W drodze

Trasa Kraków – Katowice – Warszawa – Wrocław – Kraków. Ponad 12 godzin w pociągu, do tego pięć, może sześć w autokarze. Czasem w miłym towarzystwie, zwykle zupełnie bez towarzystwa, za to z iPodem w uszach (nowy Antony, koncertowe Justice, ostatni Why?, pierwszy Homo Twist, jakiś Bob Dylan, i dalej wszystko, co się da, od Tomasza Stańki przez Macy Gray po Burzum) i książką („Czarodziejska góra” Manna, w ramach nadrabiania haniebnych lekturowych zaległości ;-)) lub gazetą (w „GW” znakomity esej o Rosji, w „Wired” bardzo ciekawy tekst o wczesnym wykrywaniu raka) na kolanach. Niemało czasu na myślenie i wystarczająco, by co ciekawsze myśli zanotować. Zimne jajecznice w hotelach, odgrzewane schabowe w Warsie, dużo piwa wieczorami, dużo coli z rana.

W Katowicach i Warszawie znów miałem okazję poczuć się metalowcem pełną gębą i było to bardzo miłe uczucie. Spotkanie z dawno nie widzianymi kumplami, męskie rozmowy o życiu do białego rana i dużo głośnej muzyki. Vader w nowym składzie daje radę. To znaczy, Paweł, nowy bębniarz daje radę, bo co do Wacka i Reyasha nigdy nie miałem wątpliwości. Jeszcze trasa, może dwie, na okrzepnięcie, na dotarcie się na zakrętach i kto wie, czy nie będzie to najsprawniejszy muzycznie skład Vadera… Nic dziwnego, że Peter odżył, jest w wyraźnie lepszym nastroju, niż pół roku temu. Puszczał mi dwa nowe numery, w wersjach demo oczywiście, bo do studia wchodzą dopiero wiosną. Jeden świetny, zdaje mi się, że nawiązujący otwarcie do „Black to the Blind”, natomiast drugi chyba nie gorszy, ale dość odmienny od tego, do czego przyzwyczaił nas Vader. Będzie dobrze.

Deicide pierwszy raz widziałem na żywo 10 lat temu. Wtedy nie byli zespołem deathmetalowym. Byli nowym Slayerem, byli nie z tej ziemi, byli wysłannikami piekieł, którzy tylko dla wygody przybrali formę istot ludzkich (bo jak tu grać kopytem na basie?!). Dopóki my wierzyliśmy w jego nadprzyrodzone pochodzenie, wszystko było w porządku, ale gdy uwierzył w nie sam Glen Benton, dobra passa minęła… Arogancja i bufonada, olewanie fanów i dziennikarzy, konflikty z innymi muzykami i członkami własnego zespołu, zrywanie umów i – last but zdecydowanie not least – trwający od „Once upon the Cross” kryzys twórczy. To wszystko zniszczyło mroczną legendę Deicide, zmiotło ich z pozycji liderów gatunku. Dzisiaj Deicide można po prostu posłuchać, nie trzeba się do nich modlić, nie trzeba się ich bać.
Zresztą jak tu się bać zespołu, w którym blond bestie Hoffmanów zastąpili wiecznie rozradowany Jack Owen oraz Ralph Santolla, ten piekielnie zdolny abnegat, który na obu koncertach, które miałem okazję widzieć, ledwie trzymał się na nogach, ale grał (prawie) bez pomyłek. W ich towarzystwie nawet Glen Benton nabrał ludzkich cech. Uśmiechał się pomiędzy utworami (!), rubasznie zagadywał publiczność i był wyraźnie zachwycony, kiedy podczas warszawskiego koncertu posypał się na niego zza kulis grad bananów i mandarynek. A kiedy już zszedł ze sceny, dołączył do trwającej na zapleczu powszechnej biesiady i popijając czerwone wino, zabawiał zgromadzonych parodiowaniem Lemmy’ego. You know I’m born to lose and gambling’s for fools… – wydzierał się z charakterystyczną chrypką. Pamiętacie, jak to było, gdy ktoś powiedział, że nie ma Świętego Mikołaja? Otóż ja w nocy z czwartku na piątek dowiedziałem się, że Glen Benton nie jest ani diabłem wcielonym, ani nawet dupkiem, jakim mi się ostatnio wydawał. Cóż za miłe rozczarowanie 😉

