2014: Polskie pięć dych

Zarzekałem się, że nie zrobię podsumowań. Kłamałem. Albo inaczej – nie miałem takiego zamiaru, lecz podsumowania, które widziałem, były dla mnie mało satysfakcjonujące, więc postanowiłem ogłosić swoje votum separatum. Chwilę mi to zajęło, ale korzystając ze świąteczno-noworocznej przerwy od maili i telefonów przypomniałem sobie parę tytułów, nadrobiłem zaległości w tym i owym, by wreszcie uporządkować sobie w głowie, na półce i na blogu rok 2014 w polskiej muzyce. Było obficie i różnorodnie, chociaż w głównym nurcie zabrakło debiutu na miarę Dawida Podsiadły – Curly Heads się nie liczy, fajna płyta, mam jednak na myśli kogoś innego, nie kolejny debiut Dawida ;). Ale w sumie – co mnie obchodzi główny nurt? Dawno już przecież przeszedł do opozycji.
Przesłuchałem w minionym roku pewnie ze trzysta polskich płyt i tylko dlatego, że nie mam na to czasu nie proponuję dzisiaj państwu setki naprawdę wartych uwagi. Nad czym ubolewam, bo boję się, że tak dobry rok długo się w polskiej muzyce nie powtórzy. Choć może się mylę, bo pięć lat temu też wydawało mi się, że jest super, a dzisiaj widzę, że było raczej skromnie
Na liście brakuje płyty „Kołysanki”, która co prawda bardzo mi się podoba, ale Lux Occulta zostali zdyskwalifikowani za zdradę ideałów black metalu na rzecz hipsterstwa i mariopeszkowatości. Poza tym ich wokalista nie umie śpiewać.
Oczywiście, jest to lista subiektywna, więc komentarze, polemiki i uzupełnienia mile widziane. Kolejność niby nieprzypadkowa, ale proszę się do niej nadmiernie nie przywiązywać – za miesiąc czy dwa pewnie ułożyłbym tę listę inaczej. Jutro też. Dajmy się jednak ponieść chwili… Uwaga: tytuły podlinkowane prowadzą do legalnych i darmowych streamów opisywanych albumów. Bawcie się dobrze.

plyty2014

50. Marszałek Pizdudski – One Man Band (Karrot Kommando)
Najlepszy punkowy debiut roku, choć formalnie to jest dość kwadratowy blues oraz akustyczne rockabilly. Mimo że wiem, że to elvisowanie krakanie jest tylko taką prześmiewczą koncepcją, irytuje mnie maniera wokalna pana Marszałka. Na szczęście zostaje mi to zrekompensowane tekstami. Chylę czoła. A czasem potrząsam całą głową, z niedowierzaniem. Takiego prania po pyskach nie było w polskiej muzyce gitarowej chyba od czasów Po Prostu. Niech no ktoś zrobi temu Marszałku trasę z Winim.


49. We Will Fail – Verstörung (Monotype)
Podoba mi się w obu częściach „Verstörung” – oprócz solidnej dawki mroku – zręczne balansowanie pomiędzy ambientem a muzyką taneczną. To zbyt absorbujące, by przy tym po prostu drzemać, ale zbyt nieuchwytne, przytłumione i rytmicznie niekonkretne (najczęściej po prostu za wolne), by pląsać. Choć z drugiej strony, jak tańczą do Autechre, to do wszystkiego zatańczą.

48. Olivier Heim – A Different Life (Lado ABC)
Anthony Chorale zdjął maskę i znowu zadebiutował solo, tym razem jako Olivier Heim, jak w paszporcie. Gitara zmiękczona flangerem, senne tempo, śpiew balansujący na granicy falsetu i szeptu, a przede wszystkim ładne piosenki – jeśli lubicie sieroty po The Beach Boys, od Toro Y Moi po Ariel Pinka, zatoniecie w „A Different Life” na długie godziny, dni i tygodnie. Stylowa, przemyślana rzecz.

47. Natalia Przybysz – Prąd (Warner Music Poland)
Zaiste, elektryzująca to płyta. Bardzo zdrowe, żywe granie, wyraźnie nawiązujące do złotej ery rocka. Wreszcie wiadomo, po co był Natalii ten hołd dla Janis – to był po prostu poligon. Szkoła pisania, grania, interpretowania. Skończona z wyróżnieniem, bo autorskie numery na „Prądzie” niewiele różnią się od coverów (swoją drogą fajnie, że tak nieoczywistych) Niemena i Nalepy. No, może w cudzesach mocniej srożą się klasyczne bluesowe riffy, ale na pewno nie słychać różnicy jakościowej. Dobry materiał, choć na dłuższą metę takie przebieranie się w fatałaszki rodziców i dziadków zdaje mi się ślepą uliczką, którą w dodatku zastawiła już Ania Rusowicz.


46. Fisz Emade Tworzywo – Mamut (ART2 Music)
Pamiętam całkiem poważne dyskusje na temat „Czy Fisz Emade to hip-hop czy może jednak nie?” – dziś chyba nikt już nie traci na nie czasu. Bo bracia Waglewscy dawno wypracowali sobie własny styl, wymościli miejsce poza stylami i scenami. Nie umiem jednoznacznie określić tego, co grają, nie wiem też, do jakiej kierują to publiczności, ale dopóki ma to taką jakość jak „Mamut” – milczę ukontentowany. Szczególnie nisko kłaniam się Emade, odpowiedzialnemu za muzykę: za ten trans, za wizję, za śmiałe korzystanie z palety brzmień.

