Podsumowanie roku 2016

Oczywiście, jak wszyscy, zapamiętam ten rok, jako rok pożegnań. Już sam David Bowie – który w dodatku popisał się saltem mortale w arcymistrzowskim stylu, reżyserując i udźwiękawiając swoją śmierć – wykonał normę, ale kosiarz dopiero brał zamach. Prince, Leonard Cohen, George Michael… to wszystko artyści, którzy pisali ścieżkę dźwiękową do życia mojego pokolenia. Nie trzeba było być zagorzałym fanem, by odczuć tę stratę. I jeszcze Keith Emerson, i Greg Lake, i Alan Vega, i Chór Aleksandrowa, i Stasiek Wielanek, i Maurice White, i – już spoza świata muzyki, ale wciąż ze świata naszej zbiorowej wyobraźni – Muhammad Ali, i Carrie Fisher, i Andrzej Wajda, i Andrzej Kondratiuk, i Andrzej Żuławski, i Alvin Toffler, i Umberto Eco, i Gene Wilder… I jeszcze Grudzień, bez kolejki, spoza rozdzielnika, zupełnie bez sensu.
Jestem już na tyle duży, że nie od dziś mam świadomość, że vanitas vanitatum et omnia vanitas, ale w 2016 roku wyjątkowo często powracało memento: świat, który znasz, przestaje istnieć. Właściwie już nie istnieje.

Co więc robić, gdy na karku czujesz oddech otchłani? Jedz, módl się twórz/poznawaj twórczość innych, i kochaj.

O jedzeniu pisał nie będę, bo konkurencja za duża, miłość też lepiej czynić niż o niej rozprawiać, więc twórczość, zajmijmy się twórczością – najpierw samolubnie, moją własną, później cudzą.

W 2016 roku nie wydałem żadnej książki i świat, o dziwo, jakoś wciąż się kręci – ale już nad kolejną (a właściwie nawet dwiema) pracuję. Powstały natomiast dwie książki, do których dołożyłem swoje trzy grosze, więc w ramach podsumowania roku pochwalę się, bo jest czym.

Pierwsza z nich to „Alchemia muzyki współczesnej”, książka festiwalowa towarzysząca krakowskiemu Sacrum Profanum. Nie program plus ciekawostki, ale właśnie książka – zbiór esejów i wywiadów odnoszących się do programu tegorocznej edycji imprezy, ale broniących się również poza jego kontekstem. Praca zbiorowa, którą miałem zaszczyt współtworzyć obok m.in. Olgi Drendy, Moniki Pasiecznik, Jacka Hawryluka i Bartka Chacińskiego. Ja tam miałem napisać o Johnie Zornie, przede wszystkim jako o – wciąż chyba niedocenianym – kompozytorze muzyki współczesnej, ale wyszedł mi tekst o jego funkcjonowaniu wśród ludzi, które równocześnie jest w pewnym sensie metodą twórczą.

Druga książka, której jeszcze chyba nie ma, ale lada moment będzie to „Antologia Polskiej Muzyki Elektronicznej”. Również praca zbiorowa, która powstała pod auspicjami Narodowego Centrum Kultury i która powinna raz na zawsze uporządkować lata formacyjne polskiej elektroniki. Bardzo szeroko pojmowanej – ale o tym innym razem, nie zamierzam spoilować, skoro oficjalnych informacji o tej publikacji póki co niewiele. Zapowiada się jednak rzecz bardzo smaczna i pozycja raczej obowiązkowa na półce każdego fana, który uważa, że niekoniecznie tylko rock.

2016 to dla mnie jednak przede wszystkim rok „Gazety Magnetofonowej” – spełnionego marzenia i klątwy zarazem. Przyniosła mi równie wiele radości, co zmartwień, pożarła więcej czasu, energii i funduszy niż jakikolwiek inny projekt, ale też dała dużo satysfakcji. I wciąż żyje – to największy sukces!
Pokornie dziękuję wszystkim, którzy się do tego przyczynili: koleżankom i kolegom z redakcji, czytelnikom, którzy wsparli nas na Polak Potrafi i później, wykupując prenumeratę czy sięgając po pojedyncze numery magazynu, artystom (i nie tylko), którzy opowiedzieli nam wiele fascynujących historii, reklamodawcom, dystrybutorom, dziennikarzom, którzy zanieśli światu dobrą nowinę – wszystkim razem i każdemu z osobna.

