Za młody na Cohena

Jako pacholę przeżyłem krótki okres fascynacji twórczością Leonarda Cohena. Szczególnie płytami „Various Positions” i „I’m Your Man”, bo to był ich czas (zresztą „First We Take Manhattan”, niezależnie od brzmienia, to jedna z tych piosenek, które należy ocalić od nuklearnej zagłady), ale nawet na Cohena w wersji Zembatego z radością się załapałem, bo jeszcze language był dla mnie tajemnicą, a tu tekst przecież ważna rzecz.


Potem jednak wykoncypowałem sobie, że przecież jestem piękny i młody, pełen radości i testosteronu, więc co ja będę sobie życie marnował na słuchanie jakiegoś marudy, który – jak Herod – nigdy nie był młody. Odpłynąłem więc od Leonarda, którego szanowałem, ale omijałem. Bo przecież dowcip, który zrobił mi ukochany wówczas (i w sumie wciąż) Nick Cave, który gdzieś na wysokości „The Boatman’s Call” postanowił zostać Cohenem, chyba się nie liczy?
Nie liczy się też zapewne nawet to, że „Waiting For the Miracle” (przede wszystkim) i „The Future” kochałem na zabój – bo ścieżka dźwiękowa „Urodzonych morderców” to jedna z moich ulubionych płyt wszech czasów.


No więc Cohen… Chyba nie ominęła mnie żadna studyjna płyta od tamtych czasów, od lat 80., ale też przy żadnej nie zatrzymałem się zbyt długo. Przecież to Cohen, rzecz dla jajogłowych czterdziestolatków, a ja jestem piękny i mło… aaaaaaaaaa….

Trochę mam za złe Cohenowi, że dał mi się dogonić, bo nie planowałem nigdy być panem w średnim wieku, a już na pewno nie planowałem nim być w tym stuleciu. No, ale stało się i muszę przyznać, że „You Want It Darker” zrobił na mnie duże wrażenie….

….i tyle, Drogi Czytelniku, zdążyłem napisać przed tygodniem. Dalej miało znaleźć się kilka zdań recenzji nowej płyty Kanadyjczyka. Niestety, nie było czasu, nie było weny, potem wypadło z głowy. A dzisiaj to już przecież nie ma sensu, bo nowy, żałobny kontekst i tak większość moich wywodów pozbawiłby znaczenia, a resztę by wypaczył. Dzisiaj nie trzeba analizować płyt Leonarda Cohena, na to jeszcze przyjdzie czas. Dzisiaj wystarczy posłuchać w milczeniu, choćby tej ostatniej, bo jest wybitna.
Można też westchnąć, ale nie trzeba płakać, bo jak się zdaje, Cohen był gotowy.


A ty, Roku 2016, obrzydliwy sukinsynu – mam nadzieję, że dałeś nam co najmniej tylu wybitnych artystów, ilu zabrałeś, tylko po prostu jeszcze o tym nie wiemy…

Reklamy

One thought on “Za młody na Cohena

  1. Pingback: Gdzie ci kwiaty? | MOCNY W GĘBIE

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s