Muzyka w 2009: Świat

Święta pełną gębą, nikt więc już w tym roku żadnej płyty nie wyda, nikt koncertu oszałamiającego i ważnego nie zagra. Można więc śmiało robić podsumowania. W „Przekroju” już się ze starym rokiem rozliczyliśmy, w Mieście Muzyki podsunęliśmy użytkownikom nasze nominacje, ale o miejscach na podium niech już sobie sami decydują. A moja prywatna lista, jeśli to kogoś interesuje, poniżej. Pozwoliłem sobie najważniejsze dla mnie tegoroczne płyty przedstawić w kolejności alfabetycznej, bo mówiąc szczerze, coraz mniej wierzę w takie podsumowania, nawet jeśli sam je sporządzam 😉 Zawsze bowiem okazuje się, że o czymś zapomniałem, że czegoś ważnego nie usłyszałem, albo że płyta, która wydawała mi się objawieniem, nuży po dwóch miesiącach, a inna – do której podchodziłem jak pies do jeża – nieoczekiwanie odkryła przede mną swoje drugie, piękniejsze dno.

No dobra, koniec marudzenia, czas na konkrety. Dzisiaj świat.

Animal Collective – Merriweather Post Pavilion
Wielcy przegrani podsumowania w “Przekroju”, również z mojej winy, bo ich w pierwszej dziesiątce nie zmieściłem. Ale to i tak znakomita płyta.
Antony and the Johnsons – The Crying Light
A jednak rozczarowanie. Nie wracam do niej tak chętnie jak do poprzednich, nie wzrusza mnie tak bardzo. Co nie zmienia faktu, że Antony pozostaje wielki.
Mulatu Astatke & The Heliocentrics – Inspiration Information 3
Więcej o moim prywatnym odkryciu Afryki poniżej – to tylko jeden z przykładów. W dodatku mistrzowsko łączący stare z nowym.
The Big Pink – A Brief History of Love
„Dominos” to dla mnie jeden z największych hitów roku, a paru innym piosenkom z tej płyty też niewiele brakuje. Szkoda, że po krótkim, acz intensywnym hajpie szum wokół nich zupełnie ucichł.
Converge – Axe To Fall
Dzięki, Łukasz! Już myślałem, że w kategorii Ciężkie Brzmienia będzie pusto, ale parę dni temu usłyszałem tę płytę i nie mogę przestać machać łbem. Fajne, oryginalne brzmienie, ciekawie grający gitarzyści, intensywność godna Dillinger Escape Plan, ale mniej matematyki, więcej punka. Palce lizać.
Current 93 – Aleph at Hallucinatory Mountain
Rockowy, niemal metalowy Current? Karkołomna, ale udana metamorfoza, którą zapowiadały już ubiegłoroczne koncerty. Wśród gości m.in. Sasha Grey. I niech mi ktoś powie, że nie warto zakładać zespołu 😉
The Decemberists – The Hazards of Love
Album koncepcyjny o mocno ludowym posmaku (fabuła) i muzyce, która brzmi jak połączenie szant z zeppelinowskim przytupem. Może i grzeszna ta przyjemność, ale za to jaka wielka!
Dave Matthews Band – Big Whiskey and the GrooGrux King
Koncertówkami sypią jak z rękawa, a na albumy studyjne zawsze każą długo czekać. I zawsze warto.
Bob Dylan – Together through Life
Na Dylana nawróciłem się akurat w czasie, kiedy znowu zaczął nagrywać świetne płyty. I choć „Together…” w dłuższej perspektywie nie wytrzyma pewnie konfrontacji z pomnikowymi płytami z lat 60. czy 70., czuć rękę (i struny głosowe) Mistrza. W dodatku poprawił pyszną płytą świąteczną! Bob rządzi niepodzielnie.
The Flaming Lips – Embryonic
Zawsze lubiłem, za tę płytę pokochałem. Za te brudy, za te aranżacyjne niedopowiedzenia… Wielka płyta zespołu, który niczego się nie boi. Coraz mniej takich.
K’Naan – Troubadour
To jest tip od Marcina Flinta (dzięki!). I najlepsza płyta hiphopowa tego roku. Ale nie najlepsza, jaką w tym roku usłyszałem, bo chyba jednak wolę poprzedniego K’Naana, czyli „Dusty Foot Philosopher”, za mniejszą ilość błyskotek, za to większą surówki prosto z bebechów. Tak czy owak, odkrycie.
Juliette Lewis – Terra Incognita
Mam mieszane uczucia. Początkowo wydawało mi się, że wolę ją jednak z The Licks, w punkowym wcieleniu, ale posłuchałem uczciwie wszystkich poprzednich płyt i już wiem, czemu zdecydowała się zapuścić w Ziemię Nieznaną – tamta formuła już się wyczerpała. Ale trochę przeszkadza mi artystowskie nadęcie Omara z The Mars Volta, producenta albumu, którym zaraził swoją nową podopieczną. Co nie zmienia faktu, że się kocham w Juliette i nie mogło jej tu nie być…
Manic Street Preachers – Journal For Plague Lovers
W nich też się kocham. Tym razem zaskoczyli. Swoje ładne, stadionowe piosenki dali zepsuć Steve’owi Albiniemu i nie każdego fana MSP ta arcyponura płyta przekonuje. Jako bonus: doskonałe remiksy całego albumu (popełnione m.in. przez Underworld, Saint Etienne i The Horrors), póki co niestety tylko w wersji download.
Elvis Perkins – Elvis Perkins In Dearland
Najlepsza w tym roku płyta z nowym amerykańskim folkiem. Trzeci Elvis nawet Potworom Folku, świetnym skądinąd, dał radę.
Slayer – World Painted Blood
Sssllleeeeeeeeeejjjjaaaaaaaaaaaaaaaaaaa!!! (ale poprzednia bardziej mi robiła)

