Zwycięstwo na punkty

To był doskonały pomysł, szansa na nokaut w pierwszej rundzie.
Po pierwsze – zrobić długi wywiad z Mamedem Khalidovem. Tym „naszym Czeczenem”, który jest niezniszczalny w ringu, a poza nim… no właśnie? Kim on właściwie jest? Co jest dla niego ważne? Skąd przyszedł i co myśli o miejscu, które wybrał na swój drugi dom? Po drugie – powierzyć tę robotę Szczepanowi Twardochowi. To nie dziennikarz sportowy, nie będzie się skupiał na branżowych detalach. To popularny, świetny pisarz, który kreuje na kartach swych powieści barwne, pełnokrwiste postacie (rozmowa z Khalidovem ukazuje się po „Królu”, którego jednym z głównych bohaterów jest bokser – przypadek? nie sądzę), a więc o naturze ludzkiej wie więcej niż zwykły zjadacz chleba. Będzie umiał otworzyć Mameda, ominąć gardę, uchwycić, co nieuchwytne – a potem jeszcze przedstawić nam to piękną, literacką polszczyzną…

Czy się udało? Nie aż tak, jak mogło. Mam wrażenie, że „Lepiej, byś tam umarł” (dobry tytuł i znakomita historia, z której się wziął – szkoda, że pojawia się tak późno) to książka, która powstała w pośpiechu. Wierzę, że gdyby panowie dali sobie więcej czasu, lepiej się poznali, dłużej porozmawiali, byłaby ciekawszą lekturą. Nie musiałaby być dłuższa – choć mogłaby, bo to jest rzecz na jeden wieczór – ale można byłoby dodać kilka nowych tematów, parę już obecnych dopieścić, za to wywalić powtórzenia i płycizny służące podtrzymaniu konwersacji. O ile bowiem Twardoch mniej więcej wywiązał się ze swojej roli, o tyle redaktor tu się nie natrudził: wywiad-rzeka to nie są przecież stenogramy sądowe, papier nie musi odzwierciedlać prawdziwego przebiegu rozmowy. Nad tekstem warto popracować, połączyć rozproszone wątki w jedną całość, powywalać to, co niepotrzebne, dopytać o rzeczy, które zostały zawieszone… Tymczasem „Lepiej, byś tam umarł” od strony warsztatowej razi niedopracowaniem. Tematy pojawiają się i znikają, wiele z nich aż krzyczy o uporządkowanie i pogłębienie – przede wszystkim historia, kultura i dzień dzisiejszy Czeczenii, życie rodzinne (trzeba je sklejać z rozsianych tu i tam anegdot, matka pojawia się na przykład pod koniec książki, a i tak sporo brakuje), jego stosunek do polskiej kultury i życia społecznego, ale też, o dziwo, kwestie związane z karierą sportową. Jako niedzielny fan sportów walki gubiłem się czasem w wydarzeniach, które akurat panowie w danym momencie wspominali i na pewno więcej dowiedziałem się o psychologii sportu niż o tym, na czym tak naprawdę polega dyscyplina, w której mistrzem jest Mamed.

khalidovtwardoch blog

Okładka sugeruje też pewną równowagę pomiędzy Khalidovem i Twardochem. „Może to będzie po prostu ich szczera, męska, obustronna rozmowa o tym, co w życiu najważniejsze?” – przyszło mi w pewnej chwili do głowy. Niestety, nic z tego. Tu pisarz pyta, a wojownik odpowiada. Z rzadka Twardoch upomina się o siebie, stawiając znaki równości pomiędzy jego przypadkami życiowymi lub śląską kulturą a doświadczeniem Czeczeńca. Bywa, że są to podobieństwa dość naciągane, czasem po prostu błahe – dowiadujemy się na przykład, że obaj lubią ładne samochody, a Szczepan jeździ mercedesem – serio 😉 – ale niech będzie: wierzę, że Twardoch upiera się przy tych analogiach po to, by nawet najbardziej odpornych na wiedzę czytelników przekonać, że niewiele różni górników z Europy Środkowej od górali z Kaukazu, że na poziomie wartości chrześcijanie i muzułmanie są sobie znacznie bliżsi niż mogłoby się zdawać.

