Komplikacje

Niby jesteśmy ewenementem na skalę światową z tym naszym wzrostem sprzedaży płyt w czasach, kiedy wszystkim spada, ale nie oszukujmy się, aż tak różowo nie jest. W Polsce sprzedają się bowiem głównie kompilacje. Dlatego patrzę na nie spode łba, upatrując w nich przyczyn zła wszelakiego – że rozleniwiają słuchaczy, że pozbawiają muzyki kontekstu, że sprowadzają Wielką Sztukę do roli muzaka, radiowej tapety, tyle że bez wiadomości i reklam.
Ale skłamałbym, gdybym twierdził, że nigdy składanek nie słucham. Niektóre mają wielką wartość edukacyjną (jak cykl „Trzeszcząca płyta” Kaczkowskiego), inne promocyjną (na przykład seria Piotrka Stelmacha), a jeszcze inne po prostu użytkową (tu mam na myśli wszelakie kompilacje parkietowe, tudzież pościelowe). Są wreszcie i takie, które po prostu zawierają kupę dobrej muzyki, jak wydana niedawno „Dark Was the Night”.
Poza tym, jeśli ktoś nie jest takim płytowym psychopatą jak ja, nie musi kupować krowy, żeby napić się mleka. Giulia y Los Tellarini to całkiem zacny zespół i moim zdaniem warto mieć całą płytę, ale jeśli zależy wam tylko na piosence z „Vicky Christina Barcelona”, równie dobrze możecie sięgnąć po „Pinacoladę 6”, gdzie w pakiecie dostaniecie jeszcze „Kiss My Name” Antony’ego, radioheadowe „Creep” w jazzowej interpretacji Elizy Lumley, coś z nowej płyty Basi, coś Hercules & Love Affair i blisko 30 innych numerów. Serce mi podpowiada, że nie ma to jak albumy, ale rozsądek przywołuje do porządku – kompilacje mają sens.

No dobrze, mają sens w muzyce. A w literaturze? Nie wiem czy ja miałem ostatnio takie szczęście, czy rzeczywiście coraz więcej na rynku książkowych składanek… Na przykład „Obłędni rycerze”, z bardzo nieprecyzyjnym podtytułem „Humoreski fantastyczne”. To zbiór, w którym znajdziecie zupełnie nieprzystające do siebie opowiadania Woody’ego Allena, Terry’ego Pratchetta, Marka Twaina, Philipa K. Dicka, Orsona Wellesa, Petera Sellersa i paru innych miotaczy. Niektóre z nich naprawdę dobre, ale nie mam pojęcia, dlaczego zebrane pod jednym dachem. Ważne, że udało się przepakować towar już raz sprzedany i można sprzedać go raz jeszcze…
Zaraz potem sięgnąłem po księgę zatytułowaną „Stephen King na wielkim ekranie”. Lubię Kinga i czytam prawie wszystko, ale to ledwie dało się przekartkować – wszystko przecież już znałem. W dodatku „Serca Atlantydów” w znacznie szerszej wersji, bo tu zmieściła się tylko pierwsza część powieści. Klucz według którego dobrano te teksty jest dla mnie jeszcze mniej zrozumiały, niż w przypadku „Obłędnych rycerzy”. Mowa przecież o Stephenie Kingu, autorze, którego każde pierdnięcie jest ekranizowane, zanim facet zdąży wcisnąć ostatnie „ctrl+S” – więc po co ta ściema w tytule książki? Pytanie było retoryczne, wiem po co.

Zobaczycie, lada dzień na półkach wylądują kompilacje filmowe. Co lepsze kawałki z arcydzieł światowego kina, albo waszych ulubionych seriali telewizyjnych, na których obejrzenie nie macie czasu, bo wracacie późno z pracy i jeszcze jest tyle rzeczy do zrobienia… W sumie żadna nowość, ten patent został już przećwiczony w „Cinema Paradiso”. Branża porno stosuje go zresztą od dawna, handlując filmami złożonymi z „best cumshots ever”. Swoją drogą, autorzy filmów XXX muszą być nieźle sfrustrowani. Zdążyli już przywyknąć, że nikt nie zwraca uwagi na meandry scenariusza i dialogi, a tu leniom-onanistom nie chce się nawet oglądać samej akcji. Chcieliby tylko serii happy endów 😉

