Dance me to the end of love

„Są za starzy by tańczyć pogo“ – tak Arek Jakubik podsumowuje kolegów swoich, a już na pewno autora tekstu, Krzysztofa Vargi, w utworze tytułowym z nowej płyty zespołu Dr Misio. A może i mnie ma na myśli? Cztery dychy na karku, poważny człowiek, w świecie bywały, filoląg i dziennikarz, ojciec dzieciom – przecież nie będzie podskakiwał w tłumie i obijał się o małolatów, jak jakiś narkoman z Jarocina!
Problem jednak polega na tym, że ja za stary ani trochę się nie czuję. Może trochę za ciężki – z trudem wytrzymuję już w porządnym młynie dłużej niż trzy piosenki (siedem grindcore’owych) – przez co nie zawsze decyduję się na pląsy, ale przecież niezmiennie je uwielbiam. Pogo to zresztą tylko przystawka. Danie główne, prawdziwa koncertowa rozkosz, sowicie przyprawiona adrenaliną to crowd surfing oraz stage diving. Czyli surfowanie (albo raczej dryfowanie) na rękach tłumu, najczęściej zakończone w bezpiecznej przystani szerokich ramion ochroniarza, czyhającego na nas pod sceną, a także ze sceny owej skakanie na główkę.

Dobrze pamiętam swój pierwszy stage diving – rzecz działa się na koncercie Kolaborantów w krośnieńskim WDK. Zapamiętałem to nie tylko dlatego, że długo zbierałem się na ów akt odwagi, ale również dlatego, że po dwóch czy trzech udanych skokach źle wymierzyłem – albo po prostu rzadki tłumek zdążył się rozstąpić – i efektowny swój lot zakończyłem na posadzce. Dwie godziny później, gdy wróciłem do domu, mama przywitała mnie lamentem:
– Jezus Maria, pobili cię!
– Nieee, mamo, nikt mnie nie pobił. Ja sam… – uspokoiłem rodzicielkę, wyjaśniając, że rozbity łuk brwiowy to pochodna nie do końca udanego stage divingu, a nie prezent od krośnieńskich łobuzów.
– Sam?! Nie jesteś chyba taki głupi?
No cóż, mamo, sorry, ale później wielokrotnie udowadniałem, że jednak jestem. Może przez ten pierwszy upadek na łeb 😉

Przemek Gulda streścił niedawno w swoim tekście dyskusję, która przetoczyła się przez amerykańskie media i dotyczyła zbyt brutalnej zabawy na koncertach. Zżymał się przy tym, że w Polsce nikt nie podjął tematu. A nie podjął, moim zdaniem, bo problem nie istnieje – nawet kiedy jest ostro, to jest w gruncie rzeczy grzecznie, bo na większości koncertów ochrona skutecznie uniemożliwia amatorom mocnych wrażeń rozwinięcie skrzydeł. No, ale dobrze, skoro ojczyzna wzywa, to dorzucę swoje trzy grosze, tym bardziej, że moim zdaniem…

Pogo powinno być brutalne.

Proszę go nie cywilizować, nie regulować, nie uchwalać i nie egzekwować stosownych paragrafów. Gdybym chciał tańczyć krakowiaka albo kontredansa, nie wspinałbym się na scenę na metalowych i punkowych koncertach, korzystając z chwili nieuwagi ochroniarzy (raz tylko robiłem to na legalu, bo bramkarze byli kumplami – na koncercie Illusion i Flapjack w Rzeszowie, prawie 20 lat temu – ale sobie wtedy polatałem!), nie obijałbym się o pod sceną o chudzielców i grubasów, nie przewracał i nie był przewracany. Uczucia euforii, jakie towarzyszy trwającej kilka minut podróży na rękach tłumu, w trakcie koncertu Slayera na wielkim festiwalu (With Full Force na ten przykład), nawet nie zamierzam próbować oddać słowami – sądzę, że ludzie, którzy uprawiają sporty ekstremalne są w stanie mnie zrozumieć. Wtedy nie jest ważne, gdzie i kiedy się wyląduje, ani to czy będzie bolało – liczy się sam lot i nic oprócz lotu się nie liczy.

Pod sceną bywa ostro, ale też nie trzeba się pchać w środek młyna, jeśli ktoś nie ma ochoty lub sił na tę mało wyrafinowaną zabawę. Bardzo rzadko – może spotkałem się z tym ze dwa, trzy razy w życiu – wir korpusów i kończyn wciąga kogoś, kto nie ma na to ochoty, a i tak po chwili go wypluwa. Ci natomiast, którzy sami się na to decydują, chcą żeby bolało, chcą się spocić i nabić sobie guza. To nic innego, jak pokojowy sposób na odparowanie nadmiaru złych emocji, niemal doskonały substytut bijatyki. Owszem, wypadki się zdarzają, ale mocniej można się poobijać na rowerze. A choć tego na pierwszy rzut oka nie widać, w młynie pod sceną obowiązują święte, choć niepisane, zasady – i ten sam dryblas, który przed chwilą zwalił cię z nóg, gdy tylko zobaczy cię w parterze, natychmiast cię podniesie. Żeby inni cię nie zadeptali. I żeby znowu mógł cię powalić 😉

