Czy istnieje życie poza mp3?

Siedzą w gównie dwa robaki, tatuś i synek. Synek pyta:
– Tato, tato, czy my moglibyśmy na ten przykład mieszkać w jabłku?
– Oczywiście, synku.
– Tato, a w gruszeczce moglibyśmy mieszkać?
– Tak synku, w gruszeczce też.
– Tato, a na przykład w kartoflu moglibyśmy mieszkać?
– Jasne synku, w kartoflu jak najbardziej.
– Tato… To dlaczego mieszkamy w gównie?
– Bo tu jest nasza ojczyzna.

Kiedy byłem pacholęciem, słuchało się muzyki na byle czym. Na szpulowca się nie załapałem, ale zaczynałem od takiego płaskiego kaseciaka z jednym głośniczkiem, do którego nie dało się dopasować żadnego kabelka, więc piosenki z telewizji nagrywałem przez zewnętrzny mikrofon. Potem był przemycony z Austrii jamnik firmy International (dziś już tego nie ma, pewnie wykupił ich Panascanic), który miał tę cudowną właściwość, że za każdym razem odtwarzał taśmę z inną prędkością, ale w zamian mrugał do mnie milionem kolorowych diod. Byłem również szczęśliwym posiadaczem efektu nadludzkiego wysiłku peerelowskiej myśli technicznej, wyzwania rzuconego inżynierom firmy Sony, czerwonej plastikowej cegły o swojskiej nazwie „Kajtek” – koledzy, którzy mieli walkmany z Pewexu pewnie do dziś się ze mnie śmieją. Rodzice więc, zdjęci litością, wyskoczyli w końcu z bajońskiej sumy 100 dolarów amerykańskich i kupili mi radiomagnetofon stereofoniczny Akai, dzięki któremu wreszcie mogłem naprawdę usłyszeć muzykę. Była tak piękna, tak cudowna, tak magiczna, jak przeczuwałem.
Później już było tylko lepiej. Żaden ze mnie audiofil, ale poniżej pewnego minimum zejść nie potrafię. Nie mogę, bo to takie minimum, poniżej którego niektóre częstotliwości są zdeformowane, zniekształcone, albo po prostu wycięte. Nie po to pocili się w studiu muzycy i producent pospołu, nie po to cyzelowali każdy dźwięk, żebym lekką ręką miał odrzucać 50% tego, co dla mnie przygotowali. Z tego samego powodu nie oglądam filmów na ekranie komputera – tam ktoś trudził się nad ujęciami, świecił je jak umiał najlepiej, fotografował je przez jakieś wydumane filtry, a ja mam na to patrzeć na jakimś byle jak ustawionym ekraniku LCD? Wolę poczekać na DVD.
Tymczasem, jak donosi „Telegraph”, wychowana na iPodach (i innych odtwarzaczach mp3) młodzież woli to płaskie, groteskowo skompresowane, nienaturalnie wyciągnięte brzmienie od naturalnego soundu instrumentów i ludzkiego głosu, w miarę wiernie odwzorowanych na płycie CD czy winylu. Zaraz, zaraz, czy aby na pewno wolą? A może oni niczego innego nie znają? Może mp3, choć gówniane, jest po prostu ich środowiskiem naturalnym, ich ojczyzną? Innej nie mają, nikt nigdy nie zaproponował im sensownej alternatywy.
Nie chciałbym wyjść na dziada, który narzeka na cywilizację. Kocham swojego iPoda (to już drugi, pierwszego zajeździłem na śmierć), a kiedy zdarzy mi się wyjść bez niego z domu, czuję się nieszczęśliwy, samotny i niepełny. Ale przecież wiem, że muzyka, której dzięki iPodowi mogę mieć zawsze przy sobie tak dużo i zawsze tak łatwo dostępną, o wiele pełniej, lepiej, prawdziwiej brzmi z płyty. Pieprzyć słuchawki! Muszą ryknąć głośniki, porządnie, pełnym dźwiękiem… Ba! Są takie płyty, których na iPoda nawet nie próbuję przerzucać, bo tyle tam smaczków, w dodatku podanych w różnych pasmach, z różną głośnością, że po zredukowaniu ich do pliku mp3 niewiele zostaje do słuchania. Nie mówię już nawet o poważce, która wciąż korzysta z jakże niemodnego dziś pojęcia dynamiki. Kiedyś wrzuciłem sobie na iPoda koncert Pendereckiego i była to jedna z głupszych rzeczy jakie ostatnio zrobiłem – okazało się, że kompresja plus szumy tła (muzyki z iPoda słucham w zupełnie staromodny sposób, a więc tylko poza domem) skutecznie wyeliminowały jakieś 70, może 80 procent zawartości płyty. Byłem w szoku.

