Musical pełną paszczą

Tak, wiem. „La La Land” jest taki kolorowy i wspaniały, na miarę najlepszych musicali, są Globy, będą Oscary i wdzięczność pokoleń… Mi też się podobało, o czym już pisałem, ale entuzjazmu nie podzielam, choćby dlatego, że tylko w tym roku widziałem już kilka lepszych filmów. W tym jeden lepszy musical.

Niby dla dzieci, ale mogę się założyć, że bawiłem się w kinie lepiej niż moje potomstwo i na pewno bardziej wzruszyłem (nie popełnijcie tylko tego błędu, co ja i nie idźcie do kina z tylko jedną chusteczką!). Niby animacja, ale w obsadzie jeszcze bardziej gwiazdorskiej, niż „La La Land” – w wersji oryginalnej głosów zwierzakom udzielili m.in. Matthew McConaughey, Reese Witherspoon i Scarlett Johansson (ale i polski dubbing robi robotę, za sprawą choćby Marcina Dorocińskiego, Małogorzaty Sochy i Ewy Farnej).

Są i podobieństwa – „Sing”, jak „La La Land”, jest refleksją amerykańskiego showbizu na swój własny temat, w dodatku z wyraźną, wręcz dominującą nostalgiczną nutą. Lepiej już było, dziś rządzi tandeta i pieniądz, ale jeśli będziemy szli za swoimi marzeniami, jeśli będziemy wytrwali i szczerzy w tym, co robimy, to pokonamy nawet największe trudności – with a little help from our friends – i czeka nas happy end. Spoko, kupuję tę bajkę niezmiennie od trzech dekad z okładem i zamierzam kupować do końca życia. Szczególnie jeśli przedstawiona jest w tak bezpretensjonalny, wdzięczny sposób, jak w przypadku obu tych filmów.

„Sing” to wariacja na temat talent-show (choć bez telewizji, konkurs odbywa się w oldskulowym teatrze – dokładnie takim, w jakim Mia w „La La Land” wystawiała swój monodram) i pięknie wykorzystuje klisze do bólu zgrane przez producentów tych programów, serwując nam wyciskające łzy historie uczestników konkursu. Wśród głównych bohaterów mamy więc i zbuntowaną nastolatkę, którą rzucił chłopak i która nie do końca wie, czego chce, i kurę (czy raczej świnkę) domową, i pewnego siebie cwaniaczka, wytrawnego łowcę nagród, i łobuza z patologicznego środowiska, który ma złoty głos i złote serce, i jeszcze skrajnie nieśmiałą, za to niewiarygodnie utalentowaną szarą myszkę o gołębim sercu. Która nie jest ani myszką, ani gołębiem.

I najważniejsze – „Sing” ma lepsze piosenki. Z tym zastrzeżeniem, że „La La Land” to muzyka oryginalna, napisana na potrzeby tej produkcji, zaś animacja Gartha Jenningsa korzystała niemal wyłącznie z szafy grającej. Słuchamy więc m.in. numerów z repertuaru Steviego Wondera, Gipsy Kings, Queen, Franka Sinatry, Lady Gagi, Leonarda Cohena i Eltona Johna (niektóre w oryginalnych wykonaniach, inne nieźle zaśpiewane przez obsadę musicalu) i nasz wewnętrzny inżynier Mamoń fika koziołki ze szczęścia. Można więc powiedzieć, że w tej kategorii „Sing” pokonał „La La Land” ciosami poniżej pasa, że to nie była uczciwa konfrontacja.
No, ale to przecież show-biznes, tu wszystkie chwyty są dozwolone…

Reklamy

Toni i Whitney

Nie wierzcie reklamom, które nie wiedzieć czemu (no dobra, wiadomo, w końcu to reklamy, mają sprzedać towar) skupiają się na komicznej stronie „Toni Erdmann”. Owszem, są momenty, w których nawet trup by się roześmiał, ale bynajmniej nie dominują i często jest to śmiech przez łzy. Bo to w ogóle nie jest komedia, ale raczej tragifarsa. Może komediodramat?

Mnie dodatkowo przygnębił drugi plan, czyli Rumunia czasu przemian. Rumunia ścigająca Zachód, nadrabiająca cywilizacyjne zaległości, realizująca swoje modernistyczne ambicje. A więc i my pewnie tak wyglądamy? Tacy jesteśmy? Zapewne gonimy tego samego króliczka, rezygnując z prawdziwego życia. Niedobrze. Nie podoba mi się to.

