Król Artur jest łotrem

Kinowa premiera „Króla Artura. Legendy miecza”, w reżyserii Guya Ritchiego, pozwoliła mi wcisnąć się do nowego numeru „Polityki” z tekstem nie tyle o samym filmie (w ogóle nie o nim), co o fenomenalnej żywotności legend arturiańskich, ich całkiem naturalnej demitologizacji, ale też zaskakującej (przynajmniej częściowej) remitologizacji oraz nieoczekiwanej roli w debacie wokół Brexitu.

Zainteresowani znajdą artykuł w papierze, a papier w kiosku, ewentualnie tutaj online, za drobną opłatą. Życzę przyjemnej lektury.

Artur

Film Ritchiego nie był jedynym pretekstem do napisania tego tekstu – była nim również niedawna premiera „Zimowego monarchy”, pierwszego tomu nowego wydania trylogii arturiańskiej Bernarda Cornwella. Powieści historycznej i przygodowej zarazem, którą pożarłem z wypiekami na twarzy i niniejszym gorąco polecam. Tu zresztą rekonstrukcja mitu odbywa się już w jego łonie. Oto królowa Igraine, na której zlecenie zakonnik (i eksrycerz) Derfel spisuje dzieje Artura, pyta o Camelot, „z jego zieloną trawą, wysokimi wieżami, damami w długich sukniach i wojownikami rzucającymi im kwiaty pod nogi”, ale w odpowiedzi słyszy: „Nie przypominam sobie (…) obsypanych kwiatami ścieżek, za to pamiętam wojowników, którzy po bitwie ledwo powłóczyli nogami albo czołgali się z płaczem po ziemi, wlokąc za sobą wyprute wnętrzności”.

Mamy więc z jednej strony w „Zimowym monarsze” dzielnych wojowników, heroiczne czyny, piękne damy i szał uniesień – ale narrator skrzętnie dba o to, by lot wyobraźni nie pociągnął nas zbyt wysoko w różowe chmury. Zarówno wojnę, jak i miłość odziera z romantyzmu, drastyczne, wręcz turpistyczne opisy krwawych porachunków przetykając rzadkimi, ale udanymi, bo nie dociskanymi na siłę, błyskami humoru. A wszystko to w scenografii, która bliższa jest prowizorce Monty Pythona i ich „Świętego Graala”, niż tym arturiańskim filmom, w których wszystko lśni, imponuje majestatem i przepychem. Stolice brytyjskich królestw z książki Cornwella rozsypują się i śmierdzą, nieporadnie rządzone przez półdzikich watażków, którzy wzięli je w posiadanie po odejściu znacznie bardziej cywilizowanych Rzymian. A ludzie, jak to ludzie, godni są raczej pogardy i/lub współczucia niż podziwu i naśladowania.

Miałem coś jeszcze o tej świetnej książce napisać, ale nie muszę, bo rzutem na taśmę wyręczył mnie sam autor. Skontaktowałem się bowiem z Cornwellem tworząc tekst do „Polityki”, wysłałem mu kilka pytań, miał odpowiedzieć, ale coś mu wypadło… Myślałem, że nie odpisze i już się nie upominałem, aż tu wczoraj po południu przychodzi mail. Z serdecznymi pozdrowieniami i odpowiedziami na moje pytania, które pozwolę sobie przytoczyć poniżej. Ufając, że jeśli mi nie udało się zachęcić państwa do sięgnięcia po „Zimowego monarchę”, to Bernard sobie poradzi.

W czym, twoim zdaniem, tkwi tajemnica żywotności mitu arturiańskiego?  