prenumeratapic

Wierzę, że nie muszę tłumaczyć, czym jest „Gazeta Magnetofonowa”, bo każdy, kto chciał, miał już okazję sprawdzić. Udało nam się tę łajbę zwodować, udało się ustabilizować kurs, choć wody wokół burzliwe i zdradliwe – a teraz będziemy się starać robić mniej więcej to samo, ale coraz lepiej. Bo oczywiście mam świadomość, że może być znacznie lepiej. Swoją drogą, jeśli ktoś chciałby wesprzeć „Gazetę Magnetofonową” krytyczną uwagą, dobrym pomysłem, jeszcze lepszym tekstem itp., itd. – proszę o kontakt. Choćby pod tym adresem: gazeta@magnetofonowa.pl

Wszystkich natomiast, którzy zakładają, że po „Gazetę Magnetofonową” w 2017 roku raczej sięgną, gorąco zachęcam do wykupienia prenumeraty – tak będzie taniej i prosto do domu, a dla nas to najlepsze wsparcie, właściwie gwarancja przetrwania. Win-win.

Koncertów widziałem za dużo, więc zlewają się w jeden głośny, migocący światłami sceny kołowrót – ale kilka zapamiętam. Neurosis na Roadburn – pierwszy z nich – wyprostował mi zwoje mózgowe. I jeszcze Diamanda Galas, G.I.S.M. i Pentagram tamże. Oranssi Pazuzu tu i tam. Kwadrofonik + Adam Strug. Angelcorpse, Nagrobki, Killing Joke, Kristen, Ketha. Jazzowo-ambientowe „Dziady”. Zeitkratzer grający Karkowskiego i Toeplitza oraz Zaradny/Piotrowicz/Noetinger na Sacrum Profanum. Adrian Belew solo i King Crimson z trzema perkusjami. Brodka i Ibeyi na Weekenderze. Dawid Podsiadło w Poznaniu i w Krakowie. Napalm Death, Jambinai i ten krótki kawałek Sleaford Mods, który udało mi się zobaczyć na OFFie. Senyawa, Death Grips, Lotto, Zimpel i Matmos na Unsound. Tanya Tagaq i drone’owo-metalowa noc na RBMA w Montrealu. Pożegnanie z Black Sabbath.
Dużo, dużo dobra. Prawdę mówiąc trochę już jestem zmęczony tym ciągłym bieganiem na koncerty – ale jak tu przestać?

Kino & telewizja. Znowu sporo mnie ominęło. Bardzo podobała mi się „Służąca” Park Chan-wooka, jeszcze bardziej „Nienawistna ósemka” Tarantino, na „Łotra 1” złego słowa nie powiem (poza tym, że do bólu przewidywalny – no, ale nie spodziewałem się, że będzie inaczej), jakoś przemęczyłem się na „Juliecie” Almodovara (czego pożałowałem w rozczarowującym finale) i z jeszcze większym trudem wytrzymałem na „Kosmosie” Żuławskiego (choć i tak podziwiam odwagę – to przecież nie miało prawa się udać). Dobrze bawiłem się na „Nice Guys” i jeszcze lepiej na „Masterminds” (mam nadzieję, że autor polskiego tytułu – „Asy bez kasy” – nie dostał za to kasy”). Największe wrażenie w tym roku zrobiły na mnie „Ostatnia rodzina” (to grower – z kina wyszedłem rozczarowany, ale choć wciąż mam zastrzeżenia, nie mogę przestać o tym filmie myśleć) i „Wołyń” – na szczęście nie muszę rozstrzygać, który z tych filmów jest lepszy i dlaczego, za to oba gorąco polecam.

