Rock znowu umarł

Dziennikarzy muzycznych w Polsce dzielę na trzy grupy:

1. Tych, z których opiniami zwykle się zgadzam
2. Tych, z których opiniami zwykle się nie zgadzam
3. Roberta Leszczyńskiego

Był czas, że zaliczałem go po prostu do drugiej grupy, a nawet podziwiałem za odwagę w głoszeniu niezależnych i kontrowersyjnych sądów. Z czasem doszedłem jednak do wniosku, że żadna to odwaga głosić dyskusyjne poglądy, kiedy się nie wie o ich kontrowersyjności, bo po prostu plecie się trzy po trzy o rzeczach, o których nie ma się bladego pojęcia. Resztki mojego szacunku dla Roberta wyparowały, kiedy zaczął klaskać u Rubika (tu link do tekstu, który raczył popełnić już w czasach, kiedy występował z rzeczonym Rubikiem jako beatboxer czy tam DJ :-)).
A jednak, przyznaję bez bicia, ciągle ruszają mnie jego teksty. Na przykład ten z ostatniego numeru „Wprost”, w którym redaktor Leszczyński obwieścił śmierć rocka. Nie on pierwszy i nie ostatni. Równie poważni redaktorzy równie poważnych czasopism wciągają na maszt czarną flagę średnio co drugi sezon. Po raz pierwszy, o ile się nie mylę, miało to miejsce w Stanach Zjednoczonych, jakoś pod koniec lat 50., kiedy pierwsza fala rock’n’rolla traciła impet, a bohaterowie British Invasion biegali jeszcze w krótki portkach…

Ale pal licho rocka i jego żywotność! Redaktor Leszczyński może sobie szukać dziury w całym jak długo chce, szczególnie w sezonie ogórkowym, bo zaiste, styczeń to w branży muzycznej prawdziwa bryndza. W jego tekście poraziło mnie raczej to, że zupełnie się nie przygotował, nie wysilił. Olał temat i czytelników pospołu, nadymając się w swej ignorancji i naginając fakty do tezy tak brutalnie, że trzask łamanych kręgosłupów słychać w co drugim zdaniu. Oto dowiadujemy się, że rock is dead, bo:

1. Artyści nagrywają płyty zbyt rzadko (tu za dowód w sprawie służą nie tylko U2, Metallica, czy Red Hot Chili Peppers, ale też Pink Floyd, który podobno jest „oficjalnie istniejący – i czasami nawet koncertujący”)
2. Muzycy („różnych zespołów”) mieszkają na różnych kontynentach i „w ogóle się z sobą nie spotykają”
3. Co więc robią? „Nie robią nic. Żeby nie stwarzać konkurencji macierzystej formacji” (to też o Pink Floyd? a może o Red Hotach?)
4. Nic „poważnego artystycznie” nie wydarzyło się w muzyce rockowej od wczesnych lat 90., a więc od debiutu takich artystów jak Nirvana, Pantera, Pearl Jam czy – to dobre! – Alanis Morissette oraz – to jeszcze lepsze! – The Prodigy, Massive Attack i Fatboy Slima. Ci ostatni to przedstawiciele rocka „ze strony elektronicznej”, czy jakoś tak… Okazuje się więc, że skądinąd miła Alanis to wydarzenie poważniejsze artystycznie (a może bardziej rockowe) niż Radiohead, Muse, TV On The Radio czy choćby Coldplay, o całej fali angielskich i amerykańskich młodych gniewnych nie wspominając. Cóż…

Na koniec zaś redaktor dokonuje tytanicznej pracy analitycznej i – tadam! – znajduje przyczynę tego stanu rzeczy. Otóż rockmani nie nagrywają, bo im się nie opłaca! Ale bynajmniej nie chodzi o spadek sprzedaży płyt, o internetowe piractwo… to jakieś pierdoły, którymi redaktor nie zawraca sobie nawet głowy. Jeśli nie wiecie, dlaczego musieliście czekać pięć lat na nowy album U2 czy Metalliki, to przyjmijcie do wiadomości, że wasi idole boją się „wyśrubowanych kosztów realizacyjnych”. No, najzwyczajniej na świecie nie stać ich na to, żeby nagrywać częściej, bo studio drogie i producent rękę wyciąga… Pojawia się jeszcze teza, że kolejna płyta przekreśla sprzedaż poprzedniej (pewnie dlatego Pink Floyd nic nie nagrywają) oraz pomysł, że giganci rocka wstrzymują się z wydawaniem płyt, bo boją się złych recenzji, które mogą zachwiać pozycją zespołu.