45. We Draw A – Moments (Brennnessel)
Jako że jestem za ciężki na zatracanie się w tanecznym amoku, wolę elektronikę raczej kontemplacyjną niż parkietową. A jeśli już trzeba ruszyć dupę, to wolę być do tańca uprzejmie zapraszany, a nie smagany batem. Dlatego na przykład wolę Johna Talabota od… tu proszę sobie wkleić pseudonim ulubionego DJ-a, co to rozkręca wixę jak nikt na świecie. W debiucie We Draw A również najbardziej cenię sobie raczej skłonność do minimalizmu i kruche wokale, niż chwile, w których duet zanadto się rozpędza. Czyli jak już musimy jechać na tę Ibizę, to lepiej pospacerujmy po plaży, zamiast ocierać się o spoconych angielskich turystów w dyskotece.

44. Bulbwires – Bulbwires (wyd. własne)
Dużo dobrego dzieje się w polskiej muzyce, ale akurat rock – chociaż wciąż przecież nad Wisłą piekielnie popularny – słabuje. Z tym większą radością witam takie płyty jak debiut Bulbwires. Jest bluesowy fundament i solidne rzemiosło, jest energia i gówniarska radocha (choć to wcale nie smarkacze), czasem psychodeliczne zamyślenie, innym razem taneczny rytm. Na płycie to żre, jak cholera, ale na koncertach dopiero musi być jazda!

43. The Shipyard – Water On Mars (2.47)
Postdivisionowskie, nowofalowe brzmienia zawsze dobrze się w Polsce przyjmowały, czego dowodem miłość narodu do The National, Interpol czy The Editors. Dlaczego więc The Shipyard nie są jeszcze wielkimi gwiazdami? Bardzo dobra płyta, na każdym poziomie – wyrazista, transowa sekcja rytmiczna, kreatywnie grające gitary i odpowiednio zmęczony życiem, dobry wokalista. Wszystko się zgadza. Poproszę tylko o więcej piosenek z trąbką.

42. Wild Books – Wild Books (Instant Classic)
Widzicie ten autobus na okładce? Musiał wyjechać w trasę, żeby zrobić panom z Wild Books miejsce w garażu. Chwytliwe, jazgotliwe, trochę psychodeliczne, trochę punkowe granie. W tekstach Lou Reed, deszcz, papierosy i gin. Płyta jak ze złotej ery Sub Pop.

41. Kuba Knap – Lecę, chwila, spadam (Alkopoligamia)
Omija mnie sporo niezłego polskiego hip-hopu, bo nie jestem w stanie znieść tej spinki, którą charakteryzuje się zbyt wielu polskich raperów. Tej koguciej walki z lustrzanym odbiciem, połączonej z kaznodziejskim tonem – jakby przedrzeźniali własnych starych, proboszczów i kuratorów. Debiut Kuby Knapa to powiew świeżości. Połączenie bezczelności z luzem, wulgarności łobuza (ale raczej podwórkowego filozofa niż osiedlowego zabijaki) z wdziękiem bystrzaka, który ma wszystko gdzieś. W połączeniu z odpowiednią produkcją – kulejący bit Surmana w „Zbyt dziabnięty”: pyszności – daje to znakomity efekt. Japy się cieszo.


40. Julia Marcell- Sentiments (Mystic)
U Julii sporo zmian. Pierwsza piosenka po polsku (w dodatku lekka, ale niegłupia ta „Cincina”) i liczne wycieczki w stronę mocniejszych, wręcz rockowych brzmień. Przy pierwszym przesłuchaniu mierziło mnie wręcz w „Sentiments” to, co wtedy uznawałem za niespójność, a teraz doceniam, jako wszechstronność – po takim materiale Julia może nagrać właściwie wszystko i jestem pewien, że będzie to dobre.

39. Król – Nielot (Thin Man)
Fajne rzeczy robił już z Kawałkiem Kulki, potem zachwycił pół Polski dwiema (pół)płytami UL/KR, aż wreszcie zdecydował się panować niepodzielnie. Król to tak naprawdę kontynuacja i rozwinięcie pomysłów z UL/KR – dominują te same senne tempa, łagodnie pulsujący syntezator i sugestywne, choć niekoniecznie sensowne teksty. Ale zdarzają się też żwawsze rytmy („Żar”) i wyraźne przewagi gitary nad elektroniką. Tak czy owak, Błażej nie dość, że znalazł swój oryginalny styl, to jeszcze jest dobry w tym, co robi.

38. Olo Walicki – Kaszebe II (OWA/Mystic)
Ponoć teksty na całą płytę miała napisać Dorota Masłowska, ale jak się rozkręciła, jak się swą olimpijską formą zachwyciła, to zatrzymała się dopiero odbierając gratulacje za nagranie jednej z najlepszych płyt roku. Nie ode mnie. Rozumiem koncept, podziwiam teksty i wogle, ale debiut Mister D to dla mnie jednorazowa przygoda, głównie przez to, że Dorota uparła się i śpiewa, ale też dlatego, że nie dla mnie beka z typa, choćby przewrotna, literacka i postmodernistyczna. No, ale miało być o Walickim… Masłowska napisała na „Kaszebe II” tylko jeden, skądinąd świetny tekst, ale poratowali inni – m.in. Gaba Kulka, Grzegorz Nawrocki, Lopez Mausere i Tymon Tymański (jego pieśń o katuszach kontrabasisty to mój ulubiony przebój z tej płyty). Fantazja i absurd warstwy lirycznej ścigają się tu z równie wszechstronną, chwilami frywolną wręcz formą, która łączy eksperymentatorskie zacięcie z umiłowaniem po prostu ładnych melodii. Rzecz dla wszystkich, którzy tęsknili za Kurami.