Seriale. Netflixa odpalę pewnie dopiero w styczniu – jak Bóg da – więc nie wiem, o co chodzi z „Black Mirror” czy „Stranger Things”, nie załapałem się na hajp. Nie załapałem się też na hejt „Westworld”. Zapewne można znaleźć w historii sf koncepcje podobne, lecz bardziej spójne, pełne myśli bardziej przenikliwych i solidniejszych analiz – ale mnie ten świat wciągnął. Przekonały mnie postacie, zafascynowały dekoracje, skusiły dźwięki. Słyszałem, że nuda, że się wlecze – a mnie to tempo zachwyca. Pewnie dlatego, że w moim wieku, z balkonikiem, za czymś pędzącym szybciej trudno nadążyć. Zresztą „Młody papież” płynie jeszcze wolniej, a uważam go za arcydzieło – to na pewno najlepszy serial, jaki obejrzałem w tym roku. Oryginalny, odważny i nieoczywisty. W równym stopniu wprawiający w zakłopotanie zapiekłego ateusza, jak i żarliwego katolika, a przecież powiedzieć o „Młodym papieżu”, że to po prostu serial o Kościele, czy nawet o wierze – to jeszcze nic nie powiedzieć.

„Vinyl”? Głupia wydmuszka. Jak można nakręcić serial obyczajowy z muzyką w roli głównej proponuję sprawdzić na przykładzie „Treme” i nie przekonywać mnie już, że „Vinyl” miał w sobie coś poza koncertowo zmarnowanym potencjałem. „Długa noc” fajna, bo John Turturro jest mistrzem, ale tu również miałem apetyt na więcej – jakoś od połowy znakomity serial dla dorosłych przepoczwarza się w naiwne skrzyżowanie „Skazanego na śmierć” z „Dwunastoma gniewnymi ludźmi” i trochę przykro, że właśnie tak.

Niestety, nie widziałem żadnego polskiego serialu, ale gdzieś natrafiłem na informację, że Rysiek wraca do „Klanu” i też się cieszę.

Literatura. Na pewno było dużo dobra, ale chyba dokonywałem złych wyborów. Nawet „Vernon Subutex” Virginie Despentes, w którym po pierwszej części z radością odkryłem hardkorowy dalszy ciąg „High Fidelity” Cornby’ego, w części drugiej srogo mnie rozczarował. Numerem jeden w tym roku są więc dla mnie „Beatlesi” Larsa Saabye Christensena, powieść tylko z pozoru muzyczna, za to z całą pewnością bardzo chłopacka. Zaczyna się jak „Mikołajek” dla dorosłych, a kończy… życiowo.

No i płyty. Skupiłem się w tym roku głównie na polskiej muzyce – ze względu na obowiązki związane z „Gazetą Magnetofonową”, ale i dlatego, że po raz któryś z rzędu mieliśmy najlepszy rok w historii. Poniżej przedstawiam więc 50 moich ulubionych polskich płyt w kategorii open. Zrezygnowałem z hierarchizujących cyferek, bo porządek, w którym zostały ułożone, jest mniej lub bardziej przypadkowy. Poza pierwszą dwudziestką jest już raczej dowolny, a i tytuły z czołówki ulegają ciągłemu przetasowaniu – bo dziś mam taki nastrój, a jutro inny, bo coś się znudziło, a coś innego dopiero po dwudziestym przesłuchaniu ujawniło wszystkie swe walory.

 