Za to film podoba mi się bardzo

Chyba nie zdradzę zbyt wielu tajemnic fabuły, jeśli powiem, że z „Toni Erdmann” dowiadujemy się, że:
a) życie mija szybciej, niż nam się wydaje,
b) może i trzeba pędzić, ale czasem warto się zatrzymać, albo przynajmniej zastanowić, po co się pędzi,
c) każdemu zdarza się dokonywać złych wyborów, więc jest OK, kiedy się przyznasz i zawrócisz,
d) miłość jest w porządku, rodzina też, a śmiech to zdrowie.

Nieszczególnie to odkrywcze, prawda? W dodatku powtarza się w 95% filmów. Trzeba jednak przyznać, że Maren Ade udało się pokazać te banały w niebanalny sposób. Bez zgranego sentymentalizmu amerykańskiego kina familijnego, bez patosu i dydaktyzmu. Bez wkładania bohaterom w usta aforyzmów z Paulo Coelho. Bez punktów kulminacyjnych obliczonych na fontanny łez. Bez efekciarstwa.
To jest zwyczajne życie zwykłych ludzi, więc „Toni Erdmann” nie oszałamia. Nie każdego zachwyci, a już na pewno nie każdego od razu – ale będzie rosnąć. We mnie rośnie dziarsko, często o tym filmie myślę i chętnie zobaczę jeszcze raz. Nie raz. Już wiem, jak się to wszystko skończy, już mnie pan Erdmann niczym nie zaskoczy, ale sądzę, że to jeden z takich filmów, które warto mieć pod ręką, gdy życie wydaje się zbyt skomplikowane. Cholera, więc może jednak komedia…

Oto Ameryka

Minioną noc spędziliśmy z małżonką w kinowych fotelach i jeśli o mnie chodzi, tak właśnie wygląda Sylwester idealny. Szczególnie, że repertuar Kino Ars zaproponowało smakowity: na początek „La La Land”, po północy „American Honey” i „Patersona” nad ranem.

„La La Land” to musical Damiena Chazelle’a, tego od „Whiplash” (swoją drogą, epizodyczną rolę J.K. Simmonsa odbieram jako udane mrugnięcie okiem do fanów tamtego filmu). Postanowił się zrehabilitować i tym razem nie straszyć ludzi muzyką, ale przeciwnie – uczynić z niej główny pas transmisyjny historii o tym, że miłość jest super, że warto marzyć, a jak miłość spotyka marzenia to już w ogóle sky is the limit. Mamy więc bajkowe Los Angeles, mamy baristkę Mię, która bardzo chce być aktorką i Sebastiana, który jest jazzowym pianistą z aspiracjami – chce mieć klub, który będzie świątynią sztuki, nie chce grać dżobów. Fajnie się na nich patrzy – o tym, że Emma Stone jest super wiemy już od „Zombieland”, a choć Ryana Goslinga uważam za ładniejszą inkarnację Nicolasa Cage’a, a więc właściciela jednej, cierpiętniczej miny, którą laski lubią – tutaj, przyznaję, stara się tańczyć i śpiewać, a nawet zdradza pewne symptomy talentu komediowego.

Niestety, trochę gorzej się „La La Land” słucha. Jestem fanem musicalowej klasyki i widzę, że Chazelle odrobił zadanie z wielką starannością, ale jak się nie ma repertuaru to trudno zbudować coś trwałego. Mamy tu parę sympatycznych refrenów, ale nie zapamiętałem nawet wałkowanego przez pół filmu motywu przewodniego, zaś o evergreenach w rodzaju „Singin’ In The Rain”, „Tonight”, „I Feel Pretty”, „Money, Money” czy „Good Morning Starshine” nie ma nawet co marzyć. No więc na ekranie słodziaki, dekoracje cukierkowe, fajnie się to ogląda, ale niewiele zostaje.

„Paterson” dobry, choć nie polecam oglądania go po czwartej rano 😉 Leniwie płynący, podszyty subtelnym humorem film, w którym przez tydzień towarzyszymy Patersonowi, piszącemu wiersze (ale że napisy na ekranie? really?) kierowcy miejskiego autobusu, jego nieco znudzonej samotnym przesiadywaniem w domu małżonce, psu (który, nie wdając się w szczegóły, pełni tu tę samą rolę, co strzelba wisząca na ścianie w sztuce teatralnej) oraz kolegom z pracy i baru za rogiem. Jest też miasto Paterson, w stanie New Jersey – raczej metafora, niż dekoracja – i jego mieszkańcy, których poznajemy głównie podsłuchując (uchem głównego bohatera) w autobusie. Fabuły streszczał nie będę, tym bardziej, że jest nader wątła. „Paterson” to przecież film Jarmusha, a więc nie epos, tym razem nawet nie nowelka, ale raczej haiku, które każdy sam sobie powinien odczytać dla własnego użytku.
Swoją drogą – czy Adam Driver jest już oficjalnie uznawany za najlepszego aktora młodego pokolenia, czy jeszcze musi coś udowodnić?