I tu dochodzimy do plusów, których nie przysłonią żadne minusy. Bo ta książka, nawet jeśli niedopracowana, po prostu była potrzebna. Mamed Khalidov wywalczył sobie bowiem – zero przenośni, po prostu wykopał sobie go i wydusił – autorytet, który sprawi, że wysłuchają go również ludzie, którzy nikogo innego nie wysłuchają. Którzy nie mają czasu i ochoty na dzielenie włosa na czworo. Którzy lubią łatwe odpowiedzi na trudne pytania. Którzy ulegają emocjom.

Bardzo możliwe, że „Lepiej, byś tam umarł” będzie dla wielu czytelników pierwszym i największym źródłem wiedzy o obyczajach reprezentantów innej kultury, którzy wybrali Polskę na swoją nową ojczyznę, a także o islamie i jego wyznawcach (memów, wybaczcie, nie liczę). Dobrze się stało, że wiedzę tę dostarcza właśnie Mamed Khalidov, który co prawda nie jest uczonym w piśmie, ale zamiast grozić pięścią, prezentuje postawę pełną tolerancji, cierpliwości i pokory. Oczywiście, nie wszystkich przekona, a już na pewno nie tych, co mają go za wilka w owczej skórze (poczytajcie komentarze w internetach – albo nie, lepiej nie czytajcie). Ale może w kimś zasieje wątpliwości, nie tyle nawet we własnej sprawie, co wobec czarno-białego postrzegania świata w ogóle.

Ale na tym nie koniec! Niezwyciężony twardziel z Czeczenii opowiada tu również o swoich problemach psychicznych, o załamaniu, stanach depresyjnych, lękach. Szczerze, ale bez użalania się nad sobą, mówi o swoich słabościach, o ich prawdopodobnych przyczynach i wstydliwych objawach. Mówi o tym, że sam tej walki nie był w stanie wygrać, że potrzebował pomocy, że poprosił o nią i ją znalazł – w rodzinie, wśród przyjaciół, w religii, u lekarza.

„Lepiej, byś tam umarł” to książka niedoskonała, ale ten jeden wieczór warto jej poświęcić. Tym bardziej warto, im bardziej męscy, przekonani o swojej nieomylności i przywiązani do swojej, jedynie słusznej wizji świata jesteście.

Mamed Khalidov, Szczepan Twardoch „Lepiej, byś tam umarł”, Wydawnictwo WAB

Jak to na wojence ładnie

Zgaduję, że było tak… Jest Święto Dziękczynienia, koniec listopada 2004 roku. Ben Fountain – jak miliony jego rodaków – ogląda telewizyjną transmisję hitu ligi NFL, czyli Dallas Cowboys dostających u siebie łomot od Chicago Bears. Wszyscy czekają też na część artystyczną, tradycyjnie wypełniającą przerwę meczu. Występują królowe świata, olśniewające Destiny’s Child, a wokół nich dzieją się cuda – tancerze fikają koziołki, cheerleaderki kręcą pupami, strzelają fajerwerki, bębnią dobosze, kompania reprezentacyjna żongluje karabinami z nasadzonymi bagnetami, a u ich boku maszerują… prawdziwi żołnierze. Frontowcy, którzy jeszcze niedawno walczyli w Iraku.
„WTF?” – myśli sobie Fountain. – „Kto i w jakich okolicznościach wpadł na ten szatański pomysł połączenia sportu, muzyki, erotyki i wojny?!”

Na szczęście Ben jest pisarzem i nie musiał czekać na odpowiedź. Udzielił jej sobie sam w wydanej w 2012 roku powieści „Długi marsz w połowie meczu” („Billy Lynn’s Long Halftime Walk”). To nakreślony w szaleńczym tempie (akcja książki, poza nielicznymi retrospekcjami, trwa niewiele ponad trzy godziny, tyle co wspomniany mecz) portret współczesnej Ameryki – duszącego się pod własnym ciężarem przekładańca z pieniędzy, seksu, religii, mediów i przemocy. Nie tylko Ameryki zresztą. Bez entuzjazmu odnalazłem w „Długim marszu…” wiele prawd boleśnie uniwersalnych. O nas. O mnie. To najlepsza książka wojenna z jaką miałem do czynienia od czasu „Łaskawych”, równie prawdziwa – choć przecież ani przez chwilę nie wąchamy tu prochu, jesteśmy na stadionie, wokół piękne panie, cekiny, pióra w pupie… – ale niestety, znacznie bardziej aktualna.