Furia „Księżyc milczy luty“, Pagan
Mooryc „Wiped Out“, Sonar Kollektiv
ARRM „ARRM”, Instant Classic
Shy Albatross „Woman Blue”, Pomaton
Wacław Zimpel „Lines”, Instant Classic
Brodka „Clashes“, Kayax/PIAS
So Slow „Nomads“, Instant Classic
Lotto „Elite Feline“, Instant Classic
We Will Fail „Hand That Heals / Hand That Bites“, Monotype
Ryby „Kenia”, Thin Man
Pio Szorstkien „Signum”, Karrot Kommando
Żywizna „Zaświeć Niesiącku and other Kurpian songs”, Bołt
Tryp „Nagie serce”, 3P
Furia „Guido”, Pagan
Łona i Webber „Nawiasem mówiąc“, Dobrze Wiesz
HEY „Błysk”, Kayax
Kristen „LAS”, Instant Classic
KęKę „Trzecie Rzeczy”, Takie Rzeczy
Jacek Sienkiewicz „Hideland”, Recognition
Ten Typ Mes „AŁA.“, Alkopoligamia/Agora
Anna Zaradny „Go Go Theurgy“, Musica Genera / Bocian
Wędrowcy-tułacze-zbiegi „Światu jest wszystko jedno”, Devoted Art Propaganda
Duży Jack „Uczucia”, Lado ABC
Innercity Ensamble „III”, Instant Classic
Olgierd Dokalski „Mirza Tarak”, Fundacja Kaisera Söze
Tropy „Eight Pieces”, Wet Music Records
Zamilska „Undone“, Untuned
Resina „Resina”, 130701
PRO8L3M „PRO8L3M”, Rap History Warsaw
Lelek „Brzask bogów”, Karrot Kommando
Obscure Sphinx „Epitaphs”, wyd. własne
Pictorial Candi „fOREVER TILL YOU DIE”, MAMI
Robert Piotrowicz „Walser”, Musica Genera
Mirt „Random Soundtrack”, Kosmodrone
LAM „LAM”, Instant Classic
Lautbild „Pulsus Frequens”, Mik Musik/BDTA
Julia Marcell „Proxy”, Mystic
Sorry Boys „Roma”, Mystic
Coldair „The Provider”, Twelves
Arkona „Lunaris”, Debemur Morti
Hańba! „Hańba!”, Antena Krzyku
Gaba Kulka „Kruche”, Mystic
Naphta „7th Expedition”, Transatlantyk
Adam Witkowski „Ra Ba Ba Ba”, BDTA
Rebeka „Davos”, ART2 Music
Maja Kleszcz & Incarnations „Romantyczność”, Fonobo
Bisz/Radex „Wilczy humor”, Pchamy ten syf
Alles „Culture” Antena Krzyku
Król „Przez sen”, Kayax
Cultes des Ghoules „Coven, or Evil Ways Instead of Love”, Under the Sign of Garazel

Moje ulubione płyty ze świata? Pierwsza dwudziestka mniej więcej taka:


The Body „No One Deserves Happiness”
Oranssi Pazuzu „Värähtelijä”
ANOHNI „Hopelessness”
Bon Iver „22, A Million”
David Bowie „Blackstar”
Beyonce „Lemonade”
Danny Brown „Atrocity Exhibition”
Wrekmeister Harmonies „Light Falls”
James Blake „The Colour in Anything”
Swans „The Glowing Man”
Gojira „Magma”
Neurosis „Fires Within Fires”
Planetary Assault Systems „Arc Angel”
Radiohead „A Moon Shaped Pool”
Tanya Tagaq „Retribution”
Nicolas Jaar „Sirens”
Leonard Cohen „You Want it Darker”
Nick Cave & The Bad Seeds „Skeleton Tree”
Meshuggah „The Violent Sleep of Reason”
Crowbar „The Serpent Only Lies”

…ale długo jeszcze będę nadrabiał zaległości.

Najlepszego w 2017! Obyśmy roku 2016 nie wspominali z rozrzewnieniem.
 

Santo Subutex

Nie chwal dnia przed zachodem słońca, nie chwal książki przed zakończeniem cyklu. Pierwszy tom „Vernona Subutexa” Virginie Despentes wydawał mi się w dużej mierze pozbawionym złudzeń dalszym ciągiem „High Fidelity” (po polsku: w wersji książkowej „Wierności w stereo”, w wersji filmowej „Przebojów i podbojów”) Nicka Hornby’ego. Trafił więc mnie w sam środek mnie. Drugi jest zupełnie inny, choć wciąż jakoś realizuje obietnicę, którą w imieniu autorki złożyłem w blurbie na okładce: to wciąż jest bardzo sugestywny, słodko-gorzki (z przewagą gorzkiego) portret Paryża i jego mieszkańców początku XXI wieku.

