Dwa pogrzeby i jedno wesele

Tydzień rozpoczęty od koncertu Vader / Behemoth / Frontside / Virgin Snatch w Stodole nie mógł być zły. Nie dość, że co druga gęba znajoma, to jeszcze kapele w dobrej formie. Ze szczególnym wskazaniem na Czterech Pancernych. Widziałem w ciągu ostatniego roku chyba z tuzin koncertów Vadera i ten był jednym z najlepszych, a już na pewno najlepszym klubowym – szkoda, że tak dobrze im nie szło równy rok temu, w tym samym miejscu, kiedy nagrywali DVD. No, ale tak już bywa. Tym razem mieli luz, a że byli w pędzie, po ponad miesięcznej trasie po USA, to pozamiatali tych wszystkich, którym jakimś cudem udało się przeżyć Behemotha. Dla mnie najważniejszym momentem tej imprezy był jednak cover Machine Head w wykonaniu Frontside, w którym gościnnie na scenie pojawił się Vogg. Jak na metalowca przystało, twardym jak skała, ale kiedy zobaczyłem Wacka na scenie, łzy napłynęły mi do oczu. Bo jedynym, strasznym minusem poniedziałkowej imprezy była okazja z jakiej została zorganizowana, czyli hołd i zarazem zbiórka pieniędzy dla rodziny Witka, perkusisty Decapitated oraz młodszego brata Wacka, który w listopadzie zginął w wypadku samochodowym w Rosji. Bardzo ucierpiał również wokalista, Covan, który wciąż walczy o zdrowie – na szczęście już nie o życie – w szpitalu. Zresztą pewnie o tym wszystkim wiecie, a jak nie wiecie, to poczytajcie tutaj i parę groszy, jeśli macie na zbyciu, prześlijcie.

Wracając do Wacka, trudno w to uwierzyć, ale… schudł. Od blisko trzech miesięcy żyje wypadkiem, nie może się pogodzić ze stratą brata, a choć takie koncerty jak ten w Stodole są niezwykle chwalebne i potrzebne, równocześnie są jak kolejne etapy pogrzebu, nie pozwalają się zabliźnić świeżym ranom. Okropna sprawa. I tym wspanialszy widok Wacka w swoim żywiole, na scenie, czerpiącego energię z gitary, która jak zwykle pod jego palcami sypała gromy na lewo i prawo. Bo Vogg to prawdopodobnie najlepszy gitarzysta metalowy w tym kraju i jeden z najlepszych na świecie – i nie mówię tego, bo ze mną grał, przeciwnie: on ze mną grał, bo jest najlepszy 😉 – i na pewno wróci z takim materiałem, że buty nam wszystkim pospadają. Tym bardziej, że ostatnia rzecz, jakiej życzyłby sobie Witek, to żeby Wacek zawiesił gitarę na kołku…

W środę zaliczyłem przedpremierowy pokaz „Control” w Muranowie. Nawet gdyby mi się nie podobał, nigdy bym złego słowa nie powiedział na film, w którym połowa piosenek to najlepsze rzeczy Bowiego, a druga połowa – oczywiście Joy Division. Ale owszem, podobał mi się, bardzo. Po pierwsze ze względu na fenomenalne, klimatyczne zdjęcia (choć to przecież żadna niespodzianka, charakterystyczny styl Corbijna wyłazi z każdego kadru), po drugie dlatego, że postać Curtisa nie została tu nadmiernie wyidealizowana, czego się obawiałem (choć trochę za ładny jest, chyba wolę wersję z „24 Hour Party People”), a po trzecie dlatego, że dawno (a może w ogóle?) nie widziałem filmu fabularnego w którym zespół grający na próbie, w studiu czy garażu wyglądałby i brzmiałby tak autentycznie. Niczego bowiem bardziej nienawidzę, niż aktorów udających muzyków 🙂

Ach tak, potwierdzam. „Control” jest tak smutny jak mówią. Może nawet bardziej.

Na koniec tygodnia miły akcent – mój „Przekrojowy” tekst o powrocie Michaela Jacksona został zauważony przez grono ostatnich prawdziwych fanów artysty, co zaowocowało kilkoma miłymi listami, tudzież komentarzami. Powiem wam, że to dość niezwykłe uczucie, napisać artykuł za który nikt mnie nie chce zlinczować. Ale nie, nie podoba mi się na tyle, żebym już nie knuł, komu by tu się następnym tekstem narazić 🙂