
Śpiewał, że czeka

Bo „Zapiski z podziemia” Howarda Sounesa – tytuł oryginalny „Notes from the Velvet Underground” ma o tyle sens, że kieruje myśli ku kultowej formacji Lou Reeda – to garść nazw i dat plus mniej lub bardziej zakamuflowane komunikaty, że być może Lou wielkim artystą był, ale za to na pewno był małym człowiekiem. Wrednym, zadufanym w sobie sukinsynem, którego nikt nie lubił. A jak ktoś go na chwilę polubił, to głównie po to, by za chwilę pożałować. Pierwszy komplement pod adresem Reeda („Był po prostu fiutem”) pada z ust kolegi ze szkolnego zespołu już na drugiej stronie książki, a później jest niewiele lepiej. Czasem gorzej. „Sądzisz, że ludzie chcą czytać o życiu Lou Reeda?” – pyta autora „Zapisków z podziemia” jeden z najbliższych współpracowników artysty z czasów The Velvet Underground, poproszony o wywiad na potrzeby tej publikacji. – „Będziesz potrzebował dobrego tytułu, jak na przykład Nienawistny kutas lub Najgorszy człowiek, jaki kiedykolwiek żył. Coś, co od razu będzie sygnalizowało, że nie jest to biografia wspaniałego człowieka, bo nim nie był… Był durną, odrażającą, okropną istotą ludzką”.

Rzeczywiście, jako fan twórczości Lou Reeda, który to i owo już o nim czytał, zdawałem sobie sprawę z tego, że nie był przyjemniaczkiem, ale przyznaję, że nie spodziewałem się portretu Doriana Graya, który wyłania się z tej biografii. Bo jest to portret samolubnego, ale i zakompleksionego typa, wykorzystującego życzliwych mu ludzi, bijącego żonę, tak zaćpanego i zapitego, że nie panował nie tylko nad swoim życiem prywatnym, ale i twórczością. Ogarnął się jako tako dopiero jako starszy pan, pod wpływem Laurie Anderson, ale bratem-łatą nigdy nie został, o przebaczenie nie prosił.
Z „Nienawistnego…” – ups, przepraszam, z „Zapisków z podziemia” – jednoznacznie wynika, że płyty, którymi dziś się zachwycamy, które nie bez powodu przecież uważamy za wybitne i kultowe, były nie tylko owocem dalekosiężnej wizji giganta, który przerastał sobie współczesnych, ale również wypadkiem przy pracy albo owocem pracy ludzi, którzy zrobili coś za Lou, bo akurat nie ogarniał rzeczywistości…

Czy warto więc czytać taką książkę? O tak, po stokroć tak.

Z muzycznymi biografiami sprawy bowiem mają się tak, że powstają głównie z miłości. Wiem, co mówię. 😉 Autor takiej biografii najczęściej jest fanem opisywanego wykonawcy/zespołu, w dodatku rozmawia z jego/ich przyjaciółmi, rodziną, najlepszymi współpracownikami – a to oznacza, że nawet dbając o obiektywizm, przedstawia nam szklankę raczej do połowy pełną. Co bynajmniej nie musi oznaczać fałszu. Taka biografia jest po prostu jak zdjęcie korzystniejszego profilu. Wykonane przez dobrego fotografa. W korzystnym oświetleniu. „Zapiski z podziemia” są tymczasem jak foty, które zrobili ci komórką złośliwi koledzy – to nie ludzie, to wilki – na imprezie, która wymknęła się spod kontroli. Akurat wtedy, kiedy zasnąłeś z uchem w sałatce. I ktoś ci markerem narysował fiuta na czole.

Publikowanie takich fotografii na Fejsie czy Instagramie bez wiedzy i zgody najbardziej zainteresowanego to oczywiście zło największe – jaki więc płynie pożytek z publikacji i lektury „Zapisków z podziemia”? Choćby taki, że wraz z nieuchronnym wzrostem niechęci do Lou Reeda, coraz trudniej nam będzie uchylić się przed pytaniem: czy to wciąż OK lubić jego muzykę? Czy kiedy już wiemy, jak wyglądały relacje wewnątrz The Velvet Underground, jak powstawał „Transformer” i kim był człowiek, który wymyślił i zrealizował „Metal Machine Music”, możemy wciąż podziwiać dzieło i jego twórcę?

