Womadness

Nieustraszony kronikarz ekspedycji, nie zważając na ekstremalne warunki pogodowe i nadludzkie zmęczenie, każdą wolną chwilę wykorzystywał na pogłębianie swej rozległej wiedzy o obyczajach tubylców

Weekend spędziłem w Charlton Park, a właściwie na rozległych pastwiskach nieopodal tej uroczej angielskiej wioski, na WOMAD Festival. Z niejednego festiwalowego pieca już piwo jadłem, niejedne buty zdarłem ganiając z koncertu na koncert, ale na tak znakomitej imprezie jeszcze nie byłem. Po prostu raj, pod każdym względem. Oj, jak bardzo nie chciało mi się stamtąd wracać na ziemię…

Muzyka
Oczywiście, nie dla wszystkich. Ludzie, którzy słuchają wyłącznie metalu czy innego shoegaze’u, albo ci, co nie widzą świata poza radiowym Top 40, wynudzą się tam jak mopsy. Ale jeśli myślicie, że WOMAD to takie miejsce, na którym przez trzy dni Masaj wali w bęben, to bardzo się mylicie. Mało jest imprez, na których pojawiałyby się tak różnorodne dźwięki. Oczywiście, muzyki afrykańskiej było bardzo dużo (chociaż nie sposób sensownie zestawić bardzo wiernych tradycji Sudańczyków z Rangu, z tuareskim bluesem Toumast i jeszcze nieokiełznaną fiestą Staff Benda Bilili – to tak jakby wrzucić Abbę, Led Zeppelin i Mazowsze do jednego worka z napisem „muzyka europejska”), latynoskich rytmów nie mniej, ale właściwie każdy mógł tu coś dla siebie znaleźć – bo i nowa elektronika była reprezentowana na WOMAD, i rap, jazz, blues (Gil Scott-Heron jest moim bohaterem, ujmujące poczucie humoru, wspaniały koncert, metafizyczne przeżycie), rockabilly, country/folk, nawet pop, w swojej szlachetniejszej, choć nieco pretensjonalnej odmianie (mam na myśli przede wszystkim Imogen Heap). Naprawdę, nie ma takiej możliwości, by człowiek otwarty na różne dźwięki czegoś dla siebie na WOMAD nie znalazł. Raczej znajdzie aż za dużo i będzie, jak ja, biegał od sceny do sceny. Na szczęście dystans niedaleki, więc zbyt wielu ukochanych kilogramów tam nie zostawiłem.

Ludzie
Totalnie wyluzowani, pogodni i życzliwi. Uśmiechają się do wszystkich, interesują się sobą nawzajem (ale w sposób po angielsku powściągliwy, bez nachalności), ustępują sobie miejsca, pomagają kiedy trzeba. Niczemu się nie dziwią. Niczemu się nie dziwią. Niczemu się nie dziwią. WOMAD jest więc kolorowym festiwalem odmienności, choć nikt tu swej inności czy oryginalności nie manifestuje, bo nie ma przed kim. Nie ma potrzeby nawracać nawróconych. Zupełnie naturalne są wszystkie odcienie skóry, modele fryzury czy pomysły na ubiór. Wózki dziecięce ścigają się z wózkami inwalidzkimi. Kto się z kim przytula i dlaczego – jego sprawa. Rozpiętość wieku: w okolicach setki, w dodatku żadne z pokoleń nie jest wyraźnie nadreprezentowane. Słowem, to naprawdę miejsce dla wszystkich.