37. Pathman – Monday (Requiem)
Co tu dużo mówić? Fascynujący, jedyny w swoim rodzaju Teatr Dźwięku ATMAN żyje w Pathmanie. Nie do podrobienia jest kojące piękno tej muzyki, jej nienachalna duchowość i trudne do zrozumienia połączenie kruchości formy z intensywnością emocji.

36. Decapitated – Blood Mantra (Nuclear Blast)
W tym przypadku obiektywny nigdy nie będę, bo kocham Wacława oraz podziwiam szczerze – za determinację, dyscyplinę (z którą się nie urodził, ale którą w pocie czoła wypracował), konsekwencję i przede wszystkim: grę na gitarze. Takie połączenie metalowej galopady i wirtuozerskiej precyzji z feelingiem to dar, którym może się pochwalić niewielu, nawet spośród największych. Nieprzypadkowo Vogg ma na przedramieniu wydziaraną podobiznę Dimebaga – to właśnie ten poziom. Swoją drogą, wiecie że kiedy Wacek nie był jeszcze pewien, czy reaktywować Decapitated, zgłosił się do Morbid Angel, którzy szukali wtedy gitarzysty? Nie wzięli go. I całe szczęście – zamiast wspominania nieswoich sukcesów może nam serwować dziś takie płyty jak „Blood Mantra”.


35. PRO8L3M – Art Brut (RHW Records)
I’ve got 99 problems, ale ten mikstejp nie jest jednym z nich. „Art Brut” to wielkie, nokautujące „Sprawdzam!” dla drzemiącej z samozadowolenia polskiej sceny hiphopowej. To materiał odsyłający do kąta większość oficjalnych tegorocznych wydawnictw, podpisanych przez najpopularniejsze nazwiska gatunku. Niestety, po kilku przesłuchaniach uświadomiłem sobie, że w PRO8L3M najbardziej mierzi mnie to, co w pierwszej chwili mnie do nich przyciągnęło – toporem cięte sample z ejtisowych hitów. Zasłużenie wielkich hitów, trzeba dodać, a co za tym idzie Krystyna Prońko, Halina Frąckowiak czy Elżbieta Dmoch zbyt często odciągają tu uwagę od Oskara. Fenomenalnego rapera, który nie tylko jak mało kto w Polsce potrafi zarówno pięknie płynąć na bicie, jak i wiosłować pod prąd, ale też ma zadziwiająco wiele do powiedzenia – choć niby mówi o tym samym, co wszyscy.

34. So Slow – Dharavi (Instant Classic)
Dojrzały, przemyślany, fascynujący debiut. Dzięki tej płycie przypomniałem sobie polską scenę niezależną lat 90., kiedy elektryzowały nas takie formacje jak Falarek, Paraphrenia czy Ewa Braun. Kiedy w cenie było nie tyle nadążanie za światowymi trendami, co szukanie własnego, oryginalnego głosu. A właśnie – głos! Jedyne czego na „Dharavi” mi brakuje do szczęścia to nieco bardziej selektywnych, mniej schowanych na miksie partii wokalnych. Zgaduję, że to wtopienie Łukasza Jędrzejczaka w gitarowe tło jest zabiegiem celowym, ale przyłapuję się na tym, że słuchając „Dharavi” zbyt wiele wysiłku wkładam w wychwytywanie jego głosu.

33. Ser Charles – Ser Charles (Jimmy Jazz)
Jak ja nie lubię takich pseudodowcipnych, modnie ironicznych nazw zespołów! Do tego stopnia nie lubię, że pewnie nie zapoznałbym się z tym materiałem w najbliższym pięcioleciu, gdyby nie telefon od miłej pani z wytwórni: „Jarek, wysyłam ci różne płyty i nigdy nie naciskam, żebyś czegoś słuchał, czy o czymś napisał. Ale tego naprawdę musisz posłuchać!” Tak zrobiłem. I usłyszałem jedną z najlepszych polskich gitarowych płyt roku – trochę postpunkową, trochę zimnofalową. Trochę PiL-ową, trochę subpopową, trochę świetlikową (Stefan Kornacki podaje swoją absurdalną poezję w sposób przypominający mikrofonową ekwilibrystykę pana Marcina). To jest świetne i chcę tego więcej.


32. IZA – Painkiller (wyd. własne)
Iza Lach to jedna z najbardziej utalentowanych dam na polskiej scenie muzycznej. Tymczasem mam wrażenie, że jej nowa płyta została zupełnie przegapiona. Cóż, to tylko dobre, współczesne piosenki, przyprawioną bardzo smaczną, ascetyczną, ale skuteczną produkcją. Zbyt to popowe, by liczyć na wsparcie scenowych koterii. Zbyt niezależne, by radzić sobie w głównym nurcie bez pornoironicznego teledysku z twerkingiem i lokowaniem produktu. Ale też zbyt dobre, byście z czystym sumieniem mieli to po prostu przegapić.

