Film: The End

Uprzejmie donoszę, że w numerze grudniowym miesięcznika „Film” po raz ostatni ukazała się moja autorska rubryka muzyczna. Prowadziłem ją rok z okładem, było miło, ale się skończyło. Recenzje płytowe w „Filmie” zostają, ale od tej pory pisywać je będą dziennikarze „Machiny”. Oba tytuły łączy ten sam wydawca, więc decyzja to zrozumiała – wiecie, synergia, cross-promocja, a pewnie i ekonomia. Trudno się spierać…
Nie żebym się cieszył takim obrotem sprawy, ale z pewnego szczególnego powodu odczułem również ulgę. Otóż w prowadzeniu rubryki owej pozostawiono mi sporo swobody, ale redakcja pisma postawiła jeden, zupełnie sensowny warunek – żeby przynajmniej część opisywanych przeze mnie płyt miała „filmowy” charakter. W pierwszej chwili wydawało mi się, że nic prostszego. Kiedy jednak zacząłem przesłuchiwać ścieżki dźwiękowe do aktualnych kinowych hitów, okazało się, że… nie ma o czym pisać. Muzyka filmowa to dzisiaj boleśnie nudny, doskonale sformatowany produkt, w którym nie ma miejsca na artystyczne porywy serca. Ma być tak jak lubi widz, ma być w zgodzie z obrazkami i jeszcze ma się potem sprzedać na płycie. Daje nam to cztery rodzaje soundtracków:

1) Pompatyczne łubudubu na orkiestrę symfoniczną i chór mieszany. Takie udawanie muzyki poważnej, w którym specjalizują się Williams, Shore, Zimmer i dziesiątki ich naśladowców. Ładne to, kiedy zawiązuje się akcja. Ponure, groźne i głośne, kiedy na scenę wkracza czarny charakter i nasz bohater znajduje się w tarapatach. Ckliwe i łzawe, kiedy bohater dokonuje wyboru, którego pewnie później będzie żałował. Równie ładne, jak na początku, ale bardziej bombastyczne, kiedy nadchodzi upragniony happy end. Zastosowanie: epickie widowiska dla starszych i młodszych, kino fantastyczne, historyczne i obyczajowe, ze szczególnym wskazaniem na kostiumowe romanse.

2) Składanka starych, bezpiecznych hitów. Naprawdę dobre, zaskakujące, elektryzujące kompilacje do filmów powstawały jeszcze w poprzedniej dekadzie (Seryjni zabójcy i Leonard Cohen? Czemu nie, to przepis Trenta Reznora na „Urodzonych morderców”! O „Pulp Fiction” nie wspomnę), a w nowym stuleciu sztuka ta w tajemniczy sposób została zapomniana. Dzisiaj wszystko jest takie oczywiste. Kiedy bohater, mimo przeciwności losu, bierze sprawy w swoje ręce, warto puścić „I Feel Good”, kiedy jest mu źle, można się posłużyć „It’s a Man’s Man’s Man’s World”, zaś gdy jest szczęśliwie zakochany, nie ma jak Marvin Gaye. No, chyba że chodzi mu tylko o seks, wtedy nieodzowny jest Barry White. Owszem, to wszystko fajne piosenki. Też je lubię, nie jestem kosmitą. Ale co tu recenzować?

3) Składanka nowych piosenek. Gorzej być nie może, bo na tego typu ekstrawagancję porywają się dzisiaj głównie producenci kinowych komiksów, komedii romantycznych lub pełnometrażowych oper mydlanych dla małolatów. Jeśli myślicie, że praca recenzenta to zajecie łatwe, higieniczne i przyjemne, przesłuchajcie choć raz soundtrack do „Camp Rocka”…

4) Czysto ilustracyjne, najczęściej krótkie, otwarte formy. Doskonale zestrojone z filmem, ale w oderwaniu od niego zupełnie pozbawione sensu. Żeby sprzedać płytę z tymi szkicami, najlepiej dolepić do nich, w charakterze kwiatka do kożucha, jakiś sprawdzony hit, w ostateczności cover. Z filmem nie musi mieć nic wspólnego, w ostateczności można go puścić od drugiej minuty napisów końcowych…

Są wyjątki? Oczywiście, że są – choćby fenomenalna ścieżka dźwiękowa do „Aż poleje się krew”, autorstwa Jonny’ego Greenwooda – ale to nader rzadkie zjawisko. W kinie niezależnym oczywiście króluje muzyka niezależna, lecz i tu artystycznych uniesień raczej się nie spodziewajcie, bo czeka was albo pastisz ścieżek dźwiękowych ze starych pornosów i filmów blaxploitation, albo ambientowe pierdu-pierdu, takie dźwiękowe plamy i szumy, co to mają dać widzowi złudzenie, że film jest ambitnym i trudnym dziełem sztuki, i jeśli widz ziewa, to najpewniej dlatego, że dzieło jest dla niego za ambitne.