Puenty nie ma. Zaraz otworzę iTunesa, wykasuję ze swojego iPoda numery, które już mi się znudziły i wgram garść nowości, z którymi chciałbym się bliżej zaprzyjaźnić w tym tygodniu. Później puszczę sobie płytę, może dwie. Głośno, choć nie tak głośno jak chciałbym, bo dzieci śpią. Pewnie przyjdzie mi wtedy do głowy myśl, jak wiele tracą ci, którzy upierają się przy wygodnym, ale przecież poślednim formacie mp3. Współczuć im nie będę. Mogę współczuć niewidomym, ale nie tym, którzy odmawiają otwarcia oczu.

Reklamy

24 thoughts on “Czy istnieje życie poza mp3?

  1. Coraz bardziej popularne są formaty mniej kaleczące uszy: mpc, aac, czy choćby flac(ale ten to sporo miejsca zajmuje) więc nie jest źle.

  2. Większym problemem, niż te wszechobecne mp3-ójki jest to, że coraz częściej ludzie odpowiedzialni za brzmienie danego albumu dostosowują je do poziomu możliwości odtwarzania np. iPodów, przez co ktoś, kto posiada choć trochę lepszy sprzęt (i wcale nie mam tu na myśli jakiegoś luksusowego zestawu audiofilskiego) i tak nie usłyszy na nim pełniejszego, głębszego dźwięku. Zresztą, o loudness war i tym podobnych powiedziano wiele, więc podsumuję tylko tym, że szkoda, że w taki czy inny sposób zabija się dobre brzmienie. Coś czuję, że tak jak teraz wspomina się nie najlepiej producentów muzycznych lat 80., tak za jakiś czas nieprzychylnie będzie się mówić o tych nam w pełni współczesnych. No chyba, że w erze „płaskiej” muzyki całkiem zapomni się, że mogła brzmieć znacznie lepiej. Mam jednak nadzieję, że tak się nie stanie 😉

  3. Nie zapominajmy o tym, że coraz popularniejsze stają się płyty winylowe. Ludzi już powoli denerwuje jakość nagrań empetrójek, pojawia się coraz więcej flac i co najważniejsze – dalej kupuje się dużo płyt.

  4. A ja bym tak nie panikował, bo słuchanie muzyki na słuchawkach z empetrójki też może mieć swoje uroki. Np. takie „Perdition City” Ulvera o wiele bardziej przekonuje mnie gdzieś w drodze, niż na domowym stereo.

  5. Żeby daleko nie szukac – nie wyobrażam sobie słuchania takiego „The Mother And The Enemy” z mp3… 😉

  6. a ja ostatnio jak chcę posłuchać muzyki w 100% bez kompresji lezę na koncert :)pierwsze co mi na myśl przychodzi – woodstock 2008 i występ Vader. tego żadna płyta winylowa nie odda 😉

    internationala ze srylionem diodek miała moja siostra pamiętam a ja miałem takiego samego badziewiaka, ale bez diodek 😦

