Jak Bóg Kubie, tak Kuba Bogu

Niewinna 😉 anegdota z Jarocina rozpętała na nowo dyskusję, na którą po cichu liczyłem i której nie chcę zostawić jedynie w komentarzach do tamtego wpisu. Tym bardziej, że mój wywód będzie długi i być może mętny, ale z serca płynący.

Część z was zapewne wie, że miałem kiedyś zespół młodzieżowy. Może i nie był wybitny, po jego rozpadzie świat jakoś kręci się dalej, ale wydawaliśmy płyty i kilka (kilkanaście) tysięcy osób kupiło każdą z nich. Nie wiem ilu nabywców znalazły pirackie wersje ze Wschodu (były, mam w kolekcji), w tym na przykład splity z innymi zespołami, których nigdy nie wydawaliśmy, albo tajemnicze kompilacje „Best of Lux Occulta”. Nie mam pojęcia ilu ludzi ściągnęło empetrójki. Wiem za to, że gdyby każdy z nich zapłacił nam choć po kilka groszy (centów, kopiejek…), być może moi, niewątpliwie bardziej uzdolnieni ode mnie, koledzy z zespołu nie musieliby teraz robić nudnych rzeczy, których nie lubią i być może tworzyliby dalej. Może nagraliby coś naprawdę fajnego.

Tak się złożyło, że wciąż jestem twórcą. Piszę. Za jedne teksty każę sobie słono płacić, za to inne mogę publikować za darmo, choćby tu, na tym blogu, ku uciesze własnej i mam nadzieję paru innych osób. Ale kiedy już przestaną się sprzedawać ostatnie gazety, albo kiedy szefowie portali internetowych dojdą do wniosku, że nie warto wydawać kasy na to, co można mieć za darmo (mam nadzieję, że to rozważania czysto hipotetyczne) będę musiał sobie znaleźć jakąś „poważną” pracę. Nie mogę obiecać, że znajdę wtedy czas i siły na bloga… Krytykowanie twórców za to, że domagają się za swoją twórczość wynagrodzenia uważam więc za – uwaga, eufemizm – nierozsądne.

Przegrywanie kaset czy płyt od kolegów to jednak coś innego niż szaleństwo p2p. Podobnie jak czymś innym jest pożyczenie koledze – i drugiemu, i trzeciemu – książki, niech sobie poczyta, a co innego robienie tysiąca kserokopii rzeczonej i rozdawanie każdemu, kto wyciągnie rękę.
Jeszcze 10 lat temu ściąganie, choć zaczynało być równie powszechne jak dziś, nie było powodem do chwały. Dziennikarze – tu muszę nieco własne gniazdo pokalać – nie beatyfikowali tak powszechnie i ochoczo Napstera, jak dziś czynią z Pirate Bay. Co ciekawe, jednocześnie martwi ich to, że portale cytują bezpłatnie zbyt obszerne fragmenty zdobytych przez nich informacji, albo to, że pan Zenek z łóżka polowego sprzedaje za bezcen egzemplarze magazynu, które miały iść na przemiał. Przez co, oczywiście, nakłady lecą na łeb na szyję i uznane tytuły prasowe, jeden po drugim, idą pod topór. Własną twórczość, koledzy, chcielibyście chronić, więc do twórczości innych też nie warto podchodzić z nonszalancją.

Moim zdaniem Kuba, jako autor, ma pełne (!) prawo decydować, w jaki sposób jego twórczość będzie rozprowadzana. Jeśli chce dzielić się lwią częścią zysku z dystrybutorem i wydawcą – jego sprawa. Jeśli zechce sprzedawać piosenki na sztuki (a na pewno zechce, niech tylko ktoś w Polsce opracuje sensowny model takiej sprzedaży) – proszę bardzo. A może będzie chciał jakąś część swoich utworów rozdać za darmo (Wandachowicz jest świetnym przykładem, bo rzeczywiście rozdaje, debiutancką EPkę swojej nowej kapeli, czyli Tryp, tu możecie się poczęstować) – niech rozdaje. Ale stać go będzie na prezenty dla fanów tylko wtedy, kiedy będzie miał jakieś dochody. Jeśli rozda wszystko, lub jeśli sami sobie weźmiecie, będzie musiał pójść do pracy w biurze albo fabryce, a wtedy czasu na śpiewanie i szarpanie strun będzie miał znacznie mniej i motywację też jakby mniejszą…

I nie mówcie mi, że zmienił się model zarabiania na muzyce, że teraz artyści powinni utrzymywać się z koncertów. Bo gdyby nie bilety z hologramami, opaski na przeguby i ochroniarze przy wejściach, gdyby nie kraty w oknach i przewodach wentylacyjnych, empetrójkowicze wchodziliby na koncerty za darmo. Bilety przecież za drogie, obrzydliwy kapitalista-organizator pasie na nich brzuch, a dostęp do kultury powinien być równy dla wszystkich, prawda?

Wiem, że to, co tu wypisuję jest dzisiaj bardzo niepopularne. Nie łudzę się też, że zawrócę kijem Wisłę. Wiem nawet, że ściąganie hurtowej ilości empetrójek czy filmów nie jest w Polsce przestępstwem. I co z tego? Jest wiele głupich praw, które respektuję, choć zupełnie się z nimi nie zgadzam… Ktoś może przytomnie zapytać czy sam nigdy nie ściągam. Nie, nie ściągam. Nie założyłem sobie nawet nigdy konta w żadnym serwisie p2p, nie chcę wiedzieć, jak to się robi, żeby mnie nie kusiło (słabym jeno jestem człowiekiem). Za to przyznaję, że zdarza mi się od kogoś przegrać mp3, żeby sprawdzić jakiś nowy zespół. Ale czuję, że to nie jest fair, więc jeśli kapela mi się nie podoba, CDR ląduje w koszu albo trafia do innego zainteresowanego. Jeśli mi się podoba – również. Z tą tylko różnicą, że wtedy kupuję oryginał. Klnę, jeśli jest drogi, ale kupuję z szacunku do artysty, którego chcę słuchać. I nie mówicie mi, że to głupie i naiwne, albo że nie idę z duchem czasu. Uważam, że to po prostu uczciwe.

Metaforę sobie nawet wymyśliłem, może sztubacką, na pewno fekalną, ale myślę, że trafną: Kiedy ktoś puści bąka w towarzystwie, raczej nie będzie z tego dumny. No, ale kiedy okaże się, że powietrze zanieczyścił też kolega, i jeszcze jeden, i następny, to już nie wstyd się przyznać, prawda? Można to obrócić w żart, można nawet konkurs pierdów zorganizować. Choćby i z podpalaniem… Nikt się nie obrazi, nikomu nie będzie głupio. Ale czy to znaczy, że będzie mniej śmierdziało?

Reklamy

63 thoughts on “Jak Bóg Kubie, tak Kuba Bogu

  1. Jarku mnie skromności, wszak Mother and the Enemy to jeden z najlepszych kawałków metalu jakie powstały w tym kraju 🙂

    a co do ściągania… mam jeden dylemat: co z muzyką, której po prostu nie można kupić w kraju? i nie ma alternatywy: kupić czy ściągnąć. jest inna: ściągnąć albo nie poznać wcale… wiem, nieuczciwe, tyłek boli.. ale…

    • Wiem jak jest. Ale czym innym jest ściąganie płyt, których nie można dostać (to że w Polsce to pół biedy, jest przecież amazon i milion innych sklepów internetowych, ale bywają tytuły, szczególnie sprzed lat, których nigdzie nie ma) lub przez ludzi, którzy NAPRAWDĘ nie mają kasy na takie frykasy jak płyty, a czym innym robienie ze ściągania cnoty, przebieranie tego w fatałaszki jakiegoś nowego ruchu wolnościowego.

  2. Nie będę się wypowiadał o stronie ściągającej, bo to oczywista oczywistość, że etyka nakazuje nawet jeśli prawo nie. Przynajmniej jeszcze przez chwilę.

    Mnie śmieszy betonowe zachowanie w stylu Wandachowicza czy Hołdysa. I nie chodzi nawet o fakt, że trzeba mieć naprawdę nieskazitelne sumienie, żeby być takim radykałem (żadnej skopiowanej kasety z filmem? płyty? gierki? programu?), którego tej dwójce oczywiście nie odmawiam. I pewność, że nigdy jednym dobrym singielkiem z listy przebojów nie oszukało się (znów etyka, nie prawo) niejednego naiwnego nabywcę.

    Mnie chodzi o to, że ich zachowanie przypomina zatykanie nie powiem czego tym ludziom w sali balowej, żeby nie puszczali bąków. Albo wywalanie ich z sali – aż nie zostanie nikt. Absurd, obie opcje.