Moja odpowiedź brzmi: dzieło – tak. Pal licho twórcę.

Być może żyjemy w najbardziej dostatnim, najbardziej interesującym i zarazem najbardziej beztroskim (choć nie wiem, czy to się da połączyć) czasie w dziejach ludzkości, ale jedno jest pewne: XXI-wieczne połączenie kultu celebryty z informacyjną biegunką, którą codziennie nie tylko konsumujemy, ale i współtworzymy (ja choćby tym wpisem, I know) sprawiło, że twórca zrósł nam się z dziełem. Albo i dzieło zastąpił, bo po jaką cholerę czytać książkę, która ma 500 stron, skoro możemy zobaczyć, co pisarz włożył na ściankę i co powiedział (pierdnął na Twitterze) o innym pisarzu. My też mamy swoje zdanie o obu pisarzach i nie zawahamy się go użyć, więc dołożymy do pyskówki pomiędzy ludźmi pióra (w dupie) swój błyskotliwy komentarz, podamy dalej i już, uczestniczymy w kulturze, jest zajebiście. A książka? Nawet jeśli uda nam się ją przeczytać – to przecież nie sposób tego zrobić w oderwaniu od wspomnianych wyżej zdjęć, plotek, twittów, bon motów i memów. Wiemy o współczesnych nam twórcach – nawet tych, co starają się strzec swojej prywatności – zbyt wiele, by nie kładło to się cieniem na ich dziele. Czytamy więc książkę, oglądamy film, spektakl teatralny lub obraz, słuchamy płyty osadzając je automatycznie nie tyle w kontekście innych książek, filmów, płyt, co w kontekście prywatnego życia autorów. Czasem oczywiście ma to sens (bo jak inaczej brać się za bary z „Moją walką” Knausgårda?), ale zwykle – niekoniecznie. Często – w ogóle nie.

Nazbyt gorliwe wiązanie życia prywatnego twórców z ich dziełem jest krzywdzące dla tych artystów, którzy mieli nieszczęście narodzić się i tworzyć w Epoce Informacji. O prywatnym życiu i cechach charakteru antycznych dramatopisarzy, barokowych kompozytorów i romantycznych poetów wiemy bowiem niewiele lub nic – w związku z tym obcowania z ich spuścizną nie zakłóca nam świadomość, że jak się ochlali na imieninach wujka Jurka to komuś spuścili łomot. Ich opryskliwość, niefotogeniczność, złe zwyczaje żywieniowe, poglądy polityczne, rytuały religijne, upodobania seksualne i nawet karygodna nieznajomość praw dynamiki Newtona dawno legły z nimi w grobie i nie mają żadnego znaczenia. No dobrze, może czasem pomagają nam w interpretacji dzieła – ale to wszystko, nie budzą emocji, nie zachęcają nas do ferowania wyroków w moralnym uniesieniu. Czemu więc mielibyśmy oceniać jakiegoś śpiewaka z Nowego Jorku nie za jego piosenki, ale za to, że był niemiły jak wciągnął kreskę?

Jest jeszcze coś. Jeśli sam tworzysz, możesz znaleźć w biografii Lou Reeda autentyczną pociechę – pal licho, że teraz twoje płyty się nie sprzedają, a recenzenci albo cię ignorują, albo uważają za pretensjonalnego głupka. Za 20, a może za 50 lat, nikt nie będzie pamiętał, kto był dzisiaj na pierwszym miejscu listy przebojów i co było piosenką dnia w RMF-ie, za to twój pogardzany dziś i niesprzedawalny album może przejść do legendy. Może być kultowy. Może inspirować innych. I nie ma znaczenia, kto ci dograł bas, kto podczyścił wokale i skąd ukradłeś tę fajnie brzmiącą linijkę w refrenie. Ważne, kto się pod tym podpisał.
Nie, nie żartuję.

A co z Lou Reedem? Po lekturze „Zapisków z podziemia” wciąż najbardziej nie lubię go za „Lulu”.

Szatan z rury

Poniższy wywiad miał zapowiadać koncert Lou Reeda, a właściwie Metal Machine Trio, we Wrocławiu. Niestety, niedobry Lou odwołał wizytę w Europie, więc zapowiedzi nie będzie. Szkoda jednak, by ta krótka, aczkolwiek wielce pouczająca rozmowa trafiła do kosza.

