Un Podsiadło vero

Pamiętacie, że był polski mainstream bez Dawida Podsiadło? Bo ja jak przez mgłę… a przecież ten małolat ma ledwie 23 lata! On dopiero zaczyna!

Oczywiście, może okazać się kolejnym meteorytem, który błyszczy pięć minut, po czym spala się w atmosferze i znika bez wieści. Ja jednak jestem przekonany, że ten pan zostanie z nami dłużej. I mam na to twarde dowody – facet ma głos, talent piosenkopisarski (potrafi ułożyć sobie zgrabną piosenkę i jeszcze wyposażyć ją w niegłupi tekst!), nienachalne, lekko absurdalne poczucie humoru, skromność i dystans do własnego sukcesu oraz szczęście do ludzi. Co widać zarówno po jego bliższym (zespół i ekipa), jak i dalszym otoczeniu – oto w trwającej właśnie trasie Andante Cantabile gościnnie udział biorą (różni w różnych miastach) m.in. Artur Rojek (był dzisiaj i fajnie), Julia Marcell, Katarzyna Nosowska, Kortez, Organek, Pezet, Ten Typ Mes, Tomek Makowiecki… Nie chodzi przecież o fuchę życia, ani o to, że sami narzekają na brak zainteresowania ze strony publiczności – moim wchodzą z nim na scenę, bo Dawidowi trudno odmówić, bo jest fajnym typem robiącym dobre rzeczy. Takiego towarzystwa się nie unika.

No więc Andante Cantabile Tour – właśnie wróciłem z koncertu w krakowskim ICE. Foty żadnej nie mam, bo poproszono publiczność o wyłączenie komórek i powstrzymanie się od fotografowania/filmowania i zdaje się, że wszyscy się grzeczne zastosowali. Będziecie więc musieli uwierzyć mi na słowo…

Duża sala wypełniona po sufit i niemal dwugodzinny występ, zakończony owacją na stojąco (zasłużoną, przyznaję) i bisami. Podsiadło ma ledwie dwie płyty na koncie – no dobra, licząc wydaną właśnie „Annoyance and Disappointment 2.0” niech będzie, że dwie i pół – ale już ma z czego zbudować długi set, o odpowiedniej dramaturgii, bez dłużyzn i przegrzewania. W dodatku brzmi to wszystko inaczej, niż na trasie promującej pierwszą wersję drugiego albumu, nikt nie powie, że płaci znowu za to samo. Te zasiadane koncerty w pięknych halach rzeczywiście są wyjątkowe, nie tylko za sprawą wymyślnej, włoskiej nazwy. Mniej jest galopowania, więcej klimatów, a przeboje tak uroczo zepsute, żeby nikomu nie przyszło do głowy skakać pomiędzy fotelami – „Trójkąty i kwadraty” po angielsku (czyli właściwie „S&T”), w dodatku przearanżowane w elegancką, stateczną pieśń, a „W dobrą stronę” to już w ogóle powaga i poezja śpiewana (właściwie melorecytowana, żeby się nikt nie wyrywał i nie próbował towarzyszyć).

Raz brzmi to wszystko niczym Coldplay, innym razem rozlewa się szerzej, w migotliwe pejzaże à la Sigur Rós. Tu słyszę Paolo Nutiniego (szczególnie świetne „Where Did Your Love Go?” mi się kojarzy), tam znów szelmowski pop Robbiego Williamsa. A więc najlepsze wzorce współczesnego męskiego popu, na szczęście nie małpowane, ale twórczo połączone i przefiltrowane przez osobistą wrażliwość wokalisty z Dąbrowy Górniczej.

Koncert miał dla mnie trzy punkty kulminacyjne: mniej dramatyczną od pierwotnej, ale wciąż wywołującą ciary wersję „Nieznajomego”, solo mistrza ceremonii na puzonie (słyszeliście lepsze, to pewne – ale jak to pięknie siadło na pierwszy finał!) oraz wisienka na torcie w postaci coveru „Il Mondo” Jimmy’ego Fontany. Kumacie to? Nie wspomnianego wcześniej Williamsa, nie Beatlesów itp., ale Fontany. Jak się bawić, to na całego!

Ech, gdyby się ten Podsiadło nie pojawił, trzeba by go było wymyślić…

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s