31. Rongwrong – Krwy (Requiem)
Moja ulubiona tegoroczna płyta z gatunku szumy-zgrzyty-strachy. Nietuzinkowa, bo to właściwie słuchowisko historyczne, poświęcone bitwie pod Osuchami, największej partyzanckiej batalii, jaka miała miejsce w Polsce podczas II wojny światowej. Ale na płycie nie ma za grosz tromtadrackiego, epickiego zadęcia właściwego chłopcom bawiącym się w wojnę (#Sabaton, #szablaodbiskupa) – to autentycznie przerażające wywoływanie udręczonych duchów, uzupełniane świadectwem kilku żyjących jeszcze uczestników tamtych wydarzeń.

30. Grażyna Auguścik Orchestar – Inspired by Lutosławski (For Tune)
Z dużą nieufnością podchodzę do takich przedsięwzięć. Oto Festiwal im. Ludwika van Beethovena z okazji Roku Lutosławskiego zamówił u całego tłumu artystów okolicznościową, ponadgatunkową śpiewogrę. Prawdopodobieństwo katastrofy raczej większe niż mniejsze. Na szczęście Jan Smoczyński nie po raz pierwszy dowiódł, że pomiędzy jego uszami aż bulgocze od pomysłów. Przy całym szacunku dla pani Grażyny, która ten album firmuje (i oczywiście pięknie na nim śpiewa), to Smoczyński jest tu gwiazdą. On bowiem opracował muzykę, która nie jest już nawet Schullerowskim Trzecim Nurtem, ale jakimś Czwartym Wymiarem, w którym dyscyplina i subtelności klasyki spotykają się nie tylko ze swingiem i swobodą jazzu, ale również ekstatyczną melodyką polskiego folkloru. To samo na poziomie wykonawczym: jakimś cudem zestrojono tu trzy odmienne ekipy – jazzowy zespół Smoczyńskiego, Atom String Quartet oraz trio Janusza Prusinowskiego – w jedną, wielobarwną orkiestrę. Co mi tam, posłucham jeszcze raz…

29. Vader – Tibi et Igni (Nuclear Blast)
Jaram się tym, że premiera mojej długo noszonej książki o Vaderze zbiegła się w czasie z wydaniem albumu, który w moim osobistym rankingu jest ich najlepszym wydawnictwem od czasów „Impressions in Blood”. Zespół wyraźnie okrzepł i brzmi jak… zespół, a takie numery jak przebojowy, judasowsko-slayerowy „Triumph of Death” z jednej i łączący epicki rozmach ze zwykłą ludzką wściekłością „Hexenkessel” z drugiej strony, już dzisiaj dołączyły do Vaderowej żelaznej klasyki.

28. Kapital – No New Age (Bocian)
Adam Mickiewicz powiedział kiedyś o poezji Juliusza Słowackiego, że jest jak kościół bez Boga. Pewnie chciał konkurentowi zrobić przykrość, wytknąć brak jakiegoś nieuchwytnego, ale oczywiście niezbędnego składnika… Ja jednak widzę w słowach wieszcza raczej niechętny komplement, niż zarzut. Nieprzypadkowo przypomniałem sobie o nich, słuchając „No New Age” (w tym kontekście: najlepszy tytuł!), tego piętrzącego się niczym wieże katedr zgiełku, w którym z radością nie znajduję ani odrobiny duchowości. Im więcej warstw dźwięku, im głębszym echem dudnią drony, im ostrzej wżyna się w tę magmę gitara – tym lepiej. Niech to nie cichnie, niech rośnie i rzuca cień.

27. Job Karma – Society Suicide (Requiem)
Podziwiam wiarę Maćka Fretta w muzykę industrialną, manifestowaną nie tylko poprzez organizację Wrocław Industrial Festival, imprezy unikalnej skali światowej, ale też w twórczości Job Karma. Dopóki powstają takie płyty jak „Society Suicide”, możemy być spokojni o przyszłość gatunku. Pojmowanego nieortodoksyjnie, bo mamy tu do czynienia właściwie z mrocznym rewersem współczesnej muzyki tanecznej. O industrialnym rodowodzie formacji świadczą jednak dobierane z pietyzmem zimne, mechaniczne brzmienia i skłonność do eksperymentów. Tu najlepiej wyrażona w finałowym „Death Day”, nagranym wspólnie z Karpatami Magicznymi. Chciałbym usłyszeć całą taką płytę.

26. Małe Miasta – Małe miasta (Alkopoligamia)
Fajne to. Świeże. Niegłupie. Zanurzone głęboko w hip-hopie, a przecież nie hiphopowe (choć jest i rapowanie, i ficzuringi takich asów jak Ten Typ Mes czy W.E.N.A., i wreszcie hiphopowy label), intrygujące zarówno dźwiękiem, jak i ciekawymi spostrzeżeniami w tekstach. Mocny debiut, który może rozwinąć się we właściwie każdym kierunku, a taka obietnica to najlepsza rzecz jaka może się wiązać z debiutem.