Mądrzejsi ode mnie na pewno już wymyślili, co brakuje (oprócz piątej klepki) tym, którzy się tak bawią, ale moim zdaniem, poza wspomnianym już wentylem dla agresji, w pogo/crowd surfingu/stage divingu chodzi również o doświadczanie własnej fizyczności – oraz fizyczności innych ludzi. Przyszło mi to do głowy, gdy oglądałem film o Temple Grandin i jej „maszynie do przytulania”. Być może dzikie koncertowe harce pozwalają nam zaspokoić potrzeby, które w cywilizowanym świecie są tłumione? Drogi Przemku, nie zabieraj nam tego, tylko dlatego, że sam nie lubisz, jak ktoś się o ciebie obija. Stań obok, znajdzie się dla nas obu miejsce na każdym koncercie.

PS. Wszystkich zainteresowanych fizycznymi – mam na myśli naukę ścisłą, nie kulturę fizyczną – aspektami tego, co dzieje się pod sceną, zachęcam do pobawienia się Symulatorem Moshpitu. Najlepiej.

Moshpit

Wszystko z majonezem

Groningen, Holandia. Konferencja i festiwal Eurosonic. Dużo deszczu, jeszcze więcej dobrej zabawy. Choć zaczęło się niefortunnie, bo samolot już z Krakowa wyleciał opóźniony i kiblowaliśmy w Monachium nadprogramowe dwie godziny, czekając na coś, co zabierze nas do Amsterdamu. A kiedy już nas zabrało, to po drodze zgubiło walizkę kolegi. Była największa, więc wcześniej zapakowaliśmy do niej wszystkie druki. No, kurwa, super. Na domiar złego, kiedy już się przesiedliśmy do samochodu, Hołowczyc nam się zepsuł, więc po zjeździe z autostrady było kilka minut błądzenia – i ledwie zdążyliśmy na końcówkę gali festiwalowych nagród. Open’er, Nowa Muzyka – gratulacje!
Na szczęście finał tego trudnego dnia był udany – w postaci koncertu londyńskiej kapeli Dry The River, która zupełnie nie brzmi po angielsku, ale za to jest Następną Dużą Rzeczą (nie mylić z Następną Przehajpowaną Rzeczą). Świetne melodie, naturalne zachowanie na scenie, wokalista dysponujący głosem, obok którego trudno przejść obojętnie. Think: Bon Iver, Fleet Foxes, Decemberists. Ale też GY!BE czy Mogwai, bo z zasady liryczni i wyciszeni Dry The River kiedy trzeba potrafią przywalić i rozbujać te swoje piosenki do pełnych obrotów. Czekam na płytę, z niecierpliwością przebierając nogami.

Czwartek. Całe Groningen się bawi. Jest wielka scena na otwartym powietrzu, na której grają dla tubylców lokalne gwiazdy z radia, ale gości spoza miasta i przede wszystkim spoza Holandii, bardziej interesują występy upchane w dziesiątkach klubów, teatrów i sal koncertowych. Tutaj można zobaczyć przyszłe gwiazdy, zwąchać trend, który dopiero kiełkuje, albo po prostu napić się piwa przy fajnych piosenkach. Zaczynamy od Niemców z Hundreds. Przyzwoity, nieco nazbyt dramatyczny electro pop – nie robią na mnie wielkiego wrażenia. Po schodkach na górę, tu już czeka Ólöf Arnalds – w dziewczęcej, czerwonej sukience, z nieśmiałym uśmiechem i głosem tak delikatnym i słodkim, że niemal groteskowym. Dobre, ale wystarczyło mi pół godziny. Czas coś przekąsić.

Na głównym placu miasta najlepszy hamburger, jakiego jadłem w życiu. Żadna sieciówka, po prostu pan w budce na kółkach smaży kotleta. Pyta czy chcę „ze wszystkim”, więc mówię, że jasne i dostaję ze wszystkim – w tym z jajkiem i oczywiście z majonezem. Następnego dnia przyprowadzę tu kolegów…
Francuzi z GaBLe porywają publiczność. Grają na wszystkim, od mocno zdewastowanych gitar akustycznych, przez różne elektroniczne urządzonka, aż po jakieś śmieci, a aranżacje mają skonstruowane jak dowcipy – z nieoczekiwanymi zwrotami akcji i zaskakującym puentami. Na szczęście, pod tymi wszystkimi żartami (wliczając maskę Elvisa) kryją się świetne piosenki, więc warto na GaBLe zwrócić uwagę. Będą z nich ludzie.