„Długi marsz w połowie meczu” zachwyca nie tylko trafnością obserwacji i krwistymi postaciami, ale również – chyba nawet przede wszystkim – żywym językiem (tu krótka przerwa na standing ovation dla tłumacza – Tomasza S. Gałązki). Co szczególnie ważne, bo sporo tu żartów, czasem o koszarowej proweniencji, ale autentycznie śmiesznych – a przecież dowcip czy ironię najłatwiej zgubić w tłumaczeniu.

Połączenie tematyki wojennej z humorem nasuwa uzasadnione porównania z kultową powieścią Josepha Hellera. Nie nazwałbym, jak Wojciech Orliński, „Długiego marszu…” nowym „Paragrafem 22”, bo zbyt wiele te książki różni, ale tak, można je postawić obok siebie na półce. Podobieństwo polega przede wszystkim na tym, że Fountain, jak Heller, próbuje śmiechem zagłuszyć horror vacui, cudownie zabawnymi dialogami i błyskotliwymi spostrzeżeniami stara się zasypać pustkę, lej po sensie życia wyrąbany wojną. Oczywiście – to żaden spoiler – nieskutecznie. Czytałem „Długi marsz…” często wybuchając głośnym śmiechem, ale kiedy już przewróciłem ostatnią stronę, nie czułem radości i spełnienia, lecz bezsilność i przerażenie. Nie poprawicie sobie więc nastroju tą książką, ale nikt nie obiecywał, że będzie łatwo – i tak trzeba ją przeczytać.

marsz

Ben Fountain „Długi marsz w połowie meczu”, Wydawnictwo Czarne

Życie po życiu. I jeszcze raz, i znowu…

suma

Miałem poważną operację, której skutkiem ubocznym była dziura w lewym boku. Niby się goiło, ale zbyt powoli. Do tego bolało przy każdym ruchu, a krew sączyła się z rany, plamiąc opatrunek i ubranie. Nie pomagałem sobie podejmując wysiłek fizyczny, którego lekarz wyraźnie mi zabronił. Wiedziałem, że źle robię, że ryzykuję, ale cholera, chciałem normalnie żyć… i nagle się obudziłem. Po ranie ani śladu, bo – odpukać – nigdy nie byłem na stole operacyjnym. Po prostu zdrzemnąłem się na kanapie, z pilotem telewizyjnym wbitym w bok.
– A co jeśli – pomyślałem sobie, wiem, że niezbyt oryginalnie – nasze codzienne problemy są równie realne? A jeśli tylko śnimy nasze życie?

Niewielka „Suma” zawiera sporo podobnych myśli. David Eagleman – amerykański naukowiec, zatrudniony na wydziale psychiatrii i nauk behawioralnych Uniwersytetu Stanforda – zebrał w jednym tomiku 40 pomysłów na zaświaty. Od efektownych banałów (ludzie to komórki rakowe w ciele boga) po koncepcje oryginalne i karkołomne. Często zabawne i absurdalne, bo choć Eagleman deklaruje się jako posybilista (a więc – jeśli dobrze rozumiem – taki ładniej nazwany, ciekawy świata agnostyk), nie sposób traktować „Sumy” jako zbioru poważnych koncepcji eschatologicznych. To raczej iskry, które mogą odpalić jakiś proces w naszych umysłach, skłonić do kreatywnej refleksji. Coś między koanami, a powiastkami filozoficznymi Stanisława Lema czy bajkami Leszka Kołakowskiego.

Można raczyć się „Sumą” samotnie, na leżaku, w piękny, letni dzień – taki jak dziś, kiedy prawie da się zapomnieć, że wszystko ma swój koniec. Ale można też wykorzystać tę książkę jako grę towarzyską – losować jedno z 40. mini-opowiadań, odczytywać w gronie przyjaciół, przy butelce dobrego wina, a potem spędzić pół wieczoru na dyskusji o mocnych stronach i mieliznach koncepcji Eaglemana. No bo jeszcze rozmawia się o życiu po życiu, prawda? Czy już tylko o polityce i pieniądzach?