Wreszcie „American Honey”, moim zdaniem najlepszy film tej nocy i w ogóle jeden z najlepszych, jakie ostatnio widziałem. Amerykańska prowincja okiem życzliwego, ale krytycznego outsidera, bo to dzieło Andrei Arnold, pani od „Fish Tank”. Gatunkowo urodziwy kundel – i poetycki film drogi, i słodko-gorzkie coming of age, i realizm społeczny im. Kena Loacha. Wiem, że takie połączenie wydaje się karkołomne, ale tu naprawdę wszystko się udało. „American Honey” to film mocny historią (banda działających na granicy prawa smarkatych komiwojażerów przemierza kraj od czegoś uciekając i za czymś goniąc), aktorstwem (znakomita debiutantka Sasha Lane w roli Star, świetny Czarek Mończyk, który nie wiedzieć czemu podpisany jest tu Shia LaBeouf i spora gromada teresek obojga płci, ponoć rzeczywiście zgarniętych przez reżyserkę z amerykańskich ulic), zdjęciami Robbiego Ryana (to stały współpracownik Arnold, ale i Loacha, więc wszystko się zgadza) i muzyką. Przy tej ostatniej chwilę się zatrzymam, bo… wiadomo 😉 Słyszymy właściwie tylko to, czego słuchają bohaterowie filmu – a więc przede wszystkim grubo ciosanych trapów Carnage’a, czy równie subtelnych hitów Rae Sremmurd i Rihanny. Ale jest też okazja, żeby zanucić jeden z przebojów Bruce’a Springsteena – na trzy głosy, dołączając do Star i kierowcy ciężarówki – a nawet Dead Kennedys. Tu okoliczności nie zdradzę, bo to jedna z najmocniejszych scen…

Jest też piosenka Lady Antebellum, z której Arnold zaczerpnęła tytuł swojego filmu. Przyznałem, nie znałem jej wcześniej, ale po powrocie z kina odszukałem na YouTube i obejrzałem teledysk. Zobaczcie i wy – i od razu wyobraźcie sobie, że „American Honey” jest tej drętwej, rażącej sztucznością sielanki stuprocentowym, rewelacyjnym przeciwieństwem.

Podsumowanie roku 2016

Oczywiście, jak wszyscy, zapamiętam ten rok, jako rok pożegnań. Już sam David Bowie – który w dodatku popisał się saltem mortale w arcymistrzowskim stylu, reżyserując i udźwiękawiając swoją śmierć – wykonał normę, ale kosiarz dopiero brał zamach. Prince, Leonard Cohen, George Michael… to wszystko artyści, którzy pisali ścieżkę dźwiękową do życia mojego pokolenia. Nie trzeba było być zagorzałym fanem, by odczuć tę stratę. I jeszcze Keith Emerson, i Greg Lake, i Alan Vega, i Chór Aleksandrowa, i Stasiek Wielanek, i Maurice White, i – już spoza świata muzyki, ale wciąż ze świata naszej zbiorowej wyobraźni – Muhammad Ali, i Carrie Fisher, i Andrzej Wajda, i Andrzej Kondratiuk, i Andrzej Żuławski, i Alvin Toffler, i Umberto Eco, i Gene Wilder… I jeszcze Grudzień, bez kolejki, spoza rozdzielnika, zupełnie bez sensu.
Jestem już na tyle duży, że nie od dziś mam świadomość, że vanitas vanitatum et omnia vanitas, ale w 2016 roku wyjątkowo często powracało memento: świat, który znasz, przestaje istnieć. Właściwie już nie istnieje.

Co więc robić, gdy na karku czujesz oddech otchłani? Jedz, módl się twórz/poznawaj twórczość innych, i kochaj.

O jedzeniu pisał nie będę, bo konkurencja za duża, miłość też lepiej czynić niż o niej rozprawiać, więc twórczość, zajmijmy się twórczością – najpierw samolubnie, moją własną, później cudzą.

W 2016 roku nie wydałem żadnej książki i świat, o dziwo, jakoś wciąż się kręci – ale już nad kolejną (a właściwie nawet dwiema) pracuję. Powstały natomiast dwie książki, do których dołożyłem swoje trzy grosze, więc w ramach podsumowania roku pochwalę się, bo jest czym.