Na scenę wchodzą kolesie, którzy wyglądają, jakby zgubili się podczas szkolnej wycieczki, ale grają pierwsze dźwięki i już wszyscy wiedzą, że to poważna sprawa. Ja wiedziałem wcześniej, bo widziałem Pulled Apart By Horses latem na Offie, ale przypomniałem sobie o nich z przyjemnością. Nawet kłopoty z dźwiękiem nie zepsuły mi zabawy, bo ci chłopcy mają tyle energii, że poradzą sobie w każdych warunkach.
Szukamy klubu w którym grają Paula i Karol, ale słabo nam idzie, za to pada coraz mocniej, więc odpuszczamy. Żałuję, bo chciałem zobaczyć, jak sobie radzą na obczyźnie. Na dobranoc Kvelertak. Dobre brzmienie, konkretne tempa, gitary bezwstydnie rzężą unisono, a kiedy trzeba, Norwedzy wrzeszczą na cztery gardła. Nie podzielam dość powszechnych zachwytów płytą, ale na koncercie Kvelertak robi wrażenie, trudno nie dać się porwać takiemu huraganowi entuzjazmu.

Wiecie, że mają tu sklepy płytowe? Takie prawdziwe, z trudno dostępnym gruzem, który przerzuca się godzinami. Z wąskimi gatunkowymi specjalizacjami i sprzedawcami, którzy doskonale wiedzą, co mają na półkach. Najlepszy z nich usytuowany jest tuż obok coffee shopu – chyba nie przez przypadek, bo w ofercie tylko psychodeliczne kapele z lat 60. i 70., mnóstwo egzotyki (w tym nagrania wokalistek z Afryki czy Ameryki Południowej z lat 20. i 30.) i folku. Zakupy zrobione, będzie czego słuchać do wiosny, narkotyczny głód nowych płyt na chwilę przestaje palić trzewia 😉

Piątek. Spotkania biznesowe, kolacje przy świecach, bułkę przez bibułkę. A potem znowu koncerty. El Guincho, promowani jako hiszpańska odpowiedź na Animal Collective są nieźli, ale nieco monotonni. Ledwie wbijamy się na Yuck, ale to jakaś amatorszczyzna, bardzo słaba historia. A więc Następna Przehajpowana Rzecz (nie mylić z Następną Dużą Rzeczą). Niewiele lepsi są ulubieńcy NME (tak przynajmniej przedstawił mi ich lepiej zorientowany w sytuacji kolega) o nazwie Frankie & The Heartstrings. A więc moda na romantyków z wczesnych lat 80. minęła i teraz robimy za modsów? W sumie to nawet wolę… ale nie porwało mnie to. Kiedy festiwal zaczyna się od takiego ciosu, jak Dry The River, to później trudno zainteresować się czymkolwiek innym. Może Junip okazałby się skuteczną odtrutką na te przedwcześnie hajpowane angielskie kapele, ale kolejka przed Grand Theatre tak długa, że odpuszczamy. Zobaczymy ich przecież w Warszawie, na Northern Living. Już lepiej wrócić do hotelu, wysuszyć ubranie…

Winter Tour 2010

Wyszedłem z domu na koncert w ubiegły czwartek. Wróciłem dzisiaj w nocy. Boli mnie gardło, strzyka w boku, wyglądam jak swój własny mug shot i jestem święcie przekonany, że jeśli się nie wyśpię to umrę w przeciągu 24 godzin. Dzieci ledwie mnie poznały, a żona najwyraźniej nie wie, czy cieszyć się, że wreszcie wróciłem, czy boczyć, że tak długo mnie nie było. Jestem uboższy o parę złotych, rozpadły mi się moje ulubione buty i nie mogę się doszukać jednego ważnego kabelka, ale to, co zobaczyłem i usłyszałem to moje i nikt mi tego nie odbierze.

Najpierw OFF Festival Club Katowice. Ed Wood zabawny, Cieślak z Księżniczkami spodziewanie dobry, Scout Niblett przemiła i dobra nadspodziewanie. Połączenie „We’re All Gonna Die” z „We Are The World” słodkie i wszystko o tej postaci mówiące. Tu fajne foty.

O ósmej rano następnego dnia siedziałem już w samolocie do Londynu. Cud, że wystartował, bo kiedy wjechał na pas rozszalała się śnieżyca. Poprzedni lot mi odwołali, bo Gatwick pokryte zaspami i gdyby skasowali również ten, nie dotarłbym na pierwsze w moim życiu All Tomorrow’s Parties i byłoby mi bardzo przykro. Na szczęście jakoś dowlokłem się do Butlins w piątek, późnym wieczorem, ale byłem tak skatowany, że niewiele widziałem. Cóż, dwunastogodzinna podróż to nie w kij dmuchał, szczególnie w grudniu i – mowa o ostatnim, prawie dwugodzinnym odcinku – w towarzystwie pijanych angielskich nastolatków (nie jechali na ATP!, ale na lokalną zabawę), którzy są trzy razy głośniejsi od pijanych polskich nastolatków. A ja już jestem na to za stary.
Dopiero w sobotę na własnej skórze poczułem, jak dobre jest ATP, tym razem odbywające się pod kuratelą Godspeed You! Black Emperor. Festiwal-marzenie, zarówno pod względem organizacyjnym (te kolejki grzecznie czekające na miejsce przy barierkach!), jak i artystycznym (oprócz gospodarzy m.in. Neurosis, The Dead C, Nomeansno, Deerhoof, Cluster, Scout Niblett). A kiedy już nad ranem wracaliśmy zmiażdżeni nawałem wrażeń do domku, w telewizorze czekały nas szalone wizje Jodorowsky’ego i tym podobne przysmaki, bo GY!BE zaprogramowali na czas trwania festiwalu kanał filmowy, nadający 24/7. A organizatorzy ATP drugi, na wypadek gdyby obcinane fistaszki od Jodorowsky’ego nie wszystkich bawiły. Tu relacja z soboty i ładne foty Piotrka (dzięki za wyciągnięcie mnie z domu!), a tu relacja z dnia następnego.