25. Kumka Olik – Yoko Eno (My Music)
Trzymałem kciuki za Holaków after it was cool i miło się upewnić, że dobrze obstawiałem. Długą drogą przebyli Kumka Olik od naiwnego rock’n’rolla z debiutu. Tutaj wahadło wychyliło się w drugą stronę – nawet jeśli mamy do czynienia z ładną, przebojową piosenką (a pisanie takich to wielki dar), panowie komplikują ją aranżacyjnymi trzema grzybami w barszczu. To bogactwo wrażeń, kalejdoskop zmieniający indie rocka w electro, i dalej – w folkowe subtelności, w hip-hop, w psychodelię itp., itd. – sprawia, że „Yoko Eno” można z przyjemnością poznawać tygodniami. Chociaż już na koncercie ta klęska urodzaju może być pewnym obciążeniem…


24. Morowe – S (Witching Hour)
Nie wiem nawet, jak nazwać hipnotyzującą muzykę tej grupy. Brzmienie i ekspresja to oczywiście okolice black metalu, ale to zamiłowanie do długich form, konstrukcja utworów – już raczej progrockowe. „S” nie da się po prostu słuchać: dajesz się porwać temu czarnemu strumieniowi i po godzinie, wyrzucony na brzeg, ze zdziwieniem odkrywasz, że już po wszystkim.

23. HV/Noon – HV/Noon (Nowe Nagrania)
Zapewne należę do mniejszości, która bardziej ekscytowała się faktem, że Hatti Vatti, niż że Noon. Nie zamierzam jednak analizować szczegółowo cech dystynktywnych obu producentów, w poszukiwaniu odpowiedzi na pytanie, kto co wniósł do tego projektu. Powiem tylko, że dobrze się stało, iż panowie tę płytę nagrali oraz że to dopiero miły początek długofalowej współpracy. Jeżeli mam jakiekolwiek zastrzeżenia to wyłącznie do wokalnej klęski urodzaju – nie wszyscy są tu potrzebni, nie wszyscy pasują do tych bitów i siebie nawzajem. Po pierwsze w ogóle za dużo tu niepotrzebnego gadania, a po drugie, tym co jest mogliby się z pożytkiem dla płyty podzielić wyłącznie Eldo z Misią Furtak.


22. Odraza – Esperalem tkane (Arachnophobia)
Black metal odarty z mistycyzmu, za to przesiąknięty dymem tanich papierosów, namaczany w alkoholu z przemytu i wystudzony zimową, polską nocą. Wszystko w zgodzie z prawidłami wymyślonego przez Norwegów gatunku, a jednak oryginalnie i po naszemu. Najlepszy polski metalowy debiut tego roku.

21. Muchy – Karma Market (Universal)
Mam wrażenie, że im Muchy lepsze, tym mniej się o nich mówi w mediach. A byłoby karygodnym niedopatrzeniem przegapienie płyty tak dobrej jak „Karma Market” – która moim zdaniem ustawia Muchy na poziomie najlepszych dni HEY czy Lecha Janerki. Nie dość, że melodie i teksty wymyślili sobie fajne oraz zróżnicowane, to jeszcze oprawili je w pierwszoligowe aranże i pomysły produkcyjne. Pyszności.


20. Behemoth – The Satanist (Mystic)
Polscy filmowcy muszą nadrabiać pomysłowością i odwagą, bo przecież nikt im hollywoodzkiego budżetu nie zapewni – na ludzi, scenografię, światło, efekty specjalne… Z muzyką jest podobnie, chociaż ta przepaść nie jest aż tak głęboka. Jakakolwiek by jednak nie była, Behemoth właśnie ją przeskoczył. „The Satanist” to superprodukcja. To światowa czołówka w kategorii open, nie że jakiś tam underground, czy black metal. Miło słyszeć, że polski zespół nie tylko chodzi w tej samej lidze, co Slayer czy inny Testament, ale wręcz rozstawia starych bogów po kątach. Na własne oczy widziałem i uszy słyszałem, jak na koncercie poszatkował na plasterki Cradle Of Filth. Nie wiem tylko, czym Nergal et consortes mogliby to przebić, nie skręcając równocześnie w zupełnie nowe klimaty. Ale póki co: niech strzelają korki szampana!


19. Czesław Śpiewa – Księga emigrantów tom I (Mystic)
Ta płyta jest jak najlepszy czas Kabaretu Olgi Lipińskiej – pod wierzchnią warstwą wygłupów, pastiszu i gatunkowego chaosu kryje się krzywe zwierciadło, w którym przeglądamy się naszym cechom, losom i… gustom. Przecież „Nienawidzę cię Polsko!”, najbardziej niezrozumiany polski numer AD 2014 (choć podejrzewam, że niewielu spośród dotkniętych do żywego w ogóle go posłuchało), to mistrzowskie nawiązanie do inspirowanej Abbą discorockowej estetyki, którą znaliśmy chociażby z nagrań 2Plus1. Właśnie w rytm tamtych przebojów emigrowali Polacy w latach 80. – wszystko tu się zgadza. Ale nie chciałbym wyróżniać jednej piosenki, bo każda jest osobną opowieścią, każda została zilustrowaną inną muzyką, świetnie wymyśloną, wykonaną (dęciaki i chórki FTW) oraz wyprodukowaną. Mam jednak wrażenie, że nikt na to nie zwrócił uwagi, bo kto by tam poświęcał czas na wsłuchanie się w płytę śmiesznego celebryty z telewizora…