  7. Pamiętam, że kiedyś nie mogłem uwolnić od „Californi” Pana Banglowego mojego iPoda. To było mniej więcej wtedy, gdy zacząłem zwracać uwagę na stereofonię – gdy zdałem sobie sprawę z tego, że stereo to nie kanał lewy i prawy, ale wszystko to, co dzieje się pomiędzy. To było wspaniałe! Pan Banglowy skakał mi po mózgu, deptał korę mózgową, ślizgał się po przysadce i rolował płaty. Istne szaleństwo 🙂 Polecam takie zabawy – wrzucić dobrą stereofonicznie płytę w rozsądnie dobrej jakości do słuchawkowego odtwarzacza i próbować zlokalizować źródła pozorne (iPod się dobrze w tym sprawdza, bo jakościowo jest całkiem całkiem, ale ostatnio przesiadłem się na discmana, który niewiele ustępuje, tymczasowo, póki się konkretnych słuchawek nie dorobię).

  8. Znam li ten kraj ;o) Na mikołaja w środkowym okresie podstawówki tatko kupił Grundiga (tego z Unitry oczywiście), w średniej sprzedałem rower by mieć pierwsze stereo (pewno, że International, ale wyszukałem model bez światełek, żyje do dzisiaj aktualnie w roli radia bo odbierał zachodnie fale i był w sam raz kiedy u nas zmienili częstotliwości).
    Pierwszy solidniejszy zestaw mini Panasonica kupiłem już jako pełnoletni jegomośc za własne w dodatku pieniążki, ale że w międzyczasie sprzęt oglądany z opuszczoną szczęką w Pewexie przestał być tylko i wyłącznie obrazkiem w kolorowym katalogu (o którym człowiek trudno powiedzieć, że śnił, bo nie śmiał) to pięterko po pięterku, z roku na rok odkładając tu stówę tam stówę dorobiłem się Technicsa.
    Technics to taka marka na którą adiofil patrzy z obrzydzeniem z kolei zarówno starsza ode mnie generacja jak i „pokolenie mp3” zachodzi w głowę jak można wydać tyle kasy tylko po to, żeby grało. Słuchawki? Nie, dziękuje, musiałyby być z drewna, inaczej nie rzygną piekłem ;o)
    Pointa? U mnie akurat będzie – życie kierowane wolą rzuca mnie z tą szafą grającą i pół tysiącem płyt w kierunku odwrotnym jak Ciebie – na wieś. Spróbuj Pan tutaj wytłumaczyć komuś, co to są te Twoje deformowane częstotliwości albo który Krawczyk zabrzmi bardziej płasko hahaha…
    Pełna zgoda – trudno mówić o porzucaniu jakości skoro wiele znanych mi nie tylko młodych osób nie tyle nie widzi różnicy co zwyczajnie nie zdaje sobie że odtwarzają dźwięk w jakimś formacie. To piosenka, w dodatku można ją mieć nie płacąc.
    Muzyka w wersji wirtualnej stała się normą a nie odstępstwem od niej, ale choć dzisiaj przeciwstawiamy prawdziwą płytę CD jako tą lepszą, pełniejszą, to tak naprawdę świat zaczęto psuć właśnie wtedy, gdy ją tworzono. Gdyby naszym globem nie kręcili ludzie zaślepieni miniaturyzacją to płyta cyfrowa miałaby od swego zarania wielkość taką jak analog i nie byłoby potrzeby się potem głowić jak upchnąć na nią więcej danych. Okładki LP byłyby duże, single mniejsze… Ech, mogło być pięknie, ale ktoś uznał, że bardziej liczy się, by było poręczne a dalej już poszło.
    To nasze pokolenie zafundowało młodym jedyną ojczyznę jaką znają.
    Pewno, że ten kierunek rozwoju audio nakreślili nie ci, którzy nakrywali grundiga kocem, żeby mniej „szumów otoczenia” trafiło na taśmę razem z tą nieszczęsną Eurowizją. Ci mogą dzisiaj najwyżej dzielnie trwać przy swoim i ustawiać na półce kolejne prawdziwe kompakty z nadzieją, że ktoś patrzący z boku zastanowi się dlaczego. I że zrozumie.

