Kino na uboczu

Dosłownie i w przenośni. Dwa wieczory spędziłem w Przemyślu, na Festiwalu Kina Niezależnego CK OFF. W roli uważnego widza oraz jurora. Konkursy muzyczne zdarzało mi się już oceniać, ale filmy – po raz pierwszy w życiu. I muszę przyznać, że to była bardzo pouczająca przygoda.

ckkoff

Do konkursu zakwalifikowało się 16 obrazów, bardzo różnych – od adaptacji Stephena Kinga i Marcela Prousta, po próby opowiedzenia o istocie wszechrzeczy z cmentarzem/przedszkolem/obserwatorium astronomicznym w tle. Były rzeczy technicznie świetne, były niedoskonałe. Ku mojemu ubolewaniu mało było dobrych historii. Tak jakby twórcy mieli potrzebę opowiadania, wiedzieli jak, ale nie mieli o czym. No, ale skoro literatura od lat ma z tym problem i bawi się głównie formą, to czego wymagać od młodego kina?

Nie mieliśmy jednak problemu z wyborem najlepszego filmu – Grand Prix otrzymał „To, czego chcę” Damiana Kocura. Tu nie było widać potknięć, szwów, nadrabiania miną, a ja przez pół godziny z okładem nie pamiętałem, że jest jakiś konkurs, a ja w jury. Po prostu zanurkowałem w tę historię. Pozwolę sobie przytoczyć słowa uzasadnienia werdyktu, bo niczego lepszego nie wymyślę: „za dojrzałość, bohaterów z krwi i kości, brak łatwych rozwiązań i spójność formy z treścią. Oraz za Rambo”. Jeśli więc tylko będziecie mieli okazję obejrzeć, polecam z pełną odpowiedzialnością. A nazwisko autora zapisuję, warto śledzić poczynania.

Ujęła nas też bezpretensjonalna miniaturka „Debiut – Miłość” Sylwii Rosiak. Oto dziesięciolatek przygotowuje się do pierwszego w swoim życiu wyznania uczucia i rozważa możliwe scenariusze. Okazuje się, że wybranka reaguje inaczej niż to sobie wyobrażał, ale i tak jest dobrze… Raptem kilka minut, ale wszystko na miejscu.

Mnie zaintrygowała też „Multifrenia” Martyny Majewskiej, na podstawie „W poszukiwaniu straconego czasu” – może i pretensjonalna, ale barwna, sugestywna, pełna życia. Miła odmiana na tle niedoświetlonych kadrów z ubłoconymi blokowiskami/garażami/podmiejskimi drogami/nasypami kolejowymi. Przyznaję jednak, że byłem w swojej opinii odosobniony, bo pozostali jurorzy – Piotr Matwiejczyk i Henryk Łoziński, pozdrawiam – pozostali niewzruszeni.


Pozytywne wrażenia, które wywiozłem z gościnnego Przemyśla mąci tylko jedna, zasłyszana w kuluarach informacja: że w polskim kinie offowym lepiej już było. Żyjemy w czasach, w których można nakręcić film taniej i łatwiej niż kiedykolwiek wcześniej, a – paradoksalnie – kręci się mniej. Cóż, mam nadzieję, że to tylko chwilowe zakłócenia mocy i że przemyski festiwal, który w tym roku obchodził jubileusz, będzie miał co pokazywać co najmniej przez kolejną dekadę.

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s