18. Artur Rojek – Składam się z ciągłych powtórzeń (Kayax)
Solowy debiut to dla każdego artysty trudna próba, ale oczekiwania wobec Artura były wyjątkowo wyśrubowane. A on znowu trafił. Numer jeden na listach przebojów Trójki i RMF w tym samym czasie, amok pod sceną na alternatywnych festiwalach, oklaski w recenzjach i najlepsza w tym roku sprzedaż wśród polskich płyt – gdybyśmy mieli co roku choćby z pięć takich albumów, nikt nie kwękałby, że fonografia przeżywa kryzys. Przy okazji pragnę zwrócić uwagę na bohatera drugiego planu – Bartka Dziedzica, który jest współautorem i producentem tej płyty. Pieprzony Midas. Tylko niech się nie da zarżnąć produkując zbyt wielu zbyt wiele, jak paru przed nim…


17. Merkabah – Moloch (Instant Classic)
Niewiele mądrych rzeczy potrafię napisać o facecie zapalczywie dmuchającym w blaszaną rurę na tle transowo grającej, pancernej sekcji rytmicznej i gitarowych zgrzytów. Ale zastanawiam się… może tak brzmieliby Morphine, gdyby nazywali się Heroine?

16. John Porter – Honey Trap (Mystic)
Polacy lubią śpiewających ponuraków po przejściach, więc motoryczny, natarczywy numer tytułowy mógłby nawet być przebojem, gdyby ludzie go usłyszeli. Podobnie jak „Night Smoke”, „When the Sun Never Shines” czy „Outta My Bed”. No, ale gdzie niby mają to usłyszeć? Gdyby smarkaty John Porter nie wpadł na szalony pomysł osiedlenia się w Polsce, dojrzałego Johna Portera wielbiliby dzisiaj ci sami ludzie, którzy wznoszą ołtarzyki ku czci Nicka Cave’a czy Marka Lanegana. No, ale czy bez tych lat spędzonych w naszym kraju robiłby równie dobrą muzykę? Może byłby dzisiaj jowialnym grubaskiem i zmarnowałby się gdzieś tam w wielkim, kolorowym świecie… Nie jestem pewien, czy „Honey Trap” to polska płyta, bo ten Walijczyk nagrał ją w Anglii z miejscową ekipą. Ale wiem, że w tym roku w Polsce wydano niewiele lepszych płyt.


15. Kriegsmaschine – Enemy of Man (No Solace)
Mało tu efektownych blastów, mało melodii wyciskanych przez grające unisono gitary, za to całe oceany gęstniejącego z każdą minutą mroku. Tyle się mówi o rozkwicie blackmetalowej estetyki w Polsce – i dobrze, trzeba mówić. Ale nie wolno zapominać przy tym o „Enemy of Man”.

14. Innercity Ensemble – II (Instant Classic)
Przyznaję bez bicia, że kiedy Arek i Maciek powiedzieli mi o swoich planach założenia wytwórni, podszedłem do tematu z życzliwym pobłażaniem. Pobawią się pewnie z rok, stracą oszczędności i wrócą na ziemię… Cóż, cieszę się, że tak bardzo się wtedy pomyliłem – dzisiaj Instant Classic to jeden z najciekawszych polskich labeli. Wydają na ten przykład Innercity Ensemble. Kolektyw, który szuka tam, gdzie jeszcze nikt w Polsce nie znalazł: na granicy współczesnej awangardy, kwaśnego rocka sprzed czterdziestu lat i jazzu. „II” to płyta, która powstała w wyniku trzydniowej improwizacji, a ja teraz będę ją poznawał latami. Bardzo mnie cieszy ta perspektywa.

13. Baaba – EasterChristmas (Lado ABC)
Znacie to? Przychodzi Baaba na próbę, przekonana, że będzie frytura, a tam dancing… Trudno się pisze o muzyce, która jest właściwie czystą formą, ale za to cudnie się tego słucha. Jeśli rację mają ci, co mówią, że muzyka to po prostu matematyka przeniesiona w czas i przestrzeń, przy Baabie zaczynam rozumieć tych dziwnych ludzi, co to mówią, że rozwiązywanie skomplikowanych równań sprawia im przyjemność. Ja też uśmiecham się od ucha do ucha, gdy podziwiam ten balans Baaby pomiędzy dyscypliną a wolnością, gdy wypadam na rytmicznym zakręcie, albo gdy po dziesiątym przesłuchaniu odkrywam rzeczy, które niby słyszałem już przy dziewiątym, ale ich nie usłyszałem.


12. Voo Voo – Dobry wieczór (ART2/Agora)
Waglewski to taki nasz odpowiednik Neila Younga – będący sam sobie miarą, świadomy artysta, który nie popisuje się wirtuozerią, choć mógłby, w tekstach nie wymądrza, choć głupi nie jest, w kompozycjach nie buduje katedr, chociaż potrafi. Ale skromności obecnego wcielenia Voo Voo nie należy mylić z prostotą, bo tu naprawdę sporo się dzieje. Kiedy w finale „Po godzinach” oszczędna, lekko przesterowna solówka rozdziela przepychanki mruczanek Bornus Consort i saksofonu Mateusza Pospieszalskiego, robi się po prostu najlepiej. Zresztą te efektowne, dynamicznie dociśnięte finały piosenek to od lat specjalizacja Voo Voo. Dodatkowe brawa należą się za zaproszenie do współpracy Bornus Consort, którzy poza epizodem w „Skrzyżowaniu” nie wychodzą na pierwszy plan, za to w kilku numerach dośpiewują Waglowi piękne tło. Wspaniałych wokaliz Alima Quasimowa i jego córki, Fargany, też nie sposób nie docenić – co ciekawe, ich śpiew chwyta za serce, ale nie sprawia, że muzyka Voo Voo staje się choćby odrobinę bardziej egzotyczna. Ten zespół zawsze balansował gdzieś pomiędzy Zachodem a Wschodem, tyle tylko, że robi to coraz bardziej efektownie.


