Lodołamaczem cała naprzód

Fedor

Być może jeszcze chodziłem w Dukli do liceum i wyczytałem o nim w „Na przełaj”. Albo zobaczyłem w telewizji. A może usłyszałem o nim już w Krakowie, gdy przyjechałem na studia? Mój pierwszy adres w tym mieście – ponury hotel robotniczy na osiedlu Złota Jesień – był zresztą dość odległy od Wawelu, za to bliski arenie wydarzeń, od których zaczyna się ta książka…

W autobusie nie było oczywiście kibla, więc kiedy zatrzymaliśmy się na stacji przed granicą, wszyscy pobiegli się wysikać. Obok tych kibli stały jakieś typy spod ciemnej gwiazdy, sprzedawali krasnale ogrodowe i gapili się na irokezy chłopaków. Ja stałem z boku, w dresach, i paliłem papierosa. W pewnym momencie podszedł do mnie jeden z tych zakapiorów i mówi: „Patrz pan jakie skurwysyny! Ja bym ich wszystkich do więzienia, żeby zapierdalali, darmozjady! Życia by się nauczyli, a nie fryzury i lakiery, skurwysyny!”. Nawija tak i szuka we mnie akceptacji. W tym momencie wychodzi z kibla Elefant, czyli dwumetrowy punk z Nowej Huty, i czując, co jest grane, pyta: „Szefku, mam przypierdolić?”.

Co szefek na to?
Nie pozwoliłem, wyjazd był najważniejszy. Zresztą ten żul natychmiast zniknął. Pojechaliśmy dalej. 

Nie jestem pewien, kiedy po raz pierwszy usłyszałem o tym, co Jerzy Fedorowicz wyprawia w Nowej Hucie ze skinami i punkami, o tym jego mozolnym przerabianiu zjadaczy chleba w anioły, ale pamiętam, że byłem pod wrażeniem. Sam od zawsze miałem kłopot z dostosowaniem się do norm społecznych, sam byłem częścią – innej co prawda – kontrkultury i nie przywykłem do tego, by ktoś o pokolenie od nas starszy traktował nas poważnie. Wtedy jeszcze przedstawiciele wszelakich subkultur nie byli cool, wtedy jeszcze się nas pałowało albo w najlepszym razie usilnie przeciągało na stronę zdrowej tkanki społeczeństwa. Mało kto dostrzegał w nas ludzi, potencjał, talenty. Takim wyjątkiem był Edward Klein, mój wychowawca z liceum (RIP) i taki (jak słyszałem) był Fedor.

Po studiach zostałem w Krakowie. Postać Jerzego Fedorowicza raz na jakiś czas zamajaczyła mi na horyzoncie – dosłownie i w przenośni, na przykład w postaci nazwiska na liście wyborczej – ale nigdy nie miałem okazji poznać go osobiście. Aż do stycznia bieżącego roku. Zadzwoniła miła pani z wydawnictwa Burda i zapytała, czy nie byłbym przypadkiem zainteresowany przeprowadzeniem z nim wywiadu-rzeki. Dwa razy pytać nie musiała. Wiedziałem już o nim znacznie więcej niż 20 lat temu i przeczuwałem ciekawe życie, wietrzyłem dobrą historię. No, ale jeszcze on musi się zgodzić. Pierwsze spotkanie i okazuje się, że mamy wspólnych znajomych (powiem wam w tajemnicy, że Kraków nie jest takim dużym miastem za jakie się ma) i sporo wspólnych zainteresowań – Fedor potwierdził więc w wydawnictwie, że w porządku, że ten Szubrycht chyba się nada i nie trzeba dalej szukać…