    Nawet herosi z Metalliki po wojenkach z dziećmi nowokomunijnymi nagle się z nimi przeprosili i na bierzmowanie próbują im wciskać Guitar Hero z sobą w roli głównej. I to bolesny przykład, że jeśli chcesz nagrywać w czasach, w których rodzące się pokolenia (naprawdę!) traktują muzykę jak wodę – czyli jest kranik, to otwieram – to muszą się do tych warunków dostosować, a nie krzyczeć jak zbuntowane nastolatki. W innych zawodach wygląda to identycznie – w naszym też będziemy się gdzieś musieli podziać, jak nam papier zabiorą (ku uciesze ekologów).

    Taki zły świat, ale dawniej były absurdalne warunki wytwórni muzycznych, było 40 groszy od CD-ka – ale (pyskując) się to przyjmowało, bo nie było innej opcji. Ciekawe, że dziś się za tamtymi czasami tęskni, chociaż www wreszcie daje alternatyw bez liku i łebski muzyk jakoś to potrafi po swojemu urządzić. A przy okazji wychodzi, ile kto wart, moim zdaniem. Bez zabawy w singielki, promocyjki, reklamki. Tym, co grają dobrze, jakoś to pięknie służy, nawet powoli przestają ścigać bloggerów. Co najwyżej dziwią się potem, że bez dystrybucji płyty w Polsce wypełniają całe sale a publiczność śpiewa z nimi.

    Jako PS dodam tylko, że ostatnio trafiłem na stronę ze streamingiem muzyki i filmów, której za cholerę nie potrafiłem zidentyfikować – legalna czy piracka. I nie mam ochoty się tym zajmować, tak jak zgadywaniem swego czasu, czy radio nadaje legalnie, czy też nie. Za chwilę to będzie już normą i nie będzie innego wyjścia jak abonamenty muzyczno-filmowe w cenie łącza. Skończą się dylematy i będziemy musieli sobie znaleźć nowy temat do dyskusji. Na pięknie opłacanych przez wiernych, hojnych czytelników-subskrybentów blogach.

    • Tak, abonament to zapewne przyszłość. Albo reklamy. Znamy to z radia i telewizji. Zaczyna się to tak – masz dużo różnych propozycji, jest pięknie, żyć nie umierać. I love my Spotify. Ale za chwilę ktoś szybko się połapie, że Blue Roses i Julia Marcell (wiem, jestem złośliwy) nie klikają się tak dobrze jak Metallica czy Black Eyed Peas. Można więc to jakoś zoptymalizować, można mniej płacić (artystom) i więcej zarabiać, można – TADAM! – sformatować. Jeszcze będziesz klął na ten abonament.

      Metallica to zły przykład. Radiohead i NIN też. Oni mają gigantyczną bazę fanów i rzeczywiście, alternatyw bez liku. Ale przyjdą nowi. Bez nakładów na promocję od wytwórni (które są coraz mniejsze, ale jednak są). Skąd blogerzy dowiedzą się o ich istnieniu? Będą ich samodzielnie wyszukiwać w bezdennych zasobach MySpace czy YouTube? Myślę, że to naiwność. Wygrają najlepsi? Jeszcze większa naiwność. Jak zawsze wygrają sprytniejsi, zmienią się tylko formy promocji. Myślisz, że najlepszym polskim zespołem metalowym jest ten, który nagrał niedawno piosenkę o Wałęsie? Bo na pewno oni mieli najwięcej wejść na YT, udzielali wywiadów w telewizorach itp.

      Oczywiście, kiedy wytwórnie płytowe miały monopol na sprzedaż muzyki było inaczej, ale też źle. Dobrze, że tego monopolu już nie ma. Ale gorzej, że na fali przemian autorom odmawia się prawa do decydowania o losie ich twórczości.

      • Jarku, ależ mnie intuicja (podparta obserwacją) podpowiada dokładnie na odwrót: że właśnie Julie Marcell i Blue Roses są klikane i to dopiero teraz widać. Jakie nisze nagle wypływają w podsumowaniach końcoworocznych, to by się w głowie nie zmieściło dziesięć lat temu.

        Czas pokaże, kto miał rację. Pewnie obaj byśmy sobie życzyli, żeby było po mojemu.

      • To ja przepraszam, ale tak długo nie pracuję jako dziennikarz. Kiedy zaczynałem, był już Napster. Masz jakieś poczucie winy związane z tym, że masz większy dostęp do muzyki z racji bycia dziennikarzem muzycznym? Bo ja żadnego. Po pierwsze – nie mniej płyt kupuję, niż dostaję. Po drugie – większość z tego, co dostaję to syf, który muszę (!) przesłuchać. I to ma być przywilej? Poza tym, czy fakt, że dziennikarze motoryzacyjni dostają fajne bryki na jazdy próbne, oznacza, że mam się czuć rozgrzeszony jeśli pożyczę sobie samochód, który mi wpadnie w oko na ulicy, na kilka dni? Czy może oznacza to tylko, że dziennikarz motoryzacyjny nie może mnie za to potępić, bo on ma lepiej?

        Może się mylę, ale wydaje mi się, że metacritis to zestawienie recenzji pisanych przez profesjonalistów, którzy dostają płyty promocyjne od wytwórni?
        Na razie tzw. długi ogon ma się dobrze, bo mainstream jest osłabiony. Ale to nie znaczy, że ogon zacznie machać psem. Jeśli mainstream zostanie zmuszony do korzystania z tych samych narzędzi co dziś Marcell, nie zostanie po jej podobnych (ona już pewnie będzie miała nazwisko, więc może przetrwa) ani śladu. Zobaczysz, wszystko da się sformatować 🙂

      • Z przywilejami to był żart! Aczkolwiek zdarza się takie myślenie i w sumie wcale się nie dziwię.

        Dwa linki, żeby pokazać obie strony medalu – krytycy i czytelnicy. Od jakiegoś czasu to krytycy idą za czytelnikami, a nie na odwrót, i w sumie całkiem ciekawe rzecz z tego wychodzą.

        Tego formatowania zupełnie się nie boję z dwóch powodów:
        1) abonament rozumiem jako dostęp do pełnej biblioteki muzycznej – jak w Spotify – innej opcji nie widzę. Dziś liczy się możliwość wyboru, a nie słuchanie playlist, dlatego tradycyjne radia dla młodych nie istnieją.
        2) Last.fm w wymiarze masowym fajnie pokazało, w co się klika. Zwykle w fajne rzeczy! Nie rozumiem czemu te opcje miałyby zostać odebrane, jeśli będą na nie chętni. Znów wychodzi z Ciebie ta niewiara! 😉

      • Ja bym się jednak poważnie zastanawiał nad tym, czym Last.fm rzeczywiście jest dobrym wskaźnikiem popularności danego artysty i jak to się z kolei przekłada na wydawanie pieniędzy.

      • Mariusz, nie wychodzi ze mnie niewiara (chociaż fakt, mógłbym się określić sentencją “wątpię, więc jestem” 😉 ), ale doświadczenie.
        Sam pierwszy piałem na temat wolnej muzyki, której nikt nie zatrzyma na przykładzie dopiero nabierającego rozpędu MySpace. Parę lat później w MySpace, już rozpędzonym, pracowałem. Oczywiście, jest tam miejsce dla wszystkich i czujni artyści potrafią pięknie wykorzystywać to narzędzie, ale ludzie w swojej masie za nic w świecie wszystkiego nie chcą słuchać. Kiedy wystawiałem na jakieś eksponowane miejsca klip albo artystę, którzy byli świetni, ale obrzydliwie niekomercyjni (np. MetaMuzykę), kliki ledwie kapały, ale kiedy nowy klip wrzuciła Edyta Górniak, to nawet bez mojej pomocy licznik kręcił się jak oszalały.
        Odwiedzin też najwięcej mieli albo ci, którzy zdobyli popularność przed (lub poza) internetem lub zatwardziali spamerzy. Nie ma to nic wspólnego z jakością muzyki.
        Poza tym, ja mogłem tę MetaMuzykę (niech już będzie o nich, choć takich przypadków było dużo) promować, ale już w USA czy UK MySpace to normalne, mainstreamowe medium, gdzie panuje Madonna, Guns N’Roses i Lil Wayne.
        Nie dlatego, że MySpace jest zły, albo źli mejdżersi płacą za to kokosy, ale dlatego, że ani MySpace, ani żaden inny internetowy serwis nie są za darmo. Ktoś musi za to płacić. Jeśli nie Ty, to reklamodawca – a on chce żeby jego reklamy widziało jak najwięcej potencjalnych klientów, więc trzeba reklamodawcy iść na rękę. I za wszelką cenę pokazywać Madonnę (u nas Dodę), bo one te kliki zapewniają.
        Może i młodzi ludzie myślą, że woda w kranie jest za darmo, ale jak już dorosną, dowiedzą się, że to nieprawda, że czynsz + media (nomen omen) sporo kosztują i jak nie zapłacisz, przestanie lecieć. Albo zapłaci ktoś inny, ale wtedy dostaniesz wodę z Dodą i Mydełkiem Fa w komplecie.