  9. Crawley – ja też mam kilka takich płyt „chodzonych”, które lepiej mi robią w mieście, na słuchawkach, niż w fotelu (np. Burial – Untrue). Ale nie powiem, że lepiej brzmią z iPoda, bo to untrue 🙂

    Miss Noizz – a dziękuję, miło mi to czytać i muszę się zgodzić. Choć to, co powinno być dla mnie (dla nas – zespołu) powodem do dumy, napsuło nam sporo krwi. Otóż nagrywając poprzednie trzy płyty słuchaliśmy dobrych rad realizatorów, którzy upierali się, że studyjne odsłuchy kłamią, bo są zbyt dobre, więc przy miksach słuchaliśmy tego, co powstawało na jamniku, albo gównianych kolumienkach typu no name (jak ten pan producent na słuchawkach z ipoda w artykule w „Telegraph”), żeby dopasować proporcje / kompresję do parametrów sprzętu, którym dysponowała większość potencjalnych adresatów naszej muzyki.
    Przy „The Mother and the Enemy” chcieliśmy zrobić tak samo, ale Bartek Kuźniak, nasz producent, zareagował świętym oburzeniem i odmówił psucia dźwięku. Nagraliśmy więc mnóstwo pięknych i dziwnych historii w pasmach zupełnie zapomnianych przez muzykę popularną ;-), niemal w ogóle nie korzystaliśmy z kompresorów i innych polepszaczy. No i wyszła płyta, która dobrze i oryginalnie brzmi na dobrym sprzęcie, ale którą kompresja do mp3 zniekształca w obrzydliwy sposób (co można sprawdzić na profilu LO w majspejsie). Na kiepskim sprzęcie stacjonarnym też zresztą nie słychać, że to fajne. No i co? Dobrze zrobiliśmy czy popełniliśmy błąd, własne (i producenta) fanaberie przeciwstawiając duchowi czasu? Gdzie się nie obrócisz, dupa z tyłu.

  10. :o)
    Czytałem relacje z procesu nagrywania ostatniej pyty Pentacle i jak Myślisz? A pewno że tak, to co im brzmiało w studyjnych odsłuchach brali potem na cd-r i upewniali się, że w samochodowym odtwarzaczu też da się słuchać :o) No ale przynajmniej darowali sobie trip-hop ;oPPP

  11. Ja miałem Kasprzaka :). Co do czasów obecnych to masa ludzi się ze mnie śmieje, że ja płyty kupuję, że patrzę na okładkę, że czytam teksty… „To nie wiesz, że na jednym cd-r możesz zmieścić tyle em pe czy?” Może im się odmieni… Tak jak już kilku się odmieniło i teraz na nic innego nie czekają tylko na powrót Faith No More… A jak kiedyś jeździłem na ich koncerty to słyszałem: „My na dyskoteki nie jeździmy!!!” tralalalalalalalala…

  12. To mnie dziwi, bo jeszcze nie spotkałem się z takim podejściem. Oczywiście, mam np kumpla, który wychodzi z założenia „po co kupować, skoro na necie jest za darmo?,” ale to za dużo nie zmienia.

    Swoją drogą, zauważam u siebie, że CD kupuję głównie dla samego posiadania jako przedmiotu, bo muzyka i tak jest zrzucana na dysk twardy.

    Odniosę się do jakości mp3 (czy innych formatów) – cóż, wszystko zależy od stopnia kompresji i wydajności encodera. Poza tym większość słuchaczy (przy jakości vbr 192) nie usłyszy żadnej różnicy. Ja jej nie zauważam. Dlatego argumentacja z jakością nieco do mnie nie trafia. No chyba, że ktoś ma gówniane mp3 w słabej jakości ściągnięte z neta, bo wtedy to naprawdę uszy mogą boleć.

