I still miss David Bowie

Michael C. Hall zdobył sławę i zaszczyty jako Dexter, a więc człowiek, który mordował innych nie bez powodu i zawsze w dobrej wierze. No, ale trup jest trup. I tutaj, niestety, mamy do czynienia z pięknie przypudrowanymi i wystrojonymi zwłokami – pamiętacie Michaela z wspaniałej roli Davida w „Sześciu stopach pod ziemią”? – kilkunastu znakomitych piosenek Davida Bowiego.
Całe szczęście, że one jak ten Łazarz…

Mam wrażenie, że sam Bowie (rozumiany jako postać sceniczna, ale i katalog piosenek) to już było takie bogactwo, że kiedy wetknąć tych kilka dodatkowych, teatralnych/musicalowych piór w dupę, to okazuje się, że nawet najtwardsza dupa tego nie zniesie. Ozdobniki, udziwnienia, dramatyczne, koturnowe finały… ja wiem, że Bowie był wściekle teatralny, ale u niego zawsze to było z uśmiechem, z dystansem, a nie że w każdej sekundzie musimy dotknąć istoty wszech rzeczy. Mam też wrażenie graniczące z pewnością, że geniusz Bowiego polegał nie tylko na umiejętnościach kompozytorskich (piosenkopisarskich, niech będzie), ale przede wszystkim na jego charyzmie jako wykonawcy. W innych rękach, w innych gardłach ten sam materiał nie wydaje się już tak doskonały, zbyt łatwo go przerysować, wepchnąć w ramiona radosnego kiczu czy żałosnej pretensji…

„Lazarus” nie jest od tego wszystkiego wolny, choć wykonawcy podeszli tu do Bowiego ze znacznie większym szacunkiem i zrozumieniem niż pani Gaga podczas pamiętnego show na rozdaniu nagród Grammy. Nie wszystkie aranżacje więc kupuję, ale na przykład „The Man Who Sold The World” (ta gitara!), „Where Are We Now?” czy „Absolute Beginners” są całkiem w porządku. Lepsze od oryginałów? Bez przesady, wiadomo, że nie… Wokalnie? Tu gorzej, bo amplituda wrażeń obejmuje od „do przyjęcia” (zwykle gdy śpiewa Michael) do „ale za co?!”. Szczególnie Sophia Anne Caruso ma skłonności do przesady (nazwisko zobowiązuje?), która rujnuje wysiłki całej ekipy. Podoba mi się tylko, jak zaśpiewała „Life on Mars?”, ale tu już materiał wyjściowy jest nieco groteskowy, kabaretowy, więc odpowiadający jej temperamentowi.

Jakimś wyjaśnieniem może być adnotacja we wkładce – że w dniu rozpoczęcia nagrań (11 stycznia 2016) ekipę „Lazarusa” zastała wiadomość, że David nie żyje. Z drugiej strony, może lepiej było przełożyć sesję i nieco ochłonąć?

lazarus

Usprawiedliwia ich też fakt, że Bowie sam sobie ten musical wymyślił i nad nim czuwał (choć nie wiem do jakiego etapu – może słyszał tylko część z tych pomysłów, może żadnego), więc spośród niezliczonych reinterpretacji i hołdów, które powstały i powstaną po śmierci Mistrza, ten jest szczególny, bo zawiera jeszcze tchnienie jego kreatywnego ducha.

A właśnie – drugi dysk! Można marudzić na część zasadniczą „Lazarusa”, ale i tak każdy fan jest tu dla dodatków. Trzech numerów, których na innych płytach Davida nie ma. To „No Plan”, „Killing a Little Time” (najlepsze, tu jest pazur i nerw jak w King Crimson!) i „When I Met You”. Znalazły się też w części musicalowej i w związku z tym, że nie miałem wcześniej do nich żadnego emocjonalnego stosunku, na ich przykładzie najlepiej słyszę, czym się różnią wspaniałe interpretacje starego, schorowanego mistrza od ledwie poprawnych, w wykonaniu na wszystkie strony szkolonych profesjonalistów w pełni sił. Słyszę to doskonale, choć nie potrafię ubrać tego w słowa…

Advertisements

One thought on “I still miss David Bowie

  1. „choć nie wiem do jakiego etapu – może słyszał tylko część z tych pomysłów, może żadnego”

    Wszystko słyszał, bo przecież premiera spektaklu odbyła się jeszcze za jego życia (są zdjęcia z jego uczestnictwa w premierze). Reżyser Ivo van Hove sporo opowiadał o tym, jak wyglądała ich współpraca. Fakt, że Bowie nie słyszał nagrań studyjnych, które są na płycie, chyba niewiele zmienia, bo o ile wiem, są one mniej więcej takie same jak to, co można usłyszeć ze sceny (londyńskiej w tym momencie).

    Generalnie zgadzam się z recenzją, aczkolwiek myślę, że jednak te wykonania są tylko częścią większej całości i fajnie by było zobaczyć jak to działa razem z resztą przedstawienia. Wykonawcy to w końcu nie żadni artyści-postaci z własną silną indywidualnością, tylko zawodowcy związani z teatrem (muzycznym lub nie), więc trudno w ogóle o porównania z oryginałami albo innymi „tributami”.

    „Dextera” interpretacje takie sobie, czasem jest zbyt histeryczny, Caruso mnie akurat tak bardzo nie wadzi.

    Również lubię „Life on Mars” i „Absolute Beginners”. Od siebie dodałbym jeszcze „This is Not America”, „Always Crashing in The same Car” i „Heroes”, które jest tutaj dalece przerobione, ale dzięki temu to jeden z niewielu coverów tej piosenki, który działa. Wiele razy próbowano zrobić z tego balladę i wychodziło mało ciekawie (Peter Gabriel chociażby), a tutaj udało się całkiem zgrabnie. Kiedyś słusznie chyba Pitchfork napisał, że „Heroes” to w 70% wspaniałe nagranie i tylko w 30% wspaniała piosenka. Stąd nawet wersje live samego Bowiego nie mają tego czegoś, co ma wersja płytowa.

    Moim ulubionym hołdem jest jednak ciągle „Strung Out in Heaven” Amandy Palmer.
    A jak się podobał koncert z BBC PROMS?

    Ja jestem trochę rozczarowany, zwłaszcza kiedy się porówna z fenomenalnym koncertem poświęconym postaci Quincy Jonesa.

    Przy okazji: dziękuję za wszystkie teksty o Bowiem przez te wszystkie lata (i nie tylko teksty, pamiętam ankietę wieki temu w Metal Hammerze, gdzie Bowie pojawił się jako ulubiony artysta). Był taki długi okres (przed wydaniem „The Next Day”), że wydawało mi się, że w tym kraju Bowiego lubię tylko ja i Jarek Szubrycht 😉

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s