Nienawistny kutas

lou

Gdyby autor tej książki przejął się zasadą, że o zmarłych dobrze albo wcale, zostałoby mu haiku. Na przykład coś takiego:

Smutny piosenkarz
Lou Reed z Nowego Jorku
Śpiewał, że czeka

Bo „Zapiski z podziemia” Howarda Sounesa – tytuł oryginalny „Notes from the Velvet Underground” ma o tyle sens, że kieruje myśli ku kultowej formacji Lou Reeda – to garść nazw i dat plus mniej lub bardziej zakamuflowane komunikaty, że być może Lou wielkim artystą był, ale za to na pewno był małym człowiekiem. Wrednym, zadufanym w sobie sukinsynem, którego nikt nie lubił. A jak ktoś go na chwilę polubił, to głównie po to, by za chwilę pożałować. Pierwszy komplement pod adresem Reeda („Był po prostu fiutem”) pada z ust kolegi ze szkolnego zespołu już na drugiej stronie książki, a później jest niewiele lepiej. Czasem gorzej. „Sądzisz, że ludzie chcą czytać o życiu Lou Reeda?” – pyta autora „Zapisków z podziemia” jeden z najbliższych współpracowników artysty z czasów The Velvet Underground, poproszony o wywiad na potrzeby tej publikacji. – „Będziesz potrzebował dobrego tytułu, jak na przykład Nienawistny kutas lub Najgorszy człowiek, jaki kiedykolwiek żył. Coś, co od razu będzie sygnalizowało, że nie jest to biografia wspaniałego człowieka, bo nim nie był… Był durną, odrażającą, okropną istotą ludzką”.

Rzeczywiście, jako fan twórczości Lou Reeda, który to i owo już o nim czytał, zdawałem sobie sprawę z tego, że nie był przyjemniaczkiem, ale przyznaję, że nie spodziewałem się portretu Doriana Graya, który wyłania się z tej biografii. Bo jest to portret samolubnego, ale i zakompleksionego typa, wykorzystującego życzliwych mu ludzi, bijącego żonę, tak zaćpanego i zapitego, że nie panował nie tylko nad swoim życiem prywatnym, ale i twórczością. Ogarnął się jako tako dopiero jako starszy pan, pod wpływem Laurie Anderson, ale bratem-łatą nigdy nie został, o przebaczenie nie prosił.
Z „Nienawistnego…” – ups, przepraszam, z „Zapisków z podziemia” – jednoznacznie wynika, że płyty, którymi dziś się zachwycamy, które nie bez powodu przecież uważamy za wybitne i kultowe, były nie tylko owocem dalekosiężnej wizji giganta, który przerastał sobie współczesnych, ale również wypadkiem przy pracy albo owocem pracy ludzi, którzy zrobili coś za Lou, bo akurat nie ogarniał rzeczywistości…

Czy warto więc czytać taką książkę? O tak, po stokroć tak.

Z muzycznymi biografiami sprawy bowiem mają się tak, że powstają głównie z miłości. Wiem, co mówię. 😉 Autor takiej biografii najczęściej jest fanem opisywanego wykonawcy/zespołu, w dodatku rozmawia z jego/ich przyjaciółmi, rodziną, najlepszymi współpracownikami – a to oznacza, że nawet dbając o obiektywizm, przedstawia nam szklankę raczej do połowy pełną. Co bynajmniej nie musi oznaczać fałszu. Taka biografia jest po prostu jak zdjęcie korzystniejszego profilu. Wykonane przez dobrego fotografa. W korzystnym oświetleniu. „Zapiski z podziemia” są tymczasem jak foty, które zrobili ci komórką złośliwi koledzy – to nie ludzie, to wilki – na imprezie, która wymknęła się spod kontroli. Akurat wtedy, kiedy zasnąłeś z uchem w sałatce. I ktoś ci markerem narysował fiuta na czole.