Co się stało z muzyką filmową? Gdzie wielkie przeboje wylansowane przez kino, rzeczy na miarę „Mrs. Robinson”, „Who Wants To Live Forever”, czy choćby „Eye of the Tiger”? O wielkich bondowskich hitach nie wspomnę… Gdzie nieśmiertelne tematy muzyczne, jak te z „Ojca chrzestnego”, „Love Story” czy „Gwiezdnych wojen”? Do kin walą tłumy, niezliczony legion miłośników filmu garbi się przed ekranami telewizorów i laptopów, ale muzycy z jakiegoś powodu nie chcą lub nie mogą się w ten sposób promować. To wielka strata nie tyle dla branży filmowej, co muzycznej, bo wałkując w kółko Jamesa Browna filmowcy nie dają szans na przebicie się jego potencjalnym następcom.

Advertisements

10 thoughts on “Film: The End

  1. Ubiegły rok to IMO dwa fenomenalne soundtracki – obydwa goszczą non stop w moim odtwaraczu – pierwszy to wspomniany Greenwood, druga to Eddie Vedder Into the Wild

  2. Greenwood jako kompozytor muzyki ilustracyjnej jest rzeczywiście świetny. Akurat tak się złożyło, że ostatni sobotni wieczór spędzałem na oglądaniu „Aż poleje sie krew” na DVD. 🙂
    Mam jeszcze dwa wyjątki: okazjonalnie Angelo Badalamenti oraz – również chwilami – Danny Elfman, który jest zdolny i przy ambitniejszych projektach wychodzą mu naprawdę fajne rzeczy („Charlie i Fabryka Czekolady”!). Problem polega na tym, że w tej branży robi się za dużo.

  3. Jeszcze jeden przykład z tego stulecia (2002): Badly Drawn Boy – About a Boy. Mamy tam i świetne piosenki, i muzykę ilustracyjną. Nie wiem, jak brzmi to w filmie, bo nie widziałem (mimo, że książkę znam prawie na pamięć), ale jako płyta – przepiękne.

  4. brocha – na Eddiego Veddera nie ma zgody. To niezła płyta, ale IMO nie zbliża się nawet do Greenwooda. No i najlepsza piosenka to cudzes 😉
    Bartek – najnowszych rzeczy Badalamentiego nie znam, przyznaję się bez bicia. Zaliczyłem go więc automatycznie do „poprzedniej epoki”, czyli lat 90., kiedy było zdecydowanie lepiej, niż teraz. „Charlie…” – może nie do końca moja bajka (muzycznie, bo film – nomen omen – pyszny), ale OK, trzeba dopisać do listy.
    Przemysław – Badly Drawn Boy! No właśnie, na takie soundtracki liczyłem, kiedy obejmowałem tę rubrykę w „Filmie”. Ale się przeliczyłem 😦 A film da się oglądać, po ciężkim tygodniu, dla odmóżdżenia, jednym okiem. Muzyka na pewno lepsza 🙂

  5. Od dobrych kilku lat jestem pod wrażeniem ścieżki Massive Attack do „Danny the Dog”. Wjechali na obcy teren i nie tyle odnaleźli się na pograniczu muzyki filmowej/tła i czegoś bardziej angażującego, co raczej bez przerwy przeskakują z jednej strony tej granicy na drugą. Fragment, w którym w ambientową plamę wjeżdża spowolniona 11 sonata Mozarta – tzw. ciary.

    Swoją drogą film bardzo muzyczny, chociaż początek może zmylić.

    Badalamenti całym sercem.

  6. generalnie tym ścieżkom dźwiękowym brakuje pomysłu. wykonanie, wszelkie aspekty techniczne są bardzo dobre. kompozytorzy wiedzą jak budować nastrój itd. ale faktem jest, że najczęściej są to kolejne kopie Zimmera i rzeczy bez ogólnego konceptu. dla mnie ideałami soundtracków są właśnie ścieżki dźwiękowe do Ojca Chrzestnego oraz Nieśmiertelnego – są to jednocześniej doskonałe przykłady jak można połączyć klimat utworu z konceptem. gdy słucham Queen „WWTLF” to spokojnie sobie wyobrażę o czym może być. Niestety o dzisiejszych soundtrackach tego nie powiem.

  7. zeszłoroczny soundtrack do filmu „21” jest całkiem lepszy, ludzie mówią, że zdecydowanie lepszy od filmu, który mam zamiar zobaczyć. remix soulwax „you can’t always get what you want” czy lcd soundsystem „big ideas” są kapitalne 😀

  8. Moim zdaniem przykładem tematu muzycznego z tego stulecia mógłby by być utwór „Lux Aeterna” Clinta Mansell’a ze ścieżki dźwiękowej do „Requiem dla snu”. Chociaż wydaje mi się, że stosunkowo mała populacja kojarzy ten utwór z filmem.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s