Dzień wolny w Londynie – w sklepach z zabawkami w okresie przedświątecznym oczywiście masakra, ale miałem zamówienia, bez których nie mógłbym się w domu pokazać, więc jakoś stawiłem czoła żywiołowi. W HMV masakra niemniejsza, ale to już mój żywioł, więc zanurkowałem z rozkoszą. Półki z kompaktami kurczą się nawet w Londynie, ale w porównaniu z obraźliwą dla fanów muzyki ofertą Empików czy Media Marktów to wciąż eldorado. I ceny okazyjne. Mniam.

Miałem wylądować w Krakowie ok. 20.00 i przynajmniej jeden wieczór spędzić w domu, ale okazało się, że Balice (i Pyrzowice też) zasypane czy może zamglone – w każdym razie lądujemy o dziewiątej w… Łodzi. Trzeba jednak przyznać odpowiednim służbom, że na autokary nie musieliśmy czekać pół nocy i że w miarę sprawnie to poszło: ok. trzeciej nad ranem byłem w domu. A już wieczorem Laibach – w repertuarze wyraźniej niż zwykle nawiązującym do chlubnej przeszłości grupy. Fajny koncert, ale pustawo. Szkoda, że w Polsce Rammstein wypełnia Spodek, a Laibach nie może sobie poradzić z Kwadratem. Ale cóż, Słoweńcy nie mają wysokobudżetowych klipów, za to zajmują się tak mało seksowną tematyką jak polityka i historia, pewnie tu leży pies pogrzebany.

Dzień później Zbyszek Hołdys w Stodole, a nazajutrz kolejny powrót z zaświatów, czyli Swans. Potem znowu Kraków, czyli Immolation i Napalm Death. Było tego dobra więcej, ale na poprzednie kapele się spóźniliśmy lub (jak w przypadku Macabre), nie zdążyliśmy się przedrzeć przez tłum znajomych (wielu nie widziałem od lat i przemiło było pogawędzić) do sali, w której miały miejsce tańce i śpiewy. Immolation miazga, to chyba jedyny zespół deathmetalowy, który NIGDY mnie nie zawiódł, a poza tym prezentuje idealną dla mnie proporcję pomiędzy techniką a brutalną siłą. Wydawało mi się tylko, że jest trochę za cicho, ale pewnie dwa koncerty Neurosis i jeden Swans w przeciągu paru dni zepsuły mi uszy. Albo głowę. Napalm Death jeszcze lepsze, bo a) głośniejsze, b) po punkowemu konkretne, c) ze znakomicie dobranymi piosenkami. Godne zwieńczenie mojej zimowej trasy. No bo co można jeszcze chcieć zobaczyć po Napalm Death? 🙂

Polski pop – R.I.P.

Dowiedziałem się wczoraj z głównej Onetu, że „Debiut” Czesława jest na pierwszym miejscu OLIS-a, bo wokalista zaśpiewał gościnnie cover Metalliki na nowej płycie Acid Drinkers: „Ten duet musiał spowodować ogromny wzrost popularności muzyka – i co za tym idzie zwiększoną sprzedaż jego płyt”. Nie wiem jak autor tej karkołomnej koncepcji wyliczył, że dzięki płycie, która jest na pozycji piątej rzeczonej listy, album faceta, który odśpiewuje tam ledwie epizodyczną rolę, znalazł się na samym szczycie. Nie wiem też dlaczego ktoś, kto pisze podsumowanie najlepiej sprzedających się płyt nie ma pojęcia, że Empik (a więc największy polski sprzedawca) robi właśnie z „Debiutem” akcję promocyjną – wystawił go przy kasach i w przyjaznej cenie 19,90, i może właśnie dzięki temu Czesław znów szczytuje. Nie wiem też, dlaczego tylko Mystic potrafi w tym kraju sprzedawać płyty – może tylko im zależy?

Wiem za to, że na normalnie funkcjonującym rynku Czesław Mozil nie powinien świętować pierwszego miejsca „Debiutu” 29 miesięcy po premierze, że wokalista jest silny słabością konkurencji. No bo gdzie są te wszystkie wielkie zespoły z Inwazji Mocy, gdzie pięknie śpiewające panie (tylko Chylińską i Dąbrowską stać było w ostatnim czasie na więcej niż epizod w czołówce OLIS-a), gdzie gwiazdy tańczące w TVN-ie? Gdzie produkty z „Fabryki gwiazd”, idole z „Idola” i utalentowani wokaliści płci obojga z „Mam talent”? Gdzie śpiewający (podobno) rezydenci Pudelka? Gdzie się podział polski pop? Oj, nie spodziewał się Czesław, wybierając tytuł swojego drugiego albumu solowego – to „POP” właśnie – że rzeczywistość dopisze do jego ironicznej zagrywki tak poważne drugie dno.