Podejrzewam, że korzenie arturiańskich opowieści tkwią w micie złotego wieku. Wydaje mi się, że każde społeczeństwo ma podobny mit, który głosi, że kiedyś, w przeszłości, było znacznie lepiej. Nie wiemy nawet, czy ktoś o imieniu Artur, czy Król Artur, na pewno istniał, ale istnieją przesłanki, które każą nam przypuszczać, że wódz Brytów o tym imieniu pokonał Sasów w okolicach 500 roku naszej ery.
A teraz czas na tło! Wycofanie się legionów rzymskich w V wieku pozostawiło Brytanię zdezorganizowaną i bez przywództwa. Wyłoniły się z tego niewielkie królestwa, ale największym zagrożeniem była inwazja Sasów, przybywających z ziem, które dziś znamy jako Niemcy. Byli zajadłymi wojownikami, efektywnymi w boju, więc stopniowo przemieszczali się na zachód, biorąc Brytów do niewoli, zabijając ich, odbierając im ziemię. W połowie tego procesu (który zresztą zakończył się sukcesem), brytyjski wódz (myślę, że to Artur) pokonał saską armię pod Mount Badon. Wiemy, że taka bitwa miała miejsce, ale nie wiemy, gdzie dokładnie. W każdym razie Artur powstrzymał najeźdźców i kronikarze twierdzą, że „przez całe pokolenie” Sasi żyli w strachu. W końcu zwyciężyli, ale Brytowie (których dziś nazwalibyśmy Walijczykami) zachowali pamięć tego wspaniałego czasu, kiedy mogli siać i czekać na zbiory bez strachu, kiedy wiedzieli, że ich kobiety i dzieci nie trafią do niewoli, bo Sasi zostali pobici. To był dla Brytów złoty wiek! Długo nie potrwał, złote wieki zawsze szybko mijają, ale opowieść o nim była przekazywana z pokolenia na pokolenie i stawała się coraz bardziej wymyślna. W końcu straciła kontakt z rzeczywistością! Dowódca z VI wieku stał się „Królem Arturem”.
Dla mnie więc żywotność legend arturiańskich tkwi w naszej nieustającej tęsknocie za lepszym, mitycznym czasem, kiedy dobrze się żyło. Jestem pewien, że i w Polsce istnieje pamięć kulturowa złotego wieku, bo wszystkie społeczeństwa to mają.
 

Co najbardziej pociąga cię w tamtych czasach?

Ich drastyczność! Brutalność! W pierwszych wzmiankach o nim – w żywotach walijskich świętych – Artur jest łotrem! Jest złodziejem, mordercą i gwałcicielem! Najprawdopodobniej nie był chrześcijaninem (stąd ta wrogość), ale w końcu Kościół, któremu nie udało się wymazać wspomnień o bohaterze, postanowił go adoptować. Tak oto legendy arturiańskie zostały schrystianizowane. Zamiast szukać magicznego (i pogańskiego) kotła Clyddno Eidyna, Artur szuka Świętego Graala. Został idealnym chrześcijańskim bohaterem, odważnym, dobrym i mądrym, ale w rzeczywistości musiał być bardzo brutalnym, a więc bardzo efektywnym dowódcą.  

Czy ten mit jest wciąż żywy? Ma jakikolwiek wpływ na dzisiejsze życie społeczne i polityczne Wielkiej Brytanii?

Tego nie wiem, ale mit nigdy nie umiera. Nie sądzę, by ludziom przychodził do głowy akurat Artur, gdy martwią się problemami kraju, ale te opowieści reprezentują tęsknotę za prostszą przeszłością. Podejrzewam, że wielu Brytyjczyków głosowało za Brexitem, kierując się między innymi takimi pobudkami – mieli poczucie, że Wielka Brytania była lepszym miejscem, zanim Bruksela zaczęła się wtrącać i wszystko komplikować.

Reklamy

Obozy niczyje

img_3533

Obawiam się, że przez tę okładkę wielu ludzi wyrobi sobie opinię o książce Marka Łuszczyny bez czytania. Trudno zresztą na jej widok nie przypomnieć sobie regularnych przepychanek z ignorantami z zachodnich mediów, którym „polskie” myli się z „na terenie okupowanej Polski”.
Tymczasem „Mała zbrodnia” (Znak Horyzont, 2017) nie jest głosem w tej sprawie. Zaczyna się tam, gdzie kończy się Holokaust – to opowieść o obozach zorganizowanych przez NKWD i polską bezpiekę tuż po wojnie, dla prawdziwych i wyimaginowanych wrogów narodu i nowego ustroju. To wspomnienie żaren historii, które mieliły nie tylko tych, co je jeszcze przed chwilą uruchamiali, ale i niemiecką ludność cywilną (niewinną lub – jak ujmuje to jeden z bohaterów tej wielowątkowej opowieści – winną przez swój konformizm), a także Żołnierzy Wyklętych, pokutujących za nieswoje grzechy Ślązaków czy wysiedlonych w ramach akcji „Wisła” Ukraińców i Łemków.