W czasie akcji Burza ojciec dowodził żołnierzami obsługującymi cekaem. Karabin ustawiony był na linijce, myśliwskim powozie, który po wojnie leżał w wozowni w Zawadkach. Kiedy złamał mi się resor w trabancie, moi wujkowie za pół litra spirytusu wymontowali ten z wózka od cekaemu i wmontowali do trabanta. Dojechałem na tym resorze do Puław, gdzie i ten się złamał. Ojciec służył w obstawie radiostacji. Działała bardzo długo, chyba nawet po wojnie. Przeszkolony został przez Żonkila, Stanisława Kujawińskiego, słynnego cichociemnego. Później stanął na czele oddziału, który chronił Redutę, czyli wydawnictwo Wolności i Niezawisłości, dla którego moja matka pisała artykuły. Dlatego już jako dorosły człowiek stawałem w obronie ludzi, którzy mieli epizod fascynacji komunizmem, bo wiem, że nie znali prawdziwych informacji o tym, co się dzieje. Moi rodzice takie posiadali, bo pracowali przy radiostacji, mieli łączność ze światem. Znali więc prawdę o Katyniu i o tym wszystkim, co działo się na Wschodzie.

Rodzice chętnie opowiadali o wojnie?
Nie, prawie wcale. Ojciec umierał na raka, bardzo świadomie. Siedziałem przy nim, kiedy tak marniał każdego dnia, ale nawet wtedy nic mi nie opowiadał. Gdy już byliśmy pewni, jak to się skończy, UB wezwało mnie na przesłuchanie. Mieli taki pokój bez okien, przy placu Wolności.

O co pytali?
Czy wiem coś o broni. Jak Stalin jechał pociągiem do Poczdamu, na konferencję, to od Moskwy do Berlina, na całej trasie, co 150 metrów stał żołnierz i jeszcze jeździły patrole. W lipcu 1945 roku mój ojciec dostał rozkaz, żeby schować gdzieś furmankę pełną broni. Kupa żelaza ledwie przykryta słomą. Gdyby żołnierze z tego rosyjskiego patrolu byli bardziej przytomni, zorientowaliby się, że podczas wjazdu na nasyp koń ledwie ciągnie furmankę, że coś tam musi być nie tak. Dwadzieścia trzy lata po wojnie temat powrócił i ubek pyta mnie, czy wiem, gdzie ta broń została zakopana.

1966057_551031381665305_3930566156298208234_o

„Lodołamacz Fedor” to życie jednego człowieka, ale też niezła lekcja historii Polski – od czasów wojny, przez dziwne, śmieszno-straszne czasy PRL-u, stan wojenny, dramatyczne lata przeobrażeń ustrojowych, aż po naszą małą stabilizację. Tak, to książka w dużej mierze o historii, ale też o kulturze, polityce, zdrowiu i przede wszystkim – o miłości. Nie mnie ją oceniać, ale najlepsza z żon niejedną łezkę przy lekturze uroniła, a twarda jest przecież jak Roman Bratny.

Książka miała premierę w miniony weekend. Najpierw odbyło się miłe spotkanie w Teatrze Ludowym (powiem wam, że to dość abstrakcyjne uczucie, zasiąść na tej scenie, obok Fedora i obecnego dyrektora teatry, pana Jacka Stramy, z takimi postaciami jak Leszek Piskorz czy Jerzy Trela na widowni), później zostaliśmy wrzuceni w książkowe targowisko próżności. Było bardzo miło – dużo nowych twarzy, ciekawych rozmów, miłych gestów – ale trochę to wszystko męczące. Wolę siedzieć i pisać, niż chodzić i gadać. 😉

Książkę można znaleźć już chyba w każdej księgarni w realu i niejednej internetowej, do czego wszystkich zachęcam. Nie trzeba być wielbicielem teatru, ani wyborcą Fedorowicza, nie trzeba nawet mieszkać w Krakowie, by znaleźć tu coś dla siebie. I żadna w tym moja zasługa – ja tylko znowu pomogłem opowiedzieć to, co się zdarzyło i nie powinno zostać zapomniane.