Owszem, polska muzyka na OLIS-ie dominuje, ale ci wszyscy, których w mediach na wyrost nazywa się największymi polskimi gwiazdami nie wytrzymują konfrontacji z niemal anonimowymi poza swoim środowiskiem raperami, wykonawcami alternatywnymi czy metalowcami, którzy mają fanów mniej licznych, za to wiernych i zdyscyplinowanych. I nie pomoże ustawowe zmuszanie radiowców do grania polskich piosenek, bo politycy i urzędnicy owszem, mogą opracować procentowe parytety, ale nie zdecydują za dyrektorów programowych, co to będą za piosenki. Dostaniemy więc jeszcze więcej Kombii i cudownie nawróconej na italo disco Agnieszki Chylińskiej. W najlepszym wypadku! Bo czarny scenariusz jest taki, że w ogóle nie będzie więcej nowości, za to hitami sprzed dwóch i trzech dekad nasz Wewnętrzny Mamoń będzie się cieszył trzy razy częściej.

Dziwili mi się mądrzy i życzliwi ludzie, że oglądałem transmisje koncertów opolskich. No fakt, oglądałem. W kratkę, bom wrażliwy i mnie szlag szybko trafiał, ale oglądałem. Pamiętam bowiem czasy, kiedy tam naprawdę coś się działo, kiedy Opole było ważne. Nawet jeśli nie była to sztuka wysokich lotów, wiadomo było, że ci artyści się podobają, że są słuchani, że ich piosenki śpiewa cała Polska. Dzisiaj Opole jest tylko urągającą własnej tradycji akcją autopromocyjną TVP, świadectwem tego, że polska piosenka umarła, a już na pewno ledwie zipie… Za to polska muzyka owszem, ma się całkiem dobrze. Jeśli nie wierzycie, wybierzcie się na koncerty towarzyszące bardzo zacnej imprezie Don’t Panic We’re From Poland – tu jest życie, tu na pewno każdy znajdzie coś dla siebie. Jeśli nie będzie to nowa lepsza Monika Brodka, to The Complainer, też nowy i lepszy, albo zawsze znakomity Maciek Cieślak, tym razem w towarzystwie uroczych Księżniczek. I jeszcze Kapela Ze Wsi Warszawa, i Julia Marcell, Gaba Kulka, Orange The Juice, Paula i Karol, Pustki, The Car Is On Fire, Paris Tetris, Levity… – każdy inny i wszyscy świetni.

Nie ma więc tego złego, co by na dobre nie wyszło. Dopóki mamy tylu dobrych wykonawców to tak po prawdzie – po co nam pop? Ja tam nie będę po nim płakał.

Święci i grzesznicy z Islandii

Trzeba się narkotyzować ze dwa lata, żeby to zrozumieć – powiedział pan do pani, w drodze do autobusu. Wymykali się w przerwie z múm, inaugurujących tegoroczną edycję festiwalu Sacrum Profanum. Nie dziwię się, że nie chcieli zostać, bo pierwszą część koncertu zakończył bardzo mocny cios, w postaci na nowo udźwiękowionego przez Islandczyków filmu „Wyspa wielkiej nadziei” Bohdana Poręby (tak jest, tego od „Hubala” i „Gniewka, syna rybaka”). To dokument z 1957 roku, o dzieciach, którym w sanatorium w Otwocku leczono związane z powikłaniami pogruźliczymi choroby kręgosłupa, z odpowiednim dla owych czasów i tego reżysera propagandowym smrodkiem. Harcerska przysięga przy ognisku, składana przez kalekie dzieci na leżąco, albo Janeczka recytująca „Kaczkę Dziwaczkę” podczas operacji kręgosłupa – uch, bardzo mocna rzecz, dodatkowo uskrzydlona przez hipnotyzującą muzykę múm i towarzyszącego im w owej chwili Jóhanna Jóhannssona (ten film to ponoć jego pomysł). Nie dziwię się, że niektórzy nie wytrzymali, ale ja, choć nie narkotyzowałem się ostatnio, byłem poruszony i zachwycony. Tyle tylko, że po takiej emocjonalnej bombie atomowej zupełnie nie mogłem wkręcić się w drugą część koncertu, w te ich smętne, hipisowskie piosenki o leśnej ściółce, strumyczkach i motylkach.

Co nie zmienia faktu, że múm wykonali powierzone im zadanie i godnie otworzyli Sacrum Profanum. Pomysł ze stadkiem krewnych i znajomych królika – wśród nich L.U.C., który ładnie się w zupełnie nie swoim świecie odnalazł – był świetny, bo skutecznie zabezpieczył nas przed wykolejeniem się uroczej monotonii w nudę. Co prawda nie wszystkie proste piosenki Islandczyków zyskiwały na aranżacyjnym rozpasaniu (Sinfonietta Cracovia, chór), ale nie będę narzekał, bo i tak pozytywnie mnie zaskoczyli. Nie wierzyłem w to, że się uda, nie sądziłem, że múm ze swoim wsobnym pitoleniem udźwigną tak wielką salę i rozbuchaną produkcję, ale przyznaję, że miło jest się tak pomylić.