To temat trudny, politycznie niewygodny, niezależnie od tego, kto akurat jest w naszym kraju u władzy. Bo jak tu mówić o polskich obozach koncentracyjnych (nie mylić z obozami zagłady! – zagadnieniu precyzyjnej nomenklatury poświęcony jest jeden z ustępów książki), nie narażając się jednocześnie na zarzut rozmydlania odpowiedzialności za Zagładę (nie ma tu cienia takiej próby), szukania fałszywej symetrii (o tym też nie ma mowy), czy choćby dostarczania paliwa niemieckim rewizjonistom. Jak położyć na szali miliony ofiar hitleryzmu i niewspółmiernie mniejszą (niewartą wspomnienia?) liczbę tych, co zginęli po wojnie, w ramach systemowego albo i prywatnego odwetu? Tym bardziej, że przecież musiała być akcja, żeby mogła zaistnieć reakcja – sadystów z bezpieki też stworzyła rozpętana przez Niemców wojna. Czy wreszcie można pisać o polskich obozach, skoro po wyzwoleniu komuniści nie przejęli w kraju władzy w wyniku demokratycznych wyborów, ale zostali tu zainstalowani przez obce mocarstwo?

Autor dobrze zna i zawarł w swojej książce wszystkie te pytania, na niektóre z nich próbuje odpowiedzieć. Zdaje sobie też sprawę z tego, że nie wszystkich czytelników jego odpowiedzi usatysfakcjonują („Jak pierdolnie z lewej i prawej to pójdziesz do wymiany” – tak koleżanka po fachu ocenia temat reportażu i możliwe konsekwencje jego poruszenia) – ale brnie dalej. Uważa, że tak trzeba, że powinniśmy poznać prawdę, że pamięć może nas ochronić przed powtarzaniem błędów przeszłości. Przy czym rozsądnie nie domaga się tego w swoim imieniu („Kim on jest, żeby nas pouczać?!” – już to słyszę), ale cytuje „Korzenie totalitaryzmu” Hannah Arendt, relacjonuje jak z podobnym epizodem swojej historii (po)radzili sobie Czesi, przypomina słynny list biskupów polskich do niemieckich z 1965 roku… Jak mniemam wszystko po to, by jak najtrudniej było osadzić tę historię w kontekście doraźnych potrzeb polityki historycznej.

I tu wracamy do tytułu: mocnego, zwracającego uwagę, podkreślonego znakomitym projektem graficznym, ale jednak niezawierającego pytajnika. To zapewne pomoże książce na księgarnianych półkach. Wzbudzi kontrowersje, które prawdopodobnie przysłużą się sprzedaży, ale już niekoniecznie spokojnej, rzeczowej rozmowie na poruszane w „Małej zbrodni” tematy. Będzie awantura, będą wyzwiska, w jedną i drugą stronę fruwać będą oskarżenia o instrumentalne traktowanie historii, wybiórczą pamięć i działanie na szkodę polskiej racji stanu. Jestem jednak pewien, że i wydawca, i autor zdawali sobie sprawę z tego, że sieją wiatr, więc najwyraźniej uznali, że lepsza będzie burza niż przedłużająca się cisza.

Tak czy owak, warto. Skłamałbym jednak, gdybym powiedział, że „Małą zbrodnię” dobrze się czyta, choć nie jest to uwaga o charakterze warsztatowym. Po prostu, jako nolens volens przedstawicielowi gatunku Homo sapiens, z trudem mi przychodzi przyjęcie do wiadomości, że ludzie byli do tego wszystkiego zdolni. Nie gdzieś daleko, w Azji czy Afryce. Nie dawno temu, przed wynalezieniem kultury wysokiej, protokołu dyplomatycznego i etyki indywidualnej. Tutaj, obok, przed chwilą. Ledwie pokolenie, dwa temu. Przecież jeszcze niedawno, parę lat temu i ofiary, i oprawców zdarzało nam się mijać na ulicach. Może i dziś się zdarza…

Satu Mare

Mamy taką rodzinną tradycję, że na te kilka chwil pomiędzy świętami a sylwestrem wymykamy się na południe. Słowacja, Czechy, najczęściej Węgry – to tematy lubiane i dobrze już rozpoznane. Tym razem postanowiliśmy zapuścić się krok dalej, do Rumunii. Na kilka godzin, do pierwszego przygranicznego miasta, tylko po to, żeby sprawdzić, jak tam świeci słońce, jak pachnie powietrze, jak smakuje chleb.