Pierwsza z nich to „Alchemia muzyki współczesnej”, książka festiwalowa towarzysząca krakowskiemu Sacrum Profanum. Nie program plus ciekawostki, ale właśnie książka – zbiór esejów i wywiadów odnoszących się do programu tegorocznej edycji imprezy, ale broniących się również poza jego kontekstem. Praca zbiorowa, którą miałem zaszczyt współtworzyć obok m.in. Olgi Drendy, Moniki Pasiecznik, Jacka Hawryluka i Bartka Chacińskiego. Ja tam miałem napisać o Johnie Zornie, przede wszystkim jako o – wciąż chyba niedocenianym – kompozytorze muzyki współczesnej, ale wyszedł mi tekst o jego funkcjonowaniu wśród ludzi, które równocześnie jest w pewnym sensie metodą twórczą.

Druga książka, której jeszcze chyba nie ma, ale lada moment będzie to „Antologia Polskiej Muzyki Elektronicznej”. Również praca zbiorowa, która powstała pod auspicjami Narodowego Centrum Kultury i która powinna raz na zawsze uporządkować lata formacyjne polskiej elektroniki. Bardzo szeroko pojmowanej – ale o tym innym razem, nie zamierzam spoilować, skoro oficjalnych informacji o tej publikacji póki co niewiele. Zapowiada się jednak rzecz bardzo smaczna i pozycja raczej obowiązkowa na półce każdego fana, który uważa, że niekoniecznie tylko rock.

2016 to dla mnie jednak przede wszystkim rok „Gazety Magnetofonowej” – spełnionego marzenia i klątwy zarazem. Przyniosła mi równie wiele radości, co zmartwień, pożarła więcej czasu, energii i funduszy niż jakikolwiek inny projekt, ale też dała dużo satysfakcji. I wciąż żyje – to największy sukces!
Pokornie dziękuję wszystkim, którzy się do tego przyczynili: koleżankom i kolegom z redakcji, czytelnikom, którzy wsparli nas na Polak Potrafi i później, wykupując prenumeratę czy sięgając po pojedyncze numery magazynu, artystom (i nie tylko), którzy opowiedzieli nam wiele fascynujących historii, reklamodawcom, dystrybutorom, dziennikarzom, którzy zanieśli światu dobrą nowinę – wszystkim razem i każdemu z osobna.

prenumeratapic

Wierzę, że nie muszę tłumaczyć, czym jest „Gazeta Magnetofonowa”, bo każdy, kto chciał, miał już okazję sprawdzić. Udało nam się tę łajbę zwodować, udało się ustabilizować kurs, choć wody wokół burzliwe i zdradliwe – a teraz będziemy się starać robić mniej więcej to samo, ale coraz lepiej. Bo oczywiście mam świadomość, że może być znacznie lepiej. Swoją drogą, jeśli ktoś chciałby wesprzeć „Gazetę Magnetofonową” krytyczną uwagą, dobrym pomysłem, jeszcze lepszym tekstem itp., itd. – proszę o kontakt. Choćby pod tym adresem: gazeta@magnetofonowa.pl

Wszystkich natomiast, którzy zakładają, że po „Gazetę Magnetofonową” w 2017 roku raczej sięgną, gorąco zachęcam do wykupienia prenumeraty – tak będzie taniej i prosto do domu, a dla nas to najlepsze wsparcie, właściwie gwarancja przetrwania. Win-win.

Koncertów widziałem za dużo, więc zlewają się w jeden głośny, migocący światłami sceny kołowrót – ale kilka zapamiętam. Neurosis na Roadburn – pierwszy z nich – wyprostował mi zwoje mózgowe. I jeszcze Diamanda Galas, G.I.S.M. i Pentagram tamże. Oranssi Pazuzu tu i tam. Kwadrofonik + Adam Strug. Angelcorpse, Nagrobki, Killing Joke, Kristen, Ketha. Jazzowo-ambientowe „Dziady”. Zeitkratzer grający Karkowskiego i Toeplitza oraz Zaradny/Piotrowicz/Noetinger na Sacrum Profanum. Adrian Belew solo i King Crimson z trzema perkusjami. Brodka i Ibeyi na Weekenderze. Dawid Podsiadło w Poznaniu i w Krakowie. Napalm Death, Jambinai i ten krótki kawałek Sleaford Mods, który udało mi się zobaczyć na OFFie. Senyawa, Death Grips, Lotto, Zimpel i Matmos na Unsound. Tanya Tagaq i drone’owo-metalowa noc na RBMA w Montrealu. Pożegnanie z Black Sabbath.
Dużo, dużo dobra. Prawdę mówiąc trochę już jestem zmęczony tym ciągłym bieganiem na koncerty – ale jak tu przestać?