Po koncercie trafiłem na afterparty i poza pogawędkami ze znajomymi potupałem chwilę nóżką przy FM Belfast. To było baaaardzo profanum, a widok safandułowatych okularników z Islandii w bokserkach, ale wciąż pod muchą, brawurowo walczących z repertuarem Guns N’Roses – niezapomniany.

PS. Ten film Poręby znajdziecie (niestety już bez tej wyjątkowej ścieżki dźwiękowej, którą wczoraj usłyszałem) na antologii DVD „Czarna seria. Polska szkoła dokumentu”. Przyznaję bez bicia, że mam to na półce, ale do „Wyspy wielkiej nadziei” jeszcze nie dotarłem i dałem się Islandczykom zaskoczyć. Wstyd. Dla usprawiedliwienia dodam, że film Poręby jest ostatni na drugim dysku 🙂

Ciemny lud

Nie odrabiam zadania domowego przed koncertami. Nie sprawdzam na YouTube, jak zespół, który zamierzam zobaczyć, grał tydzień wcześniej w Monachium. Prawie nie używam koncertowych DVD, bo różnica pomiędzy nimi jest dla mnie mniej więcej taka, jak pomiędzy oglądaniem pornografii a seksem. Nie wypytuję znajomych, którzy już widzieli danego piosenkarza na scenie o szczegóły, bo na koncertach lubię być zaskakiwany.

No i przyznać muszę, że Autechre – dla mnie główny punkt programu katowickiej Nowej Muzyki – mnie zaskoczyli. Czekałem na ich koncert od miesięcy i spodziewałem się różnych rzeczy, ale tego, że nic nie zobaczę – zupełnie nie. Byłem rozczarowany. No bo gdzie to Autechre? Nawet facetów z laptopami nie widać. Nic. Czarno. Tylko te ich skomplikowane konstrukcje dźwiękowe latały w ciemności nad naszymi głowami. Jak nietoperze. Nie widzisz ich, ale słyszysz, więc wiesz, że są.

Nie wytrzymałem długo na tym koncercie i teraz żałuję. Zrozumiałem bowiem, że to, co zrobili Autechre to nie wyraz braku szacunku dla fanów, którzy przyszli na koncert, ale wręcz przeciwnie. To nie tania sztuczka, którą artysta robi, bo może – wręcz przeciwnie.

Koncerty z muzyką to przecież nie tylko muzyka, a od jakiegoś czasu, w miarę rozwoju technologii, coraz mniej muzyka. Te światła, lasery, dymy, balony, cały ten cyrk ma nas oszołomić i uradować, ale przecież odwraca uwagę od dźwięków. Czy myślicie, że jak przystojny gitarzysta staje w nonszalanckim rozkroku przed tłumem nastolatek, to one słyszą, co gra? Nawet krakowski koncert Aphex Twina pamiętam nie tyle ze względu na dźwięki, co tę jego kosmiczną, obudowaną reflektorami i laserami wieżę. Zresztą, artyści parający się elektroniką, świadomi tego, że przygarbieni przed ekranem komputera są znacznie mniej seksowni od wspomnianego powyżej gitarzysty, prawie nie ruszają się z domu bez wizualizacji. I to wszystko wydaje nam się takie normalne, tak ma być.

Autechre nie grają w tę grę. Odrzucili opakowanie i zostawili nas sam na sam z muzyką. Tylko tyle i aż tyle. Dopiero dzisiaj to do mnie dotarło. Ech, wystarczyło, że ktoś zgasił światło, żeby się okazało, że jednak jestem ciemniakiem…

Womadness

Nieustraszony kronikarz ekspedycji, nie zważając na ekstremalne warunki pogodowe i nadludzkie zmęczenie, każdą wolną chwilę wykorzystywał na pogłębianie swej rozległej wiedzy o obyczajach tubylców

Weekend spędziłem w Charlton Park, a właściwie na rozległych pastwiskach nieopodal tej uroczej angielskiej wioski, na WOMAD Festival. Z niejednego festiwalowego pieca już piwo jadłem, niejedne buty zdarłem ganiając z koncertu na koncert, ale na tak znakomitej imprezie jeszcze nie byłem. Po prostu raj, pod każdym względem. Oj, jak bardzo nie chciało mi się stamtąd wracać na ziemię…