    I jeszcze w sprawie słuchania na słuchawkach – jak to już zostało zauważone, stereofonia daje zupełnie nowe wrażenia właśnie przy takim słuchaniu. Gdzieś tam, lekko po prawej, bije perkusja. Tu, blisko mnie, coś brzmi, a tamto jest daleko w tyle. Niezapomniane. Poza tym słuchawki mają to do siebie, że niektóre rzeczy (niestety) ukrywają i przez to są ledwo słyszalne, z drugiej zaś strony niektóre uwydatniają. Pamiętam swoje zaskoczenie, gdy na słuchawkach wyraźnie usłyszałem przesypywanie jakichś kulek w „Scorn” Misterii – aż mnie ciarki przeszły po plecach.

    Jest za to coś, czego słuchawki nigdy nie dadzą – odczuwania muzyki całym ciałem.

  13. heh, właśnie dlatego, że jeden dupiany sprzęt przenosi takie, a nie inne częstotliwości, a inny, równie dupiany, inne można było kiedyś doznać szoku słuchając muzyki najpierw na wieży, a potem na walkmanie.
    co do komentarza wyżej, to wydaje mi się, że jest trochę inaczej z tą jakością sprzętu. słuchać słabej jakości mp3 na słabym odtwarzaczu, to mała bieda. ale mieć dobry sprzęt i słuchać na nim empetrójek to tak, jak jeździć bolidem po żużlówce.
    a jeśli chodzi o wspomnienia, to pamiętam, że pierwszego walkmana przywiózł ojciec z erefenu. philips w oczojebnych kolorach. ale służył długo i dobrze. potem kupiłem panasonica za 70 zł i dopiero po pół roku zauważyłem, że to właśnie to gówno niszczy mi kasety. a kaset ostatnio trochę słucham na jamniczku, który stoi w… łazience. ech, „attitude” bad brains zabrzmi lepiej tylko z winyla.

  14. o wyższości świąt wiellkiejnocy nad bożym narodzeniem czy nazot można by prawić długo… cyfrowy, wychuchany dźwięk do analogowego pulsowania; jpegi do płótna mistrza… jakość przeżycia, życia zależy od wrażliwości, nawet nie od stanu konta, tym bardziej dziś, gdy z promocji można mieć aksamitne ręczniki za 9,99 lub …(każdy wstawia swojego konika).
    Dla wszystkich nieprzekonanych polecam kontakt z dobrze zarejestrowaną muzyką (np. Leszek Możdżer wydał swego czasu płytę w wytwórni audiofilskiej, pewnie przypadków takich jest więcej) na porządnym zestawie głośnikowym, czy też odwiedziny w galerii, np. Muzeum Historycznego w Sanoku (prace Beksińskiego).
    Co do sprzętu: po rodzicach odziedziczyłem bardzo porządne, mocno pełnoletnie głośniki Tonsil, które do dziś śmigają symultanicznie obok metrowych, kapitalistycznych kombajnów wspaniale uzupełniając pasmo. Żal trochę Zodiaka, który rozpędzał je do momentu ostrego kołatania szyb w oknach… Gdzieś się zapodział…

  15. trochę wywód ten, przypomina mi rozmowę, którą ostatnio przeprowadziłem z pewnym młodym człowiekiem (sam co prawda wiekowy nie jestem, ale szczęśliwym posiadaczem migających diod byłem), który to skwitował mój wiek w ten sposób: Wy, starzy to mieliście przesrane. „Mieliście te kasety, na których gówno było słychać. I jak tu się cieszyć muzyką?” Oj można było.
    Ciekawym aspektem mp3, trudno powiedzieć czy „psującym” rynek muzyczny, jest to, że nagminne stało się przysyłanie mi wszelkiego rodzaju dem, promo nowych zespołów w formacie mp3 właśnie. Oszczędność czasu i pieniędzy plus chęć dotarcia do większej liczby słuchaczy?