Tak będzie. Płyty DVD z najlepszymi pościgami samochodowymi (nie mówcie, że nie kupilibyście!), najlepszymi pojedynkami kung-fu (biorę!), albo scenami batalistycznymi z filmów historycznych. Dla pań 20 najbardziej wzruszających scen z komedii romantycznych, dla małolatów składanka 20 spektakularnych interwencji superbohaterów (mam nadzieję, że nie zabrakłoby żółwia Gamery!). Dla koneserów dwa tuziny gagów z komedii Chaplina, 10 najbardziej błyskotliwych dialogów z Woody’ego Allena, albo 15 najbardziej mówiących scen milczenia z Bergmana. Że poza kontekstem tracą sens, że niewiele znaczyłyby wydarte z większej całości? Nieprawda. Internet, z YouTube na czele, dowiódł, że nie potrzebujemy kontekstu, albo raczej, że sami potrafimy go sobie stworzyć. Nasze życie też nie jest rozgrywającą się linearnie fabułą, więc i bez takiej kultury jakoś się obejdziemy.

Reklamy

22 thoughts on “Komplikacje

  1. „…a tu leniom-onanistom nie chce się nawet oglądać samej akcji. Chcieliby tylko serii happy endów”

    to Ci się udało 😀

  2. składaki muzyczne mają sens wtedy, gdy zawierają materiał niepublikowany na regularnych albumach lub trudno dostępny (np. strony b singli). No i wtedy gdy te nagrania tworzą jednak jakąś sensowną, artystyczną całość, a więc Dark was the night jak najbardziej

  3. A ja bym na to spojrzał z drugiej strony, Takie składaki muzyczne, mogą być dobrą sprawą do poznania twórczości danego zespołu. Na prostej zasadzie, słyszę składak, podoba mi się utwór jakiegoś wykonaway, zaczynam go sprawdzać, podoba mi się, kupuję go;]

  4. Zgadzam sie po czesci z pszemcio co do celu wydawania skladanek. Chociaz z drugiej strony idealnie nadaja sie one jako tlo barow, restauracji etc., kiedy nie trzeba rozwodzic sie nad danym wykonawca. Ja ogolnie nie tykam sie skladanek, bo w przewazajacej wiekszosci to pozycje, ktore maja po prostu wyciagnac od ludzi latwa kase. Bo nie inaczej mozna to nazwac biorac pod uwage fakt, ze ludzie zapewne kupuja skladanki dlatego, iz jest dla nich symbolem „tego co jest modne i fajne”. Najbardziej rozbrajaja sie mnie skladanki w formie miksow, ktore w glownej mierze zawieraja material, ktory mozna bylo wczesniej uslyszec. Chociaz nie jestem przeciw wydawaniu kompilacji podsumowujacych dokoniania danego zespolu, jak to bylo kilka lat temu z The Prodigy czy ostatnio z duetem Orbital. Chociaz ciekawa pozycja jest seria „Another Late Night” czy „Late Night Tales” pokazujace inspiracje poszczegolnych producentow: Air, Kid Loco, Four Tet, Nightmares on Wax, Tommy Guerrero, Jamiroquai.

    Ale fakt faktem Jarek ma racje z ta popularnoscia skladanek w Polsce. Kiedys rozmawialem z dwoma osobami na ten tenat: jedna dziewczyna odpowiadajaca za muzyke na Merlin.pl oraz kumpla, ktory pracowal w Eblok. Okazalo sie wklasnie, ze najlepiej sprzedaja sie kompilacje.

  5. W czasach mp3, albumy tracą sens istnienia. W końcu piosenki(tfu. utwory 🙂 ) można kupować po sztuce z „każdego rodzaju” jak nam się żywnie podoba i samemu tworzyć kompilacje.

    „Zdążyli już przywyknąć, że nikt nie zwraca uwagi na meandry scenariusza i dialogi”

    Nieprawda gdzieś czytałem, że dla kobiet ważna jest także akcja(scenariusz itp) filmu, a nie sama AKCJA 🙂

  6. Marcin – o ile się nie mylę „Mojo” kiedyś dołączało do gazety taką serię, pt. „Skąd się wziął…” – i tu nazwa wykonawcy, od Presleya i Dylana po The Clash, wyłącznie artyści, którzy ich inspirowali, zwykle mało znani. Pyszna rzecz!

    bo(o)t_manager – masz rację, że albumy są passe. W gruncie rzeczy, ich dominacja w historii muzyki (nawet tej popularnej) nie była tak długa. Zaczęło się przecież dopiero pod koniec lat 60. Ale tak się akurat złożyło, że mój gust kształtował się w czasach hegemonii albumów i już do śmierci trudno mi będzie się od tego odzwyczaić. Próbuję przy pomocy iPoda i funkcji shuffle, ale opór materii (i ducha) jest duży.

    • Sorry że jestem ciekawski, ale bardziej nie możesz się odzwyczaić od strony muzycznej, czy tekstowej(ja tu nie mam problemu nie znam angielskiego 😦 )?

