Holubsti w sosie pomidorowym

Czytam „Gargulca” Andrew Davidsona, bo chcę wiedzieć, co się teraz podoba, w dodatku ponoć pod każdą szerokością geograficzną. No i znowu nic z tego nie rozumiem, podobnie jak nie pojąłem na czym polega fenomen „Alchemika” czy „Cienia wiatru”, choć z trojga złego bez cienia wahania wybieram „Gargulca”. Nie jest aż tak pretensjonalny i gładko wchodzi, pozostałe dwie książki ledwie zmęczyłem.
W gardle stanął mi tylko opis uczty przygotowanej przez Marianne w szpitalu. A konkretnie ten fragment: Wreszcie kulinarny ukłon w stronę Rosji: warieniki (czyli po prostu pierogi) przystrojone szklistymi plastrami cebuli i holubsti (napęczniałe ryżem ruloniki kapusty) w kwaskowatym sosie pomidorowym.
Jak to możliwe, że tłumaczka, korektorzy i redaktorzy pospołu nie wpadli na to, że holubsti to po prostu – i po polsku – gołąbki? Tak bardzo jesteśmy językowo i kulturowo nastrojeni na Amerykę i w ogóle Zachód, że nie rozpoznajemy już nawet własnych słów? Dobrze, że chociaż perogy spolszczyli…

Znacznie bardziej powszechna, a przez to jeszcze bardziej wkurzająca, jest ignorancja rodaków (w tym niestety mediów) w sprawie polskojęzycznej transkrypcji nazwisk zza naszej wschodniej granicy. Obrzydliwie rozleniwieni googlem i wikipedią piszemy tak, jak piszą Anglicy (a robią to, żeby ułatwić sobie czytanie, mają przecież kompletnie inny system fonologiczny, niż języki słowiańskie), a więc Tchaikovsky i Baryshnikov, zamiast Czajkowski i Barysznikow. No, celowo przesadzam, bo akurat te nazwiska są już w polszczyźnie utrwalone. Ale niech tylko pojawi się nowe! Sprawdźcie w prasowych relacjach sportowych, albo zapowiedziach imprez kulturalnych z udziałem artystów ze Wschodu. O, choćby tutaj: „Uważamy, iż Europejska Rada Nadawców nie potraktowała nas fair. Dostaliśmy wiele pozytywnych opinii na temat utworu z innych krajów. Dlatego też będziemy go promować w całej Europie – powiedział Stefane Mgebrishvili, lider i założyciel zespołu”. To z notki PR-owej, którą bezmyślnie przeklejają dziennikarze. Za nic im nie chce przyjść do głowy, że pan Mgebrishvili przyjedzie do nas z kraju, którego prezydentem jest pan Saakaszwili.

Swoją drogą, życzę jak najlepiej Gruzinom (Rosjanom zresztą też), ale na nieoczekiwaną karierę Stephane & 3G, w tym ich trasę po całkiem niezłych polskich klubach, patrzę ze sporym zażenowaniem. Na pewno jest w Gruzji wiele zespołów, których warto posłuchać, ale którym nigdy nie będzie dana wyprawa do Polski, bo nie mają piosenki z aluzją do Putina w refrenie. Tymczasem „We Don’t Wanna Put In” to bardzo słaby numer, z głupim w gruncie rzeczy tekstem – nie mam nic przeciwko wspieraniu dobrych Gruzinów, ale czemu musi to oznaczać promowanie złych artystów?

Reklamy

18 thoughts on “Holubsti w sosie pomidorowym

  1. Polska transkrypcja polską transkrypcją, niemniej obecnie stawia się na unifikację. Internet (czynnik kulturotwórczy) jako sieć globalna musi być zrozumiały w każdym miejscu na Ziemi. W przypadku artystów strony takie, jak np last.fm, tylko takie zachowania promują, w innym przypadku powstałby chaos.

    • Sporo racji w tym jest. Ale globalny charakter internetu to jedno (unifikacja transkrypcji w serwisach o międzynarodowym zasięgu ma rzeczywiście sens), a poprawna polszczyzna – drugie. Nie widzę powodu, dla którego polskojęzyczne serwisy, nie mówiąc już o książkach czy mediach tradycyjnych, miałyby przechodzić na transkrypcję właściwą ludom anglojęzycznym, bo jak już pisałem, jest ona dostosowana do specyficznej fonologii danego języka. Tchaikovsky po polsku czyta się coś jak „thajkowsky”, nie „czajkowski” i inaczej być nie chce. A nie każdy Polak zna angielski.