  3. Są dwa spojrzenia na całą sprawę i artysta ma, niestety, przerypane, niezależnie od tego, które reprezentuje.

    Pierwsze. Artystyczny punkt widzenia. Wytwarzam dzieła, które są wybitne, lepsze niż to, co można usłyszeć za darmo (a zawsze coś można), więc należy mi się zapłata. Nie zapłaciłeś? Krzyczę „wypierdalaj”. Moi wielbiciele patrzą na mnie, myśląc sobie: o, chyba mu się wydaje, że jest wart więcej niż jest wart naprawdę. Zadziera nosa. I odpowiadają mu tym samym.

    Drugie. Zimny rynkowy punkt widzenia producent-klient. Albo producent-potencjalny klient (jeśli przyjmuję zimne spojrzenie rynkowe, na jedno wychodzi). I tu, jeśli ktoś słuchał mnie i nie zapłacił, a ja krzyknę „wypierdalaj”, to w tym momencie mam mniej nie tylko o jednego potencjalnego klienta, ale jeszcze o paru innych, co stali z boku i się tylko przypatrywali. Dlaczego? Bo jako sprzedawca byłem niemiły.

    Fakt. Jest jeszcze trzecie spojrzenie. Krzyczę „wypierdalaj” dla żartu/pozy/fasonu. To jeszcze gorsze. Bo nie dość, że pociąga za sobą takie same konsekwencje jak powyżej, to jeszcze tani żart i kiepski sposób na kreowanie wizerunku.

    Oto – w dużym skrócie – dlaczego uważam, że artysta, który zachowuje się jak Wandachowicz (czy Kazik), zamieniając się w księgowego, prokuratora i egzekutora długów w jednej osobie, zwyczajnie sobie szkodzi.

    • Zapewne masz rację. Szkodzi sobie. Tak jak Metallica zaszkodziła sobie sprawą z Napsterem i od tamtej pory znacznie lepiej dba o PR, podlizując się fanom, równocześnie kasując ich pięknie za jakieś niedoróby opakowane w złoto (no, dobrze w trumnę). O nie, przepraszam – podlizuje się tym, którzy i tak nic nie kupią (ale wizerunek rzecz święta), a płacą ci, którzy płacili tak czy owak.
      To ja już wolę tych nierozsądnych…

      PS. Swoją drogą, mogło być i tak, że owo „wypierdalaj” było tylko dowcipem, nie znam poglądów KW na ten temat. Ale dla mnie to po prostu dobry pretekst dla dyskusji o sprawach, które żartem nie są.

      • Nic nie kupią? Może nie nauczyli się w krótkim życiu kupować sobie płyty, ale…

        1. To nie znaczy, że nie przyszliby na koncert.

        2. To nie znaczy, że nie kupiliby koszulki.

        3. To nie znaczy wreszcie, że komuś ulubionemu nie kupiliby płyty na prezent (bo empetrójek ściągniętych na nielegalu nawet piętnastolatek by pewnie nie podarował).

        Zostawiam na boku dojrzewanie jednostek i społeczeństwa, okoliczności bytowe, brak dostępu itp. Wątek starych pirackich kaset i pirackich kopii płyt z radia, względnie pirackich kopii z kopii z przegrywalni był zdaje się poruszony w komentarzach pod poprzednim wpisem.

      • Ad 1. Powyżej o tym pisałem – gdyby tylko przecisnęli się przez dziurę w płocie, nie płaciliby za bilet. Bo przecież teraz wszystko się wszystkim należy, po co sobie odmawiać.

        Ad 2. A gdyby mieli do wyboru tańszą piracką i droższą oryginalną, z podobnie fajnymi wzorami i podobnej jakości?

        Ad 3. To dopiero naiwność. Niestety, przepięknego przykładu nie mogę publicznie zacytować. Opowiem Ci przy okazji 🙂

      • Gdyby? A gdyby ludziom dać do ręki flinty, toby się powystrzelali. 😉 Ale różnicą jest subtelne „gdyby”. Różnica między nami jest taka, że moje gdyby jest pozytywne, a Twoje – negatywne. Co w tej dyskusji zdefiniowało mnie jako lewicowca, a Ciebie jako konserwatystę.
        I mam nadzieję, że zaprotestujesz, mówiąc mi, że rzeczywistość jest bardziej zniuansowana… Bo ja właśnie do tego piję. Świat nie dzieli się na dobrych ludzi i złodziei. Nie ma prostych podziałów. 🙂

      • Nie mam nic przeciwko gębie konserwatysty, niech i tak będzie 🙂

        To prawda, świat nie jest czarno-biały. Szary też nie jest. I ja właśnie protestuję przeciw „uszarzaniu” wszystkiego. Poza tym, proszę mi tu niczego nie imputować :-), ani razu nie użyłem słów „kraść” czy „złodziej”. Nie jest złodziejem ten, kto nie wie, że kradnie. Jak w PRL-u. Wszyscy brali śrubki (albo i całe maszyny) z fabryki, bo to przecież wspólne czyli niczyje…

        A co do flint, to oczywiście prawda, powystrzelaliby się. Nie mam cienia wątpliwości 😉

  4. Odpowiem w punktach:
    1. W młodości kopiowałem kasety na potęgę i kupowałem praktycznie same piraty, bo innych kaset nie było. Gdybym miał ograniczyc się do oficjalnego obiegu, byłbym idiotą. Jestem w stanie usprawiedliwic kradzież, jeśli nie ma kompletnie żadnej możlwiości, żeby coś lagalnie kupic. Nie można porównywac tych dwóch rzeczywistosci. Dzisiaj też jestem w stanie kupic pirackie DVD z Hong Kongu albo ściągnąc divixa jak na ebayu albo w hmv nie ma wersji legalnej (region 2!).
    2. Na maxa chętnie będę udostępniał mptrójki w necie za kasę jak net stanie się szczelny i pojawi się jakis polski ajtiuns. Sęk w tym, że boję się tego, że net szczelny się nie stanie (bo coś nie wierzę w to Trusted Computing – ale może się mylę).

      • Przecież Kuba napisał: „Jestem w stanie usprawiedliwic kradzież, jeśli nie ma kompletnie żadnej możlwiości, żeby coś lagalnie kupic” i do tej pory byłem święcie przekonany, że o tym dyskutowaliśmy.

  5. Ja bym chcial tak: wchodze na strone artysty ktory mnie interesuje, gdzie moge przesluchac wszystkie jego utwory, po czym kupic (sciagajac) te,ktore mi sie podobaja (wybierajac format np. od mp3 128 przez mp3 320 do wav czy flac) placac za nie w sposob cyfrowy,latwy,szybki i czytelny.
    CZY TO NAPRAWDE TAKIE TRUDNE???

    A gdy ktos,kogo cenie bedzie mial kaprys wydac swoja muze tylko na cd, to tez nie ma problemu.Nowy album Neurosis tylko na kompie u mnie nie przejdzie.

    A skad sie dowiem o nowych,ciekawych artystach? Z INTERNETU!!! Z portali muzycznych,z „recenzii”, z „nowosci”, z blogow – jak chocby ten,zeby nie szukac daleko.Poza tym z gazet, z radia (polecam slowackie Radio FM – nie znam lepszego). Z filmow. Od znajomych.
    WYSTARCZY CHCIEC.

  6. Ja tam jakiejś wielkiej ideologii ze ściągania nie robię – kradnę, owszem. Ostatnio dużo mniej, bo jest myspace, więc jak chcę kogoś wypróbować, to tam go wypróbuję i wtedy albo zapierdalam do sklepu bez względu na cenę albo nie – w obu przypadkach muzyka wylatuje z dysku, bo albo ja mam, albo nie zamierzam jej słuchać (zbieranie stek dyskografii po to, żeby mieć i posłuchać raz na dekadę mnie nie jara).
    Wszyscy Ci, którzy twierdzą, że muzycy powinni zarabiać na koncertach, niech nie zapominają, że najlepszym pretekstem do trasy jest wydanie płyty. I nawet jeśli ktoś ją umieści za darmo w sieci, to samo jej nagranie musiało go trochę kosztować (bo nie mówimy o jakijś chałupniczej produkcji?), dodatkowo gdy mamy z zespołem wydobywającym muzykę z fizycznie istniejących instrumentów, a nie z komputerów, to one też trochę kosztują. Zresztą komputer też kosztuje, software kosztuje i prąd pobierany przez komputer też kosztuje.

