Czemuś biedny? Boś głupi!

Międzynarodowa Federacja Przemysłu Fonograficznego (IFPI) bije na alarm – 95 procent muzyki ściąganej z internetu to lewizna. Mądrzy ludzie z rzeczonej organizacji oszacowali, że w 2008 roku nielegalnie ściągnięto 40 miliardów plików muzycznych! Krótko mówiąc, każdy statystyczny mieszkaniec globu – w tym ja, ty, Angelina Jolie i Benedykt XVI – ukradł w ubiegłym roku sześć piosenek. Takie dane muszą robić wrażenie. Robią wrażenie. Jest źle. Ale…

1) W tym samym raporcie IFPI odnotowano 25-procentowy wzrost sprzedaży legalnych mp3. Rekordzista – Lil’ Wayne – opchnął ponad dziewięć milionów plików ze swoim „Lizakiem”. 9 000 000 plików! Gdyby 20 lat temu ktoś sprzedał tyle egzemplarzy singla, okrzyknięto by go z miejsca Królem Popu. Co tam królem – cesarzem! Fani muzyki nie przestali więc jej kupować i nie stali się nagle bardziej nieuczciwi, niż byli, ale po prostu zmienia się ich otoczenie, zmieniają się oni sami, ich zachowanie i upodobania. Nie da się ich na siłę nakłonić do kupowania tego, czego nie potrzebują i za cenę, o której wszyscy wiedzą, że jest wygórowana. Jeżeli więc branża fonograficzna chce utrzymać swój stan posiadania, musi przestać z internetem walczyć (to niewiarygodne, że wszyscy im to powtarzają od co najmniej dekady i wciąż niewiele się zmienia!) i zacząć z niego korzystać. Co prowadzi mnie do punktu drugiego, w którym zamierzam napisać, że…

2) Wielu ludzi kradnie muzykę, bo nie potrafi, albo co gorsza, nie może jej kupić! Amerykanie mają iTunesa, Rhapsody, sklep muzyczny MySpace i dziesiątki, jeśli nie setki innych serwisów, a każdy lepszy od drugiego. Mogą sobie kupować tego swojego Wayne’a na wiadra i niech im na zdrowie wyjdzie. My za to nie mamy prawie nic, a to co mamy, do niczego się nie nadaje – drogo, mały wybór, premiery spóźnione o lata świetlne. Ja to jeszcze jakoś sobie radzę, bo po pierwsze dostaję dużo płyt do recenzji, po drugie, jestem już duży, mam kartę kredytową i znam angielski, a po trzecie, czasem gdzieś mnie nosi po świecie i zdarza mi się robić zakupy w sklepach płytowych, w których można znaleźć coś oprócz soundtracku z „Mamma Mia”, czteropłytowego boksu „The Best Śpiewające Panie O Cielęcym Spojrzeniu… Ever!” i przecenionej dyskografii Rogera Watersa. Co jednak ma zrobić fan muzyki, który – jak to fan – żyć bez niej nie może, ale z zagranicznych serwisów z jakichś powodów nie może skorzystać, a w Polsce, ani w sklepie, ani w sieci nic nie kupi, bo nikt mu niczego nie chce sprzedać? Instaluje klienta p2p.

3) Ludzie nie kupują muzyki w sieci, bo wciąż jest zbyt droga. Niektóre wytwórnie płytowe prędzej padną, niż zejdą z ceny, choć żądanie za album w formacie mp3 tyle, co za kompakt, to czysty absurd. Żeby nie powiedzieć – rozbój w biały dzień. Kompakt trzeba bowiem wyprodukować, trzeba mu wydrukować okładkę, trzeba wlać benzynę do baku ciężarówki, która zawiezie go do sklepu i zapłacić panu, który tę ciężarówkę rozładuje oraz innemu panu, który tych panów nadzoruje, a także pani, która go potem na kasie przeciągnie przez czytnik kodów kreskowych. Również panu w mundurze, który stojąc w lekkim rozkroku za kasą będzie nam i pani kasjerce patrzył na ręce oraz pani, która ten bajzel wieczorem posprząta i jeszcze innej pani, która to wszystko na noc zamknie na klucz. Kompakt musi swoje kosztować, bo ma sporo gęb do wyżywienia, ale plik mp3 już nie – tu wystarczy dola dla idola oraz jego współpracowników, działka dla wydawcy, prowizja dla dystrybutora i koniec. Gdyby wszyscy zadowolili się takimi samymi kwotami, jakie im zostają po sprzedaniu kompaktu, problem by nie istniał, pliki byłyby odpowiednio tańsze. Niestety, zbyt duża część wydawców wciąż łudzi się, że skoro udało się obciąć koszta pośredników, to całą nadwyżkę można zatrzymać, rekompensując sobie tym samym bolesny spadek sprzedaży płyt CD. Wynik? Nie sprzedają się ani pliki, ani kompakty. Chciwy traci dwa razy.

