Po pierwsze show

Dopiero dzisiaj obejrzałem rozdanie nagród Grammy (dzięki Sebastian!) i jestem pod wrażeniem tego spektaklu. Zarówno rozmachu realizacyjnego, jak i świetnych pomysłów na efektowne artystyczne kolaboracje. Justin Timberlake w duecie z Alem Greenem i Boyz II Men w chórkach, Jay-Z dobrowolnie zmashupowany z Coldplayem, Stevie Wonder w składzie Jonas Brothers (zaskakująco fajnie to wyszło, takim numerem jak „Superstition” da się coś wykrzesać nawet z gitarowego boysbandu), hiphopowy dream team, złożony z Kanye Westa, Jaya-Z, Lil Wayne’a i T.I.-a oraz ciężarnej M.I.A. (ją w ogóle da się jakoś odmieniać po naszemu?), Paul McCartney wspomagany przez Dave’a „Jestem-Zwierzakiem-Z-Muppetów” Grohla (choć uwielbiam Grohla, wolałbym występ Firemana od sentymentalnych wycieczek w czasy beatlemanii) czy wreszcie fenomenalny występ Radiohead z orkiestrą marszową – to wszystko oglądałem z otwartą z podziwu paszczą.

A same nagrody? Narzekamy na Fryderyki, że nie oddają całej prawdy o polskiej muzyce, że kółko wzajemnej adoracji, że nominacje nietrafione, ale okazuje się, że Amerykanie nie lepsi. Owszem, większość statuetek trafiła do artystów, którzy zasłużyli na wyróżnienie, choć niekoniecznie w ubiegłym roku. Wspólna płyta Roberta Planta i Alison Krauss jest całkiem sympatyczna, ale czy to na pewno numer jeden? Nieważne, zagłosowali na niego, bo faceta znają i lubią. Dobrze, że Akademia w swej zbiorowej świadomości kojarzy już również Radiohead, Coldplay i Daft Punk, ale wydaje mi się, że honory dla nich są mocno spóźnione. Nagroda dla Metalliki za najlepszy metalowy numer roku? Dajcie spokój, jak długo będziecie posypywać głowy popiołem za tę wtopę z Jethro Tull?!

Przychodzą mi do głowy trzy główne powody takiego stanu rzeczy.
Pierwszy – Grammy to biznes. Zabawa mejdżersów, ich wielka kampania reklamowa. Niezależni na salony nie mają wstępu, choć to oni robią za inkubatory dla przyszłych gwiazd.
Powód drugi – w zasady tej zabawy, czyli głosowanie członków akademii, wpisana jest klątwa. Otóż szacowne to grono jest z roku na rok coraz bardziej szacowne. Dosłownie. Średnia wieku akademików się podnosi, a co za tym idzie, spada ich zainteresowanie muzycznymi nowinkami. Mówiąc brutalnie, starcy nie będą robić rewolucji, wolą rozpamiętywać dawne sukcesy, spijać śmietankę, wspominać z rozrzewnieniem, że kiedyś było lepiej. Niechętnie wpuszczają do swojego elitarnego klubu kogoś z zewnątrz, a jeśli nawet gotowi są uchylić drzwi, to zwykle każą mu czekać na wycieraczce latami. Niech skruszeje. Nabierze pokory, optymizmu (jeszcze więcej optymizmu) i co najważniejsze, przestanie śpiewać.
Powód trzeci – ten zrozumiałem najpóźniej, a przecież nic bardziej oczywistego. Przecież tu chodzi przede wszystkim o show. A ten, jak już wspomniałem, był taki, że mucha nie siada. Efektowny, perfekcyjnie zrealizowany, ale jednocześnie skupiony na muzyce i jej wykonawcach, nie dekoracjach, fajerwerkach i tajemniczych grupach baletowych, co stało się zmorą niemal wszystkich telewizyjnych programów muzycznych. No, ale o tym więcej po Eurowizji 😉

Advertisements

3 thoughts on “Po pierwsze show

  1. Powinno się wymieniać na Mii także w piśmie, żeby było widać, że jest odmienione, trzeba uderzyć z zapytaniem do Rady Języka Polskiego, bo w sumie postać ważna.
    Co do wyborów Amerykanów od Grammy – jak zwykle nietrafione lub spóźnione, ucieszyła mnie tylko Grammy dla Metalliki za wydawnictwo specjalne (tę płytę w trumnie), moim zdaniem to jest dobry (choć może niezamierzony) performance – metafora sytuacji, w jakiej znalazł się ten zespół. 🙂

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s