  7. za koncerty choćby i słono płacę bez zgrzytnięcia – trochę mam nadzieję że w ten sposób zrehabilituję się wobec artystów bo przyznaję że zdarza mi się ściągać mp3. Pracuję w korporacji i wykonuję jedną z tych nudnych prac – muzyka pomaga mi przetrwać swoje 8 godzin 🙂

    pamiętam świetnie kasetki firmy takt – piraty jak ja pierdziu 🙂 pamiętam świetnie przegrywanie kasetek. przypomina mi się szczególnie jak kiedyś doleciała do mnie totalnie podziemna tysięczna kopia płyty burzuma (którejś tam) – sama ‚muzyka’ dość trudna powiedzmy w odbiorze ale w tej kopii kopii to już masakroza była a i tak fajnie się słuchało hehe

    i jeszcze jedna mała sprawa – nie mam czasu chodzić po sklepach muzycznych. gdybym mógł kupować na stronie artysty choćby całe płytki w formacie mp3 czy FLAC byłoby git i moooże po odjęciu ceny opakowania czy nośnika okazałoby się że można tanio i z zyskiem sprzedać muzykę ?

  8. No ta ja wrzucę swoje trzy grosze.
    Kiedy byłem młodszy i w Polsce rządziły „oryginalne” kasety taktu kupowałem je. Piraciłem – mam tego świadomość. Mógłbym się jakoś tłumaczyć, że nie było, że kapitalizm dopiero raczkował bla bla bla. Nie mam jednak zamiaru. Błędy młodości. Teraz nie piracę dlategom że, większość płyt dostaję i tak za darmo, a te które do mnie nie dojdą sobie kupuję stać mnie. Natomiast gdybym chciał kupować wszystko co chcę, to bym zbankrutował. To jest oczywista oczywistość.
    Rozumiem sytuację, wkurzenia zespołu, kiedy podchodzi małolat i mówi, znam Waszą twórczość z mp3 (czekam kiedy będzie się do zespołu podchodzić z twardym dyskiem po autograf). Natomiast jestem również w stanie zrozumieć małolata.którego nie stać na kupowanie każdej płyty. (oczywiscie nie mówię tu o ludziach, którzy mają po 123 giga muzyki, bo to nie o to kaman). Sytuacja jest w pewien sposób patowa
    Natomiast, zna ktoś może badania, które jasno pokazują spadek sprzedaży płyt na rzecz ściagania mp3?
    Poza tym przyszłość to mp3 sprzedawane w sieci, jest w Polsce parę takich systemów, które już sprzedają mp3, tylko relatywnie drogo.

    • Fleet Foxes, Fleet Foxes… czekaj, czekaj… chodzi o ten zespół wydawany przez kultową wytwórnię płytową Sub Pop, tak dzielnie promowany przez m.in. „Mojo” i Pitchforka? 🙂

      • tak, po fakcie!

        o tym właśnie mówię – promocja piracka przekłada się (a będzie jeszcze bardziej) na promocję ‚tradycyjną’. Na zdrowie wszelkim Animalon, Bearom i innym Małpom.

      • Mariusz, w ostatnim „Mojo” (z FF na okładce) jest kalendarz ich „drogi do sławy”, w którym rzeczone „Mojo” chwali się, kiedy i co o nich pisało. Mylisz się więc – nie po fakcie, promowali ich na długo przed wydaniem płyty.

      • To tak jak z Arctic Monkeys – okładki, teledyski, w ogóle debiut były już ‘po fakcie’, czyli po faktycznym sukcesie. Przemielenie tego na funty/dolary to już tylko kwestia dania ludziom czegoś, za co mogą zapłacić.

      • Tylko gdzie tu masz dowód, że wytwórnie albo tradycyjne media nie są potrzebne? To jest stały scenariusz – zespół robi szum w podziemiu (kiedyś w klubach, potem w stacjach studenckich, teraz na MySpace), o czym dowiaduje się wytwórnia, podpisuje kontrakt itd, itd… ćwierć miliona odsłuchań w MySpace to jeszcze nie kariera, zespół od Wałęsy ma nie mniej, Gracjan Roztocki na pewno znacznie więcej

      • Drodzy Moi,
        Rzeczywiście, grzecznie tu jak w Wersalu, za to wysiłki w celu zrozumienia drugiej strony znikome, niczym na Wiejskiej (i nie chodzi o redakcję „Przekroju” ;-)). Szczególnie postępowcy okopali się na swoich stanowiskach i za nic głowy z nich nie wystawią. A gdyby wystawili, dowiedzieliby się, że:

        1. Nie chcę zamykać w więzieniach ludzi ściągających mp3, ani wieszać kłódki na internecie. Po prostu uważam, że czynienie ze ściągania cnoty jest niewłaściwe. Tak samo jak uważam (to a propos dzisiejszych newsów), że absolutnie nie powinno się karać za posiadanie, ale jednak wolałbym nie widzieć wszędzie wokół ujaranych, nawciąganych czy naspidowanych małolatów.

        2. Nigdzie i nigdy nie broniłem DRM-ów i innych wynalazków spanikowanego przemysłu fonograficznego, które utrudniają mi korzystanie z legalnie zakupionej muzyki.

        3. Oczywiście, wiem, że przeliczanie każdej nielegalnie ściągniętej piosenki i każdej pirackiej kopii na złotówki to naiwność. To była hiperbola. A teraz będzie inna hiperbola – czy przypadkiem myślenie, że dzieło nie należy do twórcy tylko do ogółu ludzkości to nie komunizm? Czemu, skoro prawa wynalazców chronią patenty, a kompozytorzy czy autorzy tekstów mieliby się zrzec praw autorskich? Tylko dlatego, że ich po ich twórczość łatwo sięgnąć bez płacenia?

        4. Ośmieliłem się również wyrazić obawy, co do kierunku, w którym zmierza internet – nie wierzę w wizję cudownego świata, w którym nie ma już krwiopijców z wytwórni, a wolni ludzie za grosze (albo i za darmo) mają dostęp do całej muzyki świata, więc wybierają tę najbardziej wartościową. Przez analogię: angielskie pirackie radiostacje zmieniły muzykę rockową i… już ich nie ma. Zastąpiły je radia pięknie sformatowane, ekonomicznie zoptymalizowane. Tak samo będzie z tymi wszystkimi fajnymi wynalazkami w sieci.

        5. Pomysł, że w kupowaniu używanych płyt miałoby być coś zdrożnego lub nielegalnego uważam po prostu za kuriozalny.

        6. Jestem wam wszystkim, również tym z którymi zupełnie się nie zgadzam, bardzo wdzięczny za pouczające i inspirujące komentarze. BTW, wordpress chyba nie jest przygotowany na tak gorące dyskusje. Nie mam pojęcia co się porobiło z kolejnością komentarzy i nie umiem tego naprawić. Sorry 🙂

  9. Trudny temat i na pewno nie czarno-bialy. Powiem tak, mam swoich ulubionych artystów, staram się ich wspierac tak często, jak to tylko możliwe. Swego czasu obracałam się w kręgach muzyczno-metalowo-rockowych, grywałam w kilku kapelach, mam mnóstwo znajomych i przyjaciół wśród muzyków (zdaje się Jarku, że nawet Tobie przysłałam kiedyś Twój komiksowy portret, chociaz znamy sie jedynie korespondencyjnie – pamiętasz?), niejeden raz lądowałam na „liście gości” na koncertach. I… i płaciłam za bilet mimo to. Bo wiem, jak cięzko pracowali moi koledzy, żeby przez wiele miesięcy przygotowywac materiał na koncert, ten koncert zorganizowac, przywieźc sprzęt i zagrac. Mówię to nie po to, żeby siebie wybielic. Po prostu wiem, że nie jest to łatwy kawałek chleba i zawsze było mi przykro, gdy patrzyłam na pakujące się na „listę gości” pięcdziesiąt osób razem z dziewczynami, kumplami, psami i kotami. W efekcie za bilet płaciło pozostałe dwadzieścia osób, szczególnie, jeśli koncert odbywał się w rodzinnym mieście artysty. Skutek jest taki, że koledzy-muzycy zapierdalają w fabryce, magazynie czy innej pralni i tworzenie materiału opóźnia się o kolejne miesiące, bo po prostu nie mają na to siły. Ani motywacji.
    Tyle na temat koncertów.
    Płyty owszem, są drogie, jednak bez przesady. Można dostac bardzo dobre albumy już za 30 zł lub mniej (allegro). Mówię tu o płytach uznanych artystow, takich jak Neurosis czy Danzig, których staram się miec na półce, nie tylko w komputerze, czy wręcz tylko na półce. Płyty i książki to moje dwie namiętności, w mniej więcej podobnym przedziale cenowym. W tej kwestii jestem konsewatywna – lubię wziąc do ręki płytę, książkę, pogłaskac palcem, poczuc, że mam. Nie jestem święta, ściągam, a jakże. I strasznie mi wstyd. Staram się minimalizowac ten proceder na tyle, na ile mnie stac. Jednak mogę z dumą powiedziec, że nowy ciuch kupię może raz na pół roku, za to nową ksiązkę lub płytę średnio trzy razy na miesiąc. Poważnie. W skali miesiąca koszty takiej częstotliwości kupowania wychodzą mniej więcej w granicach 150 zł. Są ludzie, którzy tyle przepuszczają w jeden wieczór w knajpie. A potem marudzą, że płyty i książki są drogie. To już hipokryzja.

