Po Open’erze: Socjaliści na scenie, kapitaliści pod (i za)

Kolega z redakcji, w mailu: Hello, jak tam wrazenia z Open’era? (jesli bedziesz pisal na blogu, to
nie odpowiadaj)
. No w sumie, czemu nie. Napiszę na blogu. Zawsze to jakieś ćwiczenie stylistyczne 😉
Wrażenia pozytywne mają naturę towarzyską, bądź artystyczną. Te pierwsze przemilczę, choć wszystkich miłych ludzi, którzy towarzyszyli mi w piwnych biesiadach do rana, morskich i słonecznych kąpielach w południe oraz polowaniu na najlepszą rybę w Trójmieście (udało się – Tawerna Rybaki w Sopocie, warkocz z soli i łososia zapiekany z camembertem, na pumperniklu! \m/) serdecznie pozdrawiam.
Wrażenia muzyczne natomiast… Miejsce pierwsze Raconteurs – podkuty hard rockiem biały blues, z tłustym, wielkim riffem na pierwszym planie. Nic na to nie poradzę, ale żadne tam alternatywne fiu-bździu mi tak tętna nie przyspieszyło. Natura rednecka ze mnie wylazła, machałem głową pod sceną i wykrzykiwałem refreny, a kiedy dopchałem się za blisko i odciąłem sobie odwrót (a właściwie podjąłem decyzję, że prawdziwy żołnierz nigdy się nie cofa), jacyś uczynni i najwyraźniej dość silni ludzie podnieśli mnie do góry i tamtędy przefrunąłem do fosy, wprost w matczyne objęcia bramkarza. Cudnie.
Podobał mi się również Jay-Z, mimo efekciarstwa, a może przez efekciarstwo owo – ale kogo nie ruszył brawurowy cover „Rehab” z okładkami tabloidów w tle, ten kiep. Niestety, do „Umbrelli” nie dotrwałem 🙂 bo już pchałem się do namiotu, by zobaczyć Sex Pistols. Veni, vidi, tłum vincit. Dopchałem się bardzo blisko, stałem trzy, może cztery metry od Rottena, ale to co się tam działo, było ponad moje siły. W pierwszych czterech piosenkach cztery razy zaliczyłem parter (podnosili, podnosili, ale zanim podnieśli to tratowali) i mając już dość, chciałem powtórzyć numer z ewakuacją wypróbowany na Raconteurs. Nie udało się. Owszem, zostałem podniesiony, ale w tym momencie Pistolsi zaczęli nowy numer, tłum zafalował i runąłem głową w dół. Tak mnie poturbowali, że ledwie stamtąd wylazłem. Taki stary, a taki głupi… A muzycznie? Zawsze uważałem, że Sex Pistols to fryzury i ciuchy, a punk rock to Ramones i przede wszystkim Clash. Nie zmieniłem zdania.
Massive Attack byli nudniejsi niż się spodziewałem, choć momentami podrywali się do lotu. No i niektóre z wizualizacji robiły wrażenie, na przykład te z tytułami z polskich tabloidów. A może z Onetu? 😉 Efektowne były również cytaty z rewolucjonistów, zarówno tych godnych podziwu, jak i pożałowania godnych, choć takie laserowe lewactwo, wyprodukowane za grube tysiące euro i wyświetlone pod szyldem sponsora festiwalu tłumowi, którego spory odsetek stanowił kwiat młodego polskiego kapitalizmu, było cokolwiek zabawne. Prawie tak zabawne, jak Manic Street Preachers (których skądinąd uwielbiam) wyśpiewujący swoje rewolucyjne treści na imprezie Allegro w Poznaniu, a więc w mateczniku owego kapitalizmu 🙂 No, ale zostawmy politykę. Chemical Brothers nieźli, niektóre wizualizacje imponujące, Erykah mnie znudziła, Goldfrapp jeszcze bardziej. Interpol i Editors – nie działają z wielkiej sceny. A to co się działo na scenach mniejszych widziałem od przypadku do przypadku, bo…
I tu przechodzimy do wrażeń negatywnych, głównie natury logistycznej. Ustawienie scen w linii – co najmniej dyskusyjne. Żeby nadążyć za przygotowanymi przez organizatorów atrakcjami, trzeba było zrobić, tam i z powrotem, kilkadziesiąt kilometrów dziennie. Dlaczego nie można było ustawić scen, jak na wszystkich europejskich festiwalach jakie widziałem, w łuku, okręgu lub kwadracie? Prosta sprawa – asfaltowym pasem łączącym sceny łatwiej było się przemieszczać, szczególnie cięższym sprzętem, więc ustawienie owo było wygodne dla obsługi. Niekoniecznie dla publiczności.
Druga sprawa – zabukowanie Sex Pistols w namiocie. To był pierwszy tej nocy armagedon. Drugiego doświadczyłem, gdy po koncercie Badu chciałem wsiąść do darmowego autobusu, łączącego Babie Doły z centrum Gdyni… Niestety, było ich zdecydowanie za mało. Prawdziwy horror. Płacze, krzyki, bijatyki, zupełnie niepotrzebne nerwy. Gratuluję Alter Art udanego festiwalu, podziwiam sukces, ale przyłączam się do apelu – gwiazdy gwiazdami, fajnie że są te z najwyższej półki, ale wrażenia z festiwalu wynosi się również z drogi dojazdowej na koncert.
Ach – i jeszcze jedno! Cóż za smykałka do interesów! Przez pół festiwalu zastanawiałem się, dlaczego za jadło i napoje nie mogę płacić prawnym środkiem płatniczym obowiązującym w naszym pięknym kraju, tylko jakimiś kuponami. Już wiem! Został mi bowiem jeden kuponik, wart 3 złote. I nic z nim już nie zrobię, i nawet nie żałuję, bo co tam, 3 złote. To nie pieniądz. No, chyba że podobny kuponik został co dziesiątemu uczestnikowi festiwalu. To daje 30 000 złotych czystej żywej kasy… Miejmy nadzieję, że pójdzie to na zaliczkę dla jakiejś przyszłorocznej gwiazdy. Portishead? Tricky? NIN? Albo, a niech tam, pomarzyć zawsze można, Morrissey i David Bowie?

Reklamy

7 thoughts on “Po Open’erze: Socjaliści na scenie, kapitaliści pod (i za)

  1. Monjo – mogłem napisać, że z Pudelka, byłoby najbezpieczniej, bo teraz wszystkie portale i tak równają do Pudelka 🙂
    cynik – no właśnie, to cały ja, dlatego mi się podobało 🙂

  2. Bowie w Polsce, marzenie ściętej głowy.
    Gdyby jednak było to prawdą na kolanach bieżę na Openera.Ale niech może wreszcie się weźmie za nową płytę, Ileż można czekać, we wrześniu będzie 5 lat !!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s