Jedziemy więc do Satu Mare, a moje dzieci – jak zwykle w takich przypadkach – domagają się opowieści. Stojąc w kolejce pod szlabanem (Rumunia nie należy do Schengen, ale można wjechać na dowód) z przerażeniem uświadamiam sobie, jak niewiele wiem o tak bliskim nam przecież państwie, o jego długiej i barwnej historii. Że imperium rzymskie, że później najazdy Turków i… skok do czasów Ceaușescu. Niedobrze. Rumunia dzisiaj? Jeszcze gorzej.

img_3491

Spacerujemy więc po Satu Mare urzeczeni echami dawnej świetności, spoglądającymi na nas z tablic i pomników, które budzą szacunek, choć kompletnie nic nam nie mówią. Kościoły pilnowane przez kamiennych, uzbrojonych świętych o obcych imionach. Skwery nad którymi górują anonimowi bohaterowie. Ulice o dziwnych, niemożliwych do zapamiętania nazwach. Wreszcie jest – wilczyca kapitolińska, karmiąca Romulusa i Remusa. To znam. To dziedzictwo do którego i ja się przyznaję, choć z zapuszczającymi się na północno-wschodnie obrzeża Imperium rzymskimi legionistami mam jeszcze mniej wspólnego niż obecni mieszkańcy tego miasta. No, ale przecież ja z Dukli, oni z Satu Mare – wszyscy jesteśmy z Europy. No nie? Przynajmniej trochę. Niechby w połowie.

img_3465

Szybko odkrywam jednak, że po niemal dwóch tysiącach lat spędzonych obok siebie, ale jednak zupełnie osobno, połączyło nas nowe imperium. Święte Cesarstwo Popkultury ze stolicą w Hollywood. I trochę śmieszne to, i trochę straszne, że mój wspólny kod kulturowy z sąsiadami z Rumunii (samochodem z Dukli dojadę do Satu Mare szybciej niż do Poznania, Gdańska czy Białegostoku) opiera się na takich znakach jak Al Bundy i Jackass, ale inaczej być nie chce.
Wrócę do domu to trochę o Rumunii poczytam – obiecuję sobie – a póki co, Satu Mare, niech moc będzie z tobą.

img_3423img_3471img_3433img_3416

Samuel Zborowski

A jeśli przyczyną naszych polskich nieszczęść, naszych niepowodzeń i niedoli nie była – jak uczyli w szkole – złota wolność szlachecka? Nietykalność osobista, nihil novi, liberum veto… Sami chcielibyśmy mieć, albo po prostu mamy takie prawa, więc czemu odmawiamy ich naszym XVI-wiecznym pradziadom? Bo byli od nas głupsi i nie potrafili z tych przywilejów korzystać? Bo z podręczników wiemy, że wszystko zepsuli? Tylko kto te podręczniki pisał? Czy przypadkiem nie słudzy i urzędnicy dyktatorów, którym bardzo zależało na zohydzeniu nam owej nieskrępowanej wolności?

„Samuel Zborowski”, dramat Juliusza Słowackiego – chociaż niedokończony, a może nawet bardziej przez to, że nigdy nie został dokończony, bo taki jest bardziej tajemniczy i otwarty na interpretacje – odmienił moje życie jakieś 15 lat temu. Dzisiaj kropkę nad i postawił swoim „Samuelem Zborowskim” Jarosław Marek Rymkiewicz. „Samuel…” Słowackiego jest totalny, pisany w gorączce (używam tu przenośni, choć mógł go pisać w prawdziwej gorączce, na równi pochyłej ku śmierci), z pogardą dla zdrowego rozsądku i historycznej prawdy, bo niósł prawdę duchową. Samuela, który był Wolnością przeciwstawił Kanclerzowi, który był Prawem – i to mi wystarczyło, to do mnie przemówiło. Koncepcja apokatastazy, w przedziwny sposób połączona z myślą narodową (to potrafili tylko romantycy) – tym bardziej. Nie mówiąc już o szalenie sugestywnych obrazach, w których bramy niebios rąbią polskie szable, biorąc sobie zbawienie siłą. Mocne. Piękne. O, takie piękne:

Cóż jest? ów gród… mara,
Panie? oto ty jako na Ikara
Podniosłeś na mnie twój krzyż z dyjamentów.
Czy myślisz, że mi braknie dokumentów
Na intromisją do takiego grodu,
Jeśli spokojną?… A jeśli na czele
Chcę wjechać z mieczem mojego narodu
I sztandarami następować śmiele,
Szablami rąbiąc owe perły święte,
Myślisz, że świętych zabraknie mi szabel?
A jeśli zechcę sam i bez karabel,
Tylko przez pieśni ogromne, natchnięte,
Pioruny, co mi kruszą całą duszę,
Kruszyć te bramy — myślisz — że nie skruszę?
A jeśli do tych bram…. pozamykanych
Płynie się łodzią po krwi pościnanych
I z wielkim żaglem się otwartym wchodzi,
Myślisz, że braknie mi krwi albo łodzi?
A jeśli piorun mię w bramie uderzy,
Myślisz, że po mnie zabraknie pacierzy
I łez?… Nie będzie klątew?…

No, ale to co było dobre dla gorących XIX-wiecznych głów (mogłoby być: dramat ukazał się drukiem dopiero w 1902 roku, wystawiony został w 1911 – ale to wciąż był dla niego dobry czas, okres politycznej, ideowej i religijnej ruchawki, przełom wieków), niekoniecznie trafia do zimnych, cynicznych umysłów XXI-wiecznych. Sprytnie więc Rymkiewicz swojego „Samuela Zborowskiego” przebrał w fatałaszki pracy naukowej. Przekopał wszystkie dostępne źródła, by dociec kim naprawdę był hetman Zborowski, jak wyglądał, w co się ubierał, co jadał i ile płacił za wieczerzę. Dzieli włos na czworo, obraca każde słowo na lewą stronę, doszukując się w nim sensów nie tylko dawno zapomnianych, ale i tych, które nigdy nie istniały… Rymkiewicz udaje, że zależy mu na wiernym odtworzeniu historycznej prawdy, ale nie udaje nazbyt starannie. Kiedy już prawie mu wierzymy, że jest tylko kompilatorem, że po prostu gromadzi dla nas rozproszone informacje i uchyla się od interpretacji, on nieoczekiwanie, we własnej osobie, pojawia się 26 marca 1584 roku pod jedną z wawelskich bram. Słyszy świst miecza, widzi jak koziołkuje głowa Samuela. Czuje woń jego krwi i nurza w niej swoją chustkę, poprzysięgając zemstę na Zamojskich tego świata…

Ja też, czytając „Samuela Zborowskiego”, znowu tę krew poczułem. I poczułem wdzięczność wobec Rymkiewicza, że mi przypomniał o naszym świętym prawie do buntu. Gdzie mi tam, wygodnemu grubasowi pod czterdziestkę, z tego prawa korzystać… Ale dobrze pamiętać, że mogę.

Historyczne Gitary

Człowiek sili się na dowcipy i złośliwości, wymyśla jakieś absurdalne historyjki, a tu proszę – rzeczywistość po raz kolejny przerosła moje skromne możliwości, więc zbieram zabawki i idę do domu. Was zostawiam z fragmentem newsa, który dzisiaj dostałem od wydawcy tego cuda, bezgranicznie ufając, że to złośliwy dowcip, że ironia, że absurdalna, rozdęta do gigantycznych rozmiarów karykatura mody na rocznicowe pitu-pitu. No, bo to przecież nie może być serio.

ELEKTRYCZNE GITARY „Historia”
Nowy album o wymiarze edukacyjnym i historycznym!

Płyta ta zawiera dziesięć utworów poświęconych historycznym wydarzeniom, których okrągłe rocznice przypadają w bieżącym roku, ale nie tylko…

Tracklista „Historii”:

Swarożyce
Historia niczyja
600-lecie Bitwy Pod Grunwaldem
30-lecie Solidarności
30-lecie NZS
90-lecie Bitwy Warszawskiej
400-lecie Bitwy Pod Kłuszynem
Dywizjon 303 (nawiązujący do 70-lecia Bitwy o Anglię)
Dwudziestolatka (dotycząca pierwszych wolnym wyborów w Polsce)
oraz „Ucieczka” (o 60-tej rocznicy ucieczki i bohaterskiej śmierci Jana Kępy)

Płyta ta jest wspólnym przedsięwzięciem zespołu Elektryczne Gitary, Narodowego Centrum Kultury, firmy fonograficznej EMI Music Poland. (…) Ponieważ płyta ma wymiar historyczny i edukacyjny zależy nam, aby dotarła do jak największej liczby odbiorców zwłaszcza młodzieży. Jednocześnie nadmieniamy, że w roku 2010 przypada również 20-ta rocznica powstania zespołu.