W tym miejscu miałem pokusić się o jakiś dłuższy, złośliwy komentarz, ale właściwie po co?
Miłego weekendu!

Reklamy

24 thoughts on “Rock znowu umarł

  1. No to się Robercik wysilił he,he, he.On takie bzdury wypisuje już od dawna, jeszcze w wyborczej popełniał podobne gnioty.Pamietam ,że tezę iż muzyka ogólnie rzec mówiąc rockowa umarła głosił już tak gdzieś pod koniec lat 90-tych, gdy faktycznie brak było jakiś nowych ekscytujących zjawisk, rządził hip hop i różne elektroniczne klimaty-bjork(no wiem że to nie do końca elektronika) chemical brothers itp.i wciskał ten kit w polsacie bodaj, gdy nagle zaczęły pojawiać się kapelki w typie white stripes , the strokes itp. .He, he-słaby z niego prorok, a kiedyś wydawał się być dość inteligentny…Aha a teza że artysci nie nagrywają bo jest to za drogie i wydanie kolejnej płyty hamuje sprzedaż następnych jest tak niszcząca że Pan Leszczyński powinien wygrać w cuglach konkurs na Świra roku 2009.Nie wiem może przesadza z jakimiś używkami 😉

  2. Cóż, dla mnie p. leszczyński pieprzył głupoty już jak był w wyborczej dyżurnym od ‚rocka’.

    A ‚The Prodigy, Massive Attack i Fatboy Slima. Ci ostatni to przedstawiciele rocka „ze strony elektronicznej”, czy jakoś tak…’ to chyba ostateczne podsumowanie faktu że ten pan już dawno stracił kontakt z rzeczywistością.

    Jaro, laska na gościa 🙂

  3. boszzz, Leszczu, on jeszcze pisze? Z tego co pamiętam to był gość , który każdy dźwięk gitary zagłuszał słowem „archaiczny”. To jest kolo o mentalności dziada, tkwi w epoce w której muzyki nie ma jeśli nie pisze o nim Tylko Rock, nie ma video w mtv, a koncerty nie zapełniają stadionów. Myślałem, że tego typu „eksperci” już nie istnieją, ale chyba jednak trochę straciłem poczucie rzeczywistości.On ciągle ocenia kondycję muzyki po nowych płytach RHCP, U2 i potencjalnej reaktywacji Floydów .

    Cóż, mnie nawet pobieżny ogląd styczniowych odsłon portali muzycznych wprawia w zakłopotanie, bo nie wiem od czego zacząć. Taaaa, ni ma czego słuchać Leszczu, taaa, bida….

  4. Takie odjazdy dziennikarzy muzycznych i dziennikarzy w ogóle biora sie stąd, że większość z Was to typy troche bardziej narcystyczne niż przecietny Kowalski.

    Gdy jakis przedstawiciel tego fachu zyskuje trochę bardziej na popularności, pojawi sie w kilku bardziej popularnych mediach, zostanie zacytowany tu i tam, aktywuje sie u niego opcja „prorok” lub „wieszcz”. Zaczyna mu sie wydawać, że mesjasz, ubiera sie w koszulkę z numerem 44, przepowiada koniec tego i początek tamtego…

    Co więcej, część środowiska to widzi i zaczyna podśmiewać się z „wybrańca” po czym po jakims czasie kolejne jednostki przechodzą na mesjańska stronę. Za przykład podam właśnie Leszcza i Koziczyńskiego. Ten drugi szydził, słusznie zresztą, z proroctw mopa, po czym pare lat później napisał w TR, ze komu sie nie podobał śląski koncert rhcp, ten jest głuchy bałwan i przyszedł na stadion po smycz operatora era. Bartus lubi Antka i koniec. Reszta sie nie liczy.