  16. jesli potrzebujesz jakosci, pierwsze co robisz to kupujesz dobre sluchawki do ipoda,
    pojemnosc ipoda classic pozwala nagrac jednorazowo 200 plyt w jakosci cd, wiec nie do konca zgadzam sie na laczenie ipoda z psuciem dzwieku- nie chcesz- nie musisz.

    juz bardziej rozumiem tych ktorzy nie sluchaja cd tylko winyli ze wzgledu na brzmienie,
    a smierci cd/jako standartu/ oczekuje jak wybawienia bo od wielu lat nagrywa sie muzyke w lepszej jakosci a potem i tak na cd scina sie to do biednych 16bit/44khz

  17. To ja tylko wtrącę jeszcze, że uważam mp3 za fantastyczny wynalazek. Serio, bez cienia ironii.
    Tylko że mp3 powstał jako format przesyłu dźwięku w sieci internetowej i biorąc pod uwagę przepust łączy oszczędzanie na wielkości miało sens, zwłaszcza jeśli odbijało się relatywnie małą stratą jakości. Czas dopisał dla nich jeszcze jedno sensowne przeznaczenie tj. przenośne odtwarzacze gdzie z definicji liczy się poręczność.
    Sam używam plików mp3, nie ukrywam, że to prawdziwy komfort być na bieżąco ze wszystkimi premierami, natomiast nigdy nie przyszło mi do głowy traktować je jako pełnowartościową alternatywę dla płyt, bliżej im do roli jaką kilka lat temu odgrywały nagrywane kasety.
    Jeśli chodzi o jakość to sądzę, że obydwie strony barykady często przeginają. Uśmiecham się czasami słysząc jaki to marny dźwięk itd. zwłaszcza kiedy mówimy o nagraniach z piwnicy albo kapelach z założenia nagrywających „surówkę”. Nie, spokojnie da się tego słuchać i pozwala się doskonale zorientować czy dana płyta mi się spodoba.
    I drugi mit: że nie usłyszysz różnicy jeśli nie jesteś audiofilem. Słyszę, audiofilem nie jestem, jak już wspomniałem używam popularnego Technicsa i przy porównaniu dobrze zrealizowanej płyty z cdr-em nagranym z przyzwoitego mp3 różnica jest do uchwycenia.
    Dorzucę jeszcze dwie korzyści jakie dla mnie płyną z dostępności mp3-jek: po pierwsze dzięki nim łatwiej mi dać sobie na wstrzymanie i płytę zakupić jakiś czas po premierze po bardziej ludzkiej cenie. Przy okazji pomaga to obejść częstą praktykę wydawców-naciągaczy którzy rok po premierze wypuszczają wersję wzbogaconą itp.
    Po drugie – znowu na wstrzymanie – mając możliwość zdobyć choćby taką przyzwoitej jakości mp3-płytę udaje mi się łatwiej zachować rozsądek na aukcjach rarytasów i nie wydawać sum zupełnie z kosmosu.
    Bo przecież chodzi o to, żeby minusy nie przysłoniły plusów 🙂

  18. W moim przypadku czas na dokladne przesłuchanie albumu mam tylko w pociagu w drodze do i z pracy…a plytki kupuje berdziej zeby „miec” i „uhonorować” zespoł czy wykonawce który mi sie podoba. A roznica w jakosci jest na pewno…w zaleznosci od utworu bardziej lub mniej slyszalna.Tylko ze coraz mniej jest chwil kiedy w fotelu z piwkiem w reku mozna sie rozkoszować muzyka z oryginalnego CD. W kazdym razie nic nie poradzimy ze CD staje sie gadżetem dla melomanów. Ja wiecej slucham mp3 bo jest to po prostu wygodniejsze…wielu robi to samo tylko ze niewielu z nich pamieta o kupnie plytki która na mp3 mozna sobie samemu zrzucic zamiast sciagać z neta