Publikowanie takich fotografii na Fejsie czy Instagramie bez wiedzy i zgody najbardziej zainteresowanego to oczywiście zło największe – jaki więc płynie pożytek z publikacji i lektury „Zapisków z podziemia”? Choćby taki, że wraz z nieuchronnym wzrostem niechęci do Lou Reeda, coraz trudniej nam będzie uchylić się przed pytaniem: czy to wciąż OK lubić jego muzykę? Czy kiedy już wiemy, jak wyglądały relacje wewnątrz The Velvet Underground, jak powstawał „Transformer” i kim był człowiek, który wymyślił i zrealizował „Metal Machine Music”, możemy wciąż podziwiać dzieło i jego twórcę?

Moja odpowiedź brzmi: dzieło – tak. Pal licho twórcę.

Być może żyjemy w najbardziej dostatnim, najbardziej interesującym i zarazem najbardziej beztroskim (choć nie wiem, czy to się da połączyć) czasie w dziejach ludzkości, ale jedno jest pewne: XXI-wieczne połączenie kultu celebryty z informacyjną biegunką, którą codziennie nie tylko konsumujemy, ale i współtworzymy (ja choćby tym wpisem, I know) sprawiło, że twórca zrósł nam się z dziełem. Albo i dzieło zastąpił, bo po jaką cholerę czytać książkę, która ma 500 stron, skoro możemy zobaczyć, co pisarz włożył na ściankę i co powiedział (pierdnął na Twitterze) o innym pisarzu. My też mamy swoje zdanie o obu pisarzach i nie zawahamy się go użyć, więc dołożymy do pyskówki pomiędzy ludźmi pióra (w dupie) swój błyskotliwy komentarz, podamy dalej i już, uczestniczymy w kulturze, jest zajebiście. A książka? Nawet jeśli uda nam się ją przeczytać – to przecież nie sposób tego zrobić w oderwaniu od wspomnianych wyżej zdjęć, plotek, twittów, bon motów i memów. Wiemy o współczesnych nam twórcach – nawet tych, co starają się strzec swojej prywatności – zbyt wiele, by nie kładło to się cieniem na ich dziele. Czytamy więc książkę, oglądamy film, spektakl teatralny lub obraz, słuchamy płyty osadzając je automatycznie nie tyle w kontekście innych książek, filmów, płyt, co w kontekście prywatnego życia autorów. Czasem oczywiście ma to sens (bo jak inaczej brać się za bary z „Moją walką” Knausgårda?), ale zwykle – niekoniecznie. Często – w ogóle nie.

Nazbyt gorliwe wiązanie życia prywatnego twórców z ich dziełem jest krzywdzące dla tych artystów, którzy mieli nieszczęście narodzić się i tworzyć w Epoce Informacji. O prywatnym życiu i cechach charakteru antycznych dramatopisarzy, barokowych kompozytorów i romantycznych poetów wiemy bowiem niewiele lub nic – w związku z tym obcowania z ich spuścizną nie zakłóca nam świadomość, że jak się ochlali na imieninach wujka Jurka to komuś spuścili łomot. Ich opryskliwość, niefotogeniczność, złe zwyczaje żywieniowe, poglądy polityczne, rytuały religijne, upodobania seksualne i nawet karygodna nieznajomość praw dynamiki Newtona dawno legły z nimi w grobie i nie mają żadnego znaczenia. No dobrze, może czasem pomagają nam w interpretacji dzieła – ale to wszystko, nie budzą emocji, nie zachęcają nas do ferowania wyroków w moralnym uniesieniu. Czemu więc mielibyśmy oceniać jakiegoś śpiewaka z Nowego Jorku nie za jego piosenki, ale za to, że był niemiły jak wciągnął kreskę?

Jest jeszcze coś. Jeśli sam tworzysz, możesz znaleźć w biografii Lou Reeda autentyczną pociechę – pal licho, że teraz twoje płyty się nie sprzedają, a recenzenci albo cię ignorują, albo uważają za pretensjonalnego głupka. Za 20, a może za 50 lat, nikt nie będzie pamiętał, kto był dzisiaj na pierwszym miejscu listy przebojów i co było piosenką dnia w RMF-ie, za to twój pogardzany dziś i niesprzedawalny album może przejść do legendy. Może być kultowy. Może inspirować innych. I nie ma znaczenia, kto ci dograł bas, kto podczyścił wokale i skąd ukradłeś tę fajnie brzmiącą linijkę w refrenie. Ważne, kto się pod tym podpisał.
Nie, nie żartuję.