Od zera do bohatera

Od lat słucham lamentów piosenkarzy, którzy psioczą, że trudno się w Polsce przebić, że szklany sufit, że układ. Nic bardziej mylnego. Chcecie w jeden dzień z piwnicy awansować na pierwsze strony gazet, chcecie żeby was pokazywali w telewizorze i żeby w internecie od komentarzy aż się dymiło? Zróbcie piosenkę, w której polityka mieszać się będzie z historią. W proporcjach właściwie dowolnych, bo kontekst dośpiewają sobie dziennikarze, komentatorzy, anonimowi fani, którzy czekali na was całe życie i równie anonimowi hejtersi, którzy zmasakrują was za to, że stanęliście po złej stronie barykady. Tak czy owak, bilans jest dodatni. Będą o was mówić, będą grać, na koncerty zapraszać będą. Nie musicie wiele potrafić, instrumenty mogą nie stroić, piosenka może się nie kleić i nie mieć większego sensu – byle tylko w klipie wrzuconym na YouTube’a wykorzystać odpowiednie archiwalia. Bo klip to obowiązek, przecież TVN24 musi coś pokazać!

Wiadomo, do czego piję. Miałem się nie pastwić już nad Sabatonem, ale zapowiedzi ich koncertów – tu cytat z materiałów organizatora – „upamiętniających 70. rocznicę wybuchu Drugiej Wojny Światowej” nie mogę pominąć milczeniem. Nie mam nic przeciwko patriotyzmowi i jego manifestowaniu, ale jakoś nie umiem uwierzyć w polski patriotyzm Szwedów (te biało-czerwone barwy w nazwie trasy!), w dodatku mierzony w złotówkach (od 85 do 99 za bilet). Najbardziej żenujące w tym wszystkim jest jednak to, że za supporty dla Sabaton mają robić legendy polskiego rocka: Turbo, Proletaryat i Armia. Panowie, trochę szacunku dla samych siebie…

Sabaton (ART)

Swoją drogą, ciekaw jestem czy 13 grudnia Turbo, Proletaryat i Armia zagrają jako supporty dla formacji Holy Smoke. Nie znacie? Spoko, spoko – do grudnia będą więksi niż Feel. Chodzi o tych niby metalowców z Tczewa, którzy nagrali piosenkę w hołdzie Lechowi Wałęsie. Spryciarze. Odrobili zadanie domowe z Sabatonu i rozbili bank. Takich zespołów jak Holy Smoke są w Polsce tysiące, lepszych – setki. Ale to właśnie oni zakumali, o co w tym wszystkim chodzi i teraz panoszą się w sieci, gazetach, telewizorach. Cierpiąca na nadmiar czujności stacja TVN24 poświęciła dziś temu arcydziełu cały kwadrans, pochylając się nad pieśnią „Lech Wałęsa” z troską i znawstwem przedmiotu („Do tej pory synonimem buntu była muzyka rockowa. Czy coś się zmieniło i teraz najbardziej buntowniczy jest heavy metal?” – dziennikarka próbowała wziąć lidera zespołu w krzyżowy ogień pytań, ale ten dzielnie się bronił, przypominając, że rock jest buntowniczy już od lat 80., od czasów Perfectu). Czekamy na trasę Holy Smoke po kraju. Patronat medialny: „Gazeta Wyborcza”. Ale ciężar promocji spadnie na pewno na Radio Maryja i „Nasz Dziennik”, którzy będą próbowali te koncerty odwołać…

Z myślą o reaktywacji Lux Occulta kupiłem sobie dzisiaj na DVD „Hubala” oraz serial „Znak orła”. Nie wiem, na co się zdecydować, więc kombinuję tak: Zaszyci w lesie partyzanci Hubala mają coraz większe kłopoty z aprowizacją, więc kiedy znajdują polanę pełną grzybów, wreszcie mogą najeść się do syta. Rano budzą się na plaży, Bałtyk czule pieści im onuce. W oddali dopala się wioska rybacka – to źli Brandenburczycy za unijne pieniądze budują sobie korytarz do Gdańska. Ocalały z rzezi chłopiec, imieniem Gniewko, jest jak sama nazwa wskazuje bardzo na Niemców wkurwiony. Tłumaczy hubalczykom zawiłości polityki zagranicznej gabinetu Władysława Łokietka. Major wie już, co ma robić. Prowadzi swój oddział na Berlin i dalej, aż do Zagłębia Ruhry. Idzie im łatwo, w końcu dysponują nie tylko szablami przeciwczołgowymi, ale też bronią palną. Po tym ciosie Niemcy nigdy się nie podniosą. Nie będzie rozbiorów, Bismarcka, Wrześni, Westerplatte, II wojny światowej (a więc i bitwy pod Wizną – za to może mnie Sabaton znienawidzić), „Telefonu 110”, Neny, Modern Talking i Media Marktów. Nie będzie Niemiec pluł nam w twarz.