Reklamy

Krakowiaczek ci ja

Pędziłem dzisiaj przez krakowski rynek, w ramach odwiecznej, nierównej i z góry przegranej walki z własnym bankiem (bo okazuje się, że te ich komputery to chyba tylko do wystawiania komciów na Naszej Klasie się nadają – żeby cokolwiek załatwić, muszę dymać tam, gdzie 15 lat temu zakładałem konto, bo w innej placówce brak danych). Pędziłem więc przez rynek i naraziłem swoje zmysły na kontakt z często harcującym tam muzycznym trio w krakowskich strojach. To bardzo wiekowi muzycy, ale niestety, niewiele się przez te wszystkie dziesięciolecia nauczyli, bo ryczą i rzępolą okrutnie, kalecząc z uporem godnym lepszej sprawy folklor swojego miasta i okolic. A jednak budzą zainteresowanie, szczególnie turystów zagranicznych, bo ciągle ktoś tam ich kręci, fotografuje, robi sobie z nimi zdjęcie, albo – o zgrozo! – kupuje od nich płytę…

I dzisiaj jakaś Azjatka z entuzjazmem wręczała panu banknot w zamian za kompakt, a mi do głowy przyszła myśl: Czy tak jest wszędzie? Czy ci wszyscy ludowi, lokalni grajkowie, którymi zachwycamy się na wycieczkach do Afryki, Azji czy choćby na południe Europy, też są tak straszni? Też tak męczą swoich rodaków i tak źle ich reprezentują, a my, zupełnie nie kumając kontekstu, tak czy owak się zachwycamy?

O, przypomniał mi się jeszcze jeden obrazek, sprzed paru lat. Spacerujemy międzynarodową gromadką w okolicach Bramy Floriańskiej i nagle wyrastają przed nami nasi krakowscy Peruwiańczycy. Dują w te swoje rurki, pobrzękują na gitarze, śpiewają tęsknymi głosami „El condor passa”… Moi zagraniczni koledzy są wyraźnie zaintrygowani.
Skąd w Krakowie Indianie? – pytają.
Aaa, bo… Peru było kiedyś polską kolonią i sami wiecie…
Kiwają ze zrozumieniem głowami.

Scott walks alone

No ja rozumiem, że Scotta Walkera nie ma w radiu, ani telewizorze. Rozumiem, że to muzyka niezbyt przyjazna słuchaczowi i niełatwa w odbiorze. Nawet to, że sobota, w samo południe, to dziwna pora na kino. Ale żeby na projekcji dokumentu „Scott Walker – 30 Century Man” Stephena Kijaka, w ramach festiwalu Off Camera, zjawiły się trzy osoby?!! A ja idiota przybiegłem do Alchemii wcześniej, bo bałem się, że miejsca nie będzie, że się nie wcisnę.

Co jest z wami, ludzie? Na byle koncert muzycznych analfabetów z zagranicy walicie drzwiami i oknami, a tutaj nic, ani dudu? Rozumiem, że Walkera nie rekomendował ostatnio żaden opiniotwórczy portal o muzyce alternatywnej, nie przetoczył się owczym pędem przez blogi, więc nie warto sobie dziadem głowy zawracać… A może wszyscy już sobie dawno film ściągnęli, obejrzeli i dlatego im się z domu wyjść nie chciało? Mam nadzieję, że właśnie tak było.

Sam film świetny. Pouczający i poruszający. Na granicy hagiografii, ale na szczęście po tej zdroworozsądkowej stronie. Przed seansem byłem fanem jego muzyki, teraz z nabożną czcią chylę czoła przed postacią. Scott Walker jest gigantem. Pal licho, że nieco pokręconym – jest wielki! Mi nie musicie wierzyć, ale producentem filmu był David Bowie, który również wystawia Walkerowi laurkę przed kamerą. Podobnie jak Brian Eno, muzycy Radiohead, Jarvis Cocker, Johnny Marr, Goldfrapp… wszyscy zachwyceni i onieśmieleni, bo nienawykli do stania w cieniu osobowości i talentu, z którymi nie tylko trudno im się zmierzyć, ale które nawet trudno im zrozumieć.

Swoją drogą, marzy mi się, by któryś z polskich festiwali – Sacrum Profanum? Unsound? A może PPA? – sprowadził koncert, z materiałem z „Tilt” i „Drift”, który dwa lata temu grany był w Barbican. Sam Walker, choć nadzorował przedsięwzięcie, co jest gwarancją najwyższej jakości, na scenie niestety się nie pojawił. I podobno nie zamierza, boi się publiczności. Sądzę, że bezpodstawnie, bo dzisiejszy seans filmowy dowiódł, że to artysta, na którego koncert nie zabłądziłby nikt przypadkowy.