  2. Znowu ja się tutaj zgodzę 🙂 W książkach i serwisach powinna być zachowana oryginalna pisownia, niemniej z biegiem czasu któraś forma zostanie pewnie wyparta (moim zdaniem byłaby to forma rodzima). Ewentualnie zawsze mogą zostać równouprawnione, choć ja jakoś nie widzę takiej opcji. Na rzecz Tchaikovsky’ego przemawia jego uniwersalność i to, że coraz więcej (szczególnie młodych) polaków angielski zna (w końcu jest współczesną łaciną). A co do tych, którzy nie znają… Cóż, nie każdy też słucha Czajkowskiego (czy nawet wie kim był).

    To mi trochę przypomina wpis kumpeli, która to dotyczył słowa „czcionka” i jego błędnego używania w słownictwie komputerowym. Mniej więcej chodziło o to, że czcionki to są bloczki z wytłoczonymi literkami – co oczywiście jest nieadekwatne w stosunku do formatu cyfrowego. Poprawnym terminami ponoć są „font” (plik z czcionką) oraz krój (jej rodzaj). Oczywiście się nie zgodziłem, ale ja jestem wyznawcą uzusu i przeciwnikiem jego ograniczania 🙂

    A z tą wymową to nie masz racji 🙂 Nadal byłoby Czajkowski, tylko „cz” byłoby nieco zmiękczone i końcowe „i” niższe od naszego ;]

    Ale się rozpisałem…

  3. Nigdy w życiu nie przyszłoby mi do głowy napisac „Tchaikovsky” czy „Baryshnikov” w polskim serwisie internetowym, notatce, artykule do polskojęzycznej gazety, czy gdziekolwiek indziej. Mało tego, nawet w obcojęzycznym artykule zazwyczaj zachowuję oryginalną pisownię. Moje nazwisko panieńskie – na wskroś zresztą polskie i „szeleszczące” – także zawsze pisałam w polskojęzycznej transkrypcji i nie wyobrażam sobie, by mogło byc inaczej. Jednak coraz częściej zdarza mi się skonstatowac, że to, co dla mnie jest oczywiste, niekoniecznie jest takim dla innych, szczególnie młodszych ode mnie ;]

    PS. Podzielam brak entuzjazmu dla „tego, co się teraz podoba”. Pałolo Coelho uważam za triumf banału i grafomanii oraz absolutnego mistrza literackiej destrukcji, natomiast jeśli chodzi o „Cień wiatru” i „Kod Leonarda…”, przebrnęłam tylko przez pierwsze dziesięc stron każdej. Jest na świecie tyle wspaniałych książek – po cholerę mam się męczyc akurat z tymi 😉

  4. Crawley – to bez znaczenia, ilu ludzi zna Czajkowskiego. Cała ta unifikacja ma prowadzić do tego, że autor „Mashynki do sverkanya” ma się w MySpace przedstawiać jako Tcheslav Spyeva? 😉

    Surround2009 – nie wiem, nie znam regulaminu Eurowizji, ale w sumie nie sądzę, by było to odpowiednie miejsce do załatwiania politycznych interesów, tak jak nie jest nim np. olimpiada. Gdyby reprezentantom poszczególnych krajów pozwolić na manifestowanie swoich pretensji pod adresem wrogów / nielubianych sąsiadów itp, szlag by trafił olimpiadę po pierwszej odsłonie.
    Inna sprawa, że cała ta awantura gruzińsko-rosyjska nie jest taka jednoznaczna, a Stephane & 3G po prostu żerują na tym, że
    1) w wielu krajach, szczególnie byłego bloku wschodniego, Rosjan po prostu się nie lubi, dla zasady,
    2) nawet jak się ma do Rosjan stosunek obojętny, to kiedy nie wiemy o co chodzi, lubimy kibicować słabszym

  5. Panie Jarku! Chciałbym podjąć jeszcze temat wspomnianych przez Pana na początku książek. Za „Gargulca” zamierzam się zabrać już niedługo, „Cień wiatru” uważam jednak za bardzo dobrą powieść. Jeśli jednak nie przypadła Panu do gustu polecam „Grę Anioła” tego samego autora.
    P.S. Kiedy wyda Pan biografię Vadera?

    • Panie Jacku (choć wolałbym, żebyśmy – przynajmniej na tym blogu – zwracali się do siebie per Ty), niestety po „Cieniu wiatru” nie mam zupełnie ochoty na kolejne podejście do Zafona. To po prostu słaby pisarz jest 😉
      Bio Vader – już właściwie kończę, ale na wydanie przyjdzie pewnie poczekać do premiery nowej płyty, żeby rzecz nie zdezaktualizowała się po paru miesiącach.

  6. Internet to w gruncie rzeczy kolejne medium po książkach czy prasie, więc nie wiem dlaczego miałby w nim obowiązywać inny język polski. Albo piszemy po polsku i wtedy jedziemy z Czajkowskim (argument chaosu tu odpada, bo Angol i tak nie zrozumie całego artykułu, albo publikujemy po angielsku i mamy Tchaikovsky’ego. Czy dla lepszej globalizacji mamy mówić o Niu Jorku albo Łoszingtonie, Londonie? Albo polecać komuś blog Yaroslava Shubryhta?