Portrecistką Despentes jest znakomitą, ale na poziomie fabuły… właściwie to nie wiem, o czym jest drugi tom. Subutex przestał być postacią z krwi i kości, nic mu się nie przydarza, jest jakąś mętną ideą wokół której krążą inni bohaterowie książki, jak ćmy wokół świecy. Jest nieszczególnie przekonującym mitem, wokół którego autorka skupia wszystkie wprowadzone w pierwszym tomie postacie, choć przecież różni je wszystko: status społeczny, doświadczenia, potrzeby. Czemu więc nagle wszyscy, jak jeden mąż, zapragnęli towarzystwa typa, którym wcześniej przerzucali się jak gorącym kartoflem?
Nie tylko mnie to dziwi… I w jaki sposób ten gość, wprawdzie sympatyczny, ale o charyzmie skisłego ogórka, został idolem parku des Buttes-Chaumont? – to pytanie zadaje sobie w myślach jedna z bohaterek, ale nie umie na nie odpowiedzieć, bo i autorka nie potrafi. Po prostu musimy uwierzyć Despentes, że tak ma być, tak jest dobrze.
Dopiero pod koniec akcja nabiera przyspieszenia – jak w jakiejś „Grze o tron”, gdzie nudę całej serii trzeba zrekompensować dwoma ostatnimi odcinkami – ale oczywiście nie będę spoilował.

subutex

 
No więc w sumie rozczarowanie. Po pierwszej części „Vernona Subutexa” wierzyłem, że Despentes wie coś o mnie i w ogóle o naszym pokoleniu (zresztą, wie na pewno, ale tu już zapraszam do tekstu z „Polityki”), więc i ja się dowiem. Po lekturze części drugiej mam wrażenie, że ktoś mnie oszukał, że dostałem zaproszenie na inne przedstawienie, a tu myk, aktor nie dojechał, nie będzie „Hamleta”, będą „Chłopi”.
Nie umiałbym jednak nie cieszyć się z książki, której bohaterowie przeżywają swoje życie w rytm The Jam, Sick Of It All czy „Push the Sky Away” Nicka Cave’a – więc wiem, że sięgnę i po kolejny tom.

Vernon Subutex tom 2, Virginie Despentes, przeł. Jacek Giszczak, Wydawnictwo Otwarte 2016

Nie tak łatwo być autorem

On naprawdę nie chciał.
Kiedy prawie trzy lata temu zadzwoniłem do Czesława z tym pomysłem, wzbraniał się argumentując nie bez racji, że jeszcze za wcześnie na podsumowania, że biografie pisze się na emeryturze… Na szczęście zgodził się na spotkanie, na którym udało mi się przekonać go, że po pierwsze na emeryturze niewiele już będzie z tego wszystkiego pamiętał 😉 , a po drugie, rzeczywiście, niech podsumowaniem zajmą się inni, kiedy przyjdzie na to czas. Nie o taką przecież książkę mi chodziło.

Nie tak łatwo być Czesławem

Bo choć rzecz opiera się na osobistej i artystycznej biografii pana Mozila, gdzie indziej jest klucz do tej historii – przeczuwałem, że doświadczenie podwójnej emigracji to doświadczenie ważne nie tylko dla Czesława, ale też dla wielu innych Polaków. Uważałem, że opowieść o tym, jakie to uczucie, być obcym tam, ale też obcym tu – choć przecież wróciło się do domu, do siebie! – jest ważna i że powinna zainteresować miliony rodaków. Tych, co wyjechali i wrócili. Tych, co wyjechali i nie chcą wracać, albo chcą, ale się boją. I tych, którzy tęsknią za tymi, co wyjechali.

Kiedy spotykaliśmy się z Czesławem na pierwszą dłuższą rozmowę, w rosyjskiej restauracyjce Skamiejka na Pradze (pozdrawiam!), nie spodziewałem się jednak, nie mogłem się spodziewać, że książka ukaże się w tak dziwnym czasie. Wtedy nie było jeszcze kontrowersyjnej „Księgi emigrantów”, a Czesław nie miał gęby „nienawidzącego Polski przybłędy” (lewaka/Żyda/Ukraińca/Duńczyka… – niepotrzebne skreślić) i nie musiał tłumaczyć się przed sądem z treści swoich teledysków (!). Nie było wojny na wschodzie Ukrainy, a konflikt w Syrii wyglądał jeszcze na krótkotrwałą, lokalną ruchawkę. Nie było setek tysięcy uchodźców z Bliskiego Wschodu, zakłócających spokój sytym Europejczykom, nie było tego panicznego strachu przed Obcym, podsycanego z różnych powodów przez media i polityków.

Liczyłem na to, że napiszemy z Czesławem zabawną, rozrywkową książkę, okołomuzyczne czytadło z prześwitującym tu i ówdzie drugim dnem, które być może skłoni kogoś do zastanowienia. Do spojrzenia inaczej na sąsiada, na przybysza z dalekich stron czy na samego Czesława.