PS. O Opolu będzie jutro, a pojutrze o tym, dlaczego ostatnio kupuję filmy, nie płyty z muzyką. Bo naprawdę kupiłem tego „Hubala” i serial o Gniewku… Watch this space 😉

Medal za metal

Jak zrobić błyskawiczną karierę zagraniczną? Oryginalny repertuar, porywające przeboje, nietuzinkowy wizerunek? Nie, nie trzeba. Żadne też kontakty i kontrakty, żadne spiski i podlewane łapówkami miejsca na radiowych playlistach (pozdrowienia dla Yaro i Kasi K., jeszcze do Was wrócę 🙂 ). Wystarczy znaleźć sobie liczny, acz zakompleksiony naród uprawiający mniej lub bardziej intensywnie tzw. politykę historyczną, wystarczy wygrzebać w dziejach owej nacji jakieś wydarzenie ku pokrzepieniu serc służące i zilustrować je zupełnie przypadkowym dźwiękiem – i gotowe, i już ich macie, już jedzą wam z ręki. Sam jestem w szoku, że takie to proste.

sabaton

Nie, nie posądzam Szwedów z Sabaton o tak daleko posunięty cynizm. W ogóle o nic złego ich nie posądzam. To przeciętny, ale uczciwy zespół powermetalowy, który w swoich piosenkach chętnie porusza tematykę historyczną. Na nowej płycie „The Art Of War” (tytuł „Sztuka wojny” oczywiście pożyczony od Sun Tzu, książka zresztą dołączana była do limitowanego wydania albumu) postanowili na przykład opisać garść bitew, które zrobiły na nich szczególne wrażenie. Trudno podejrzewać ich o jakiekolwiek szczególne sympatie czy sentymenty, poza autentycznym uznaniem dla kunsztu wojennego – z równym entuzjazmem przejawianym pod adresem feldmarszałka Rommla („Ghost Divison” to wspomnienie triumfalnego pochodu przez Francję w 1940 roku), czy Sowietów, którzy dali Niemcom łupnia pod Kurskiem („Panzerkampf”). Pokłonili się też Polakom, którzy dzielnie stawali pod Wizną w trakcie kampanii wrześniowej, odpierając przez kilka dni miażdżące siły wroga. Swoją drogą, to naprawdę fajna sprawa – ponoć jakiś polski fan podsunął Szwedom opis bitwy, który zrobił na nich na tyle wielkie wrażenie, że napisali piosenkę, a później inny Polak (nie wiem zresztą, może ten sam), zrobił do kawałka „40 : 1” klip, bijący rekordy oglądalności na YouTube. Dzięki temu Sabaton miał na swoich październikowych koncertach w Polsce publiczność liczną i wdzięczną, w odróżnieniu od innych przedstawicieli gatunku, którzy zwykle mogą w naszym kraju liczyć jedynie na garstkę zapaleńców. No i dobrze, niech mają, niechby na tym się skończyło…