A co z Lou Reedem? Po lekturze „Zapisków z podziemia” wciąż najbardziej nie lubię go za „Lulu”.

On i tamten diabeł

Robert Johnson marnie skończył i pewnie sam siebie nie uznałby za człowieka sukcesu, ale udało mu się – przy okazji, nieświadomie i z grubym poślizgiem – zostać legendą. Najpierw bluesa, potem rocka i popkultury w ogóle. Niby był człowiekiem z krwi i kości, zachowało się jakieś zdjęcie albo dwa i nawet możemy posłuchać kilkudziesięciu piosenek, ale to przecież bardziej postać mitologiczna, niż historyczna. Jego prawdziwe życie, krótkie i raczej monotonne, jest przecież mniej interesujące od wieści gminnej, która głosi, że w zamian za talent bluesowego gitarzysty sprzedał duszę diabłu. Mało tego – im więcej wody upływa w Missisipi, tym bardziej pewne jest, że Johnson powierzył szatanowi nie tylko swój własny los, ale całego rock’n’rolla. Stonesi, The Doors, Black Sabbath i Slayer – oni z niego wszyscy…

love

Forma w jakiej przedstawiono losy Roberta Johnsona w „Love in Vain”, wydanym właśnie po polsku biograficznym komiksie Mezzo i Duponta, jest absolutnie adekwatna do treści. Ciemne, gęste, bardzo zmysłowe rysunki są urodziwe, ale ciężkie, przytłaczające. Sama opowieść też nie jest szczególnie dynamiczna, nie wciągnie was frapującą intrygą (bo przecież i tak wiadomo, jak to się wszystko skończy), ale raczej zachwyci starannie budowanym klimatem. „Love in Vain” to piękny hołd dla bluesa i Johnsona, który dałoby się przekartkować z prędkością wiatru zamiatającego ulice słodkiego Chicago, gdyby nie to, że niemal każda plansza zatrzymuje wzrok na dłużej, niemal każda jest pięknie skomponowaną małą anegdotą.

love2

No i taka to niedziela. Słucham bluesa, czytam już po raz drugi „Love in Vain” i myślę sobie, że komiks – przez to, że jest mniej dosłowny, raczej rozpędza wyobraźnię, niż ją zaspokaja – to do opowiadania o muzyce medium znacznie wdzięczniejsze niż na przykład film. I że liczę na więcej podobnych wydawnictw, jednocześnie kłaniając się nisko Kulturze Gniewu, która tę perłę dla nas wyłowiła.

Obozy niczyje

img_3533

Obawiam się, że przez tę okładkę wielu ludzi wyrobi sobie opinię o książce Marka Łuszczyny bez czytania. Trudno zresztą na jej widok nie przypomnieć sobie regularnych przepychanek z ignorantami z zachodnich mediów, którym „polskie” myli się z „na terenie okupowanej Polski”.
Tymczasem „Mała zbrodnia” (Znak Horyzont, 2017) nie jest głosem w tej sprawie. Zaczyna się tam, gdzie kończy się Holokaust – to opowieść o obozach zorganizowanych przez NKWD i polską bezpiekę tuż po wojnie, dla prawdziwych i wyimaginowanych wrogów narodu i nowego ustroju. To wspomnienie żaren historii, które mieliły nie tylko tych, co je jeszcze przed chwilą uruchamiali, ale i niemiecką ludność cywilną (niewinną lub – jak ujmuje to jeden z bohaterów tej wielowątkowej opowieści – winną przez swój konformizm), a także Żołnierzy Wyklętych, pokutujących za nieswoje grzechy Ślązaków czy wysiedlonych w ramach akcji „Wisła” Ukraińców i Łemków.

