Stephen Bareja

Mówią, że Łukasz Orbitowski to crême de la crême polskiego horroru, że to nasz swojski, piastowski Stephen King, że nikt tak nie straszy nad Wisłą jak on. Skończyłem właśnie lekturę „Świętego Wrocławia”. Czytałem z wypiekami na twarzy. To najmocniejsza rzecz Orbitowskiego, jaką miałem okazję przeczytać, najzgrabniejsza, najlepiej napisana, ale żeby od razu horror? Bać się? Tego?!

Nie, bynajmniej nie chodzi o to, że Orbitowskiemu brak talentu do straszenia, że nie staje mu pomysłów. Jak na eksmetalowca przystało (nie ma co ukrywać, znamy się, z jednej wywodzim się sekty ;-)), Łukasz ma pod ręką całe zoo nocnych mar, ma na podorędziu cały arsenał diabelskich sztuczek i używa ich bez wahania. Z sadystyczną satysfakcją ich używa… Problem jednak polega na tym, że akcja powieści Orbitowskiego rozgrywa się w Polsce. Tu i teraz. Do dyspozycji ma więc nasze polskie realia, wrocławskie blokowisko z wielkiej płyty – żaden tam spowity mgłą Londyn, nie posępne Arkham, ani nawet przytulny za dnia i pełen mrocznych sekretów nocą Castle Rock.
A kto mieszka we Wrocławiu, takim zwyczajnym Wrocławiu? Żadnych fajerwerków, strzyg, wampirów, ani nawet szalonych naukowców. Jeśli szaleniec to bez nadzwyczajnych osiągów w żadnej dziedzinie, raczej zupełnie przeciętny, wioskowy – ups, przepraszam, miastowy – głupek. Do tego udające Dodę dresiary, studenci-kombinatorzy, stomatolodzy-alkoholicy, policjanci o niespełnionych ambicjach artystycznych oraz młodzieńcy, którzy po godzinach prowadzą niezależne wytwórenki z „black metalem, ambientem i muzyką dla skinheadów” itepe, itede… Nawet jeśli robią rzeczy straszne, albo straszne siły chwytają ich w swe szpony, bliżej temu do obyczajowej groteski, dla zabawy tylko przywdziewającej fatałaszki horroru, niż do powieści grozy z prawdziwego zdarzenia. Orbitowski zresztą dobrze to czuje i bareizmy mnoży, zamiast je eliminować. Pielgrzymi pod Świętym Wrocławiem nie śpiewają więc „Czarnej Madonny” (choć pasowałaby jak ulał), ale hity Ich Troje i Feela, a opis bitwy z policją choć wychodzi od brutalnej dosłowności (i tu od razu w głowie wyświetlają mi się bardzo mroczne obrazki: krucjaty dziecięce, rewolucja, powstania), ciąży ku batalistyce z „Przygód dobrego wojaka Szwejka” rodem. No bo jak tu napisać mrożący krew w żyłach epos, kiedy dekoracje ma się od Koterskiego, a postacie z Masłowskiej?

Dopiero w finale Orbitowski pozbywa się tego balastu groteski, ale w finale ma o tyle łatwiej, że ostatnie kilka stron książki to już zaświaty, albo inne światy, nie blokowiska, klubokawiarnie i ogródki działkowe. Swoją drogą, pomysł, by to – uwaga, spoiler! – co przez całą książkę uważamy za Atlantydę, okazało się Arką Noego: palce lizać! Niech będzie, ten jeden, jedyny raz naprawdę poczułem ciarki na plecach… Święty Wrocławiu, bądź miłościw.

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s