  7. Nie mówię, że tak trzeba. Ja tylko teoretyzuję nt przyszłości języka polskiego 🙂 Oczywiście, że powinno się pisać po polsku – przynajmniej w serwisach tylko i wyłącznie polskojęzycznych. W przypadku serwisów o zasięgu globalnym, gdzie spotykają się przedstawiciele różnych kultur i języków (choćby wspomniany przeze mnie last.fm) korzystanie z nazw anglojęzycznych jest bardzo wskazane (gdy one istnieją), gdyż unifikuje cały system i niweluje niejasności.

    Swoją drogą, w przypadku twórców współczesnych nie jest to problemem, gdyż tendencja jest do zachowania oryginalnej pisowni 🙂
    Na koniec zaś, zataczając koło, tłumaczka popełniła ewidentny błąd i powinna dostać za to po uszach. No chyba, że zrobiła to celowo 🙂

  8. Widziałem na własne oczy: W krakowskiej restauracji Vega anglik powiedział „I’d like some pierogi”. Pani Polka kelnerka poprawiła go na „dumplings”. Nie wiem do końca, jaki z tego morał. :]

    A Czajkowskiego w sklepie Saturn można znaleźć wyłącznie pod „T”, za napisem „Tchaikovsky”, więc przykład nie był przesadzony.

  9. Przegladalem ostatnio stare artykuly na blogu i wpadlem na dyskusje o lekturach szkolnych. No pierwszy rzut oka nie ma to nic wspolnego z tym artykulem ale… Mieszkam za granica od paru lat (stad brak zankow polskich w moim kometnarzu) i zalapalem sie na liceum w Belgii. Pytanie za 100 zl – jakie tu sa lektury? Odpowiedz – wszystko co strzeli do lba nauczycielowi. I tak np. przerabialem Cien Wiatru (stad moj komentarz tutaj). Za to NIE przerabialem Zoli, Hugo czy innych klasykow francuskojezycznych, o literaturze belgijskiej nie wspominajac. (Ja wiem ze sie spoznilem do dyskusji no ale nic lepiej pozno nic wcale).

  10. no ja nie dałem rady z tym Gargulcem. opis wypadku samochodowego na początku wiele obiecywał… później okazało się, że cała reszta też była pisana w tym stylu, łopatologicznie i w momencie gdy facet wyjaśnił czytelnikowi na wszelki wypadek kto to był Jezus rzuciłem książką daleko poza łóżko;]

  11. mnie znacznie bardziej wkurzało zawsze tłumaczenie na siłę. i tak, przeważnie tłumaczy się w książkach tytuły zagranicznych utworów a nawet wykonawców. kurioza takie jak „dziewięciocalowe paznokcie”, czy „jeźdźcy świątyni trawy” skutecznie potrafią zepsuć nastrój rechotem, który wywołują. nawet w tak „muzycznej” książce, jak „wierność w stereo” hornby’ego tytuły utworów muzycznych zostały przetłumaczone na polski.

    to z kolei przypomina mi ostatnie sympozjum naukowe na KUL, dotyczące niepokorności polskiej muzyki rockowej lat 70-tych i 80-tych XX w., wobec władzy ludowej. tam, pewien pan doktor (dla którego kamieniami polskiej muzyki rockowej były kolejne albumy budki suflera) z uporem maniaka używał spolszczeń tytułów utworów. zresztą też nie mówił o zespołach inaczej jak: „bitle”, „parple”, „cepelini”, „flojdzi”, tak go ten angielski mierził, ale na podkoszulek mówił za każdym razem „tiszert”! aaaaaaaargh!

  12. @ de la clue. W „Wierności w stereo” przetłumaczono też nazwę Katrina & the Waves (jak można się spodziewać, na „i Fale”, co jest już zupełną kpiną.
    No, ale gdyby nie tłumaczenie tytułu piosenki „The Speed of the Sound of Loneliness”, Myslovitz nie miałoby tytułu dla swojego największego hitu.

  13. Wlasnie jestem na tej nieszczesnej 150. stronie. Zobaczylam te ‚holubsti’ i od razu na google… bo pieresza moja mysl: toc to moje ukochane, najkochansze golabki!
    Ksiazka, swoja droga, nie jakies arcydzielo, ale bohater nie jest chociaz tak naiwny jak Daniel z Cienia wiatru i tlumaczenie nie tak paskudne (skarbnica idiotyzmow ten Zafon po polsku, a po hiszpansku do przelkniecia… ‚niech sie tak pan w psia skore nie zawija’).

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s