Jurny juror

Starość też radość. Kiedyś sam startowałem w niezliczonej ilości konkursów (od plastycznych na koloniach, aż po taki jeden, w którym trzeba było zrobić cover zespołu Perfect, więc wykonaliśmy, z raczkującą wtedy grupą LO, blackmetalową wersję „Nie patrz jak ja tańczę” ;-)), dzisiaj częściej zasiadam w jury. I cieszy mnie to, bo póki co biorę udział w samych fajnych przedsięwzięciach i w dodatku w zacnym towarzystwie.

Przed chwilą oddałem swoje – tylko trzy?!! doskonałych fot tam jest dużo więcej – głosy na Koncertową Fotografię Roku 2009. Tu możecie sobie pooglądać, powspominać i też wziąć udział w zabawie. Super sprawa i bardzo czujni państwo za tym stoją. Cieszę się, że ta zacna inicjatywa nie tylko przetrwała, ale wyraźnie się rozwija. To nie tylko integruje środowisko, ale też pomoże paniom i panom fosiarzom popodglądać się nawzajem i po prostu robić lepsze zdjęcia. Polska potęgą w fotografii koncertowej? Czemu nie, to zacna dyscyplina, trzymam kciuki…

A już wieczorem zasiadam w kolejnym jury. W krakowskiej Rotundzie odbędzie się drugi, koncertowy etap 7. Przeglądu Kapel Studenckich. Półfinaliści są naprawdę OK, więc warto przyjść i posłuchać. Tych mniej fajnych i zupełnie niefajnych odsialiśmy podczas kilkugodzinnej narady przed dwoma tygodniami, kiedy to z uwagą i większą lub mniejszą przyjemnością słuchaliśmy nadesłanych nagrań…
Szkoda, że większość zespołów, nawet jeśli potrafi grać, gra takie bzdury. Muzycy, słuchajcie muzyki! Nie tylko tej, którą sami gracie i nie tylko tych trzech płyt, które pokochaliście w liceum – słuchajcie też nowych rzeczy (nawet jeśli mają po 30 lat, ważne, żeby dla was były nowe), szukajcie, podglądajcie innych, wyciągajcie wnioski. Co z tego, że potraficie zagrać ładne solówki, skoro brzmi to jak jakieś popłuczyny po Bajmie, Kulcie czy innym Biohazard?

Grzywka Alexa Kapranosa

Wszystkie znaki na niebie i na ziemi wskazywały na to, że pierwsza edycja Selector Festival spotka się ze znikomym zainteresowaniem ze strony publiczności. Po pierwsze, Kraków to trudne miasto. Po drugie, konkurencja mocna – zarówno w samym mieście (darmowa impreza w Nowej Hucie w piątek, tani Kult w sobotę), jak i poza nim (przed chwilą Kylie i mnóstwo innych imprez okolicznościowych, w ten sam weekend Global Gathering w Poznaniu). Po trzecie, bilety drogie. Po czwarte, gwiazdy zacne, ale w Polsce niezbyt mocno ograne i opisane. Po piąte, obrzydliwa pogoda od tygodnia z okładem. I tak dalej, i tak dalej… tłumaczyłem dzisiaj znajomemu, kilka godzin przed imprezą. Pomyliłem się i dobrze mi z tym, bo trudno się nie cieszyć z tego, że fajna muzyka ma jednak u nas sporo fanów. Języki obce w kolejkach po napoje i pod sceną dowodzą, że i turyści dopisali. Tym lepiej. Niech przyjeżdżają do nas na festiwale, my już się dość do nich najeździliśmy.