Kino & telewizja. Znowu sporo mnie ominęło. Bardzo podobała mi się „Służąca” Park Chan-wooka, jeszcze bardziej „Nienawistna ósemka” Tarantino, na „Łotra 1” złego słowa nie powiem (poza tym, że do bólu przewidywalny – no, ale nie spodziewałem się, że będzie inaczej), jakoś przemęczyłem się na „Juliecie” Almodovara (czego pożałowałem w rozczarowującym finale) i z jeszcze większym trudem wytrzymałem na „Kosmosie” Żuławskiego (choć i tak podziwiam odwagę – to przecież nie miało prawa się udać). Dobrze bawiłem się na „Nice Guys” i jeszcze lepiej na „Masterminds” (mam nadzieję, że autor polskiego tytułu – „Asy bez kasy” – nie dostał za to kasy”). Największe wrażenie w tym roku zrobiły na mnie „Ostatnia rodzina” (to grower – z kina wyszedłem rozczarowany, ale choć wciąż mam zastrzeżenia, nie mogę przestać o tym filmie myśleć) i „Wołyń” – na szczęście nie muszę rozstrzygać, który z tych filmów jest lepszy i dlaczego, za to oba gorąco polecam.

Seriale. Netflixa odpalę pewnie dopiero w styczniu – jak Bóg da – więc nie wiem, o co chodzi z „Black Mirror” czy „Stranger Things”, nie załapałem się na hajp. Nie załapałem się też na hejt „Westworld”. Zapewne można znaleźć w historii sf koncepcje podobne, lecz bardziej spójne, pełne myśli bardziej przenikliwych i solidniejszych analiz – ale mnie ten świat wciągnął. Przekonały mnie postacie, zafascynowały dekoracje, skusiły dźwięki. Słyszałem, że nuda, że się wlecze – a mnie to tempo zachwyca. Pewnie dlatego, że w moim wieku, z balkonikiem, za czymś pędzącym szybciej trudno nadążyć. Zresztą „Młody papież” płynie jeszcze wolniej, a uważam go za arcydzieło – to na pewno najlepszy serial, jaki obejrzałem w tym roku. Oryginalny, odważny i nieoczywisty. W równym stopniu wprawiający w zakłopotanie zapiekłego ateusza, jak i żarliwego katolika, a przecież powiedzieć o „Młodym papieżu”, że to po prostu serial o Kościele, czy nawet o wierze – to jeszcze nic nie powiedzieć.

„Vinyl”? Głupia wydmuszka. Jak można nakręcić serial obyczajowy z muzyką w roli głównej proponuję sprawdzić na przykładzie „Treme” i nie przekonywać mnie już, że „Vinyl” miał w sobie coś poza koncertowo zmarnowanym potencjałem. „Długa noc” fajna, bo John Turturro jest mistrzem, ale tu również miałem apetyt na więcej – jakoś od połowy znakomity serial dla dorosłych przepoczwarza się w naiwne skrzyżowanie „Skazanego na śmierć” z „Dwunastoma gniewnymi ludźmi” i trochę przykro, że właśnie tak.

Niestety, nie widziałem żadnego polskiego serialu, ale gdzieś natrafiłem na informację, że Rysiek wraca do „Klanu” i też się cieszę.

Literatura. Na pewno było dużo dobra, ale chyba dokonywałem złych wyborów. Nawet „Vernon Subutex” Virginie Despentes, w którym po pierwszej części z radością odkryłem hardkorowy dalszy ciąg „High Fidelity” Cornby’ego, w części drugiej srogo mnie rozczarował. Numerem jeden w tym roku są więc dla mnie „Beatlesi” Larsa Saabye Christensena, powieść tylko z pozoru muzyczna, za to z całą pewnością bardzo chłopacka. Zaczyna się jak „Mikołajek” dla dorosłych, a kończy… życiowo.