Dzisiaj jednak, w dniu premiery, mam wrażenie, że źle trafiliśmy. Timing nie halo. Październik 2015 to niedobry czas na refleksję czy rozmowę. To czas głośnych, skrajnych deklaracji i wygrażania pięścią. To nie czas wahania, ale opowiadania się po stronie. To nie czas chodzenia z wizytą do sąsiada, lecz okopywania się w swoim ogródku i kupowania cukru, bo wojna idzie…

Ci, którzy Czesława lubią, zapewne przeczytają „Nie tak łatwo być Czesławem” – i wierzę, że z przyjemnością. Pozostali zapewne nie dotkną, bo przecież i tak doskonale wiedzą, z kim mają do czynienia i gdzie jego miejsce. Nie czas na pierdoły, gdy goreją wici!

Cholera, a może to właśnie najlepszy czas na taką książkę?

Cieszę, że się udało. Przeczucie mnie nie myliło – za „Maszynką do świerkania” kryła się ciekawa, zabawna, ale i pouczająca historia fajnego, myślącego, szczerego człowieka. Warto było ją utrwalić. Warto było też spędzić w towarzystwie Czesława te kilkaset godzin – w knajpach, garderobach, samochodach, naszych prywatnych mieszkaniach i w hotelowych kawiarniach, na portowej ławeczce czy pod pokładem nocnego promu. W zaułkach Warszawy, Krakowa i Kopenhagi… Zawsze mieliśmy za mało czasu i zawsze za dużo do opowiedzenia. Zawsze dobrze się bawiliśmy 😉

Dzięki, stary, za tę przygodę.

PS. Jeśli ktoś chce kupić i przeczytać, to oczywiście zapraszam, będzie mi bardzo miło. Można na przykład tutaj.

Długi wpis o miłości, pisaniu i patrzeniu z góry

„Nie ma powodu, aby dobrze opowiedziana historia przypominała rzeczywistość. Rzeczywistość ze wszystkich sił stara się przypominać dobrze opowiedzianą historię“ – to Izaak Babel o tajemnicach swojego warsztatu. Ten sam Babel, od którego Jacek Hugo-Bader wypożyczył „jedwabne rzemyki przydymionych spojrzeń”. Przypadek? Nie sądzę.

xiazki

„Długi film o miłości. Powrót na Broad Peak”, najnowsza książka JHB to bestseller ostatnich miesięcy. Zamiast przynieść autorowi chwałę, pociągnął go jednak w dół, jak lawina. A zaczęło się, jak to z lawinami bywa, od małych kamyków. Ten zaklął szpetnie, że himalaizm nie tak wygląda i bywały już lepsze książki o Polakach wspinających się na ośmiotysięczniki, tamten zasugerował, że JHB wykorzystuje swoich bohaterów, ów podpowiedział, że książka w kilku miejscach mija się z prawdą. Potem już było tylko gorzej: Jacek Berbeka, szef wyprawy, w której brał udział JHB, zarzucił reporterowi manipulację, egocentryzm („To książka fabularna, poświęcona tylko i wyłącznie JHB”) i konfabulację. „Tygodnik Powszechny” odtrąbił z kolei, że JHB popełnił plagiat, kopiując fragmenty swojej książki z artykułu Bartka Dobrocha „Tryumf i dramat na Broad Peak”. Bełkotliwe tłumaczenie samego Hugo-Badera, coś o platynowych meteorytach i klątwach, mu nie pomogło… Śledziłem komentarze moich znajomych na Facebooku i nieznajomych pod medialnymi doniesieniami (dopóki mnie nie zemdliło), i obraz JHB, który się z nich wyłaniał był połączeniem złośliwej karykatury z portretem sądowym. Nawet anonimowi półanalfabeci wiedzieli na pewno: kiepski reporter, zły człowiek, kłamca i oszust. Na stos!