W piątek krótka wizyta w redakcji „Przekroju”. Te kilka zdań zamienionych z Małgosią (przywiozła mi z wycieczki do Szwecji upominek w postaci płyty I’m From Barcelona – słyszeliście kiedyś o fajniejszej szefowej? :-)), Bartkiem i Mariuszem to zawsze miłe doświadczenie. Tym bardziej, że nieraz dotyczą problemów równie fundamentalnych, co radosnych. W piątek na przykład musieliśmy zdecydować czy jeden z tekstów lepiej zilustrować zdjęciem Eryki Badu, czy może Jennifer Lopez. Zgadnijcie, kogo wybraliśmy? 😉
Wieczorem delikatna domówka u przyjaciół. Również pełna muzyki – pan domu puszczał co lepsze smakołyki ze swojej imponującej kolekcji płyt (prawie niczego nie znałem, za to prawie wszystko mi się podobało!), a dwoje obecnych tamże artystów chwaliło się swoimi nowymi nagraniami. Były ploteczki, były anegdoty, ale rozprawialiśmy też o tym, co zrobić, żeby było lepiej. Stop. Przeczytaliście uważnie ostatnie zdanie? Nie lamentowaliśmy, nie narzekaliśmy na to, jak jest źle, nie szukaliśmy winnych, nie nadmuchiwaliśmy teorii spiskowych – ale omawialiśmy mniej lub bardziej abstrakcyjne pomysły na to, co zrobić, żeby dobra muzyka w Polsce miała się jeszcze lepiej. Bardzo pozytywny wieczór.

Sobota. Wrocław. Klub Firlej. Koncert Helmet, którego kiedyś byłem wielkim fanem. Jak się jednak okazało, nie na tyle wielkim, by wytrzymać na sali więcej, niż trzy kawałki. Chociaż z miejsca, w którym stałem widziałem niewiele, muszę przyznać, że zabrzmieli świetnie – wybrałem jednak miłe towarzystwo tubylców, również związanych zawodowo z muzyką, więc większość koncertu śledziłem jednym okiem, na telebimie. Nie żałuję, bo poznałem fajnych ludzi, którzy pod górkę oraz pod wiatr pchają wózek z tymi swoimi niszowymi, niekomercyjnymi, niedzisiejszymi pomysłami. Czasem odnoszą mniejszy lub większy sukces, zwykle po prostu wychodzą na swoje, nieraz dokładają do interesu – ale i tak czerpią z tego wszystkiego radość.

Tak, to była udana podróż. Idę spać.

Advertisements

4 thoughts on “W drodze

  1. No tak Benton już nie taki straszny…Pamiętam jak mialem ciary na plecach gdy słuchałem jedynki bogobójstwa…Ale nowa plyta Panie Jarku to jednak lekka zwyżka formy….A tak z innej beczki kiedy biografia Vader??!!Miała być na jesień a tu ani widu ani słychu…Pozdrawiam.

  2. Jak dla mnie to tylko pozazdrościć.

    Hah w czasach podstawówki dokładnie tak było jak piszesz. Podczas słuchania jedynki albo ‚Amon…’ Deicide wydawało się że demony wyjdą z głośników. Ależ wtedy było się złym 😀

  3. aha jeszcze jedna rzecz. Z tego co wiem Benton jako jeden z nielicznych amerykańskich „artystów” popierał NIE-OBAMĘ. Mógłby to ktoś potwierdzić? jeżeli tak to cenie go za to bardziej niż za 5 ostatnich płyt DEICIDE 🙂

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s