Jedynie słuszny wniosek: Kto pierwszy w Polsce odpali serwis z dużym wyborem tanich plików mp3, za które w dodatku płacić będzie można nie tylko kartą kredytową czy przelewem (o abonamencie słyszeli?!), ten rozbije bank.

Zupełnie osobiste zastrzeżenie: Ja i tak będę kupował kompakty! A kiedy już naprawdę przestaną je produkować, wreszcie będę miał czas na przesłuchanie tych, które już kupiłem. Żyć nie umierać 😉

Advertisements

9 thoughts on “Czemuś biedny? Boś głupi!

  1. Nie napisałeś jeszcze,że muzyka nagrana na płytę CD w przeznaczonym do tego, profesjonalnym miejscu (tłocznia czy jak je tam zwać), jest o wiele lepszej jakości technicznej, niż muzyka przerobiona z plików mp3, nagrana na płytę CD za pomocą domowego komputera (wyjątek stanowi ponoć ostatnia Metallica:)).No i jeszcze dochodzi BARDZO WAŻNA jak dla mnie, sprawa okładki.Można np.zobaczyć na zdjęciu wypalony odwrócony krzyż na czole artysty czy nauczyć się na pamięć tekstów utworów przed jego koncertem w Polsce ;).Niestety w naszym kraju podstawowym czynnikiem powodującym spadek sprzedaży tego nośnika,nie jest mentalność młodego pokolenia, lecz ceny płyt.Przeciętny niemiecki student za 50 swojej waluty kupi w sklepie ze 4 kompakty a polski student – jeden lub często nawet żadnego. A podobno wyprodukowanie jednej płyty CD jest tańsze niż np kasety magnetofonowej.Powtórzę więc za Kazikiem: „Gdzie to do kurwy nędzy tak narasta ??? „

  2. Ano właśnie – problemem są ceny płyt. Bo ściąganie muzyki z sieci w kwestii piractwa niczego nie zmienia. Przed szybkim internetem była chociażby kaseciaki, które można było sobie przegrać. Potem weszły nagrywarki CD. A i trzeba pamiętać o panach z bazarów.
    Z drugiej strony – ostatnio zastanawiam się, czy naprawdę trzeba mieć te 20 albumów na miesiąc, których się nie słucha. W końcu wystarczą dwa, z którymi się dobrze zapoznało (choć to i tak może być duży wydatek – czasami nawet 120 zł, co dla studenta jest kasą dużą, dla ucznia wręcz nieosiągalną). Łatwy dostęp do muzyki (zarówno legalnej, jak i nielegalnej) zmienił nieco nasze podejście. Obecnie przeciętny odbiorca słucha więcej zespołów, więcej płyt, ale się w nie nie wsłuchuje. Kiedyś znało się albumy na pamięć, teraz raczej ludzie orientują się w pojedynczych utworach. Rzadko kiedy wgryza się w płytę jak najgłębiej i wychwytuje wszystkie jej smaczki. Odbiór jest o wiele bardziej bierny, niż kiedyś. Z jednej strony szkoda tego, co było. Z drugiej – zawsze to są szersze horyzonty.

  3. wiele, wiele racji. Im bliżej końca tekstu tym większe wrażenie, że odnalazłeś i przepisałeś mój zagubiony onegdaj manuskrypt.

    Pamiętam, jak jako mały chłopiec (Stan Wojenny?) przeczytałem w Fantastyce (chyba to jeszcze wydają), tekst o płytach CD, że się nie przyjmą, że melomani mają dużo zastrzeżeń, że brzmi sztucznie, nienaturalnie czysto, że do pauzy dłuższej niż szesnastka powinno się dodawać kaszlnięcie, bo nie da się nagrać tak czysto koncertu… no i ta zawrotna cena!