    Ostatnia sprawa pana Dejnarowicza – no jak ktoś śmial go skrytykować! Przecież to może robic tylko on. Zakochał sie w sobie bez pamięci.

    Jeszcze żaden dziennikarz nie zakończył żywota jakiegoś stylu muzycznego ani też nie rozpoczął nowego stylu w muzyce. Robią to artyści, którzy tworzą muzyke.

    Tak więc Jarku, pamietaj , o trzymaniu na wodzy opcji „own love”, której odbezpieczenie moze rosnąć wraz z klikalnościaą Twojego bloga!:)

  5. Czego by o nim nie mówić, to trzeba przyznać jedno – wie jak się wypromować i jest jedną z tych nieświecących gwiazd, które wciąż gdzieś tam sobie funkcjonują i zarabiają niemałą kasę.

    Co ważne – lubi Vader, a to już coś. nawet ja nie lubię Vader (w przeciwieństwie do wszystkich „tró” metali w polsce).

    Myślę, że Pan Leszczyński znakomicie by się nadawał do recenzowania płyt muzycznych w Gali, Pani Domu albo innym Naj ;]

  6. Leszczyński prorokuje koniec rocka od dawna. Pamiętam, że we „Wprost” zaczynał kilka lat temu od podobnego tekstu. Argument numer jeden: na rockowe koncerty chodzi mniej osób niż do klubów na disco.

    @podpis: „Jeszcze żaden dziennikarz nie zakończył żywota jakiegoś stylu muzycznego ani też nie rozpoczął nowego stylu w muzyce.”

    trochę się nie zgodzę, bo całe zjawisko nu rave’u wykreowali dziennikarze jednym zręcznym cytatem wyciętym z kontekstu.

  7. Dzięki takim „gwiazdą” jak ten leszcz mamy wręcz dowód, iż rock nie umrze. Dobra kondycja zarówno weteranów sceny jak i młodzieży przeszkadza (mam na myśli mainstream i off). Takie działania „prewencyjne” leszczy udowadniają, że zazdrość tutaj kogoś zżera a papka dla ludu jest coraz mniej strawna.

  8. a tu szanowny redaktor Szubrycht dopuścił się tekstu na odpier… bo jeśli mówić „A” to jeszcze może warto „B” – czyli wypunktować leszcza. Choć kopanie leżącego do elegancji nie należy (dziw bierze że ten pan jeszcze unosi się na powierzchni, ale to co unosi się dookoła nie wykazuje się również nadmiarem smaku ni stylu, zatem może nie dziw…)

  9. emerencjanna – masz oczywiście rację, wyzwiska nie są cool. I wszystkich ładnie proszę, żeby powstrzymywali się od ataków ad personam, bo bardzo nie chcę cenzurować komentarzy.

    podpis – masz sporo racji z tą miłością własną dziennikarzy, choć ja akurat uważam, że przepowiadanie końca tego lub początku tamtego może być fajną zabawą. Pod warunkiem, że ma się jakiekolwiek argumenty, które moglyby poprzeć taką prognozę. W tekście Roberta po prostu ich zabrakło.

  10. Powiem tak: sama teza o śmierci rocka jakoś mnie nie rusza. Pomijając już moje tendencje do kwestionowania wszystkiego (za mocno mnie karmili Derridą – uroki studiowania na UŚ), to teza jest całkiem realna – rock pod jakąś postacią umiera i odradza się na nowo w jakiejś innej postaci (choć wątpię, żeby Panu Robertowi o to chodziło).
    Za to argumentacja jest absolutnie wyciągnięta z rękawa. Że niby Metallica ma problemy z kosztami. No ja przepraszam, ale chyba o czymś nie wiem.
    A co do Massive Attack, Progidy i Fatboy Slim, to Pan Robert chyba się kierował tym, że wiele osób siedzących w klimatach rock/metal lubi te zespoły. Co za tym idzie, musi to mieć jakiś związek z rockiem.

