Recenzją go!

Jakby się człowiek nie napocił, to i tak nie odwróci trendu, który znakomicie sygnalizuje sprawa recenzji filmu „Iron Cross” na łamach serwisu Variety.com. W skrócie – prestiżowy (przynajmniej do momentu ujawnienia tej afery) amerykański serwis filmowy opublikował krytyczną recenzję filmu „Iron Cross” (ostatnia rola Roya Scheidera, który robi miny i mści się na byłym SS-manie za wymordowanie rodziny), po czym… zniknął ją bezpowrotnie, bo okazało się, że producent filmu zapłacił Variety.com za promocję tytułu. Rozpętała się burza, redakcja idiotycznie tłumaczyła się z autocenzorskich zapędów, a producent jeszcze głupiej ze swoich nacisków. Przy okazji film rzeczywiście zyskał nie lada promocję, ale wcale nie stał się przez to lepszy. No i rozgorzała za Oceanem dyskusja, czy recenzjom rzeczywiście warto wierzyć, czy może temperatura ich opinii zależy wyłącznie od sygnałów płynących z działów sprzedaży. Zatrważająca perspektywa, ale jak widać, nie bezpodstawna.

O podobnych naciskach w branży muzycznej ostatnio nie słychać. Pewnie nie dlatego, że ich nie ma, ale że skala bez porównania mniejsza – na tym kurczącym się rynku, nawet w Ameryce nikt nie ma do wydania kilkuset tysięcy dolarów na promocję jednego tytułu w jednym medium. Ale oczywiście, jak ktoś płaci za reklamę, to wymaga. A że w Polsce mamy karykaturę rynku, to i musimy się zmagać z karykaturą nacisków – panie i panowie z wytwórni (nie ze wszystkich oczywiście, są w tej branży i normalni ludzie!) obrażają się i awanturują, kiedy napiszesz negatywną lub choćby chłodną recenzję płyty, nad którą twoja redakcja ma patronat.
Jeśli ktoś nie do końca kuma, wyjaśniam jeszcze raz – różnica pomiędzy Ameryką a Polską polega na tym, że w USA producent płaci kilkaset tysięcy dolarów i domaga się pozytywnej recenzji, a u nas wydawca dostaje w barterze (czyli nie wydaje na to ani grosza) reklamę o wartości kilkudziesięciu tysięcy złotych i… domaga się za to pozytywnej recenzji. Stanisławie Barejo, tęsknimy za Panem!

Z jednej strony czają się więc wszelkiej maści PR-owcy, którzy stają na głowach, by recenzentów w najlepszym wypadku omotać, w najgorszym po prostu skurwić i to przy udziale recenzenta owego chlebodawców – bo nie wszystkie media mają sytuację na tyle dobrą, by się po każdy grosz nie schylać i nie każdy dziennikarz czy redaktor kręgosłup na tyle prosty, by się nie ugiąć pod naporem własnego działu sprzedaży. Z drugiej zaś strony kopią pod nami dołki recenzji owych potencjalni odbiorcy, którzy zgodnym chórem twierdzą, że to przeżytek, że ich nie obchodzi, co dziennikarz sobie myśli i że wolą sobie ściągnąć muzę, przesłuchać i samemu wyrobić zdanie, niż ufać opinii jakiegoś tam tego i owego…

Ale to jeszcze nie znaczy, że recenzje nie są potrzebne! Phil Collins wyznał właśnie na łamach „Rolling Stone’a”, że niepochlebne opinie martwią go okrutnie. I jeśli dziennikarze-sadyści wciąż będą się nad jego twórczością pastwić, to on po prostu przestanie wydawać płyty.

Mamy więc misję do spełnienia, bracia recenzenci! Dopóki jest nadzieja, że jakiś Collins tego świata przejdzie do sekcji gimnastycznej, ugodzony waszą jedną gwiazdką, warto się starać…

Reklamy

22 thoughts on “Recenzją go!