11. Hatti Vatti – Worship Nothing (New Moon)
W muzyce basowej zawsze bardziej fascynowały mnie senne majaki Buriala, na pograniczu dubstepu i ambientu, niż bezmyślne wyścigi na wiertary i dropy. Niestety, naśladowców elektronicznego Banksy’ego zwykle nie dało się słuchać, bo oryginał był zbyt wyrazisty, a on sam nie rozpieszczał swoich fanów nadmiarem wydawnictw. Aż pojawił się Hatti Vatti – z jednej strony bezpiecznie od Buriala odmienny, z drugiej operujący na tyle podobnymi środkami, by swym minimalem utulić sieroty po Angliku. A „Worship Nothing” zdaje się płytą jeszcze lepszą, niż ubiegłoroczna „Algebra”!

10. Pablopavo – Tylko (Karrot Kommando)
Aż. Druga płyta w tym roku, druga znakomita. „Ośmiu” i „Sobotę” po prostu uwielbiam, pozostałymi też nie gardzę, ale całość oceniam nieco niżej niż „Polor”, bo po pierwsze tam była większa huśtawka nastrojów, a tu dominuje dołerstwo, a po drugie Ludziki zaproponowały więcej muzycznych przygód. Co nie zmienia faktu, że jesienią 2014 roku Pablopavo rehabilitował w naszym kraju instytucję barda. Ale nie, że jakiś Cash, z jego Bogiem i naturą, ani wyniosły intelektualista Kaczmarski. Paweł jest swojakiem. Miejskim bardem, żyjącym wśród ludzi i ich dostrzegającym. Jak Wołodia Wysocki. Poza tym potrafi napisać i wyśpiewać takie zdanie: „To był chudy żyła chyba z Jaworzna”. Mistrz.

9. Pustki – Safari (ART2/Agora)
Się wydawało, że Pustki nie tyle dawno temu znalazły własny styl, co w nim ugrzęzły. Dlatego zaproszenie do współpracy czujnych producentów – a konkretnie Bartka Dziedzica, Eddiego Stevensa i Adama Toczki – było znakomitym pomysłem. To wciąż ten sam zespół, mocny tekstem i charakterystycznym śpiewem Basi Wrońskiej (chociaż jeden z moich ulubionych numerów z tej płyty to zaśpiewane przez Radka „Po omacku”), prawie rockowy i nieco melancholijny… ale jednak wyraźnie odmieniony. Każdy utwór brzmi tu inaczej za sprawą drobnych, acz znaczących smaczków, takich jak sprytnie użyta elektronika, fajnie pomyślane chórki czy rytmiczne czary-mary. Ale zdarzają się też patenty wręcz rewolucyjne – „Nie tu” to takie współczesne, białe, świeckie gospel. Zresztą rzućcie okiem na okładkę – widzieliście kiedyś tak kolorowe Pustki? Muzyka przeszła podobną przemianę.


8. The Kurws – Wszystko co stałe rozpływa się w powietrzu (Gusstaff)
Instrumentalny prog-punk z kwaśną elektroniką i free dęciakami. Puściłem głośno, żeby sobie przypomnieć przed napisaniem tej notki. „Tato, co to jest?!” – przerażona córka przybiegła z krzykiem z drugiego pokoju. „Yyyyyy, płyta…” – tu przerwałem, lecz okładkę trzymałem, a wszystkim się zdawało, że kot nam wpadł do pralki, a to The Kurws nakurwiało.

7. Furia – Nocel (Pagan)
Bardzo się cieszę, że Furia wreszcie przedarła się poza środowiskowe mury Jerycha. Ale to oczywiście pociąga za sobą przezabawną dwoistość narracji – scenowi ortodoksi kwękają, że Furia dziś to już nie to samo, co przed wojną i że „Nocel” zły. Ci natomiast, którzy black metal odkrywają wraz z Furią (i spoko, lepiej późno niż wcale), uważają, że „Nocel” jest bardziej przełomowy i wspaniały niż rzeczywiście jest. Tymczasem prawda jest taka, że mamy do czynienia z kolejnym bardzo dobry materiałem równej i od zawsze oryginalnej grupy. Choć takiego przeboju jak „Opętaniec” chyba rzeczywiście dotąd nie mieli…

6. Gaba Kulka – The Escapist (Mystic)
Oto jak pisałem o tej płycie przy okazji premiery (i zdania nie zmieniłem):
„The Escapist” jest materiałem świetnie wymyślonym i znakomicie zrealizowanym. Tam gdzie jej koleżanki śpiewają, tam Gaba, niezwykle muzykalna i jak zawsze skora do brawury, bawi się dźwiękami, żongluje nimi, intepretuje… Niby to kraina łagodności, ale podszyta drapieżnością. Niby koronkowe, czarujące niuansami ballady, opierające się głównie na szlachetnym brzmieniu fortepianu, ale przecież zdarzają się na „The Escapist” chwile, w których ten zupełnie nierockowy skład brzmi mocno i porywająco. Zasługa w tym zarówno samej Gaby, jak i jej kolegów: klarnecisty Wacława Zimpla, którego gra dodaje temu materiałowi aury niesamowitości oraz znakomitej, bardzo wszechstronnej sekcji Rasz/Traczyk, która potrafi grać zarówno ciepło, ze swingiem, jak i twardo, mechanicznie, ostro. Płytę zamyka przeróbka utworu Queens Of The Stone Age. Można to odczytać jako muzyczny dowcip, lub szczery hołd Gaby Kulki dla idoli zza oceanu. Ja jednak widzę w tym przede wszystkim dowód na słuszność teorii, że muzyka tak naprawdę dzieli się tylko na dwa gatunki – dobrą i złą. „The Escapist” to samo dobro.