Numerem jeden pierwszego dnia był dla mnie Dizzee Rascal. Świetne podkłady, mocne i hałaśliwe, jeszcze lepszy flow głównego bohatera i bardzo dobry kontakt z publicznością. Fisherspooner? Sporo działo się na scenie – jakieś lustra, neony, balety, roznegliżowane laski i panowie z fluorescencyjnymi krawatami – ale muzyka, o ile w miarę podoba mi się z płyty, na koncercie nużyła. Röyksopp chyba nieźle, ale byłem już tak padnięty, że wytrzymałem raptem dwie piosenki… Zgodnie z przewidywaniami największy szał był na Franzu. Nie dziwię się, bo koncert bardzo energetyczny, refreny chwytliwe, rytmy proste i skoczne. Szkoda tylko, że cały repertuar zespołu to właściwie wariacje na temat jednej, no może dwóch piosenek. Gdyby istniała sprawiedliwość na świecie, zamiast Franza Ferdinanda oglądalibyśmy dzisiaj Fratellis – grają podobnie, ale są bardziej zadziorni, mają lepsze piosenki i bardziej imprezowe refreny, a przy tym lepiej radzą sobie na scenie. W Anglii mają fanów, ale poza nią jakoś się nie przebili. Szkoda.
A co do grzywki Kapranosa – kiedy ja miałem podobną (środek podstawówki) i podobnie wchodziła mi do oczu, mama mówiła, że nieładnie odrzucać ją takim łobuzerskim szarpnięciem głowy. Alexowi widać nie miał kto o tym powiedzieć, bo głową potrząsał, a dziewczęta piszczały. Jakbym wtedy wiedział, że to tak działa na płeć piękną, może udałoby mi się mamę przekonać, żeby mi grzywki nie ścinała…

Jestem operator i mam mini kalkulator

Całe szczęście, że komuniści Nową Hutę zbudowali. Gdyby nie walcownia (czy tam ocynkownia, nie znam się), nie byłoby gdzie w Krakowie porządnego koncertu zorganizować. Nic to, że daleko i taksówka droga, nic to że w autokarach dowożących spod bramy pod halę tłok i że na miejscu zimno, i wilgotno, i krzesełka małe. Klimat tego miejsca rekompensuje wszelkie niewygody, a już Kraftwerk wśród stalowych rusztowań i ton betonu czuł się jak ein ryba w ein wodzie. Brzmienie bliskie perfekcji, oszałamiające projekcje i zestaw wielkich hitów, m.in. „Das Model”, „Autobahn”, „Radioactivity”, „Tour de France”, „Trans-Europa Express”. Czego chcieć więcej? Jakiejś wisienki na torcie? Proszę bardzo – co powiecie na „Taschenrechner” z takim tekstem: „Jestem operator i mam mini kalkulator / Ja dodaję, odejmuję, kontroluję, komponuję / Mały klawisz naciskam i melodie wygrywam”? Osobnikowi, który to dla nich tłumaczył należą się duże brawa!

Kraftwerk w hucie to na pewno jeden z najlepszych koncertów w tym roku. Szkoda tylko, że po ciężkim tygodniu (arbeit, a cóżby innego) oko mi się w połowie koncertu zaczęło kleić, a głowa niebezpiecznie kiwać na boki. Ech, starość nie radość. Dobrze, że dżentelmen, który siedział obok mnie nie miał za grosz poczucia rytmu, za to nadmiar entuzjazmu – jego nierówne, ale bardzo mocne tupanie tak mnie wkurzało, że nie pozwoliło mi zasnąć 🙂
A tak w ogóle, to przy wejściu na koncert spotkałem kolegę z Krakowskiego Biura Festiwalowego, który w największej tajemnicy wyjawił mi, z jakimi wykonawcami negocjują występ na przyszłorocznej edycji Sacrum Profanum. Grubo, bardzo grubo. Ale nie powiem wam. Gdybym wam to powiedział, musiałbym was zabić.