  1. Fochy wydawców to jedno, jakieś ostentacyjne dąsanie sie przy osobistych spotkaniach typu „no wiesz, jak możesz, a to tacy mili ludzie byli”. Ale jeszcze gorszy jest szantaż emocjonalny zawarty między linijkami w stylu „jesli źle ocenisz tę płytę, następnej nie przyślemy ci do recenzji”;) No i masz… polski grajdołek.
    Pisanie recenzji produktu nad którym dany tytuł ma patronat medialny wywołuje poczucie dyskomfortu. No, chyba, że o wszystkim człowiek dowiaduje sie po fakcie…
    BTW zauważyłam, że jakoś tak większość zjechanych przeze mnie płyt była otoczona opieką promocyjną portalu na „i”;) ale nie odczuwam represji w związku z tym faktem.

  2. Mój band (nieważne) dostał kilka dobrych recenzji w pismach „branżowych”. Nie ukrywam było mi bardzo miło. Ale… i tu pojawia się dysonans poznawczy. Później dobry kolega z pewnego bardzo ważnego zespołu zaczął wreszcie wydawać swoje solowe projekty i wysłał płytę do pisma o „ROCKu” i powiedzieli mu „Panie, ale Pan nie masz u nas reklam w ogóle”, a kolega odpowiedział „Ale osiemnastka… dopłacam do wydawania, to niszowy label, funduszy nie ma” a na drugiej lini „nie ma takich recenzji, dziękujemy, dobranoc”. I jak to usłyszałem, to zadowolenie z m.in. recenzji właśnie z owego pisma o „ROCKu”, którego nazwy nie podam umarło. Duma zamieniła się w swoisty wstyd. Przykład ten pokazuje, że w Polsze mamy do czynienia nie tylko z negatywną oceną a wręcz z wykluczeniem jeżeli nikt za nami nie stoi. Ale to działa też w drugą stronę. Dzwoni do nas Pan z innego pisma, za którym stoi inny label i mówi, no zajebiście, mega, och, ach, za kilka miesięcy zrobimy wywiad, bo teraz nie mogę, bo za dużo naraz budziet o was, a wy z obcego obozu, obozu wroga. No przykro mi jest. Bo powiem szczerze od kiedy chciałem/zacząłem/etc. robić muzykę (albo udawać) tak miało to dla mnie znaczenie. Mogę tańczyć figurami retorycznymi, ale prawda jest taka, że jestem jak Phil Collins i się przejmuję, ale i robi mi się miło, a tak mam skizofreniję jak śpiewał Max C. Btw. Collinsa uwielbiam (i nie chodzi mi o amerykańskiego socjologa, którego polecam choć po polsku nie wydany ;/) Wczesne solowe płyty rulet. I chociaż jako dzieciak nienawidziłem tych produkcji ze skompresowanymi bębnami, tak teraz mnie to zachwyca, ale może dlatego, że przerzucam się na płyty winylowe, a te (niby) oldiesy są stosunkowo tanie do zdobycia i lubię co mam? Może… nie jestem tak autorefleksyjny by zgłębić wszystkie mechanizmy jakie mną kierują. Fakt, że w tym stanie świadomości płyty takie jak „Face Value”, czy „Mama” Genesis (czy bez nazwy płyta jak kto woli) mnie niszczą.