    A że mam małe mieszkanie i te plyty i ksiązki powoli przestają się w nim mieścic, to już inna sprawa. 😉

    • Miss Noizz – portret! Czy pamiętam? Mam go w honorowym miejscu w domu. Coś na niego się wylało przy przeprowadzce, więc są zacieki w jednym rogu, ale poza tym – wciąż piękny… Na pewno nigdy nigdzie lepiej nie wyszedłem 🙂

  10. Jako reprezentant ludzi młodych duchem i ciałem ( 21 lat ) i czytelnik tego bloga od dość jakiegoś już czasu w końcu zabiorę głos, wśród ciżby osób o wiele ode mnie mądrzejszych i wiele bardziej doświadczonych. Spróbuje się nie wygłupić 😉

    Nie ukrywam, zamożny nie jestem. Do pracy mam pecha jakiegoś. Ale odkąd pamiętam muzyka ( na początku bardzo heavy, teraz po prostu to co jest dobre ) była moją pasją. Kaset mam tyle, że zliczyć nie mogę. Płyt około 100 ( wiem, że imponujące to nie jest, no ale coś jest chociaż ). I dla mnie nie ma wytłumaczenia dla piractwa ! Bo właśnie zdobywanie azdobywalnych rzeczy to dla mnie największa frajda. Kilka razy po innych miastach jeździłem, żeby płytę kupić. Z westu też coś sprowadzałem…Odpakowanie płyty, czytanie książeczki, rozgryzanie zamysłu artysty – to jest cała magia. A nie klik i już masz coś na dysku…

    Poruszona została kwestia ściągania gdy coś jest nie do kupienia w naszym kraju. Wtedy pozostają strony myspace wykonawców, na których artyści udostępniają legalnie swoją sztukę. Taaa.. nie jest to pełny album, ale chociaż 4 kawałków możesz sobie posłuchać.

    Nie chce tutaj się robić na świętego, bo zasysałem z neta kiedyś. Ale ten kac moralny zawsze był… Tłumaczyłem się, że chce posłuchać co gra dany zespół a potem wywalę albo kupię płytę… No ale jak już pisałem wyżej są przecież strony typu myspace do zapoznawania się ze sztuką…

    A teraz coś o okolicznościach przyrody. Gdy rozmawiam z rówieśnikami, oni uważają mnie za wariata, że nie ściągam, nie mam programów p2p poinstalowanych… Myślę, że tu trzeba pracować u źródła ! Ktoś musi zacząć jasno i wyraźnie mówić, że kradzież to kradzież. Ktoś z autorytetem dla młodych ludzi ( Owsiak czy Wojewódzki 😉 ). Ale nie cicho i skromnie, a głośno i wyraźnie. To media poniekąd są winne sytuacji obecnej, bo mając wielki wpływ na kształtowanie światopoglądu młodych, nie angażują się na tyle na ile by mogły w walkę z piractwem.

    Ale się rozpisałem…pozdrowionka.

  11. Kiedyś były kasety, audycje radiowe, zgrywanie płyt. I była w tym też jakaś… magia 😉 Niepewność czy trafi się na wyczekiwaną piosenkę, spanie z magnetofonem i gotowością wciśnięcia „rec” w odpowiedniej chwili 😉 Przegrywanie wymagało jakiegoś wysiłku – nawet w prężnym piractie nie wszytsko było na wyciągnięcie … myszki 😉 A jaka potem radocha, gdy w końcu udało się namierzyć to wyczekiwane coś (o, na przykład Lux Occulta w „Trzeciej Fali” 🙂 ) Era MP3 zmieniła podejście. Nie docenia się czegoś, co ma się w nadmiarze. Zaciągacze wychodzą z założenia, że wszytsko im się należy, a jak artysta nie umieści czegoż za darmo to jest skończonym ciulem. I ta rozbrykana mentalnośći jest dużo gorsza niż sam fakt istnienia „magicznych” plików. MP3 jako format poznawczy – tak. Jako pełnowartościowy produkt – zdecydowanie NIE. To tak jakby Jubiler z Paryża szczycił się kolekcją pozłacanych pierścionków z bazaru.

  12. szit! ale zadyma! wieksza niż jak pisałeś o leszczyńskim:)
    uwaga, będzie cytat! „kto bez winy , niech pierwszy rzuci kamień” – szczególnie w (drugi cytat!) „jakieś dwie pijane pannice” za to że ściągnęły kilka numerów CKOD.
    Żyliśmy w czasach kiedy za oryginały uchodziły kasety taktu i mag magic i takie kupowaliśmy – jestem pewny że gdybym w 1992 roku miał możliwość ściągania muzyki za darmo to bym to robił, bo mama dawała mi 100 tys kieszonkowego miesięcznie.
    i jeszcze jedna przypowiastka – Max Cavalera jak był w polsce w trasie po arise kupił sobie na pamiątke „schizophrenie” z taktu bo nie wierzył że jego muzyka jest dostępna w Polsce. Nie czujesz satysfakcji ze ruscy tloczyli nie tylko kazika ale tez twoja kapele?

  13. Od paru godzin, w wolnych chwilach, piszę komentarz do tego posta a gdy kończę okazuje się, że już niemal wszystko napisaliście, co miałem do powiedzenia 🙂 Ciekawą dysputę Pan sprowokował.

    Załapałem się jeszcze jako młodziak na piraty z Taktu, ProCom czy Barona (naprawdę niezły asortyment, chciałbym, aby teraz takie rarytasy można było kupić w sklepie), na wyczekiwanie audycji radiowych i nagrywanie całych albumów które emitowano, wymianę kaset… Przegrywalni niestety nie widziałem ale miałem osobę-przegrywacza sprowadzającą płyty (ależ to był dla mnie wynalazek! czas się wyświetlał po włożeniu do odtwarzacza! 😉 ) i nagrywającą mi pierwsze Deicide czy Megadeth. Wtedy nowy album w kolekcji to było święto, doskonale poznawało się każdą nutę. A kiedy przyszły oryginały! Książeczki, teksty, obrazy- nie do uwierzenia! I mimo tego, że tak poznawałem muzykę, z należnym jej szacunkiem,dałem się wciągnąć w Audiogalaxy i DC++, ściągałem wszystko, byle mieć na dysku. A słuchać? Na to już nie było czasu. Dziś nadal ściągam ale nigdy wykonawców których kocham. Tylko to, czego nie znam a boję się zaryzykować 30-60zł albo albumy zespołów których formy nie jestem pewien. Nie podoba się? Out z komputera. Podoba się? Kupuję. Prędzej czy później, szukając na allegro bądź wyprzedażach w sklepach. Może się opamiętałem bo wiedziałem jak to jest, jakie to święto i radość poznawać dobry, wspaniały, ponadczasowy album. Ale youtubeowa młodzież, co ona ma zrobić kiedy znacznej części z nich nikt nie pokazał na czym polega kultura słuchania?

    W ogóle jakoś tak zbyt wiele rzeczy zmienia się na gorsze. Kiedyś z wypiekami na twarzy czytałem pasjonujące rozmowy z muzykami, dziś czytam banalne pytania i odpowiedzi zmęczonych banalnymi pytaniami muzyków. Kiedyś recenzja pobudzała wyobraźnię, dziś czytam, że zespół X nagrał kawał zajebistego defowego mięcha, napierdalają aż miło a szatan się cieszy z ich wymiotów. Ale dziennikarstwo muzyczne to już chyba inna bajka a opowiedzenie jej należy zostawić dziennikarzom muzycznym. 🙂

  14. Cóż, jak świat światem zdarzało się, że pojawienie się i upowszechnienie jakiegoś wynalazku pozbawiało zajęcia czy też zmniejszało dochody grupie ludzi, nie inaczej jest w przypadku tej cyfrowej, internetowej rewolucji muzycznej.
    Bywa to oczywiście przykre dla osób które dotyka bezpośrednio, inni z kolei na tym zyskują i niezależnie od oceny zjawiska zwyczajnie trzeba się w tej nowej rzeczywistości jakoś odnaleźć, a w każdym razie przyjąć do wiadomości, że świat się zmienił i coś z tym fantem trzeba zrobić. Dlatego ciekawiej czyta się dyskusje takie jak ta niż obserwuje gniewne tupanie nóżką na rzeczywistość która ma to w dupie.