Ale nie, my przecież nie znamy umiaru. Zamiast potraktować zainteresowanie szwedzkich metalowców naszą historią jako miłą anegdotę, robimy z tego sprawę wagi państwowej. Informują więc o niej najpoważniejsze media, zgodnie ze swą rolą robiąc z igły widły, po czym dyskusja przelewa się na fora internetowe i blogi (od „Wpiszmy teksty Sabaton na listę lektur szkolnych!” po „Wyślijmy Grom, niech zlikwiduje satanistów, co śmią krwią polskiego bohatera swe wilcze gęby kalać!”), ale i na tym nie koniec. Oto bowiem przy okazji październikowych koncertów w Polsce szwedzkich muzyków zaproszono nad Wiznę, gdzie wkręcono ich w akademię . „Zostali przyjęci z honorami i złożyli kwiaty pod pomnikiem polskich bohaterów”, a harcerze sprezentowali im ręcznie haftowany ryngraf z polskim orłem. Szkoda, że nie zmuszono Szwedów do poprowadzenia w pobliskiej podstawówce lekcji wychowawczej… No, ale jedźmy dalej. Otóż kilka dni temu jeden z serwisów internetowych uznał za stosowne wysłać do najwyższych władz państwowych list z apelem o nadanie muzykom Krzyża Kawalerskiego Orderu Zasługi Rzeczpospolitej Polskiej V klasy. Natychmiast przebił ich jednak arcybiskup Sławoj Leszek Głódź, który obiecał liderowi Sabaton oryginalną oficerską szablę z czasów II Rzeczpospolitej. Wręczy mu ją pewnie osobiście, bo Szwedzi zagrają w Gdańsku już 11 listopada, jako główna atrakcja obchodów odzyskania niepodległości.

Dalszy ciąg? Będzie, oczywiście, że będzie. Sabaton – tu już ich o cynizm posądzam, niestety – rozpoczął ponoć pracę nad piosenką upamiętniającą bohaterskie przewagi Dywizjonu 303 w angielskich chmurach. Klip do tego powinien im nakręcić Mistrz Wajda, a kolejny koncert grupy musi się odbyć 15 sierpnia pod Grobem Nieznanego Żołnierza. Premier wręczy im wówczas honorowe obywatelstwo, generalskie lampasy, ordery Virtuti Militari i talon na węgiel, a prezydent uderzy się w obleczoną w t-shirt Sabaton pierś, przepraszając szwedzkich metalowców za Czarnieckiego, Kmicica i zawstydzająco niegościnną Częstochowę.

Na tym jednak nie kończą się nasze niewyrównane rachunki z zachodnimi muzykami, którzy żywią nas y bronią, którzy każdą struną, każdą pałeczką, kostką każdą walczą o wolność naszą i waszą.

Muzykom Slayera proponuję więc przypiąć co najmniej Ordery Odrodzenia Polski, choć znając ich zamiłowanie do militarnych artefaktów podejrzewam, że ucieszyłyby ich również Wojskowe Krzyże Zasługi z Mieczami. Tak czy owak, wysokie odznaczenia państwowe należą im się jak chłopu ziemia – w swojej piosence „Angel of Death”, zaczynającej się od słów „Auschwitz – znaczenie bólu”, nie wspomnieli bowiem ani słowem o „polskich obozach koncentracyjnych”. A przecież mogli.

Członkom blackmetalowej formacji Marduk – znów Szwedzi! – proponuję postawić pomnik nad Wisłą i powierzyć prowadzenie, albo chociaż honorowy patronat nad Muzeum Powstania Warszawskiego. W końcu nagrali utwór „Warschau”, o Powstaniu właśnie. Nie żeby jakoś szczególnie wychwalali bohaterstwo Polaków, zafascynowała ich raczej skala zniszczeń, zahipnotyzowało morze przelanej krwi – ale pierwsze koty za płoty. Da się im parę gadżetów, podkarmi na bankietach i będą, jak Sabaton, pisać to, co trzeba.

marduk1

Niestety, nie będzie łatwo pogodzić interesów Marduk z wdzięcznością dla francuskiej postpunkowej grupy Varsovie. Co prawda dopiero zaczynają swą karierę, ale po pierwsze całkiem nieźle grają, po drugie nazywają się odpowiednio, a po trzecie mają taką jazdę na Powstanie Warszawskie, że fotografują się z opaskami AK. Związek Kombatantów RP i Byłych Więźniów Politycznych powinien ich usynowić.

David Bowie, za kompozycję „Warszawa”, mógłby dostać przynajmniej Medal za Długoletnie Pożycie Małżeńskie. Tak jakoś mi się skojarzyło, bo piosenka bez tekstu…

No i jest jeszcze Ian Curtis, poważna sprawa. Ten to powinien zostać odznaczony pośmiertnie Orderem Orła Białego. Po pierwsze za to, że nazwał swój zespół Warsaw. Po drugie dlatego, że w końcu zdecydował się na zmianę nazwy na Joy Division – dzięki czemu cała ta ponura historia z narkotykami, samobójstwem i depresyjną muzyką nie kala dobrego imienia naszej pięknej stolicy. Cześć jego pamięci!