  3. No więc kiedyś Pan Prezes Stowarzyszenia Dziennikarzy RP powiedział mi na zebraniu redakcyjnym, że recenzje to najbardziej podrzędny rodzaj pracy dziennikarskiej i że pisać może je każdy. I w jego piśmie robiła to córka sekretarza redakcji, więc rzeczywiście chyba tak uważał…
    Recenzenci nie są w cenie, bo każdy poczuwa się do bycia nim – wystarczy comment na Merlinie, wpis na facebooku, cokolwiek… Recenzentów można zaszczuć – i dzieje się to, kiedy tylko internauta z tekstem się nie zgadza. Bo recenzje rugowane są głównie do Internetu. W gazetach traktowane są jako zapchajdziury, no tak, weźmiemy, może, w ostateczności, jak coś wypadnie…
    Z drugiej strony Daniel Passent w znakomitym felietonie w Polityce pomstował kiedyś na poziom polskiej recenzji, żądając skamandryckiej erudycji.
    Czytałem też na blogu Tymona Tymańskiego, pełen rozgoryczenia tekst, jak to podły dziennikarz Machiny nie wychwycił tych jazzowych harmonii, które oni tam z Możdżerem konstruowali.
    A więc z jednej strony pogarda, z drugiej strony niebotyczne wymagania. Bo recenzja ma czarować, informować, analizować, bawić, objaśniać. Tu gra słów, tam żarcik, wszystko to najlepiej w 700 znakach.
    Trzeba być z kamienia. I mieć bogatych rodziców. Ja okrzepłem dawno temu, i jak głosił tytuł jednej z zapomnianych piosenek „mam w dupie lud”. za to wciąż myślę, że kleconym w nocy tekstem mogę zrujnować ileś miesięcy, ba, lat, pracy artysty. Nienawidzę tych punktów, gwiazdek, czegokolwiek. Gwiazdkami niech rzucają ninja.

  4. Marcin: I Passent i Tymon mieli rację – żeby być DOBRYM recenzentem, trzeba być przygotowanym. Trzeba być osłuchanym siedzieć w muzyce od lat i to najlepiej znać się na szerokim spektrum, a nie nadrabiać 30-letnie zaległości hurtowo przesłuchiwanymi dyskografiami. Trzeba być erudytą, znać dobrze popkulturę, można wtedy wyłapać wiele rzeczy które moga umknąć zwykłemu słuchaczowi. Po to żeby do naprowadzić, w umiejętny sposób zainteresować i być może nawet skłonić do rozszerzenia horyzontów.
    Wreszcie nie zaszkodzi popisać się ciekawym i oryginalnym stylem.
    To prawda że dobrych recenzentów ci u nas jak na lekarstwo, ale są wyjątki które błyszczą jak te perły w morzu szarości;)

  5. @ Dominika
    Przyjemnie jest mieć nad sobą naczelnego, który potrafi powiedzieć odwalającemu numery osobnikowi (menadżerowi czy innemu), że nam wcale nie zależy na tym, żeby obejmować go patronatem, i więcej tego nie zrobimy. Ale represje mogą być też inne – fanom niektórych zespołów wolę się nie pokazywać ;D

    @ siusiaczek
    Właśnie miałem pisać, że Collins się przejmuje, bo jest stary i pamięta czasy, kiedy recenzje były poważnymi tekstami w stosunkowo nielicznych pismach, a nie śmietnikiem w internecie, i że dziennikarze muzyczni staną się niepotrzebni, gdy wymrą tacy właśnie przyzwyczajeni do nich muzycy, ale Ty chyba próbujesz być dowodem na to, że jest inaczej…

    @ Marcin
    Czytając polskie pisma rockowe i metalowe miewam wrażenie, że recenzentem może być każdy, komu się za to płaci. To nic, że nie znają polskiego (gość od korekty zresztą najwyraźniej też) i sami nie wiedzą, co myślą.
    Gwiazdki są dla statystyk. Do gwiazdozbiorów. Zawsze ciekawie się je liczy. Gdy nie chce mi się czytać, patrzę tylko na punktację. Ale sam dawać ich nie lubię. Słowa ze swojej recenzji nie zmienię, ale z punktacją zawsze się waham.
    Krytyk ma zawsze rację – tej myśli się trzymam. A jeśli inny krytyk napisze coś zupełnie innego niż ja, to może nawet lepiej. Też ma rację. Mogę napisać, że coś mi się nie podobało, byle bym był przy tym sprawiedliwy.