Nie mogę więc nie zabrać w tej sprawie głosu, nawet jeśli nikogo to nie obchodzi. Nie mogę, bo po pierwsze sam piszę, po drugie uwielbiam reportaże JHB, a po trzecie wreszcie, z lektury „Długiego filmu o miłości” wyciągnąłem zgoła odmienne wnioski, niż większość moich znajomych (i nieznajomych). Czasu i sił na wywód o rozmiarach adekwatnych do złożoności tematu nie mam, więc może w punktach:

1. Być może rację mają ci, co mówią, że na tle istniejącej literatury himalaistycznej „Długi film o miłości” się nie broni, może są lepsze teksty. Ja jednak ich nie czytałem, bo dopiero Hugo-Baderowi udało się pociągnąć mnie ku ośmiotysięcznikom, rozbudzić ciekawość. Kto wie, może takich jak ja jest więcej – i może na tym nie poprzestaną, może będą szukać dalej?

2. Nie rozumiem tych, którzy zarzucają JHB, że przedstawił ludzi gór w złym świetle, jako szaleńców, bezgłowych samobójców szukających efektownej śmierci. Nie rozumiem tych, co twierdzą, że Jacek Berbeka powinien się na JHB obrazić/pobić go/pozwać za to, jak w książce został przedstawiony. Ja bowiem po lekturze „Długiego filmu…” jestem bohaterami książki zachwycony. Najbardziej Jackiem. Twardym, trudnym, człowiekiem z krwi i kości, który robi to, w co wierzy, bez względu na okoliczności i opinie innych. Że nie przypomina w tej książce sympatycznego misia? A na pewno chciałby?

3. Czytałem, wyrażoną w „Dużym Formacie” i chętnie przytaczaną przez inne media, opinię Wojciecha Tochmana („Fakty są święte”) i wierzę, że wierzy w to, co mówi. Ale zarazem oglądam wiadomości, dotyczące tych samych wydarzeń, na różnych kanałach telewizyjnych, czytam o nich w różnych gazetach – i widzę, że te same fakty jednak różnią się od siebie. Jakże to tak?
Nie wierzę w subiektywne dziennikarstwo, a już w subiektywną literaturę – również „literaturę faktu” – ani trochę. Zanim pozwolę Hugo-Baderowi zmyślać (a za chwilę pozwolę), chciałbym zwrócić uwagę na sprawy tak oczywiste, że aż głupio o nich pisać: przecież wszystko, co widzimy i zapamiętujemy, filtrujemy przez pryzmat własnej kultury, wychowania, doświadczeń, samopoczucia itp. itd. Nie ma: „tak było”. Może być tylko „tak to zapamiętałem, tak to widziałem”. Z tego właśnie powodu chciałbym uchylić zarzuty, że to jest książka o JHB, nie o wyprawach na Broad Peak – takie książki zawsze są o ich autorach, ale nie wszyscy autorzy się do tego przyznają.

4. Świadome konfabulacje. No właśnie: dozwolone czy nie?
Moim zdaniem wszystko zależy od intencji i okoliczności. Dostosowywanie faktów do z góry narzuconej tezy, pokazywanie ich w jedynie słusznym świetle – niedobrze. Drobne korekty na skomplikowanej tkance rzeczywistości, by łatwiej ją było pojąć tym, co tego nie widzieli i nie przeżyli – dopuszczalne. Bo oczywiście szczegóły są ważne, ale co po szczegółach, jeśli przysłaniają big picture?

5. Plagiat. Niech rozstrzygnie sąd. Bez cienia wątpliwości wskazane przez „Tygodnik…” fragmenty są zbyt do siebie podobne, ale to jeszcze nie świadczy jednoznacznie o winie JHB. Każdy, kto pisał kiedyś piosenki, teksty lub wiersze, doskonale zna uczucie nieświadomej inspiracji – tak coś lubisz, tak czymś przesiąknąłeś, że później palce same układają się na gryfie. Biegniesz do kumpli z kapeli i chwalisz się: „Chłopaki, ale super numer wymyśliłem!” A oni słuchają uważnie i nie wiedzą, czy się śmiać, czy stukać w czoła. „Tak, ty wymyśliłeś. Ale wcześniej zrobiła to Nirvana. AC/DC. The Beatles”.
Wierzę, że taki właśnie jest przypadek Jacka Hugo-Badera. Nie znam człowieka, ale jestem w stanie uwierzyć, że jest skończonym egocentrykiem, natomiast nie potrafię uwierzyć, że jest głupi i świadomie skopiował te kilka zdań.