Panie i Panowie, poznajcie Ulricha Kriegera, zamieszkałego w Kalifornii niemieckiego saksofonistę, który zawsze kochał ekstremalny metal, ale nikt go nie chciał z jego obciachowym instrumentem, więc wymyślił sobie taki sposób gry na saksie, który imituje zasuwającą piekielne riffy, przesterowaną gitarę. I to wcale nie był najbardziej szalony z jego pomysłów – bo rekord pobił biorąc się za transkrypcję nutową albumu „Metal Machine Music” Lou Reeda, równie kultowego, co niesłuchalnego. Słowo honoru, ten facet rozkminił kakofonię sprzęgów, świstów i zgrzytów, wyprodukowaną w 1975 roku przez byłego gitarzystę The Velvet Underground i zapisał ją na pięciolinii! A potem wykonał z orkiestrą kameralną!!! Opłacało się – dzisiaj dzieli scenę ze swoim idolem, po godzinach zajmując się własnymi, nie mniej ciekawymi projektami. Na przykład wspólną kapelą z koleżką z Sonic Youth.
Niezły z niego model, co?

* * *

Wybacz szczerość, ale kiedy usłyszałem, że jest taki jeden Niemiec, który postanowił zrobić transkrypcję „Metal Machine Music”, pomyślałem, że to wariat.
Lou zareagował dokładnie tak samo i trochę czasu zajęło mi przekonanie go do tego projektu. Musiałem mu udowodnić, że to po pierwsze możliwe, a po drugie – że zabrzmi naprawdę świetnie. Jeśli znasz twórczość Xenakisa, Ligetiego czy Niblocka, wiesz, że takie dźwięki można uzyskać przy pomocy instrumentarium, którym dysponuje klasyczna orkiestra. Dla mnie zresztą „Metal Machine Music” zawsze brzmiało jak muzyka poważna, tyle że zagrana na gitarze. Jej transkrypcja wydawała mi się więc naturalnym krokiem.

Może i naturalnym, ale pewnie niełatwym, prawda?
Oczywiście, to było trudne. Przez kilka tygodni słuchałem tej płyty non stop na różnych kolumnach i słuchawkach, żeby wychwycić wszystkie szczegóły. Luca Venitucci [włoski pianista i akordeonista, ważna postać sceny awangardowej – JS] bardzo mi pomógł. On również uważnie przesłuchał tę płytę, sporządził notatki i porównaliśmy to, co usłyszeliśmy. Dopiero wtedy zabrałem się za aranżacje. A potem znowu słuchałem na okrągło „Metal Machine Music”, żeby sprawdzić, czy wszystko się zgadza.

Najbardziej hardkorowa płyta Lou Reeda ci nie wystarczyła, o ile wiem, zdarzyło ci się wykonywać z orkiestrą również kompozycje Merzbow, Throbbing Gristle czy… Deicide. W jaki sposób odtwarzacie bluźniercze porykiwania Bentona?
Nie ma takiej muzyki, której nie dałoby się transkrybować. Oczywiście, w przypadku takiej muzyki korzystamy ze wzmacniaczy. Wszystkie instrumenty smyczkowe nagłaśniamy piecami gitarowymi, a mikrofony traktujemy jak przedłużenie naszych instrumentów. Sam komponuję sporo muzyki na klasyczne instrumentarium, ale brzmi to jak elektronika czy noise, bo dzięki odpowiedniemu omikrofonowaniu udaje mi się wyciągać i przekształcać interesujące mnie dźwięki. Odpowiednio wzmocniona trąbka brzmi jak biały szum z komputera. Oczywiście, muzycy muszą najpierw nauczyć się odmiennego podejścia do instrumentów… Ze swoimi studentami w CalArts [Kalifornijski Instytut Sztuki – JS] utworzyłem orkiestrę Sonic Boom, z którą gramy głównie noise (Merzbow, Karkowski) i elektronikę (Alva Noto, Throbbing Gristle). W tym roku gramy również metal z 30-osobową orkiestrą, w skład której wchodzą zarówno gitary i instrument elektroniczne, jak i smyczki, klarnet czy trąbki. Gramy black metal, death, doom… Oczywiście, mamy wokalistów, ale instrumenty dęte blaszane też mogę nieźle imitować odpowiedni wokal. Prawdziwe zło! 😉