To temat trudny, politycznie niewygodny, niezależnie od tego, kto akurat jest w naszym kraju u władzy. Bo jak tu mówić o polskich obozach koncentracyjnych (nie mylić z obozami zagłady! – zagadnieniu precyzyjnej nomenklatury poświęcony jest jeden z ustępów książki), nie narażając się jednocześnie na zarzut rozmydlania odpowiedzialności za Zagładę (nie ma tu cienia takiej próby), szukania fałszywej symetrii (o tym też nie ma mowy), czy choćby dostarczania paliwa niemieckim rewizjonistom. Jak położyć na szali miliony ofiar hitleryzmu i niewspółmiernie mniejszą (niewartą wspomnienia?) liczbę tych, co zginęli po wojnie, w ramach systemowego albo i prywatnego odwetu? Tym bardziej, że przecież musiała być akcja, żeby mogła zaistnieć reakcja – sadystów z bezpieki też stworzyła rozpętana przez Niemców wojna. Czy wreszcie można pisać o polskich obozach, skoro po wyzwoleniu komuniści nie przejęli w kraju władzy w wyniku demokratycznych wyborów, ale zostali tu zainstalowani przez obce mocarstwo?

Autor dobrze zna i zawarł w swojej książce wszystkie te pytania, na niektóre z nich próbuje odpowiedzieć. Zdaje sobie też sprawę z tego, że nie wszystkich czytelników jego odpowiedzi usatysfakcjonują („Jak pierdolnie z lewej i prawej to pójdziesz do wymiany” – tak koleżanka po fachu ocenia temat reportażu i możliwe konsekwencje jego poruszenia) – ale brnie dalej. Uważa, że tak trzeba, że powinniśmy poznać prawdę, że pamięć może nas ochronić przed powtarzaniem błędów przeszłości. Przy czym rozsądnie nie domaga się tego w swoim imieniu („Kim on jest, żeby nas pouczać?!” – już to słyszę), ale cytuje „Korzenie totalitaryzmu” Hannah Arendt, relacjonuje jak z podobnym epizodem swojej historii (po)radzili sobie Czesi, przypomina słynny list biskupów polskich do niemieckich z 1965 roku… Jak mniemam wszystko po to, by jak najtrudniej było osadzić tę historię w kontekście doraźnych potrzeb polityki historycznej.

I tu wracamy do tytułu: mocnego, zwracającego uwagę, podkreślonego znakomitym projektem graficznym, ale jednak niezawierającego pytajnika. To zapewne pomoże książce na księgarnianych półkach. Wzbudzi kontrowersje, które prawdopodobnie przysłużą się sprzedaży, ale już niekoniecznie spokojnej, rzeczowej rozmowie na poruszane w „Małej zbrodni” tematy. Będzie awantura, będą wyzwiska, w jedną i drugą stronę fruwać będą oskarżenia o instrumentalne traktowanie historii, wybiórczą pamięć i działanie na szkodę polskiej racji stanu. Jestem jednak pewien, że i wydawca, i autor zdawali sobie sprawę z tego, że sieją wiatr, więc najwyraźniej uznali, że lepsza będzie burza niż przedłużająca się cisza.

Tak czy owak, warto. Skłamałbym jednak, gdybym powiedział, że „Małą zbrodnię” dobrze się czyta, choć nie jest to uwaga o charakterze warsztatowym. Po prostu, jako nolens volens przedstawicielowi gatunku Homo sapiens, z trudem mi przychodzi przyjęcie do wiadomości, że ludzie byli do tego wszystkiego zdolni. Nie gdzieś daleko, w Azji czy Afryce. Nie dawno temu, przed wynalezieniem kultury wysokiej, protokołu dyplomatycznego i etyki indywidualnej. Tutaj, obok, przed chwilą. Ledwie pokolenie, dwa temu. Przecież jeszcze niedawno, parę lat temu i ofiary, i oprawców zdarzało nam się mijać na ulicach. Może i dziś się zdarza…

Z archiwum Twin Peaks

Jedną z moich ulubionych baśni Andersena są „Nowe szaty cesarza”. Życiowe takie. Czerpiąc zatem inspirację z literatury, nie przedłużając i nie klucząc, niechętnie, ale z przekonaniem – krzyknę, że król jest nagi. Otóż, Panie Frost, ktoś Pana wprowadził w błąd. To nie ten serial. Pana książka nie jest apokryfem do „Twin Peaks”, ale do „X-Files”. Wystarczy zmienić ilustracje i parę nazw własnych, przepakować i wszystko będzie w porządku. Cieszę się, że mogłem pomóc. Czuwaj.