    Ja jako odbiorca muzyki już się odnalazłem, płyty kupuję tak jak kupowałem, na miarę możliwości finansowych czyli aktualnie około 20-30 albumów rocznie. Wolałbym wiecej, bo lekko licząc ukazuje się pewno setka interesujących mnie nowych płyt (a kupuję przecież i starocie), ale z czasem dostrzegłem i pozytywne strony takiej wymuszonej selekcji. I tutaj na scenę wkraczają pliki mp3 które za darmo mogę dorwać w internecie, a jest prawie wszystko.
    Kochani, nie oczekujcie ode mnie, że nie skorzystam z możliwości posłuchania każdej premierowej płyty którą przesłuchać chciałbym, skoro już mogę. Nie każcie mi ubolewać z tego powodu, że nie muszę jak dwie dekady temu czekać około roku by odsłuchać nowości tylko jestem z nimi na bieżąco. Odnajduję na jakimś forum albo w portalu muzycznym inormację o kapeli, zainteresowała mnie na tyle, by ich sprawdzić – więc co, mam nie poszukać od razu jakiejś ich pozycji? Pewno, że wrzucam tytuł w google i od razu zasysam, wcale się z tym nie kryję, poznałem dzięki temu dziesiątki nowych wykonawców i uważam za dobrodziejstwo nowej epoki.
    Kilka utworów wrzuconych na MySpace zupełnie sprawy nie załatwia, pozwala się ewentualnie zorientować ogólnie w stylu kapeli (btw zupełnie nie rozumiem fenomenu MySpace – w czym to jest lepsze niz normalna strona zespołu na której też zwykle są jakieś kawałki do odsłuchu). Są kapele które mając świadomość, że i tak płyta wyląduje na serwerach udostępniają jej odsłuch przed zakupem nawet w całości, badzo fair, ale że nie słucham muzyki z komputera to jednak ściągam mp3 i zgrywam na cdr.

    Dzięki temu wszystkiemu mój wybór będzie łatwiejszy, bardziej świadomy, uniknę rozczarowań bo te 20-30 płyt które zakupię to będzie faktycznie 20 najlepszych płyt jakie wyjdą, mogę się z tego tylko cieszyć. Oczywiście, ci których krążki nie załapią się do tegorocznej dwudziestki i pozostaną jedynie w archiwum nagrane na dvd-r z nabazgraną datą 2009 mają święte prawo się na mnie pogniewać i powiedzieć „to wypierdalaj”, ale chyba jednak nie potnę się z tego powodu. Ot – taka rywalizacja o moje-nabywcy pieniążki, rywalizacja na dźwięki, a nie reklamy finansowane przez wydawcę, a więc uczciwa o ile słowo uczciwa pasuje do sytuacji. Życzę wam szanowni muzycy by nic gorszego was w karierze nie spotkało niż tacy paskudni „klienci” jak ja i mi podobni.

    P.S. Przyznam, że zwykle bawią mnie wyliczenia piosenkarzy jacy to bogaci byliby gdyby do ilości legalnie sprzedanych płyt doliczyć „piraty” kupowane za dziesiątkę na straganie (kiedyś) i ściągnięte z netu mp3-jki (teraz). Bo to jest życzeniowe myślenie oparte na kompletnie nieprawdziwym założeniu, że gdyby nie było możliwości kupienia tańszych piratów i „empetrójek” to ci wszyscy amatorzy darmochy kupiliby płytę. Sądzę, że jakiś minimalny odsetek kupiłby, cała reszta by zwyczajnie nie miała nagrań, za pieniądze by po nie nie sięgnęła.

    P.S. II: Nowy Behemoth na serio fajny, pewno się załapie 😛

  15. Witam,

    Ja też wtrącę swoje trzy grosze.
    1. Też uważam, że konieczność kupowania całej, często niewrównej płyty dla kilku świetnych kawałków to byłaby głupota i dlatego mało płyt kupuję.
    2. To może ultrakapitalistyczne, ale uważam (chyba podobnie jak Gospodarz), że muzyk ma prawo dysponować swoją pracą jak tylko chce. Jest zbyt leniwy, żeby szukać sposobów na sprzedaż pojedynczych utworów? Jego święte prawo. I jako konsument mam psi obowiązek ten jego (głupi) wybór uszanować. On sprzeda mniej płyt i może kiedyś zrozumie w czym rzecz. Ale mi nie wolno zawłaszczać sobie jego pracy, bez jego zgody (czyli bez aktu KUPNA PŁYTY).
    3. Teraz punkt sporny z JS – żadne tam nie wiem jak trudne warunki ekonomiczne melomanów nie mogą być wytłumaczeniem! Taka analogia: nie stać Cię na nowy model Paviliona, żeby rżnąć po sieci z kolegami w FPP? To czekasz ze dwa lata, grając w szachy! Po tym czasie cena spadnie i będziesz mógł zaspokoić swoje zachcianki. Pamiętajmy, że mówimy o rozrywce! W dodatku w tej dziedzinie znalezienie czegoś na miarę własnej kieszeni jest akurat nietrudne.
    4. Oczywiście pamiętam też o tym swoim sercu, co to noszę z LEWEJ strony i potrafiłbym zrozumieć, kiedy kradzież dotyczyła np. drogiego softu, dzięki znajomości którego ktoś może poprawić swój los – żeby nastepnie ten soft legalnie zakupić! Jestem gotów potraktować to jako „jednostronną pożyczkę studencką” 😉 Ale jednak zasady obowiązują. Pamitam potem komu zawdzięczamy swój (lepszy) los i staram się to autorowi programu, dystrybutorowi etc. wynagrodzić, kupując legala…
    Ale w przypadku rozrywki?? Absolutnie żadnego relatywizowania! Bo tak rozwydrzony klient – jak pisał JS – przez każdą dziurę potem wlezie, byleby nie płacić, skoro „nie trzeba”.
    5. Ja też kupowalem kasety Tactu, potem Taktu, MG, ALF i inne (też dołączę do chóru kombatantów, a co! 😉 Ale wybacz mi Panie Twórco z Menołor, czy innej Metalliki (pytanie w Alfie: „czy jest już nowa Metalika?” – „Jest, ale jeszcze bez wkładki” ;)), bom nie wiedział co czynię. Człowiek wtedy nawet nie zdawał sobie sprawy, że łypie na świat tylko jednym okiem, jak chodzi to słychać stuk, a na ramieniu siedzi mu jakieś kolorowe ptaszysko.
    Za to potem, postarałem się te (prawie) wszystkie winy odkupić oryginałami.

    Pozdrawiam!

    PS. Gratuluję Gospodarzowi bardzo kulturalnych Czytelników bloga! Nawet w przypadku tematów, które niesłusznie są „kontrowersyjne” ;))

  16. Aż musiałem sprawdzić dwa razy czy tam przypadkiem nie stoi lipiec 2005. Nie nuży już ten temat? Muzyka jest za darmo, koniec kropka. Przemysł zaspał, niech ponosi konsekwencje. Takie rzeczy jak Spotify czy Deezer mogły się pojawić już kilka lat temu, przeszkód technicznych ku temu nie było. Pojawiają się teraz, następne lata będą epoką streamingu (nawet systemy operacyjne mamy streamować, hoho), o downloadzie większosć zapomni. Bo wygodniej kiknąć i słuchać, a nie bawić się w jakieś pliki, hostingi, martwe linki, torrenty. Poza tym obecny status przejściowy mocno służy alternatywnym zespołom, narzekają chyba tylko majorsi. Takie kapelki jak Animal Collective bez Rapidshare’a to by mogły tylko pomarzyć o wyjściu poza hipsterską część Stanów. Dozo w 2010, piątka dla nadążającego Mariusza.

  17. Young Folk – rozumiem, że w lipcu 2005 jakiś Międzynarodowy Komitet Ds. Nadanżania podjął decyzję, że dysponowanie cudzą własnościa wbrew jego woli jest OK? Przegapiłem to, cholera…
    Oczywiście, nie posiadam się ze szczęścia, że Animal Collective zrobili karierę dzięki Rapidshare. Niestety, Ojcowie Rewolucji nie wymyślili jeszcze, jak wrzucić na Rapdishare’a bilety PKP i karnety na festiwal, pewnie dlatego te masy kochające AC były w Jarocinie reprezentowane przez jakichś stu, może dwustu delegatów.
    Muzyka nie jest za darmo. Ja za Spotify płacę. Frajer ze mnie, prawda?

    • Podjął, czy się to komuś podoba czy nie. Nie można być właścicielem sztuki. Można posiadać taśmę matkę czy oryginał obrazu, ale jego brzmienie, wygląd, treść, wartości jakie niesie są dobrami kultury i każdy ma prawo mieć do nich dostęp. Ba, ma do niego dostęp i nikt nie może mu go zabronić! Piękna sprawa ten internet.

      A pieniądze? Jak ktoś jest obrotny to na byciu autorem zarobi.