      Jedyna nadzieja dla Ciebie w tym że historia lubi się toczyć kołem, może albumy wrócą do łask?

      • Nie chodzi mi nawet o albumy koncepcyjne, bo tu faktycznie, chodzić może głównie o teksty. Mam na myśli raczej atmosferę całości, budowanie napięcia, to jak poszczególne numery współdziałają ze sobą… No sam nie wiem, pizzy na kawałki też nie kupuję 🙂

  7. ee, próbowałem z opcją shuffle, ale to po prostu nie dla mnie. zwłaszcza przy czymś takim, jak koncept album, albo wydawnictwa, gdzie utwory płynnie przechodzą jeden w drugi.
    chodząc do knajpy też wolę słuchać pełnych albumów, a jeśli składanek, to tylko takich jednoegzemplarzowych, czyli prywatnych. zrobionych z jakimś jajem, z jakimś pomysłem, z sensem po prostu.
    składanki są też dobrym narzędziem edukacyjnym dla muzycznych zacofańców. pracując w knajpie wypróbowałem i aż mi się odechciewało odpowiadać na grad pytań typu: „a co to gra teraaaa?”

  8. Są już przecież składanki najlepszych skeczy Monty Pythona albo Little Britain. A kumpel z firmy swego czasu ściągnął przez chyba amazon, dvd które wabiło się „Top 10 Movie Car Chases” i były tam własnie m.in. fragmenty z Ronina, Gone in 60 Seconds, i chyba Bullitt’a. 😉

  9. Ja zauważam modę na składankową muzykę miejsc, na przykład klasyczny „Hotel Costes”, „Między nami cafe” czy „Buddha Bar”. Od tego rozpoczął się niekończący tasiemiec wydawania kompilacji z szeroko rozumianym chill-outem. Na prawie każdej płycie tego rodzaju można znaleźć jakiś utwór Thievery Corporation, Zero 7 czy Jazzanovy. No i nie zapominajmy o podziale na płcie. „Babski wieczór” vs. „Wieczór kawalerski”. Na tym ostatnim obok siebie – uwaga – The Frattelis, Modern Talking, T.Love i Ivan & Delfin…

    • Sprzedaży tego „wieczoru kawalerskiego” powinni zakazać 🙂 Ja miło wspominam składanki z awnych Machin, o naprzykład: „Polska młodzież śpiewa zagranicznae piosenki” 1 i 2, składankę z Ninja Tune(też miała fajną nazwę, ale ją zapomniałem), czy „Lekcja rytmiki czyli załamanie nerwowe perkusji”

      P.S. ja na miejscu T.Love nie zgodziłbym się na umieszczenie moich utworów obok Ivana… na jakiejkolwiek płycie.

      • Mam prawie wszystkie machinowe kompilacje. Niektóre były naprawdę wyjątkowe. Oprócz wymienionych pamiętam również muzykę filmową (Almodovar, Wong Kar-Wai itp), francuskie i włoskie klasyki oraz prezentacje niezależnych wytwórni. Fajny pomysł, który obecnie nie doczekał się kontynuacji.

      • Fakt, składanki machiny były niezłe, mi się najbardziej podobała taka z pomarańczą w tytule, gdzie była muzyka kubańska, afrykańska, nawet jakis polski folk tam się załapał.

  10. e do knajpy to jednak muzyka zróżnicowana, nie wyobrażam sobie słuchania np. nowego Opeth w knajpie, bo bym dostał zaświergu. Zreszta innego Cannibala też, dlatego opcja „szufle” to dobra sprawa i podobnie rzecz ma się ze składakami

    • Wiesz jak ja się czuję po obejrzeniu tego filmiku, jak po jeździe na na karuzeli, we łbie się kręci i rzygać się chce, człowiek wysiadłby z niej po paru sekundach, ale nie może…

  11. a ja tam składanek nigdy nie lubiłem. lubię przesłuchać całą płytę jednego artysty a funkcja ‚szafl’ służy mi do tego żeby nie zapamiętać kolejności kawałków na danej płycie :)a najlepiej to w winampie (wstyd przyznać ale nie dorobiłem się iPoda ani innego plejera) dać ze 4 płyty dajmy na to jednego artysty i poszuflować ]:->

  12. „albo 15 najbardziej mówiących scen milczenia z Bergmana”.

    Dorzucam „20 najistotniejszych dialogów Tarkowskiego” oraz „50 Best Bloopers z planu Klanu” i możemy porozmawiać z jakimś wydawnictwem o kwestiach finansowych…

    Dobrze się Waszmość czyta.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s