Graj Cyganie…

Władze miasta Krakowa zapowiedziały, że wezmą się za weryfikację ulicznych grajków. I od razu w mediach rozmaitych zawrzało, że to zamach na wolność, że swobody obywatelskie, że wielu wielkich na ulicy zaczynało (tu padały przykłady: Maleńczuk, Hołdys), a inni wielcy (jak Soyka, który przed chwilą na ten temat do mnie z telewizora przemówił) specjalnie w Nowym Jorku po to do metra zjeżdżali, by wirtuozów ulicy posłuchać… No i pięknie, tylko w Nowym Jorku, podobnie jak w równie często powoływanym jako przykład Londynie, kwestia ulicznych grajków / akrobatów / żywych rzeźb i innych tego typu artystów (bo bez wątpienia znaczna część z nich to artyści pełną gębą) została dawno i bardzo szczegółowo uregulowana. W gigantycznym londyńskim metrze buskerzy – bo tak ich tam zwą – mają zarezerwowanych ledwie 25 miejsc „koncertowych” i żeby z nich korzystać muszą nie tylko przejść egzamin specjalnej komisji weryfikacyjnej, ale też zabukować je ze sporym wyprzedzeniem, bo koledzy po fachu już przebierają nogami w kolejce. Po co to wszystko? Po to właśnie, żeby pan Soyka mógł posłuchać w metrze muzyki wykonywanej przynajmniej poprawnie, zamiast narażać się tortury dla duszy i ciała, takie jak zmasakrowana rozklekotanym akordeonem „Ta ostatnia niedziela” czy szlagiery Dżemu wyryczane przez zżulonych hipisów. A takie właśnie rzeczy na ulicach Krakowa słychać nader często. Gdyby to nieco ogarnąć, gdyby uregulować, może częściej przystawałbym posłuchać ulicznych grajków, niż przed nimi uciekał, jak ma to teraz miejsce…
Jedyne, czego się obawiam, to skład takiej komisji weryfikacyjnej przy krakowskim magistracie. Kto ją powoła? Kto w niej zasiądzie? Czy będą to ludzie z głowami na tyle otwartymi, że poznaliby się na pod koniec lat 80. na talencie Maleńczuka, czy też przegoniliby go gdzie pieprz rośnie? Czy pozwoliliby grać na Floriańskiej świętej pamięci Stefanowi, przez tego samego Maleńczuka unieśmiertelnionemu („Póki Stefan gra na skrzypcach/Póty będę miał nadzieję”) – takiemu brzydkiemu, pokracznemu, choremu Cyganowi, a przecież absolutnie niepowtarzalnemu, wybitnemu artyście? Niestety, mam wątpliwości…
Swoją drogą, po raz ostatni widziałem Stefana w towarzystwie Nigela Kennedy’ego. Niesamowite, prawda? Siedzieliśmy przy kawiarnianym stoliku pod Sukiennicami, późnowiosenne słońce pięknie nam przyświecało. Na blacie – Nigela kawa z mlekiem, moja cola i włączony dyktafon. Nagle zza węgła wyłoniła się, jak zwykle z wielkim hukiem, kapela Stefana. On oczywiście zatopiony w wózku inwalidzkim, ledwie już widoczny zza instrumentu, z papierosem przylepionym do wąskich ust, otoczony jedyną swojego rodzaju świtą, która wyglądała na natchnionych artystów i zawodowych bandziorów zarazem. Skrzywiłem się, przeczuwając, że ta głośna wataha zakłóci mój wywiad. I miałem rację, jeszcze jak! Nigel bowiem uśmiechnął się szeroko, zakrzyknął, że ich kocha, po czym skoczył na równe nogi, popląsał kilkanaście sekund i wybiegł grajkom naprzeciw z banknotem w dłoni. Długo nie mogliśmy wrócić do przerwanego wątku, bo po powrocie do stolika wciąż jeszcze podrygiwał przy dźwiękach cygańskiej kapeli, odpływającej w stronę ulicy Szewskiej…
Minęło parę lat. Ludzie zapominają o Stefanie. Gdyby nie był tylko ulicznym grajkiem, tylko Cyganem, takiego muzyka żegnałby kilometrowy kondukt, z transmisją na żywo w TVN24. A tak, nawet nie wiem kiedy i jak umarł. Nie mam pojęcia, czy zniknął z Rynku trzy lata temu, czy może pięć. Nie wiem jak wiele czasu minęło, zanim zorientowałem się, że Stefana już nie ma. Dzisiaj bardzo żałuję, że nie nagrałem jego występu, bo przecież mogłem, setki razy. Ale może ktoś ma takie nagrania? Audio czy wideo, wszystko jedno. Bardzo będę wdzięczny, dobrzy ludzie, jeśli zechcecie się podzielić.