Slayer and the Johnsons

Czwartek. Slayer w Hammersmith Apollo. Legendarne miejsce wypełnione niemal po brzegi, słyszę strzępy rozmów po polsku, nudzę się na Trivium, ale grzecznie czekam na gwiazdę wieczoru. W naszej części Europy Slayer ostatnio bywał wyraźnie wymęczony długimi podróżami, Araya miewał kłopoty z wokalem, nie zawsze udawało się utrzymać dramaturgię koncertu… Ale tutaj, w Londynie, na początku trasy, tak ważne miejsce – nie, tego nie mogą odpuścić.
Nie myliłem się. To był chyba najlepszy koncert Slayera, jaki widziałem (a z 10 pewnie widziałem), a już na pewno najlepiej zagrany i najlepiej brzmiący. Bardzo głośno, na szczęście dokładnie na tej granicy, kiedy hałas wciąż sprawia perwersyjną przyjemność, jeszcze nie boli. Bardzo selektywnie, co nie było łatwe do uzyskania przy takiej gęstości muzyki, no i przy tej głośności. Pysznie brzmiące bębny Lombardo, który zagrał fenomenalnie (nawet ten karabin maszynowy dwóch centralek w „Angel Of Death” – idealnie równo) i Tom w niespodziewanie wysokiej formie wokalnej. Oczywiście nie chodzi o śpiew, bo śpiewak z niego żaden, lecz o brzmienie, o siłę sygnału, o atak. Nawet te absurdalne górki z najstarszych kompozycji brał bez wysiłku! Repertuar niemal wymarzony, z mocnym zestawem wojennym na początek (m.in. „Chemical Warfare”, „War Ensemble”) i całym „Reign In Blood” na wielki finał. Piekielnie intensywny „Angel of Death”, adekwatnie ilustrowany zdjęciami dokumentalnymi z Oświęcimia i portretem uśmiechniętego Mengele – to robi wrażenie nawet na największych twardzielach. Kiedy wybrzmiewały ostatnie dźwięki „Raining Blood” czułem się wyczerpany, ale oczyszczony. Bo na koncert Slayera idzie się właśnie po to – by stawić czoła koszmarom, w bezpieczny sposób pozbyć się wściekłości i agresji. Żeby odreagować i poczuć się trochę lepszym, spokojniejszym, niż 90 minut wcześniej. Dziękuję Ci, Slayerze.

Piątek. Barbican. Antony Hegarty w towarzystwie London Symphony Orchestra. Ale ja oczywiście za późno wsiadłem do metra i jestem na miejscu dosłownie pięć minut przed rozpoczęciem koncertu. Niby nic, lecz problem polega na tym, że moja szanowna małżonka ma bilet, a ja nie – a impreza wyprzedana od miesięcy! Wściekły więc mruczę pod nosem, że ją tylko odprowadzam, że poczekam gdzieś w knajpie obok… i nagle wyrasta przede mną koleżka z pytaniem: Nie chciałbyś kupić biletu na dzisiaj? Mam jeden do sprzedania. W dodatku okazuje się, że facet nie jest konikiem, ale po prostu ktoś nie skorzystał i sprzedaje po kasowej cenie. Ale ze mnie farciarz 🙂
Pięć minut później siedzę już w sali koncertowej (spóźniliśmy się tylko na pierwszy numer) i zbieram szczękę z podłogi. Pięknie brzmiące miejsce, wspaniale grająca orkiestra, świetnie zaaranżowane numery Antony’ego – nabierają zupełnie nowego wymiaru w tym niemal klasycznym wydaniu. No i sam bohater wieczoru. Przez jakiś czas śpiewa skryty w ciemności, światła skierowane są wyłącznie na orkiestrę. Później wyławia go reflektor. Antony jest duży i trochę nieforemny, gesty przerysowane, do tego dziwacznie skrojona, wieczorowa suknia z jakiegoś szlachetnego, lejącego się materiału… Myślicie, że komuś to przeszkadza? Mógłby tam stanąć przebrany za ogórka, albo lampę nocną, a nikt nawet nie mrugnąłby okiem, wszyscy wielbiliby go jak króla, za ten jego królewski głos. Bo śpiewa pięknie. Lepiej niż na płytach. Z pasją, z tym charakterystycznym wibrato, ale też z wielką dyscypliną, czysto i pewnie. Przy „For Today I Am a Boy” gęsia skórka marszczy mi grzbiet, niewiasty (pewnie nie tylko one) płaczą jak bobry. Wielkie wrażenie robi również tytułowy numer z nowego mini-albumu – czyli „Another World” – dopiero na koncercie przekonałem się do tej kompozycji, wzbogaconej o ponurą, niepokojącą partię orkiestry. No, ale czas wyjść z katakumb, coś na odreagowanie – cover „Crazy in Love” Beyonce! Nigdy nie podejrzewałbym, że w tej piosence drzemie taki potencjał… Podobnie jak nie podejrzewałbym się o uczucia, które wywołał we mnie Antony. Słuchając jego głosu nie z tej ziemi, zupełnie bezzasadnie poczułem się lepszym człowiekiem i zupełnie bezpodstawnie myślałem sobie, że może powinienem pisać wiersze 🙂 Nie, nie bójcie się, już mi przeszło. Ale za te kilka minut, kiedy czułem w sobie poezję, dziękuję Ci, Antony.

Reklamy

2 thoughts on “Slayer and the Johnsons

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s