No i płyty. Skupiłem się w tym roku głównie na polskiej muzyce – ze względu na obowiązki związane z „Gazetą Magnetofonową”, ale i dlatego, że po raz któryś z rzędu mieliśmy najlepszy rok w historii. Poniżej przedstawiam więc 50 moich ulubionych polskich płyt w kategorii open. Zrezygnowałem z hierarchizujących cyferek, bo porządek, w którym zostały ułożone, jest mniej lub bardziej przypadkowy. Poza pierwszą dwudziestką jest już raczej dowolny, a i tytuły z czołówki ulegają ciągłemu przetasowaniu – bo dziś mam taki nastrój, a jutro inny, bo coś się znudziło, a coś innego dopiero po dwudziestym przesłuchaniu ujawniło wszystkie swe walory.

 


Furia „Księżyc milczy luty“, Pagan
Mooryc „Wiped Out“, Sonar Kollektiv
ARRM „ARRM”, Instant Classic
Shy Albatross „Woman Blue”, Pomaton
Wacław Zimpel „Lines”, Instant Classic
Brodka „Clashes“, Kayax/PIAS
So Slow „Nomads“, Instant Classic
Lotto „Elite Feline“, Instant Classic
We Will Fail „Hand That Heals / Hand That Bites“, Monotype
Ryby „Kenia”, Thin Man
Pio Szorstkien „Signum”, Karrot Kommando
Żywizna „Zaświeć Niesiącku and other Kurpian songs”, Bołt
Tryp „Nagie serce”, 3P
Furia „Guido”, Pagan
Łona i Webber „Nawiasem mówiąc“, Dobrze Wiesz
HEY „Błysk”, Kayax
Kristen „LAS”, Instant Classic
KęKę „Trzecie Rzeczy”, Takie Rzeczy
Jacek Sienkiewicz „Hideland”, Recognition
Ten Typ Mes „AŁA.“, Alkopoligamia/Agora
Anna Zaradny „Go Go Theurgy“, Musica Genera / Bocian
Wędrowcy-tułacze-zbiegi „Światu jest wszystko jedno”, Devoted Art Propaganda
Duży Jack „Uczucia”, Lado ABC
Innercity Ensamble „III”, Instant Classic
Olgierd Dokalski „Mirza Tarak”, Fundacja Kaisera Söze
Tropy „Eight Pieces”, Wet Music Records
Zamilska „Undone“, Untuned
Resina „Resina”, 130701
PRO8L3M „PRO8L3M”, Rap History Warsaw
Lelek „Brzask bogów”, Karrot Kommando
Obscure Sphinx „Epitaphs”, wyd. własne
Pictorial Candi „fOREVER TILL YOU DIE”, MAMI
Robert Piotrowicz „Walser”, Musica Genera
Mirt „Random Soundtrack”, Kosmodrone
LAM „LAM”, Instant Classic
Lautbild „Pulsus Frequens”, Mik Musik/BDTA
Julia Marcell „Proxy”, Mystic
Sorry Boys „Roma”, Mystic
Coldair „The Provider”, Twelves
Arkona „Lunaris”, Debemur Morti
Hańba! „Hańba!”, Antena Krzyku
Gaba Kulka „Kruche”, Mystic
Naphta „7th Expedition”, Transatlantyk
Adam Witkowski „Ra Ba Ba Ba”, BDTA
Rebeka „Davos”, ART2 Music
Maja Kleszcz & Incarnations „Romantyczność”, Fonobo
Bisz/Radex „Wilczy humor”, Pchamy ten syf
Alles „Culture” Antena Krzyku
Król „Przez sen”, Kayax
Cultes des Ghoules „Coven, or Evil Ways Instead of Love”, Under the Sign of Garazel

Moje ulubione płyty ze świata? Pierwsza dwudziestka mniej więcej taka:


The Body „No One Deserves Happiness”
Oranssi Pazuzu „Värähtelijä”
ANOHNI „Hopelessness”
Bon Iver „22, A Million”
David Bowie „Blackstar”
Beyonce „Lemonade”
Danny Brown „Atrocity Exhibition”
Wrekmeister Harmonies „Light Falls”
James Blake „The Colour in Anything”
Swans „The Glowing Man”
Gojira „Magma”
Neurosis „Fires Within Fires”
Planetary Assault Systems „Arc Angel”
Radiohead „A Moon Shaped Pool”
Tanya Tagaq „Retribution”
Nicolas Jaar „Sirens”
Leonard Cohen „You Want it Darker”
Nick Cave & The Bad Seeds „Skeleton Tree”
Meshuggah „The Violent Sleep of Reason”
Crowbar „The Serpent Only Lies”

…ale długo jeszcze będę nadrabiał zaległości.

Najlepszego w 2017! Obyśmy roku 2016 nie wspominali z rozrzewnieniem.
 