Czy zatem wszystko z „Długim filmem o miłości” w porządku, czy sam nie mam nic tej książce i jej autorowi do zarzucenia? Owszem, mam.

Przede wszystkim wydaje mi się, że powstała za szybko. Tak, rozumiem, że temat gorący, że inni też chcieli napisać, że wyścig. Ale teraz autor ponosi konsekwencje własnych decyzji. Nie pozwolił materiałowi odleżeć, nie poczekał aż opadnie kurz, wystygną emocje, obeschną łzy rodzin, więc ma za swoje. Wcisnął się ze swoją literaturą (tak, pamiętam, „literaturą faktu”), pomiędzy spory środowiskowe, szlam anonimowych forów internetowych i dziennikarzy głodnych krwawego newsa. Taki stary wyga, a nie był gotowy na burzę, którą przecież musiał zebrać siejąc ten wiatr… Swoją drogą, o pośpiechu świadczy także fakt dość niechlujnej redakcji książki – tak ważny tytuł, w takim wydawnictwie i z tyloma błędami? Nie wypada.

Co dalej? Pamiętam, ile radości dały mi wcześniejsze książki tego autora i zawsze będę mu za to wdzięczny. Bez względu więc na to, czy w tym przypadku winien czy nie, zawsze kiedy wchodzę do księgarni, dryfuję w kierunku półek z reportażami i oplatam je jedwabnymi rzemykami przydymionych moich spojrzeń w poszukiwaniu nowej książki Hugo-Badera.
Mam nadzieję, że już powstaje.

Wariatka i ja

Mili Państwo, sytuacja jest taka, że…

Z powodu przeprowadzek ciągle zmieniałam szkołę. Pamiętam, że do jednej z nich chodziła taka dziewczynka, która była gamoniem z WF-u. I ja ją za to biłam skakanką. Uciekała do łazienki, ja ją goniłam i łubudu. Biłam ją, bo nie mogłam znieść, że jest taka niekumata, taka tępa. Moi muzycy powiedzieliby ci, że zostało mi to do dzisiaj. Nie znoszę przeciętniactwa, nie znoszę, jak ktoś jest gorszy ode mnie, nie mogę zrozumieć, dlaczego ja coś łapię, a ktoś nie nadąża.

oraz…

Kiedyś w NRD, po koncercie, zawalczyłam w barze z moją chórzystką o pewnego wysokiego, bardzo przystojnego faceta o niebieskich oczach. Niestety, zakochał się we mnie, a ja już następnego dnia nie byłam nim zainteresowana. Zresztą od razu zraził mnie do siebie, składając ubranie w kostkę. (śmiech) Poza tym nosił kalesony.

a także…

Po koncercie przyszedł do mojej garderoby elegancki starszy pan, w białych rękawiczkach, z laską. Zapytał, czy możemy zostać sami, więc wszyscy muzycy wyszli, chociaż oczywiście podsłuchiwali pod drzwiami. Pan ukląkł i poprosił mnie o rękę. Powiedział, że… zdrowa ze mnie rzepa, więc na pewno urodzę mu syna i obrobię pole. Obiecał też, że będzie mi pozwalać chodzić do sąsiadów na telewizję.

Mówiąc krótko, już 6 listopada ukaże się nakładem G+J Książki mój wywiad-rzeka z Marylą Rodowicz, zatytułowany „Wariatka tańczy”. Fanów namawiać nie muszę, ale i ci, co fanami nie są, powinni się dobrze bawić 🙂 A ja cóż, mam za sobą wielogodzinne, szczere i zabawne rozmowy z jedyną i niepowtarzalną Marylą o muzyce, mediach, polityce, fanach, seksie, sporcie, religii, literaturze, historii, kuchni, motoryzacji, wychowywaniu dzieci oraz podróżach, tudzież plotki o paniach i panach… Najlepiej!

Swoją drogą, mam nadzieję Panie Grzegorzu, że posłuchał Pan dobrej rady Maryli i już teraz Pan mojego bloga regularnie czyta 😉

Obrazek

Przedpremierowe sprzedawanie i podpisywanie „Wariatka tańczy” już ten weekend, na Targach Książki w Krakowie. Konkretnie: 26 października w godz. 17.00- 18.00. Zapraszam!