Living Colour a prawa fizyki

Living Colour to jeden z moich ulubionych zespołów (połączenie Meshuggah i Living Colour to byłby metalowy ideał, wzór niedościgły!). Na co dzień nawet o tym nie pamiętam, ale na koncercie… Aż chciałoby się zakrzyknąć – parafrazując nazwę pewnego programu telewizyjnego – jak oni grają! Nie dały im rady nawet prawa fizyki, których brutalną manifestacją był w tym przypadku klub Proxima, gdzie obraz jest równie płaski, jak i dźwięk. Jak na panujące w tym miejscu warunki Living Colour zabrzmieli jednak znakomicie. Ale wiedzieć o tym mogli tylko ci, którzy dopchali się w miarę blisko sceny, bo już od podestu do szatni nic nie było widać i niewiele słychać. Szkoda. Na szczęście pierwszą część koncertu, w tym prezentację nowych numerów (będzie dobrze!), spędziłem blisko zespołu, a na tyły trafiłem, gdy największe hity przeplatane były nieco przydługimi improwizacjami. Pod scenę wróciłem tuż przed bisami i okazało się, że lepiej zrobić nie mogłem. Najpierw krótka przemowa Glovera: „To nasz ostatni koncert na trasie. Wracamy do domu. Jeszcze niedawno wydawało nam się, że nie mamy już domu, ale teraz go odzyskaliśmy. Ten utwór dedykujemy nadziei” – i popłynęła poprawna, równie wyciszona jak oryginał, wersja „Talikn’ Bout A Revolution” Tracy Chapman. Nie padło nazwisko Obamy, ale słowa „Yes we can” owszem, choć i bez tego wszyscy wiedzieli, co jest grane. Na bis poleciała też między innymi absolutnie fenomenalna wersja „Crosstown Traffic”, dedykowana zmarłemu przed paroma dniami Mitchowi Mitchellowi. Swoją drogą, bariera językowa straszna rzecz – kiedy Living Colour zapowiadali ten utwór, przypominając o smutnym zdarzeniu, które zainspirowało ich do jego zagrania, przedstawiciele publiczności, którzy z potoku angielskich słów wyłowili tylko znajomo brzmiące nazwisko „Hendrix”, ryczeli radośnie „Yeaaahhh!”

No cóż, nie był to jednak koncert idealny, bo Living Colour nie mają w repertuarze ognistego funka o szturmie Samosierry, a choć Vernon wplatał w swoje zagrywki wiele ciekawych cytatów, od Jamesa Browna po Stonesów, nie dał się skusić nawet na dwa takty „O mój rozmarynie…” 😉 No, ale żarty na bok. Chciałbym bowiem całkiem serio nawiązać do poprzedniego wpisu o Sabaton, w którym ponoć wykazałem się ignorancją, posądzając Szwedów o obrzydliwy cynizm i koniunkturalizm. Jak wytknął mi bowiem w komentarzu Verminard, pomysł na utwór o Dywizjonie 303 jest tak naprawdę pomysłem na piosenkę o wszystkich obcokrajowcach walczących w bitwie o Anglię, a na dodatek pojawił się w głowach muzyków Sabaton dwa lata temu, albo i dawniej. Jeśli to prawda, oczywiście przepraszam zespół i jego fanów. A skoro już o fanach mowa, myślę że polski fan club Sabaton, zamiast pisać listy otwarte do mediów w sprawie innych listów otwartych do mediów, powinien ostrzec swoich idoli, by nie pakowali się, nawet w dobrej wierze, w polityczne igrzyska nad Wisłą. Bo na razie ich tu głaszczą, ale jak tylko przyjmą nie ten prezent, który trzeba, albo złożą kwiaty przed pomnikiem w nieodpowiednim towarzystwie, to im polskie piekiełko wybije polskich bohaterów z głowy.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s