      To był trzeci koncert AC w ciągu pół roku, więc nic dziwnego, że inni delegaci wydali pieniądze na Morrisseya, Byrne’a czy Pattona. Poza tym sam fakt, że to Jarocin zniechęcił wiele osób… Gdybym wiedział jak tam jest, to nigdy bym się nie pofatygował. Burdel, nie festiwal.

      Płacisz za Spotify, nie muzykę. Dobrze powiedziałeś.

      A i przeczytałem poprzedni wpis, o Wandachowiczu i widzę, że Kuba tutaj postuje, więc: ta dziewczyna mogła dać Ci zarobić idąc kiedyś na koncert, może kupiłaby tam płytę na pamiątkę, może koszulkę. Teraz masz pewność, że oni ona, ani jej koleżanki, bo przecież od razu wszystkim na pewno opowiedziała jakim bucem jest ten gość z CKOD, tego nie zrobi. Gratulacje.

      • He, he, nie łap mnie za słówka. Płacę za muzykę. Nie za plastik płyty CD, ani uroczy interfejs Spotify…

        A co do potencjalnych fanek Kuby – nie byłbym taki pewien czy je zniechęcił. Dziewczyny lubią niegrzecznych chłopców. To jest w końcu rock’n’roll, a nie podwieczorek w akademiku, na walnym zebraniu fanów rapidshare’a 😉

  18. z drugiej strony, obecnie zespoły, prawda jest taka, wydaję się sami. Co raz częściej, a jestem to powiem wzrastająca tendencja, dostaję płyty w formacie mp3, których to właściciele funkcjonują poza wydawcami, grają koncerty itd.
    Może tędy droga, że wspomnę jeszcze o portalu wolniartysci.pl

  19. Przeprasza, głupi jestem, nie znam się, wypowiadam się, ale:
    CO TO ZA ZESPÓŁ OD WAŁĘSY, DO STU BECZEK ZJEŁCZAŁEGO TRANU!?

  20. Young Folk, może i sztuka, tak jak kiedyś węgiel i siarka w okolicach Tarnobrzega jest ogólnym dobrem narodu, natomiast jest tworzona przez konkretne osoby. Osoby które nad nią pracują, wiec należy się im za to jakieś wynagrodzenie (odstawmy tutaj gadanie: tworzymy muzykę dla tworzenia)
    Zgadzam się, że nikt nie może zabronić dostępu do sztuki i piękny ten internet, dalej jestem jednak zdania, że ktoś tą sztukę tworzy, więc może doceńmy go. Nie tylko słowami.
    Panie Jaroslavie nie da się ustawić wyświetlania komentarzy inaczej? Bo to trochę masakra połapać się we wszystkim?;] na wordpressie chyba mozna (to znaczy nie wiem jak na tym .com

  21. A ja chciałbym przewrotnie rzucić trochę światła na drugą stronę medalu i procesy jakie zaszły w erze p2p po drugiej stronie barykady. Abstrahuję tu od meritum wątku, bo to temat stary jak piractwo, nie jedną taką dysputę miałem okazję już czytać i niejedną pewnie jeszcze będę miał.

    Argumenty obrońców piratów są znane i pewnie obudzeni o 2 w nocy wszyscy byśmy je mogli recytować z pamięci, natomiast to co mnie urzeka, to kształtowanie stanowiska obrońców twórczości. Nie chcę dyskutować ze słusznością tez, ale da się zauważyć, że pewne hasła są powtarzane jak mantra i, co mnie smuci, mam wrażenie, że zupełnie bezkrytycznie i bezrefleksyjnie. Mam nadzieję, że to tylko tanie erystyczne chwyty, takie trochę poniżej pasa; w końcu z przeciwnikiem który ma przewagę czasem trzeba przygrać trochę nie fair.

    Najczęstszym chwytem jest mówienie o kradzieży i zupełnie nietrafione analogie, których i w tym wątku było bez liku. Ściąganie to nie kradzież. Koniec kropka. Zajumanie płyty z empiku to kradzież. Nie bronię, po prostu uściślam i rozdzielam.
    Analogia z Dellem byłaby trafna, gdyby ten ktoś zamiast płacić Dellowi za ich wyrób ściągnął sobie z netu schematy i zrobił go w garażu za pół darmo. Albo kupił podróbę made in china.
    Pożyczając auto z ulicy odbierasz możliwość z korzystania z niego właścicielowi. Nie mówiąc o zużyciu etc. Liczenie strat przez wytwórnie przy założeniu, że każdy ściągnięty plik zostałby kupiony. Heloł? Czy leci z nami pilot?

    Jeszcze raz chcę podkreślić, że nie mam zamiaru być adwokatem którejś ze stron, ale należałoby się może zastanowić, czy kierunek obrany przez organizacje chroniące prawa autorskie, majorsów, etc. jest tym, co byśmy chcieli zobaczyć.
    Wystarczy przeczytać tzw. Millenium Act, żeby zacząć się trochę niepokoić kierunkiem zmian.
    Licencja powiązana na stałe z nośnikiem, osobna kopia płyty do auta, osobna do mp3ki. Nic nie kopiować, nie pożyczać, nie nagrywać z TV, na wszystko licencja.
    Co z beznadziejnymi zabezpieczeniami płyt, które powodowały, że nie można było słuchać ich na kompie, zgrać do mp3, a płyta potrafiła „cykać” w niektórych odtwarzaczach CD? Co z rootkitami na płytach (OIDP) Sony?
    Ochrona interesów ochroną interesów, ale ja chcę kupować prawo do treści, a nie nośnika.

    Poza tym mam wrażenie, że gdzieś w tym wszystkim się powoli zatraca romantyzm i ciepło obcowania z, i, czego nikt chyba nie zauważa, również dzielenia się sztuką, jej wspólnego przeżywania.
    Mówcie co chcecie, ale jeżeli świat ma wyglądać tak, że nie będę mógł sobie na tapecie oglądać „Melancholika” Weissa, legalnie zrzucić do mp3 płyty brata czy nagrać dziewczynie składanki z legalnych płyt, to chyba zacznę odnosić się do branży takimi samymi słowy, jak Pan Kuba. Zwłaszcza, że oporów przed braniem kasy wliczonej w czyste nośniki, na które nagrywam backupy, zdjęcia i co tam jeszcze, jakoś nie mają.

  22. Trudno tu zająć jednoznaczne stanowisko. Ja np. obecnie w ogóle nie kupuję płyt w sklepach, nie stać mnie. Zdarza mi się natomiast kupować płyty na allegro, po przesłuchaniu sampli na myspace, bo czasem chodzą po znacznie niższych cenach. I to jest wg mnhie fajne i uczciwe, bo i ja mogę się nacieszyć muzą i okładka jest i artysta też opłacony, bo przecież ktoś tę płytę już kupił. Ale jak znam życie, to ci „wielcy” będą twierdzić, że to też złodziejstwo, bo powinienem tę płytę w sklepie kupić za 60 zł i się cieszyć, że obcuję z cudem objawionym…
    ściągam natomiast nuty na gitarę, których nie dostanę nie tylko w Polsce, ale również w Europie. Ostatnio natrafiłem na książkę obecnie nie wydawaną, rodem z Wenezueli. I niech mi ktoś mądry powie, skąd miałbym je dostać inną drogą ?
    Nie uznaję natomiast bezczelnego sciągania mp3 zespołu, który lubię i mogę dostać legalnie, a jak nie lubię, tym bardziej go nie okradam. Jestem złodziejem z zasadami 😀

  23. Zdaje mi się, że wielkie słowa o tym, jak to nam zależy na godziwym zarobku muzyków i jak strasznie niedobre i destrukcyjne dla rynku muzycznego jest ściąganie muzyki z internetu kończą się, gdy owszem, lubimy płyty za 60 złotych, ale wolimy jedzenie za 60 złotych. A nie mogąc bez tej muzyki żyć, wiążąc z muzyką wiele swoich planów, chcąc mieć kontakt z tym, co dzieje się w muzyce, wybór biednego studenta pada na „półlegalne” lub, bez złudzeń, po prostu w tej chwili w Polsce nielegalne Spotify. Tak, bardzo bym chciał kupować płyty za 60 złotych, i mam świadomość, że robię coś bardzo brzydkiego, i jeszcze przynajmniej do końca studenckiej galicyjskiej bidy robił to będę. Ale cóż, jeden pali papierosy, drugi brzydko mówi, a ja ściągam płyty z przepastnych archiwów PEB-a.