  6. recenzje czasem przeczytam, na gwiazdki nigdy nie zwracam uwagi jeśli treść cokolwiek do mnie mówiła. I dzięki recenzjom czasem sięgałem po coś, czego do tej pory nie słyszałem lub nie widziałem, tu ukłony w stronę JS. A to że często recenzje są „po myśli” wydawcy, producenta czy innych „naczelnych” (małp?) to czasem widać jak na dłoni, starczy spojrzeć na nazwy na okładce, plakacie itp. To już mnie nie dziwi, uczy tylko czujności zdrowego rozsądku i krytycznego spojrzenia na krytyka. Sad but true, i wpajaj tu młodemu pokoleniu wartości… o kant dupy

  7. Hmmm

    ->M.Flint
    Krytyka prasowa oryginalnie oznaczała odwoływanie się do aspektów formalnych dzieła (nie używam w sensie wartościującym) a to już z definicji wymaga niesamowitej – no nazwijmy to tak – erudycji. Krytycy muzyczni musieli wiedzieć co to kontrapunkt, a dzisiaj większość (nie, nie prowadziłem badań, mówię o własnych doświadczeniach) nie wie co to tak naprawdę brzmienie (Jak PanNiegdyśZDredami, który swego czasu twierdził, że teraz artyści będą kradli od Prodidżi „brzmienia”) a brzmienie to elementarna, serio podstawowa charakterystyka każdej formy muzycznej (jak zresztą i prawie każdego zjawiska akustycznego). Ta formuła krytyki związana jest z tzw. ascezą klas wyższych. Niegdyś media były skierowane raczej do elit, a te (co pokazują wszystkie badania ) wręcz nie mogą odbierać dzieła na poziomie emocjonalnym, wiadomo faux pas. Wystarczy się przejść do filharmonii i podsłuchać kilka rozmów w przerwie. Oczywiście jest to konwencja. Wraz z „umasowieniem” mediów i krytyka się zmienia.

    W realu wygląda to tak. Jak ktoś pisze w piśmie „o wszystkim” to nawet nie wypada taką erudycją się popisywać, bo nikt nie zrozumie i uznane to jego pisanie zostanie za sztubactwo i upierdziel w remizie dostanie. Ale jak to jest pismo o jazzie, to już powinien mieć muzykologiczne podstawy z tej dziedziny (chociaż niestety w Polsce przez wielbienie Adorno w dyskursie muzykologicznym nie było niczego oprócz muzyki poważnej, ehhh, wiem).

    ->Krasnal Adamu
    „Internetowy śmietnik” mi się bardzo podoba. Relatywnie egalitarne forum, gdzie każdy może powiedzieć co mu się podoba a co nie. Tylko czasami ludzie emocjonują się za bardzo . Ale ok. Od krytyka z pisma wymagam jednak czegoś. A zauważam dziwną tendencję jeżeli chodzi o pisma „branżowe” (jeżeli pisma o rocku i metalu można tak nazwać) to poziom jest słabiutki, kiedy pisma i gazety „opiniotwórcze” Wyborcza, niegdyś Dziennik, czy właśnie przekrój i pisma poświęcone jazzie i muzyce poważnej stoją (przynajmniej w moim rankingu) dość wysoko.
    BTW przepraszam za moją ortografię w 1 poście. Zmęczony a napisać musiał

  8. @Marcin Flint „Trzeba być z kamienia. ”
    hmm, z takim nazwiskiem łatwo być z kamienia. co inni mają powiedzieć? 😀

  9. Jeśli nie jestem związany z żadnym pismem, wytwórnią lub portalem to nie muszę pisać pięciogwiazdkowych recenzji.

    Niesnaski zaczynają się w przypadku wywiadu z zespołem, kiedy osobiście poznaję twórców a ich dokonanie nie wyróżnia się niczym szczególnym. Muzykom brakuje umiejętności, teksty są banalne a mastering pozostawia wiele do życzenia.

    Kiedy przy piwie mówię im o tym wówczas brutalna prawda ich w oczy kole. Przy założeniu, że jest jakaś obiektywna wartość mojego intelektualnego wysiłku włożonego w zapoznanie się z materiałem. Często ten dysonans w który zostaje wprowadzony twórca powoduje zerwanie znajomości. Tak próżność często trudno zdusić w sobie, ale mam to gdzieś. Idealistycznie podchodzę do natury ludzkiej i uważam, że rozmawiam z dorosłymi ludźmi więc ich fochy są nie na miejscu. Mogą wziąć sobie moje uwagi do siebie albo (co znacznie częściej ma miejsce) nie myśleć o tym, napić się wódy i poopowiadać jakim to jestem miernym pismakiem. Ale tego jeszcze nie usłyszałem a szkoda bo lepiej jak mówią o tobie źle niż nie mówią wcale. To chyba powiedział Figurski więc sza!