Muzyka
Oczywiście, nie dla wszystkich. Ludzie, którzy słuchają wyłącznie metalu czy innego shoegaze’u, albo ci, co nie widzą świata poza radiowym Top 40, wynudzą się tam jak mopsy. Ale jeśli myślicie, że WOMAD to takie miejsce, na którym przez trzy dni Masaj wali w bęben, to bardzo się mylicie. Mało jest imprez, na których pojawiałyby się tak różnorodne dźwięki. Oczywiście, muzyki afrykańskiej było bardzo dużo (chociaż nie sposób sensownie zestawić bardzo wiernych tradycji Sudańczyków z Rangu, z tuareskim bluesem Toumast i jeszcze nieokiełznaną fiestą Staff Benda Bilili – to tak jakby wrzucić Abbę, Led Zeppelin i Mazowsze do jednego worka z napisem „muzyka europejska”), latynoskich rytmów nie mniej, ale właściwie każdy mógł tu coś dla siebie znaleźć – bo i nowa elektronika była reprezentowana na WOMAD, i rap, jazz, blues (Gil Scott-Heron jest moim bohaterem, ujmujące poczucie humoru, wspaniały koncert, metafizyczne przeżycie), rockabilly, country/folk, nawet pop, w swojej szlachetniejszej, choć nieco pretensjonalnej odmianie (mam na myśli przede wszystkim Imogen Heap). Naprawdę, nie ma takiej możliwości, by człowiek otwarty na różne dźwięki czegoś dla siebie na WOMAD nie znalazł. Raczej znajdzie aż za dużo i będzie, jak ja, biegał od sceny do sceny. Na szczęście dystans niedaleki, więc zbyt wielu ukochanych kilogramów tam nie zostawiłem.

Ludzie
Totalnie wyluzowani, pogodni i życzliwi. Uśmiechają się do wszystkich, interesują się sobą nawzajem (ale w sposób po angielsku powściągliwy, bez nachalności), ustępują sobie miejsca, pomagają kiedy trzeba. Niczemu się nie dziwią. Niczemu się nie dziwią. Niczemu się nie dziwią. WOMAD jest więc kolorowym festiwalem odmienności, choć nikt tu swej inności czy oryginalności nie manifestuje, bo nie ma przed kim. Nie ma potrzeby nawracać nawróconych. Zupełnie naturalne są wszystkie odcienie skóry, modele fryzury czy pomysły na ubiór. Wózki dziecięce ścigają się z wózkami inwalidzkimi. Kto się z kim przytula i dlaczego – jego sprawa. Rozpiętość wieku: w okolicach setki, w dodatku żadne z pokoleń nie jest wyraźnie nadreprezentowane. Słowem, to naprawdę miejsce dla wszystkich.

Organizacja
O tym, że udało się sceny ustawić tak, że były w zasięgu nie tylko maratończyków, już wspomniałem. Duży festiwal, ale odległości niewielkie, bo całość zamykała się w okręgu – muzyka na jego obrzeżach (w sumie pięć dużych scen i kilka pomniejszych miejscówek również emitujących dźwięki od rana do nocy), a w środku wielkie bogactwo sklepów, usług (od malowania ciała po lekcje nauki gry na przedziwnych instrumentach), stoisk organizacji od zmieniania świata i oczywiście restauracji. Nie, nie plastikowych budek z jedzeniem, choć i tych było niemało, ale stylowo zaaranżowanych, umeblowanych, najczęściej oczywiście etnicznych, restauracji…
Czyste kible i możliwość umycia rąk po wyjściu z nich (pianka bakteriobójcza czy woda, jak państwo sobie życzą?), pełna segregacja odpadów, nawet specjalne, plastikowe pudełeczka na klipsie, dzięki którym można było donieść niedopałki do kosza, zamiast rzucać je pod nogi, kubki na piwo zwrotne (a więc dzieciarnia je skrupulatnie zbierała, bo 10 pensów za sztukę oznaczało, że przez cały dzień parę funtów można było zgarnąć), sztućce wyłącznie drewniane – okazuje się, że festiwal pod gołym niebem może być schludny, higieniczny i ekologiczny.
Ochrona – hm, trudno ich właściwie określić tym mianem, bo to festiwal, na którym totalnie bezpiecznie czują się nawet matki z pełzającymi we wszystkich kierunkach świata niemowlętami. Już raczej „opieka”. A więc państwo z opieki byli bardzo wyluzowani (nie stali na baczność z ponurymi minami, ale pląsali razem z innymi w rytm tego, co właśnie dobiegało ze sceny i wyróżniali się jedynie adekwatnym umundurowaniem), nie wtrącali się, nie przeszkadzali. Byli po prostu po to, by pomagać, jeśli ktoś tej pomocy potrzebował.

Jadło i napoje
Nie poużywałem sobie, bo jednak muzyka interesuje mnie (trochę) bardziej, ale jeśli ktoś lubi trzydniowe biesiady z miłym soundtrackiem dobiegającym ze sceny głównej, to będzie na WOMAD wniebowzięty. Znakomita kuchnia z wszystkich zakątków świata kusiła bajecznymi zapachami, a wybór piw wpędziłby niejeden wielkomiejski pub w kompleksy. BTW, jeśli będziecie mieli okazję, polecam Barnstormera 😉 Ja zamierzam go ponownie skosztować na przyszłorocznym WOMAD. Nie może być inaczej.

A jeśli kogoś interesuje bardziej szczegółowa i koncentrująca się głównie na muzyce relacja, to zapraszam:
Tu dzień pierwszy – Satysfakcja.
Dzień drugi – Mikstura.
Dzień trzeci – Oczyszczenie.