Teraz chcę być twoim psem (no, chodźże)

Nie zawsze 2+2=4. Jeden z moich ulubionych reżyserów (pierwsza dziesiątka, z dodatkowymi punktami za klipy) nakręcił film o jednym z moich ulubionych zespołów (na pewno w pierwszej setce – proszę mi zaufać, to jest ŚCISŁA CZOŁÓWKA), więc powinno być najpiękniej. Nie powiem, na „Gimme Danger” świetnie się bawiłem, szczególnie gdy w zwyczajową tkankę muzycznego dokumentu (gadające głowy + koncertowe archiwalia) Jarmusch wplatał zabawne animacje lub fragmenty starych filmów i programów telewizyjnych, w roli ironicznych, a niekiedy wręcz surrealistycznych didaskaliów. Te wszystkie anegdoty, zdjęcia, dźwięki i ruchome obrazki z epoki składają się na widoczny z kosmosu napis: THE STOOGES WIELKIM ZESPOŁEM JEST – i niestety niewiele więcej. Żadnego wstrząsu, głębszego wzruszenia czy olśnienia: „No tak, teraz to ma sens!”. Prawdopodobnie miałem zbyt duże oczekiwania…

zrzut-ekranu-2016-11-26-o-00-03-24

Jeśli znacie tę historię, macie na półce płyty, czytaliście książkę o Iggym, pociliście się na OFF-ie pod barierką, „Gimme Danger” niczym was nie zaskoczy. Co najwyżej utwierdzicie się w przekonaniu, że macie świetny gust, poznaliście się na talencie zignorowanym przez głuchą, chodzącą na pasku wielkich wytwórni większość i w ogóle – to cytat z przemowy Iggy’ego z okazji przyjęcia grupy do Rock’n’Roll Hall Of Fame – jesteście cool. Taka miłe pomizianie własnego ego w cenie biletu kinowego – więc w sumie warto.
Jeśli natomiast historii nie znacie, ale interesujecie się popkulturą w ogóle, a rockiem szczególnie, to „Gimme Danger” jest lekturą obowiązkową. Bo to jednak wszystko prawda, The Stooges wielkim zespołem byli i dobrze się stało, że akurat Jim Jarmusch potwierdził to swoim autorytetem. Jest szansa, że hałaśliwy film z jakimś cudakiem w roli głównej obejrzą również ci, którzy kochają kino, ale ich najdzikszą muzyczną przygodą jest Sting oraz „Nevermind” w liceum. Nie, nie szydzę, wręcz przeciwnie. Właśnie tym spotkania z „Gimme Danger” najbardziej zazdroszczę.

To tylko rock’n’roll (i tego się trzymajmy)

The Rolling Stones przemierzają Amerykę Południową, a widzowie wraz z nimi. Towarzyszymy im na próbach, w samolotach, hotelach, knajpach, na spacerach i oczywiście na scenie. Dużo wysiłku włożono w to, żeby pokazać, że członkowie jednego z największych – jeśli zsumować publiczność, która przez te lata zobaczyła ich koncerty, pewnie największego – zespołów rockowych wszech czasów, to nie żadne tam niedostępne, chimeryczne gwiazdy, ale normalni, zwykli faceci, którzy mieli marzenia i trochę szczęścia. Padają więc z ust muzyków zapewnienia o tym, że wciąż nie mogą uwierzyć jak są popularni i że nigdy się do tego nie przyzwyczają, przypomina się nam o ich skromnych początkach i obficie serwuje ujęcia slow mo, podkreślające naturalność, luz i wzajemną serdeczność Micka, Keitha, Ronniego i Charliego.

zrzut-ekranu-2016-11-22-o-23-24-48

W porządku, ja to kupuję. W połączeniu z zawsze działającymi numerami Stonesów i świetnymi felietonami o fanach grupy (argentyńscy Rolingos najfajniejsi, poproszę cały film o nich), to wszystko składa się na atrakcyjną, przekonującą całość – ja wręcz Stonesom uwierzyłem, że może posiwieli, może przeryły ich zmarszczki, ale wciąż są tymi samymi chłopakami, którzy wybiegli na scenę w 1962 roku.