    Mnie jednak pisać nie kazano więc łapię się za recenzje tylko w przypadku podsumowania roku. Wydawnictwo, które po kilku przesłuchaniach nie pozostaje w pamięci ląduje jako prezent na półce znajomego. Czasami jest jednak tak, że w przypadku zespołów, które dobrze znam np. God Dethroned patrzę na zespół przez pryzmat wcześniejszych dokonań. Wtedy to już w ogóle nie podejmuję się wyrażania opinii. Zupełnie nie wiem czy czysty wokal w utworze ‚Poison Fog’ jest czymś pozytywnym. Bo album jest niczego sobie ale do L.P. ‚Grand Grimoire’ mu daleko.

    Nie wiem też czy ludzie wolą ściągnąć sobie album i nie interesuje ich opinia dziennikarzy. To w końcu dziennikarze mają oddzielać ziarno od plew. Kiedyś w czasach gdy globalna sieć istniała tylko w zamysłach proroków było nieco inaczej. Po zakupie składanki ‚Death … Is Just the Beginning Vol. 2’, wałkowaniu jej przez 3 miesiące, następnym razem będąc w sklepie tylko chwilę wahałem się nad wyborem płyty Sinister a przecież obok stało Brutality. Wydając 30 tyś. nie mogła się mnie nie podobać.

    Młodziak będzie ściągał, ale czy chociaż kilkadziesiąt razy przesłucha? Nowicjusz nie wie czy wartościowsza jest twórczość Genesis z okresu Petera Gabriela czy Phila Collinsa. Pobierze ‚deskografię’, zapewne niekompletną i bez żadnych emocji poprztyka sobie w mp3 playerze. I stawiam na to, że bardziej polubi ich późniejsze albumy bo już mu się zakotwiczyły w umyśle takie utwory jak ‚Home by the Sea’ czy ‚Mama’ bo zna je już z radia (z pasma towarzyszącego). Jeśli nie, to naciśnie klawisz delete i cała przygoda z magią Genesis pójdzie w niepamięć. Mam jednak wiarę, że zwolni, pomyśli, a którejś nocy posłucha audycji Piotra Kosińskiego i za sprawą DJ Kosiaka uruchomi szare komórki.

  10. @ siusiaczek
    Uderzająca różnica. Czytam artykuł w „Jazzie” sprzed 30 lat i mam problemy ze zrozumieniem – tak fachowo napisane. Czytam encyklopedie Weissa z pierwszej połowy lat 90. – też widać, że facet się na muzyce zna (wyjeżdża chociażby z „webernowskimi strukturami punktualistycznymi”). Następnie czytam czasopismo Weissa i jeden z jego młodszych podwładnych nie wie nawet, co to jest wokaliza…
    Obecnie muzyka i recenzje nie są dla elit, emocje są ważne, ale i tak zgadzam się, że powinni się tym zajmować ludzie, którzy się na tym znają. Bo jeśli czytam w internecie, na jednym z większym portali rockowych, recenzję płyty, która w połowie jest streszczona słowami „Co to ma być?!”, to uważam to za stratę mojego czasu. Wolałbym, żeby autor potrafił sam napisać, co to jest, a nie musiał pytać czytelnika.

  11. @ K. Kretołaczyński

    „(…) prawda ich w oczy kole”
    I dlatego po koncercie gadam tylko z tymi, których występy mi się podobały. Bo jeśli wyrażę negatywną opinię, nawet konstruktywnie, to i stary znajomy może się obrazić.

    „Nie wiem też czy ludzie wolą ściągnąć sobie album i nie interesuje ich opinia dziennikarzy”
    Dzisiaj często łatwiej jest zdobyć muzę z internetu niż znaleźć jej recenzję.