W jakich okolicznościach poznałeś Lou?
Osobiście poznaliśmy się dopiero po tym, jak zrobiłem orkiestrową wersję „Metal Machine Music”. Był zachwycony, bardzo spodobało mu się to wykonanie. Pozostaliśmy więc w kontakcie i widywaliśmy się zawsze, gdy wpadałem do Nowego Jorku, widział też koncerty mojego zespołu Text Of Light, z Lee Ranaldo z Sonic Youth. Powoli dojrzeliśmy do tego, by spróbować zagrać razem. Rok temu, w październiku, zagraliśmy pierwszy koncert jako Metal Machine Trio. Tak nam się podobało, że postanowiliśmy przekształcić jednorazowy wyskok w normalnie funkcjonujący zespół. W sierpniu tego roku mieliśmy dziesięciominutowe okienko jako MM3 podczas występu Lou Reeda na Lollapaloozie w Chicago. Poza tym, zagrałem wtedy z Lou i jego zespołem pozostałe, normalne numery. Fajnie było.

Jak się z nim pracuje? Jest taki chimeryczny, na jakiego wygląda?
Jest super. Zawsze otwarty na sugestie, oczekuje od muzyków twórczego wkładu w to, co się dzieje na scenie. Metal Machine Trio to kolektyw, w którym nie ma szefa. Razem tworzymy muzykę. Gramy próby, dyskutujemy o tym, co słyszymy, co nam się podoba. A na koncertach – sto procent improwizacji.

Nic z “Metal Machine Music”?
Nic. To zresztą częste nieporozumienie związane z Metal Machine Trio. W ogóle nie gramy materiału z tej płyty. MM3 to całkowita improwizacja. Owszem, utrzymana w duchu „Metal Machine Music”, ale zawierająca elementy noise’u, free rocka, free jazzu, ambientu, elektroniki, nawet abstrakcyjnego r’n’b. Każdy koncert jest inny. To wolna muzyka, która wdziera ci się w bebechy!

Więcej o Ulrichu Kriegerze.

Berlin w Warszawie

Miesiąc nie minął (albo minął ledwie), a ja widziałem na żywo Boba Dylana i Lou Reeda… Ech, się żyje 🙂 Koncert Reeda w Kongresowej przepyszny. Po pierwsze dlatego, że lubię „Berlin” i okazało się, że na żywo lubię bardziej. Bartek Chaciński twierdzi, że na dysku się to zestarzało, z czym – z wielkim ociąganiem, tylko w ostateczności, a i to trzymając za plecami skrzyżowane palce lewej ręki – mogę się zgodzić. Na żywo jednak to, co trąci patyną na płycie, zabrzmiało bardzo… hmm… żywo i aktualnie. Szkoda tylko, że Kongresowa wypełniona ledwie do połowy. Faktycznie, jest w tym jakaś niesprawiedliwość dziejowa, że Lou Reed za „Berlin” został w swoim czasie zrównany z błotem, a parę lat później Pink Floyd za „The Wall” wyniesiony pod niebiosa. Gdyby przyjechali do Polski z tą płytą, pewnie stutysięczny stadion sprzedałby się w dwa dni. Dzisiaj wiem już na pewno, to co podejrzewałem wcześniej. „Berlin”, w gruncie rzeczy bardzo podobny do „The Wall”, został nagrany za wcześnie, był zbyt osobisty, nie tak gładki jak „The Wall”, nie tak przebojowy i powstał w Ameryce. Jestem pewien, że gdyby Reed nagrał taką płytę w Europie, sprawy potoczyłyby się inaczej…
No, ale wracając do koncertu – jeśli ktoś bał się, że „Berlin A.D. 2008” zdominują dęciaki, chór dziewic, skrzypce i inne fajerwerki, bał się niepotrzebnie. Koncert zdominowały gitary. Potężnie, rasowo brzmiące, rockowe gitary. Reed wciąż jest mistrzem dźwięku, jego instrument brzmiał niesamowicie, nawet, a może szczególnie, w najprostszych patentach, za to towarzyszący mu Steve Hunter przejął na siebie rolę pana od popisów. Takich rasowych solówek nie słyszałem dawno, ale sprawdziłem kto zacz i już się nie dziwię. Facet grał z Cooperem, Lee Rothem, Aerosmith… Jest jednym z tych mistrzów drugiego planu, których nazwisk nikt nigdy nie pamięta, a bez których muzyka byłaby o wiele uboższa.
Jutro Ministry. Się żyje 🙂