Organizacja
O tym, że udało się sceny ustawić tak, że były w zasięgu nie tylko maratończyków, już wspomniałem. Duży festiwal, ale odległości niewielkie, bo całość zamykała się w okręgu – muzyka na jego obrzeżach (w sumie pięć dużych scen i kilka pomniejszych miejscówek również emitujących dźwięki od rana do nocy), a w środku wielkie bogactwo sklepów, usług (od malowania ciała po lekcje nauki gry na przedziwnych instrumentach), stoisk organizacji od zmieniania świata i oczywiście restauracji. Nie, nie plastikowych budek z jedzeniem, choć i tych było niemało, ale stylowo zaaranżowanych, umeblowanych, najczęściej oczywiście etnicznych, restauracji…
Czyste kible i możliwość umycia rąk po wyjściu z nich (pianka bakteriobójcza czy woda, jak państwo sobie życzą?), pełna segregacja odpadów, nawet specjalne, plastikowe pudełeczka na klipsie, dzięki którym można było donieść niedopałki do kosza, zamiast rzucać je pod nogi, kubki na piwo zwrotne (a więc dzieciarnia je skrupulatnie zbierała, bo 10 pensów za sztukę oznaczało, że przez cały dzień parę funtów można było zgarnąć), sztućce wyłącznie drewniane – okazuje się, że festiwal pod gołym niebem może być schludny, higieniczny i ekologiczny.
Ochrona – hm, trudno ich właściwie określić tym mianem, bo to festiwal, na którym totalnie bezpiecznie czują się nawet matki z pełzającymi we wszystkich kierunkach świata niemowlętami. Już raczej „opieka”. A więc państwo z opieki byli bardzo wyluzowani (nie stali na baczność z ponurymi minami, ale pląsali razem z innymi w rytm tego, co właśnie dobiegało ze sceny i wyróżniali się jedynie adekwatnym umundurowaniem), nie wtrącali się, nie przeszkadzali. Byli po prostu po to, by pomagać, jeśli ktoś tej pomocy potrzebował.

Jadło i napoje
Nie poużywałem sobie, bo jednak muzyka interesuje mnie (trochę) bardziej, ale jeśli ktoś lubi trzydniowe biesiady z miłym soundtrackiem dobiegającym ze sceny głównej, to będzie na WOMAD wniebowzięty. Znakomita kuchnia z wszystkich zakątków świata kusiła bajecznymi zapachami, a wybór piw wpędziłby niejeden wielkomiejski pub w kompleksy. BTW, jeśli będziecie mieli okazję, polecam Barnstormera 😉 Ja zamierzam go ponownie skosztować na przyszłorocznym WOMAD. Nie może być inaczej.

A jeśli kogoś interesuje bardziej szczegółowa i koncentrująca się głównie na muzyce relacja, to zapraszam:
Tu dzień pierwszy – Satysfakcja.
Dzień drugi – Mikstura.
Dzień trzeci – Oczyszczenie.

PS. Podziękowania i pozdrowienia dla Trybka, dzięki któremu to wszystko było możliwe (i który zrobił to zdjęcie).

Reklamy

6 thoughts on “Womadness

  1. Po takiej rekomendacji aż chce się spakować walizki, rezerwować tani przelot i czekać na przyszłoroczną edycję:)

  2. to kolejny przykład na to, ze najwspanialszy pan ziólkowski, który nie dostrzega żadnych wad w openerze, powinien przemyśleć strategię „jest idealnie, a jak sie nie podoba to przypominam że jest idealnie”. tydzien po gdyni bylem na slowackim „bazant pohoda” i bylo duzo lepiej pod wzgledem atmosfery, organizacji i muzyki niz w kosakowie (http://muzyka.interia.pl/raport/muzyczne-lato-2010/news/pohoda-kraftwerk-na-pietruszce,1505107,7042) na nasze nieszczęście polscy internauci , którzy nawet z konkursu na najlepszego piłkarza Grenlandii potrafią wyklikać na szczyt Zbigniewa Bońka pewnie znowu wybiorą heinekena najlepszym festiwalem we wszechświecie i ziólkowski będzie mógł spać spokojnie i za rok sprowadzic kolejny Archive.

  3. przeczytałem wszytsko jeszcze raz i nawet próbowałem kolejny, ale wtedy z łezką w oku zdałem sobie sprawę, że to była TA jedna rzecz której obejrzenia w tym roku będe najbardziej żałował, a nie widziałem właściwie niczego. Jarek, zabierzesz mnie w przyszłym roku, proooszę, chudy jestem i do bagażnika nawet wejdę(sorry, zapomniałem że TAM już sie nie jeździ tylko lata.lata tam nie byłem)

  4. Womad is the nigger of the world? 😉 Ale demo tego Barnstormera mógłbys mi przegrać, z tak srogą nazwą musi kopać 😛
    Sądzę, że przyjemnie byłoby się pobyczyć w takim klimacie, nawet gdyby był ten Masaj z bębnem.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s