  11. „A co do Massive Attack, Progidy i Fatboy Slim, to Pan Robert chyba się kierował tym, że wiele osób siedzących w klimatach rock/metal lubi te zespoły. Co za tym idzie, musi to mieć jakiś związek z rockiem.”
    No, wiele osób jedzących sledzie je też czekoladę, co nie oznacza siłą rzeczy, że obie te potrawy mają ze sobą coś wspólnego.
    Leszczyński jest smieszny. Pamiętam jak podczas pierwszej edycji „Idola” (a owszem, oglądałem, ciekaw byłem, co z tego wyniknie) z zapamiętaniem:
    – próbował przekonać wszystkich, że ten program zakończy dominację paździerzowego popu w polskich mediach i odtąd bedziemy słuchać ludzi z charakterem, charyzmą i spiewających wysmakowane kompozycje (w sumie program nic nie zmienił, albo nawet gorzej – ludzie, którzy z niego wyszli to takie same paździerzaki)
    – popisywał się jaki z niego scojolog: słynny cytat „z socjologicznego punktu widzenia”
    – każde pojawienie się Eweliny Flinty okraszał komentarzem, że ona to wystąpiła na Wodstocku i śpiewała „Mercedes Benz”.
    Poza tym zapamiętałem go też m. in. ze stwierdzeń, że Illusion to polska kopia Pearl Jam, albo z artykułu o tym, że sławni ludzie w Polsce mają ciężkie życie… Przypomniało mi się powiedzenie Lemmy’ego, że jesli ktoś narzeka na sławę i kasę, to niech wypierdala pracować do fabryki.
    Narzekanie Leszczyńskiego, że rock umarł kojarzy mi się z sylwestrowym wystapieniem Hołdysa, który twierdził, że w muzyce nie ma nic ciekawego, że jesli ktoś nagrywa dobrą płytę, to ze starociami (patrz: Nosowska z piosenkami osieckiej, śmiechu warte). To są narzekania ludzi, którzy czekają, aż dobra muzyka do nich sama przyjdzie, albo parafrazyjąc Zappę: „ugryzie ich w dupę”. Gdyby przestali słuchać Radia Zet czy Eski, rozejrzeli się co dzieje się w Polsce poza mainstreamem, to dostrzegli by może takie kapele jak Rootwater, Ketha, Blindead, The Cuffs, Elvis Deluxe, Pneuma, Fifty Foot Woman, które grają tak, że ogień z dupy leci.
    Poza tym argument, że rock umarł, bo ktoś rzadko nagrywa płyty… No sorry, to jest mylenie żywotności gatunku z zywotnością marketingową…

    • To ja pozwolę sobie stanąć w obronie Hołdysa. Tej wypowiedzi co prawda nie słyszałem, ale z jego felietonów w Interii dowiedziałem się na przykład o istnieniu TV On The Radio. Nie mówiąc już o tym, że z jego programu w MTV Classic cała Polska dowiedziała się o istnieniu wielu fajnych, nowych muzycznych historii, z Sistars na czele. O zasługach w krzewieniu na łamach „Non Stopu” nie wspomnę… Czegokolwiek by więc Zbyszek nie powiedział w telewizorze w Sylwestra, porównanie go z Robertem Leszczyńskim jest… ekhm… niefortunne.

  12. W sprawie Hołdysa – cóż, nie wiedziałem, w kablówce nie miałem MTV Classic, mea culpa. Jednakże nie napisałem, że Leszczyński = Hołdys, tylko, że narzekanie Leszczyńskiego kojarzy mi się z wystapieniem sylwestrowym Hołdysa. Tak więc nie robiłem żadnych ouogólnień, ale zestawiłem dwie konkretne historie. Tylko tyle. Bądź co bądź Hołdys to już ikona (ktoś zna jakieś piosenki Perfectu zrobione w erze post-hołdysowskiej? chyba tylko „Niepokonanych, których mozna traktować jako doskonałą autoironię Grzegorza „śpiewam cudze teksty do cudzej muzyki” Markowskiego).

  13. Pingback: Panie Marku, czekam o 17.00 « Brzydkie Słowo Na F

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s