    A młodziaki nie kojarzą nawet „Home By The Sea”, bo to za stare. Prędzej „I Can’t Dance”.
    I liczy się tylko skład z Gabrielem i Hackettem 🙂

  12. „Czytam artykuł w “Jazzie” sprzed 30 lat i mam problemy ze zrozumieniem – tak fachowo napisane.”
    Taaa, to bez dwóch zdań świadczy o geniuszu piszącego. Albo o wysokim poziomie jego samozadowolenia – jak kto woli.

    „pisma poświęcone jazzie i muzyce poważnej stoją (przynajmniej w moim rankingu) dość wysoko”
    Tzn. Jazz forum i Muzyka21? Serio to mówisz? Bo dla mnie to kurioza,w których wyżywają się na Czytelnikach muzykolodzy-grafomani.

  13. Szczerze powiedziawszy nie spotkałem się z żadnymi „naciskami”. Albo inaczej. Parę lat temu, kiedy serwis był powiedzmy w powijakach, faktycznie pojawiały się na zasadzie : My Wam płyty, chcemy pozytywów. Natomiast były to przypadki jednostkowe. Pomijam oczywiście „nogi Ci z dupy wyrwiemy…” od zespołów. Natomiast obecnie mam powiedzmy ten spokój ducha, że istnieje jakaś tam marka serwisu, więc mogę sobie pozwolić na nie zgadzanie się z danym wydawcą. Oczywiście wynika to przede wszystkim ze specyfiki muzyki jaką opisujemy, z drugiej strony powiedzmy hmm z dobrodziejstwa internetu. Prościej mówiąc mam wrażenie, że spora część zespołów wychodzi z założenia, zjadą nas w jednym miejscu, w 15 kolejnych nas będą po nogach całować, bo im zależy na płytach przecież i kontaktach. Albo najzwyczajniej w świecie mają promocję w dupie. Potem płacząc, że nikt o nas nie wie,
    ;]

  14. Moi drodzy, ależ ja też uważam, że recenzent powinien się na muzyce znać. Wiedzieć co to synkopa, harmonia i tak dalej. I wolałbym czytać recenzje autorów wąsko wyspecjalizowanych. Umieram trafiając w necie na totalne bzdury, w magazynach na ignorancję matuzalemów, ale bywa, że i płonę ze wstydu czytając, co sam kiedyś opublikowałem… Nie ma cudów, a to dlatego, że…

    1. Gdybym recenzował w miesiącu jedną płytę dziennie, to zarobiłbym jedną trzecią średniej mazowieckiej pensji. Nie, nie przesadzam i nie pracuje dla pasjonackich zinów. Jak chcesz z tego żyć, musisz założyć manufakturę. Żeby nie być gołosłownym, pójdźcie kiedyś do Empiku i policzcie w ilu magazynach znajdziecie recenzje np. Łukasza Iwasińskiego. Podziwiam takich jak Łukasz. Jak się w tym wszystkim nie gubi, jakim cudem nie wpada w rutynę?

    2. Ambicje recenzenta ogranicza odbiorca, albo redaktor w jego imieniu. Czytelnik nie chce analizy – chce żeby recenzent był pośrednikiem, który przełoży koncepcje artysty na jego język. Co z tego, że podniecony pismak odkryje, iż producent robi progresywny house z elementami fidget i dubstepowym basem, albo, że raper ma offbeatowy flow i rzuci trzy punchline’y na jednym oddechu? 😉 Ano tyle z tego, że redaktor przepisze mu valium, a internauta pośle w diabły:)

    3. Teksty mają być zwykle krótkie i „na wczoraj”. To oczywiste, w dobie internetu nie mają prawa być zleżałe. A długich form nikt nie łyka. No może na papierze, ale tu z kolei trzeba pogodzić się z tym że wydarzeń są setki, a płyt dziesiątki w każdym miesiącu.
    Skróty myślowe rodzą nieścisłości, pośpiech niedokładność. Niestety.