    Autor pisał o CD jak o ciekawostce, upierając się, że to rozwiązanie dla szejków, zepsutych kapitalistów i MC’s oraz LP są kompletnie nie zagrożone (jedne ze względu na wygodę i cenę, drugie – na jakość). Nie wiem, dlaczego zapamiętałem wybrane tezy z tego tekstu? Aż tak się wtedy muzyką nie interesowałem a techniką w ogóle (i nigdy wcześniej ani później). Ale ciekawi mnie jedno – co za 25 lat o naszym tu pitoleniu nt. dystrybucji muzyki powie (napisze?) dzisiejszy 8 latek…?

  4. .
    Absolutnie każdą zakupioną w sieci rzecz możemy zwrócić, nawet jeśli używaliśmy ją przez okrągłe dziesięć dób. Poza płytami CD i DVD. Internet w cudowny chociaż brutalny sposób załatwił tę nieobecną gdziekolwiek indziej dysproporcję pomiędzy producentem/sprzedawcą a konsumentem. Nie każdy ma przecież pod nosem Empik ze stanowiskami do przesłuchiwania.

    Ile wśród osób dostatecznie zadowolonych z takiego samowolnego testowania (swoją drogą legalnego, bo polskie prawo nie zna określenia „nielegalnie ściągnięty”) faktycznie płytę kupi, to inna sprawa.

    Moim zdaniem tak statystyka (Harvard: szemrane rozpowszechnianie płyty w sieci sprzyja także jej legalnym zakupom), jak i praktyka (Deezer nie tylko istnieje, ale ma się doskonale) pokazują, że to co dziś wymuszają internauci, nie tylko „powinno” stać się normą, ale się zwyczajnie opłaca wszystkim. Może z wyjątkiem pani kasjerki i pana ochroniarza.

  5. Co do wspominanych w komentarzach cen płyt, to obecnie tak źle już nie jest. Ostatnio kupiłem, w różnych nieinternetowych sklepach (nie komisach) 4 pełnowartościowe i albumy (z 6 krążkami) za 90zł (tzn. razem, nie każdy). A jeśli chodzi o ceny mp3, to faktycznie, zapłaciłbym za te same utwory 198zł (w sklepie WP, po 2zł). Gdyby oczywiście były dostępne.

    Zgadzam się z Crawleyem w sprawie zmiany sposobu słuchania muzyki. Ostatnio sam wróciłem do metody „mniej a dokładniej”.

    Cały post mnie – staromodnego zbieracza CD – jakoś umocnił na duchu. Zwłaszcza zakończenie.
    Dodam, że CD można sobie w każdej chwili zgrać na mp3, a na półce i tak zostanie nam kolekcja, którą możemy pokazywać znajomym („tu moje 4 książki, tam moje 400 płyt”).

  6. Nie ma jak płyta – można to to obmacać, powąchać, pooglądać, a nawet – jeśli trafimy na bubel – przyozdobić nią trawnik pod oknem.

    Jak to ktoś kiedyś ładnie ujął – mp3 to jak masturbacja: niby to samo, a jednak satysfakcja znacznie mniejsza 🙂

    Warto jeszcze zwrócić uwagę na polską mentalność w tej kwestii:

    – ściągasz nielegalnie muzykę = w pewnych kręgach okrzykną Cię piratem

    – kupujesz płyty = w pełnych kręgach (vide młodzież) okrzykną Cię frajerem (no bo przecież możesz mieć za darmo)

    Ja tam sobie lubię powachlować kompaktami 🙂 Choć po folkowy Hardingrock trza było aż do USA jechać, bo naturalnie u nas takich rzeczy nie uświadczysz… A przecież można było ściągnąć…

  7. w sieci znalezione:

    „When radio was first introduced in the 1930’s many predicted the end of records. Radio was a free medium for the public to hear music for which they would normally pay. While some companies saw radio as a new avenue for promotion, others feared it would cut into profits from record sales and live performances. Many companies had their major stars sign agreements that they would not appear on radio”

  8. Jeszcze jedno bym dodał. Kto ma płytę kupić, ten kupi… a może jednak nie? Bo teraz nagle cały ten marketingowy cyrk o kant dupę potłuc, skoro klient może wypróbować produkt przed kupnem. I nagle się okażuje, że jednak zapowiedzi typu: „bezprzecznie najcięższy/najlepszy/najszybszy/najbrutalniejszy album”, „wracają w wielkim stylu”, „tym albumem przejdą do historii gatunku” są biciem piany. I nie wystarczy wyskrobać jednego przebojowego singla, nakręcić teledysku i sprzedać na tym albumu koncepcyjnego, gdzie cała koncepcja to 1 hit + 9 wypełniaczy.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s