Sonic Youth – The Eternal
Podobnie jak ze Slayerem – nagrywali lepsze płyty, ale to Sonic Youth do cholery, poniżej pewnego poziomu nie zejdą.
Sunn O))) – Monoliths & Dimensions
Być może mam omamy od nadmiaru infradźwięków, ale wydaje mi się, że w paru momentach majaczą w tle strzępy melodii. Tak czy owak, to ich najlepsza rzecz, której… po koncercie nie chce mi się słuchać. Na żywo Sunn O))) po prostu piorą mózg. I ciało. Ale o tym już było, wiem.
David Sylvian – Manafon
Nigdy nie byłem wielkim fanem Sylviana, więc akademicka dyskusja, która rozgorzała wokół tej płyty niespecjalnie mnie obeszła. Nie wiem czy przesadził, czy nie, co kontynuował, a co zniweczył. Wiem, że to równie oryginalne, co dobre.
Them Crooked Vultures – Them Crooked Vultures
Trzy takie indywidualności, że to nie mogło się nie udać. Pewnie, mogło się udać bardziej, ale cieszmy się tym, co mamy – najlepszą rockową płytą A.D. 2009.
Tinariwen – Imidiwan: Companions
Piękna historia i równie urzekająca muzyka. Nomadzi z Sahary, którzy pichcili swojego bluesa w oderwaniu od świata przez niemal trzy dekady – odkryci dla Zachodu raptem parę lat temu.
The xx – xx
Długo nie mogłem się przekonać, bo zwykle wolę jak ktoś z płyt na mnie krzyczy, niż szepcze, ale to rzeczywiście dobra rzecz. Bezpretensjonalnie podane ładne melodie, do tego taka łatwo przyswajalna, smarkata melancholia. Na debiut aż nadto.
Yo La Tengo – Popular Songs
Już za pierwszy numer trafiliby na tę listę, ale im dalej w płytę, tym więcej niespodzianek. Od totalnie prostych, olsdkulowch piosenek po psychodeliczne odloty bez końca. Bardzo żałuję, że nie dotarłem na koncert.

Do tego:

Odkryłem muzykę afrykańską i zakochałem się bez pamięci. Chociaż nie, odkryłem ją w ubiegłym roku, na fenomenalnym koncercie Dee Dee Bridgewater z towarzyszeniem malijskich miotaczy, ale dopiero w tym znalazłem czas i ochotę, by temat nieco zgłębić. Od pustynnego bluesa Tinariwen przez arabski rap, aż po wykopaliska w rodzaju funku i jazzu z głębokich lat 70. – jeśli coś mnie naprawdę w tym roku w muzyce zaskoczyło, to właśnie Afryka.

Uzupełniłem kolekcję o całą stertę punkowej i hardcore’owej klasyki, której mi brakowało. Raduje się serce, raduje się dusza, bo z tej branży mam już na półce właściwie wszystko, co chciałem (i co jest dostępne). I nie zawaham się tego użyć – o czym poinformuję Was w stosownym czasie.

No i wiadomo, zmarł Michael Jackson. Choć od tak wielu lat go nie było, to było bezdyskusyjnie najważniejsze muzyczne wydarzenie tego roku. Co świadczy zarówno o formacie Jacksona, jak i nijakości jego następców. Ale do knajp, w których słyszę „Beat It” albo „Dirty Diana” już nie wchodzę. Już mam dość i minie pewnie dobrych parę lat, zanim sobie znów „Thrillera” albo „Bad” puszczę.

Reklamy

9 thoughts on “Muzyka w 2009: Świat

  1. no no, dobrej muzyki dotykasz. Mulatu jak najbardziej, Sun O))) zdecydowanie bardzo, z resztą z tej stajni większość płyt bardzo dobra.

    Polecam takie rzeczy: Stille Oppror i nowe płyty Vladislava Delaya oraz Alva Noto.

    powinny przypaść do gustu.

  2. Łatwiej podsumowuje się rok pod względem koncertów. Nie było się na wszystkich, ale jest szansa, że się o żadnym nie zapomni.

  3. Marcin Flint zasłużył w tym roku na niejedno redakcyjne piwo 🙂
    W 5-6 miejscach pięknie się pokrywamy. Nieźle – myślę!

    A gdybyś miał bez zastanawiania i klikania wymienić teraz kilka topowych płyt 2008?

  4. broniesiejakos – dzięki. Delay znany i lubiany, pozostałe oczywiście sprawdzę

    Mariusz – proszę bardzo: Bon Iver, TV On The Radio, Pivot… i tu zaczynają się schody 🙂 Wiem, Portishead jeszcze! 🙂

  5. Pingback: Ziemia niczyja | Mariusz Herma » Blog Archive » Dolewka

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s