    Nie rozgrzeszam bylejakości, nie żalę się – jeżeli tak to brzmi, przepraszam. Wejdźcie czasem w te buty po prostu;)

  15. 3. Teksty mają być zwykle krótkie i “na wczoraj”. To oczywiste, w dobie internetu nie mają prawa być zleżałe. A długich form nikt nie łyka. No może na papierze, ale tu z kolei trzeba pogodzić się z tym że wydarzeń są setki, a płyt dziesiątki w każdym miesiącu.
    Skróty myślowe rodzą nieścisłości, pośpiech niedokładność. Niestety.

    To co wyżej to najprawdziwsza prawda 🙂 Recenzje super profesjonalne może i mają racje bytu, ale raczej w specjalistycznych wydawnictwach, przeznaczonych do ściśle wyselekcjonowanego, a co za tym idzie, wąskiego grona odbiorców. Sam trochę piszę i naturalnie także czytam, nie chciałbym przedzierać się przez teksty pełne fachowych pojęć itd. O wiele bardziej wolę szczyptę humoru czy ironii.
    Aha, recenzje płyt rockowych i metalowych ogólnie rzecz biorąc różnią się zasadniczo od tych traktujących o jazzie czy muzyce klasycznej. I bardzo dobrze, bo estetyka muzyki w naturalny sposób wymusza pewną estetykę pisania.

  16. Mnie przerażają stawki za recenzje (zresztą także za inne teksty). Zarobić na przysłowiowy chleb można tylko w dużych wydawnictwach. No co tu się oszukiwać-średnie i małe firmy płacą grosze. Praca na kasie w Tesco jest bardziej opłacalna. Kilka lat temu dokonałem sobie obliczenia: żeby zarobić 1500 zł, trzeba trzasnąć ok. 60 recenzji miesięcznie do najważniejszych polskich pism o rocku i metalu 🙂 A najlepsze są niektóre komercyjne portale-za udział w ich tworzeniu pieniędzy się nie dostanie. Jak napiszę kilka tekstów, w nagrodę otrzymam bilet na koncert jakiegoś polskiego wykonawcy. Ewentualnie będę mógł sobie zatrzymać płytę. Jakoś tak w Polsce się utarło, że pisanie o muzyce (ale też filmie czy książkach) to wielka misja i aż nieprzyzwoite jest upominanie się o pieniądze. Dopóki dziennikarstwo będzie miało charakter dorywczo-studenckiej roboty, na profesjonalnych recenzentów nie ma co liczyć.

  17. Moj zespol wydal plyte na zachodzie, ktorej bardzo dobre recenzje, bez drugiego dna, ukazaly sie w wiekszosci najwazniejszych magazynow metalowych na swiecie – Decibel, Terrorizer itp. Tymczasem w Polsce niektore rodzime magazyny z tych ‚tylko o ROCKU’ czy metalu nie bylo nawet zainteresowanych wyslaniem im egzemplarza do recenzji. Drazac temat okazywalo sie, ze mija sie dla nich z celem recenzjonowanie plyt wydawanych przez ‚obce’ labele. Bo – jakie to sprytne – szkoda miejsca jesli label z zagranicy raczej nie zaplaci im za ramke reklamowa przy reckach 😉

    Korzystajac z okazji mam okazje podziekowac Ci za ‚wcisniecie’ w tamtym czasie (2008) notki o plycie do ‚Przekroju’. Ukazala sie dla nas juz ‚posmiertnie’, ale bardzo sobie cenie te kilka slow 😉

  18. @bartek

    jeżeli dobrze zgaduję (zespółna eN), Bartku ta – rzeczywiście rewelacyjna – płyta była też poza malutkim nakładziczkiemiczkiemmałymmaleńkim (coś koło 50 szt., które rozeszły się przed premierą) dla polskiego distro na eS była niedostępna, no a na trasie za wielu ludzi z tzw. establishmentu pewnie nie było 😉

    jak się mówi u mnie w metro wiosce
    Pies jeb@U!! zupy nie będzie
    Płyta dobra, więcej nie trzeba

  19. Ło jezu, jeśli siusiaczek ma rację, to zaczyna mi się otwierać klapka, toć ja obie płyty zespołu posiadam, a drugą to bezpośrednio od Bartka kupiłem;)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s