5. Kristen – The Secret Map (Endless Happiness)
Gdyby całą płytę nagrali w stylu otwierającego ją „Upward beyond the onstreaming, it mooned”, mogliby robić za bohaterów Warszawskiej Jesieni. Gdyby natomiast zrobili pełny album w stylu drapieżnego, funkrockowego „Music will soothe me” zostaliby wreszcie idolami młodzieży. I tak dalej… Bo każdy utwór na tej znakomitej płycie jest inny i każdy udany. Kristen to wyjątkowy zespół na polskiej scenie, zjawisko które samo dla siebie jest miarą. Oczywiście, z tym swoim nieokiełznanym eklektyzmem, ze skłonnością do improwizacji na wielki sukces liczyć nie mogą, więc niech docenia, kto może, że wciąż chce im się te perły przed nas rzucać.

4. Thaw – Earth Ground (Witching Hour)
Nazywanie muzyki Thaw black metalem to spore uproszczenie. O tyle uprawnione, że nierzadko wpływy black metalu są tu dominujące – słychać je zarówno w tym roju wściekłych gitar, jak i jadowitych partiach wokalnych. Ale przecież „Earth Ground” równie dużo zawdzięcza takim orkiestrom jak Sunn O))), Swans i Neurosis, a nawet – bezpośrednio czy nie, nieistotne – „Metal Machine Music”. Aptekarska dbałość o brzmienie sugeruje, że budowanie pewnej dźwiękowej aury jest dla Thaw ważniejsze od kompozycji jako takich, a już na pewno najpierw na brzmienie zwraca się tu uwagę. Moim zdaniem tak świadomego, tak progresywnie myślącego zespołu w polskim metalu nie było od czasów Kobonga. Ale po koncertach wnioskuję, że najlepsza płyta Thaw jeszcze przed nimi…

3. Ten Typ Mes – Trzeba było zostać dresiarzem (Alkopoligamia)
Mam wrażenie, że większość polskich autorów tekstów obraca zestawem tych samych stu słów-wytrychów. Raperzy zazwyczaj dochodzą do trzystu. Mes tymczasem zna wszystkie słowa po imieniu, ze wszystkimi pił wódkę i wywija nimi niczym Brusli nunczakiem. Wie wszystko o love i life. Jest bezlitosny i empatyczny zarazem, wulgarny język ulicy miesza się u niego ze „Słownikiem wyrazów obcych”, a wszystko to jakimś cudem jest spójne i wiarygodne. Bo językowa biegłość to nie wszystko. Na poprzednich płytach Mes był równie sprawny, ale mam wrażenie, że bardziej skupiony na sobie. Był lirykiem, teraz jest epikiem. Widzi big picture i zgrabnie go nam opisuje, brylując na – i to dopiero robi wybitną płytę, same teksty by nie wystarczyły – znakomitych, często zaskakujących podkładach. Niskie ukłony.


2. Pablopavo – Polor (Karrot Kommando)
Już raz napisałem list miłosny do Pablopavo, tuż po premierze tej płyty. Drugiego coming outu nie będzie. Tym bardziej, że pseudonim Pawła Sołtysa po Paszportach Polityki wszyscy odmieniają przez wszystkie przypadki (chociaż chyba się nie odmienia), więc pewnie macie dość. Będzie więc tylko krótkie, dobitne, radosne, samochwalcze: A nie mówiłem?!
I będą „Koty”.


1. Nervy – Nervy (MMA)
Czekałem na tę płytę. Kiedy półtora roku temu Nervy grały na wrocławskich Nowych Horyzontach, Agim zaciągnął mnie pod scenę taką oto przynętą: „Jesteś fanem metalu, więc to powinno ci się spodobać”. Miał rację, choć w Nervach nie ma ani przesterowanych gitar, ani groźnych pomruków wokalisty. Jest za to intensywność, jest potęga brzmienia, którą metalowcy znają i kochają. Środki wyrazu natomiast mamy tu zupełnie nowe – elektroniczny galimatias wychodzący spod rąk Agima i Igora zderza się z rozbuchaną sekcją dętą, a cały ten chaos porządkuje żelazną ręką Janek Młynarski. Znakomity album z naprawdę nową muzyką. 

Reklamy

10 thoughts on “2014: Polskie pięć dych

  1. Owszem, lista świetna, zawiera najważniejsze pozycje muzyczne 2014 roku lecz nie mogę uwierzyć w to, że nie ma tu Labiryntu Babel grupy B.O.K. W moim mniemaniu treści niesione przez ten album, jego koncepcja i kompozycje tworzą coś więcej niż muzykę, jest to dzieło, którego najzwyczajniej nie powinno się ignorować. Nie akceptuję braku tej pozycji na tej liście!;P Pozdrawiam i nakłaniam do refleksji w związku z moim postulatem 🙂

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s