PS. Podziękowania i pozdrowienia dla Trybka, dzięki któremu to wszystko było możliwe (i który zrobił to zdjęcie).

Horror: Nowa nadzieja

Kiedyś uwielbiałem horrory. Zarówno te wysokobudżetowe, jak „Poltergeist”, jak i klimatyczne włoskie dziwadła Fulciego. Później mi przeszło. Po pierwsze dlatego, że najbardziej popularne ostatnimi laty nurty, czyli porno-gore i horrory żywcem wyciągnięte z gier komputerowych, zupełnie do mnie nie trafiają, a po drugie dlatego, że im jestem starszy, tym mniejszą mi horrory sprawiają przyjemność, za to pozostawiają przykre poczucie estetycznego i psychicznego dyskomfortu.

Nie skreśliłem jednak gatunku na dobre i czasem rozglądam się, bez większej nadziei, po półce z filmowymi horrorami. I wreszcie się doczekałem – dwa trafienia z rzędu!

„Paranormal Activity” Orena Peli, to „The Blair Witch Project” przeniesione z lasu do mieszkania. Tym straszniejsze więc, bo nie wiem jak państwo, ale ja w ciemnym lesie rzadko mam okazję bywać, za to we własnym mieszkaniu nocuję nader często. Niemal wyłącznie. Podobnie jak w opowieści o wiedźmie Blair, mamy tu do czynienia z paradokumentem – ją od dziecka dręczą koszmary i doświadczenia obecności sił nadnaturalnych, on jest wyszczekanym sceptykiem, więc rzuca zaświatom wyzwanie. Chcą ten eksperyment udokumentować, więc kręcą wszystko amatorską kamerą. I jak to na tego typu nagraniach bywa – więcej się domyślamy, niż widzimy, więc można się wystraszyć nie na żarty. Świetne.

„Wrota do piekła” to podejście do tematu zgoła odmienne, bo oldskulowe. Sam Raimi, klasyk przecież, nakręcił ten film już po „Spidermanach”, co miło zaskakuje, bo myślałem, że to droga bez powrotu… Ale do rzeczy – uwaga, spoiler! – miła, acz ambitna dziewuszka z banku zadziera z cygańską staruchą (ach te urocze stereotypy rasowe i kulturowe, dzisiaj już tego w filmach nie ma), więc baba rzuca na nią klątwę. Od tej pory wokół dziewczyny dzieją się rzeczy straszne, ale i śmieszne (pojedynek ze staruszką na parkingu – znakomity!), a ja cieszę się jak kiedyś, gdy wreszcie dorwałem „Evil Dead”. Polecam wszystkim znudzonym dosłownością „Pił” i jednorodnością japońskich straszydeł.

Skoro już o straszeniu mowa, program tegorocznej edycji znakomitego krakowskiego festiwalu Unsound będzie podporządkowany horrorom. O szczegółach jeszcze na pewno będę donosił, bo dużo fajnych rzeczy nam tu szykują, ale już dzisiaj chciałbym wyrazić swą radość z faktu, że wśród gwiazd imprezy potwierdzono odrodzoną niedawno, kultową formację Goblin, której muzyka, psychodeliczny i dość mroczny progrock, ilustrowała słynne filmy Dario Argento. To będzie taki ubaw, że aż strach!

Katovitz

Na październikowej konferencji New Directions gościli przedstawiciele festiwalu Spot, organizowanego w duńskim mieście Aarhus od dobrych kilkunastu lat. Przyjechało ich trzech. Facet, który odpowiada za finanse imprezy, drugi, który koordynuje festiwal z ramienia miasta oraz trzeci, który siedzi w Brukseli i robi co może, by promować Spot – i przy okazji duńską muzykę – poza granicami kraju. Zadałem im pytanie, jaki wpływ na imprezę mają wybory samorządowe i zmiana władz miasta. Odpowiedzieli zupełnie nieadekwatnie. Podejrzewałem więc, nauczony naszym, polskim doświadczeniem, że to drażliwy temat, więc tym bardziej postanowiłem ich docisnąć. Zapytałem jeszcze raz. Okazało się, że nie zrozumieli pytania.
– Ale dlaczego nowe władze Aarhus miałyby występować przeciw festiwalowi?! – robili wielkie oczy.
Nie umiałem odpowiedzieć.

Do zobaczenia na Off Festiwalu w Katowicach.

Cios


Nie, nie widziałem Walki Stulecia. Wybrałem lepiej. Byłem na świetnym koncercie Soap & Skin i jeszcze lepszym cudownie wyluzowanego kolektywu Sigurdsson/Muhly/Amidon/Frost, a potem na imprezie z muzyką, przy której nie wstyd tańczyć, czyli Kode 9 et consortes. Cała Polska zazdrości nam Unsoundu – to oficjalne 😉

PS. Gwoli usprawiedliwienia – kolejna Walka Stulecia pewnie w styczniu albo w lutym, a na następny Unsound trzeba będzie czekać cały rok.