owl1

Na nic chyba tak w życiu nie czekałem – no, może poza beztroską emeryturą na Kanarach – jak na nowe wieści z tego miasteczka. Torturę miała złagodzić książka Marka Frosta, współtwórcy serialu, wypełniająca 25-letnią fabularną lukę pomiędzy Twin Peaks, które opuściliśmy, a tym do którego wejdziemy (już podobno) w kwietniu.
Byłem tak podjarany informacją o „The Secret History of Twin Peaks”, że marzyłem o przetłumaczeniu książki i nawet próbowałem się zgłosić do tego zadania. Zrobiłbym to za darmo, z potrzeby serca, święcie przekonany, że oto właśnie wypełniam swoje przeznaczenie, że ten przekład jest dziełem mojego życia. Na szczęście nic z tego nie wyszło, opatrzność czuwała… Na szczęście, bo nie przetłumaczyłbym tego lepiej niż Agnieszka Sobolewska, ale przede wszystkim dlatego, że śmiem przypuszczać, iż w połowie pracy rzeczone serce by mi pękło.

Spodziewałem się może i nudnej, pewnie lekko grafomańskiej, ale klimatycznej opowieści o tym, jak dorastają dzieci Lucy i Andy’ego, informacji o tym, że Bobby jednak wyszedł na ludzi, a Norma musiała sprzedać swój lokal, bo ją wykosił Subway. Liczyłem na zamknięcie kilku mało znaczących wątków, zasygnalizowanie innych. I na 350 stron dostałem takich może 30, w dodatku głównie dotyczących wydarzeń, które już znamy z serialu, ale tu ukazanych z innej perspektywy. Zupełnie zresztą niepotrzebnie – dzisiaj o niektórych mieszkańcach Twin Peaks wiem więcej niż o członkach własnej rodziny, ale nie mam pojęcia, po co mi ta wiedza.

Przede wszystkim bowiem liczyłem na to, że Frostowi wystarczyło ćwierć wieku, żeby zrozumieć, co było największą siłą jego własnego serialu. Podpowiadam: zagadka, nie jej rozwiązanie. Ale także uniwersalność przekazu. Nie wiadomo było, o co tak naprawdę chodzi, jakie siły reprezentuje Bob, jacy inni szatani są tam czynni – więc łatwo mogliśmy poczuć, że „Twin Peaks” opowiada nam też coś o nas i naszym najbliższym otoczeniu. Przecież bohaterowie Twin Peaks to też zwyklaki ze zwyczajnego miasteczka, w którym niby wszystko się zgadza, ale za (czerwoną) zasłoną rzeczywistości kryje się inny, mroczny świat, rządzący się swoimi prawami.

sekretyo

Frost tymczasem postanowił w „Sekrety Twin Peaks” wrzucić wszystkie tajemnice nie tylko miasteczka, ale w ogóle całej Ameryki i okolic. Nie dość więc, że w raczej niedorzeczny sposób miesza wszystko ze wszystkim – klątwę Indian, Wielką Stopę, masonów, Roswell, Aleistera Crowley’a, prezydenta Nixona, scjentystów… – to jeszcze pozbawia tym samym miasteczka jego uniwersalnego charakteru. Z „Sekretów Twin Peaks” wynika bowiem, że mamy do czynienia z jakowymś pępkiem (innego) świata, z miejscem od stuleci niezwykłym, raz po raz rozbłyskającym nadprzyrodzonymi fajerwerkami. Takie miasto jest więc tylko jedno, skryte gdzieś w malowniczych lasach stanu Waszyngton, a więc ta historia nijak mnie nie dotyczy. Symboliczny, czy wręcz archetypiczny, charakter „Twin Peaks” zastępuje bełkotliwa dosłowność. Czar pryska.
Ostatnio byłem równie rozczarowany, kiedy dowiedziałem się, że ćwiczenia koncentracji i woli nie wystarczą: nigdy nie będę rycerzem Jedi, bo jak ostatnio robiłem sobie morfologię, to się okazało, że stężenie midichlorianów w mojej krwi jest równe zeru. Od tamtej pory Gwiezdne Wojny nie toczą się już w moim imieniu.

Przestrzegam więc – choć zdaję sobie sprawę z tego, że za późno, bo każdy zainteresowany pewnie rzucił się na nią tuż po premierze – honorowych obywateli Twin Peaks: ta książka nie jest tym, czym się wydaje.