Mister Crowley

Dobrych parę lat temu wyczytałem gdzieś, że Bruce Dickinson pracuje nad filmem, który ma być komedią o Aleisterze Crowley’u, utrzymaną w montypythonowskiej konwencji. Kilka miesięcy później robiłem wywiad z wokalistą, więc go o to zapytałem. – Jaka komedia?! – obruszył się. – Owszem, kończę scenariusz filmu o Crowley’u, ale to będzie całkiem poważna sprawa.

No i jest, można to kupić w Polsce na płycie DVD, co też uczyniłem dwa dni temu. Nie musieli mnie kusić niewiele mniejszym od tytułu napisem „Scenariusz BRUCE DICKINSON wokalista grupy IRON MAIDEN”, bo już sama postać Crowley’a jest dla mnie magnesem nie do zlekceważenia. Przyniosłem film do domu, poczekałem, aż żona i dzieci pójdą spać (smarkaczom horrorów oglądać nie wolno, małżonka nie lubi), i odpaliłem płytę. W ten sposób zmarnowałem cenne 102 minuty swojego życia, przed czym niniejszym was przestrzegam. Nie idźcie tą drogą.

„Chemical Wedding” to nieudana stylizacja na hammerowski horror, ale bez tamtego klimatu, bez dystansu i humoru. Głównie nudzi, czasem brzydzi, ani przez chwilę nie straszy. Film został nakręcony w dekoracjach, które wyglądają jak kac po królowej Wiktorii, a cała intryga rozgrywa się w drętwych dialogach, usranych bezsensownie cytatami z pism maga. Na ekranie, oprócz zmurszałych kamienic i gadających głów, widzimy czasami jakieś cycki (w końcu Crowley to magia seksualna), ekskrementy (choć przyznać muszę, że profesor Haddo sikający na studentów to jedyny autentycznie zaskakujący moment tego filmu), tudzież trupa lub dwa. Jest też nowoczesne laboratorium oraz superkomputer, przy których technologia z „Pana Kleksa w kosmosie” wydaje się naprawdę kosmiczna. No i – dla bezkrytycznych fanów to może być jakiś atut – Dickinson solo i z Maiden na ścieżce dźwiękowej. Oj, szkoda Bruce, że jednak nie zdecydowałeś się na komedię… Póki co, w skromnej kategorii metalowców-filmowców pozycja Roba Zombie pozostaje więc niezagrożona. Jego „Dom 1000 trupów” to moim zdaniem rzecz bijąca na (obciętą) głowę te wszystkie przereklamowane „Hostele” i „Piły”. No, ale Zombie nie ma wybujałych ambicji, chodzi mu tylko o grę ulubioną konwencją, o efekciarską i ociekającą krwią zabawę cytatami z popkulturowego śmietnika. Dickinson natomiast spadł z wysokiego konia, bo bardzo chciał stworzyć łamigłówkę w najlepszej tradycji brytyjskich kryminałów, zanurzając ją w okultystycznym sosie i doprawiając naukowymi teoriami na miarę XXI wieku. Wyszedł niestrawny bełkot.

Szkoda, bo „Chemical Wedding” na jakiś czas wyczerpie temat głównego bohatera filmu. Nie, nie wyczerpie – raczej obrzydzi, zarówno innym artystom, jak i widzom. Niby nic w tym dziwnego, że postać Aleistera Crowley’a zawłaszczyli sobie metalowcy (od „Mr. Crowley” Ozzy’ego, po sterty płyt blackmetalowych, z Behemothem na czele) i autorzy kiepskich horrorów („Chemical Wedding”, który w Stanach będzie pokazywany pod tytułem „Crowley”, to klasyczny przykład wspólnego podzbioru), ale nie mogę się nadziwić, że tak barwnej biografii nie zechciał jeszcze przełożyć na język filmu lub telewizji ktoś z większym dystansem i lepszym warsztatem. Przecież Crowley to facet, który z jednej strony mógłby robić za diaboliczne połączenie profesora Moriarty’ego, doktora Frankensteina i hrabiego Drakuli razem wziętych, a z drugiej… No właśnie, czy ktoś odważy się pokazać Bestię z ludzką twarzą?

PS. Post niniejszy to inauguracja rubryki (kategorii) z recenzjami. Filmowymi, muzycznymi, książkowymi – tym wszystkim, czego z różnych powodów nie zmieszczę w „Przekroju”, tudzież innych tytułach.

Advertisements

3 thoughts on “Mister Crowley

  1. Pierwsze słyszę, żeby latający Bruce miał tworzyć coś takiego. Co do wyniku, to mnie nie zaskakuje – dobry muzyk nie musi być dobrym scenarzystą.

    Tematyka może i jest wdzięczna, ale kto by poszedł na taki film? Największym atutem filmu Dickinsona jest właśnie Dickinson. No i jest zawsze to ryzyko, że powstanie film gorszy.

    A Pan Kleks w kosmosie roxxuje, jeden z lepszych filmów jakie widziałem 🙂

  2. no to klops! to dvd lezy u mnie na polce od jakiegos czasu i nie moge sie cały czas zabrac za ten film. po tym co przeczytałem to juz na bank sie nie zabiorę…
    nie mogłes napisać recenzji jaiegos innego filmu?
    może ktoś chce kupic?:)

  3. Pamiętam, że gdzieś na początku liceum kumpel przyniósł mi prozę Bruce’a „Przygody Lorda Ślizgacza” i był to dla mnie wręcz szok kulturowy 😉 Ale to było z jajem, jajacarskie i jajecznie rozbujane. Taki Masterton po ziele, choć do Pythonów troszkę brakowało, ale i tak godne pollecenia, może w jakiejś zapomnianej bibliotece w Ełku albo Utrzykach można jeszcze dostać? Co do straconego czasu przy ekranie – niedawno Dom Usherów z rodaczką I.Miko (chyba nie mylę nazwiska). E.A.Poe albo zarzygałby ekran albo zasnął po 15, 8minutach

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s