  24. etycznie, ściąganie jest oczywiście nie usprawiedliwione. ostatnio jednak miałem krótką pogawędkę z członkiem lokalnego zespołu, którego dumą napawał fakt, że ich kilkuutworowe demo jakiś szwed kupił w swoim kraju… spiratowane i z inną okładką.

    niestety tylko dzięki internetowi dowiedziałem się, że w argentynie grają solidnego stonera, że w latach 70-tych było więcej zajebistych kapel, o których istnieniu wielu już nie pamięta, więc co dopiero mówić o możliwości kupienia ich płyty w empiku.

    chciałbym zarabiać mnóstwo pieniędzy i móc kupować wszystkie płyty, które ściągnąłem. uwielbiam oryginalne wydania, fizyczną obecność płyty. ale nie będzie mnie jeszcze długo stać na to, by kupować tygodniowo choćby dziesięć albumów. i, oczywiście, powinienem żyć w nieświadomości (która w tym wypadku wcale nie jest błoga), ale w zgodzie z własnym sumieniem. i stwierdzam z żalem, że jest to po prostu niemożliwe.

  25. Ja dzięki CDR’owi mamy i enemy od mojej ówczesnej dziewczyny stałem się posiadaczem prawie całej dyskografii pewnego podwórkowego zespołu z dukli (co nie było jakimś wielkim wyczynem bo płyty można było kupić za 20 – 30 zł na różnych koncertach w merchu), który z reszta sobie bardzo cenie 😉

    Jest jeszcze kwestia podejścia samych artystów do mp3. Pewna zaprzyjaźniona wokalistka bardzo starego gotyckiego zespołu twierdzi, ze w zasadzie ma to w dupie. Tzn, jest przeciwna, ale ma świadomość, że sprawa jest przegrana. I zgadzam się z nią. Nie ma absolutnie żadnej możliwości regulacji czy nawet zabezpieczenia przed kradzieżą dóbr w formie cyfrowej. Im bardziej będzie to ścigane i zakazane tym bardziej będzie kusić. Do tego dochodzi jeszcze jedna bardzo ważna kwestia – to wszystko leży w ludzkiej mentalności. Dla znakomitej większości ludzi coś co nie jest namacalne tak jak np garnek, samochód czy żyrafa, nie jest realnym tworem. To tylko zbiór zer i jedynek. Nic ważnego. „Oj tam wielkie rzeczy, skopiować plik od kolegi.” Wielokrotnie dyskutowałem na różnych forach internetowych z ludźmi w różnym wieku na ten temat i kontrargumenty były mniej więcej takie:
    – Jak to artyści tracą na tym że ja skopiowałem mp3? Przecież tego nie sprzedali – ja nie ukradłem fizycznie płyty ze sklepu. Z resztą ich to nic nie kosztuje, to wytwórnie mają z tym problem.
    – Dlaczego mówisz, że kradnę muzykę? Jak bym ukradł płytę np koledze to by była by kradzież, bo on by jej nie miał a miał bym ją ja. A tak ? Skoro mp3 ma mój kolega i mam ja to gdzie tu kradzież?

    Absolutnie psu w dupę takie dyskusje – nie da się przekonać ludzi, a zwłaszcza większości tzw „dzisiejszej młodzieży” wychowanej w przekonaniu, ze kopiowanie gier, ściąganie filmów lub mp3 z internetu nie jest niczym złym – „tata też tak robi, przecież, a mama to nawet mnie prosiła, żebym jej płytę Celin Djon ściągnął”.

    Musiało by dojść do jakieś globalnej rewolucji aby ludzie zmienili podejście, mieli świadomość tego jak działa mechanizm zysków i strat artystów i co ważniejsze – uszanowali to.

    Nie wierze, że to się stanie. Nie wierze, że ludzie się zmienią, że będzie fajnie i w ogóle.

    Na koniec pozostanie garść muzyków i fanów muzyki, którzy kupują płyty bo szanują wykonawców, których słuchają, oraz lubią poleżeć na łóżku i popatrzeć z zadowoleniem na swoją kolekcję płyt.

  26. Pingback: Natural Snow Buildings: Ta grupa zmusiła mnie do piractwa « CHACIŃSKI

  27. @ przypadkiem myślenie, że dzieło nie należy do twórcy tylko do ogółu ludzkości to nie komunizm

    Raczej dekonstrukcjonizm i antybiografizm, czyli było nie było, dosyć modne nurty w krytyce sztuki, które aktualnie przekładają się na tejże sztuki konsumowanie. Spytaj przeciętnego fana popcornowych blockbusterów, czy wie jak się nazywają reżyserzy (lub co gorsza scenarzyści) ostatnich dziesięciu hiciaków, które widział (niech będzie, że nawet) w kinie i wtedy mniej więcej wyjdzie, gdzie w świadomości odbiorcy mieści się twórca, niezależnie od rodzaju sztuki, jaką uprawia.

    Sztuka od zawsze trwała w oderwaniu od tych, co ją wytwarzali i nie widzę powodu, dlaczego miałoby to omijać muzykę, wręcz przeciwnie, strefa lansu, która media przez dekady starały się wybudować dookoła ludzi potrafiących grać na gitarze i krzyczeć yeah, yeah, yeah, była czyś kurewnie nienaturalnym a dziś osiągnęła rozmiary całkowicie potworne. I to jest o wiele większa krzywda wyrządzona muzyce niż jej nieodpłatne powielanie.

    Zgodnie z zasadą, że 90% procent wszystkiego nadaje się do zsypu, tak i w muzyce 90% tego, za co każe się płacić odbiorcy, to są wytwory okołomuzyczne. To jest płacenie za osobowość choćby pana Wandachowicza i jego kolegów i ich obecność w mediach, to jest płacenie za kolejne kolumny tekstu z plotkami o Górniak i Lady Gaga, to jest płacenie za za wydawane po 10 razy The Best of Budka Suflera, to jest płacenie za utrzymywanie Marillionu i Boney M na intensywnej terapii, choć już dawno powinny podbijać Zombie Land.

    I rozumiem, że w pana teorii, ten haracz, opłacanie przez konsumentów tysięcy bzdur, utrzymywanie przy życiu milionów bytów niepotrzebnych, a często i szkodliwych, przekłada się przynajmniej na to, że raz na jakiś czas, dzięki tym pieniądzom, udaje się wyłowić jakieś niesamowite objawienie, jakieś Fleet Foxes, Dana Deacona czy innego Mayera Hawthorne.

    Honestly, I don’t give a damn.

    Jak spora część tej wyklętej grupy, która ściąga a kupuje z oporami, naprawdę wolę poświęcić kilka godzin w tygodniu na przegrzebywanie się przez zasoby sieci, odsłuchiwanie ton gówna, czytanie o kapelach takich, o jakich w dzisiejszej wrzucie napisał choćby pan Chaciński, niż na siedzenie przed radiem i wsłuchiwanie się kojący głos DJ, który mi powie od czego powinna stanąć mi pałka i za czym natychmiast powinienem pobiec do sklepu. Bo mam dziwne przeczucie, graniczące z pewnością, że pan DJ zawsze wybierze muzykę już stokroć przeżutą, przetrawioną, wygładzoną i wyplutą, tak by przypadkiem odbiorca nie zadławił się trudniejszym kawałkiem (z kilkoma szlachetnymi wyjątkami oczywiście). To właśnie głównie z takiego podejścia biorą się wyśmiewane tu kolekcje po 123 giga materiału, w których spora część nagrań to kapele, co nazywają się jak fetysze informatyków i grają muzykę, której nie da się określić, o których w mediach nigdy słychać nie będzie, bo media nie są przygotowywane na promowanie muzyki, której nikt nie zna. I tym sposobem skutecznie mordują muzykę, za to doskonale promują twórców, doprowadzając do sytuacji, że tak właściwie płacimy za małpy w cyrku, a nie za to, co te małpy potrafią wygrać na cymbałkach.

    Winę na piratów jest zawsze łatwo zwalić, bo wiadomo moralność, etyka, skuteczna propaganda, tyle, że jest to trochę pójściem na łatwiznę. Bo piractwo jednak nie bierze się tylko z „bo mi sie należy i ch…”, ale też z podejścia, które zaginęło w mediach prawie całkowicie – że gdzieś tam, za siedmioma napsterami, sześcioma soulseekami i jednym rapidsharem może kryje się właśnie ta kapela, której muzyka urwie mi cyce. I jej właśnie chętnie zapłacę, choćby za domowym sumptem wydaną cdr-kę, koszulkę uszytą przez dziewczynę lidera zespołu, czy bilet na koncert w jakiejś zapyziałej remizie. I to te kapele w ostatecznym rozrachunku przetrwają we wdzięcznej pamięci odbiorcy, a nie twórcy, których jedyną zasługą są gołe cycki w pudelku podskakujące do rytmu na 4.

  28. Pingback: Ziemia niczyja | Mariusz Herma » Blog Archive » Dziwne sprawy wokół rozprawy Joela Tenenbauma

  29. Pingback: Pukkelpop 2009. Dzień 1 « CHACIŃSKI

  30. Pingback: Ziemia niczyja | Mariusz Herma » Blog Archive » Odpowiadam na pytania z Google’a (albo i nie)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s