  19. Dyskusja jest dość ciekawa (i w stu procentach nierozstrzygalna), ale chyba trochę nieadekwatna do polskiego rynku muzycznego. Podejrzewam, że większość muzyki najchętniej słuchanej przez przeciętnego konsumenta niespecjalnie się różni w wersji przed kompresją i po. Słuchając Feela na dobrych słuchawkach raczej nie usłyszycie przesypywania kulek 😉
    A druga sprawa to słuchanie muzyki na słuchawkach w pociągu. Sam kiedyś jadąc w dość rozklekotanym wagonie słuchałem na (kiepskich) słuchawkach jakiejś elektroakustyki (chyba emiter). Początkowo hałas mi przeszkadzał, ale w efekcie wszystko się zlało w fajny industrial 🙂

  20. „Dyskusja jest dość ciekawa (i w stu procentach nierozstrzygalna), ale chyba trochę nieadekwatna do polskiego rynku muzycznego.” oj zdziwilibyście się towarzyszu;]

    Ale jak już wspominałem, ja już znaczną część płyt które dostaję (a procent ten stale rośnie) do recenzji, właśnie w mp3 przychodzą. Co ciekawe, zazwyczaj są to zespoły grające oldskulowy tru leśny black metal ;]

  21. Mnie się wydaje, że za MP3 ciągle ciągnie się trochę historia i do tego trochę myli się skutek z przyczyną.
    Prawdą jest, że swego czasu, gdy w domach panowały modemy o zawrotnej prędkości 36,6kbps, a gros mp3 kompresowane było ze stałym bitratem na poziomie 128 kbps, żeby jakoś to w bólach przepchnąć przez tę sieć, brzmiało to, pardon my french, gównianie i daleko temu było do próbkowania płyty CD. Do tego najczęstszą przyczyną tego, że mp3 brzmi źle jest to, że sprzęt jest zły.
    Jakiś chiński grajek za 69 pln high fidelity ma tylko napisane na obudowie. Oczywiście do czasu, aż się na nim nie wytrze farba odsłaniając białą „kość” plastiku.
    Zaryzykowałbym twierdzenie, że dobrze zrobiona MP3ka (np. LAME – r3mix) ze zmiennym bitratem w okolicach 200-250kbps na tym samym sprzęcie w ABXach będzie nie do odróżnienia od nieskompresowanego, lub skompresowanego bezstratnie nagrania.
    Tak jak kiedyś marzyło się o japońskiej jakości Sony’ego i Technicsów na mosfetach, tak dzisiaj wystarczy jakieś iAudio + słuchawki Shure’a czy innego Ultimate Ears (choćby po to, żeby nie straszyć białymi kabelkami ze łba jak, nie przymierzając, amerykańska nastolatka 😉 , żeby mieć zawsze ze sobą idealny dzwięk ulubionych płyt. Może trochę obok konserwatywnego hi-fi, ale dla mnie jest to z pewnością swego rodzaju nowa jakość.

  22. Jarku masz zadziwiającą zdolność pisania z wyprzedzeniem przemyśleń o tym, o czym parę tygodni później rozpisują się zagraniczne media.

    Polecam Ci świetny artykuł z serwisu gizmodo.com pt. „Why We Need Audiophiles”, autorstwa niejakiego Johna Mahoney’a.

    Wyżej wymieniony pismak zostaje zaproszony do piwnicy cenionego znawcy muzyki i audiofila, Michaela Fremera, który to na swoim ultra-drogim zestawie ukazuje młokosowi przewagę winylu nad „półśrodkami w procesie odsłuchu” – iPodami.

    Autor opisuje swoją drogę od bycia świętym Tomaszem muzyki, aż po absolutnego głosiciela jedynej i słusznej prawdy na jej temat. Szczerze polecam:

    http://i.gizmodo.com/5213042/why-we-need-audiophiles

    Trzymaj się ciepło.
    Seba

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s