Niestety, mam ale do tego olé. Osią fabularną filmu są przygotowania do koncertu w Hawanie. Duże wyzwanie logistyczne i finansowe, jakim bez wątpienia był darmowy show Stonesów na Kubie, pompuje się tu do symbolu na miarę obalenia Muru Berlińskiego. Jakiś rozentuzjazmowany fan mówi zresztą wprost: przed koncertem The Rolling Stones nie było na wyspie wolności, nękała ich cenzura – a teraz już cenzury nie będzie. Twórcy filmu zostawili to bez komentarza, więc każdy fan The Rolling Stones, który Kubą zainteresuje się tylko na czas seansu tego filmu, odetchnie z ulgą: „Ach, rzeczywiście była bieda, była opresja, ale Stonesi pojechali i załatwili”. Otóż nie, nie załatwili i nieładnie sugerować, że było inaczej. To zresztą na rękę reżimowi – swoim obywatelom zapewnił igrzyska, a na zewnątrz wysłał sygnał, że jest otwarty, radosny i miłujący wolność jak sam pan Jagger. Ale żeby coś naprawdę zmienić? Nie, jeszcze nie trzeba.

Jeszcze mniej ładnie jest sugerować – a właściwie twierdzić wprost i wielokrotnie to powtarzać – że The Rolling Stones to pierwszy zachodni, rockowy zespół, który zagrał duży koncert na Kubie. Tymczasem 15 lat temu Manic Street Preachers wystąpili w Teatro Karl Marx, gdzie oklaskiwała ich pięciotysięczna publiczność, z Fidelem Castro we własnej, umundurowanej osobie na czele (robiłem z nimi trzy razy wywiad i trzykrotnie im to wypomniałem – czekam na kolejną okazję). 11 lat temu darmowy koncert dla 70 tysięcy Kubańczyków dała grupa Audioslave. Że to wciąż znacznie mniej, niż setki tysięcy zgromadzone na występie The Rolling Stones? No jasne, że mniej – bo kto w końcu ma bić rekordy jeśli nie Stonesi?


Zamiast tego całego wolnościowego pierdololo, które budzi we mnie ambiwalentne uczucia, wolałbym żeby Mick i Keith walnęli prosto z mostu: „Chcemy zagrać na Kubie, bo nas tam nie było, a możemy. Bo to trudne, jak pierwsze lądowanie na Księżycu i równie drogie, ale nas na to stać” – i już, wystarczy, trzymam kciuki. Bo warto było tam pojechać choćby dla tego faceta, dobrze już po pięćdziesiątce, który pokochał The Rolling Stones dekady temu, ale w totalitarnym państwie nie mógł ich słuchać i nigdy wcześniej nie miał choćby cienia szansy, by ich zobaczyć. Warto było wydać te góry dolarów, żeby on i jego koledzy mieli ten jeden najpiękniejszy wieczór w życiu.

To jest tylko rock’n’roll, do jasnej cholery – i nie trzeba się z niego tłumaczyć. Kto ma to wiedzieć, jeśli nie Stonesi?

* * *

Przedpremierowy pokaz „The Rolling Stones Olé Olé Olé!” był częścią przeglądu „Rock Stars”, który odbywa się właśnie w krakowskim kinie Agrafka. Jutro „20 000 dni na ziemi” z Nickiem Cavem, w czwartek „Lemmy”, przed którym pozwolę sobie wygłosić słowo wstępne, a w piątek „Gimme Danger”, czyli Jarmush o The Stooges. Polecam wszystkie, samo dobro.

Pokojówki nie są tym, czym się wydają

Park Chan-wooka poznałem, jak większość, za sprawą świetnego „Oldboya”. I prawdę mówiąc miałem nadzieję, że „Służąca” będzie kontynuować tę piękną tradycję. A tu przemocy niewiele (ale owszem, proszę się nie martwić, jest – reżyser nie byłby sobą, gdyby komuś spektakularnie nie zrobił krzywdy), za to mamy całe góry seksu: od cieszącej obleśnych starców wymyślnej pornografii po niewinne erotyczne napięcie pomiędzy zakochaną parą. W dużym uproszczeniu, bo więcej bez spoilowania nie mógłbym zdradzić… Dodam tylko, że nie mamy do czynienia z kinem erotycznego niepokoju, tudzież romansem w ładnych (a są naprawdę piękne), azjatyckich dekoracjach, ale z dobrze wymyślonym i nie gorzej pokazanym thrillerem.

W każdym razie, jeśli ktoś myśli, że mógłby mu się spodobać trójkąt wytyczony pomiędzy wierzchołkami w postaci „Zawieście czerwone latarnie”, „Życia Adeli” i „Żądła”, temu ta „Służąca” pisana. Co ciekawe, film ma mocno anarchistyczny i feministyczny wydźwięk, choć z pozoru przedstawia wszystkich bohaterów przyspawanych do uświęconych tradycją i społeczną hierarchią ról. Poleca się.