Światło ze Wschodu

Drogie Fraglesy, tu Wuj Matt w Podróży… Siedzę w Londynie, ale myślami błądzę gdzieś po Wschodzie, im dalej tym lepiej. Może to przez książki, które wziąłem z sobą i czytuję do poduchy („Podróże z Herodotem” Kapuścińskiego i „Odyseja” – nie Kapuścińskiego), a może przez tajskie żarcie, 5.50 funta za opcję „all you can eat”, a ja mogę dużo, bardzo dużo. 🙂 Chociaż kiedy odkryłem żeberka na Poland Street (nazwy przybytku nie pamiętam, ale na wystawie świeci neonowa świnka, trudno nie zauważyć), zapomniałem o Tajach. Tak dobrych żeberek w życiu nie jadłem!

No, ale ja tu o jedzeniu, a o muzyce miało być. Zamiast w sklepach płytowych Soho i Camden pławić się w taniej i niedostępnej w Polsce klasyce, zamiast cieszyć się z naprawdę nowych nowości, ja jak głupi całe godziny spędzam przy półkach z muzyką świata, folkiem i tym podobnymi wynalazkami. I jestem bardzo monotematyczny – kierunek Azja! Zaczęło się od kilku płyt z tradycyjnymi pieśniami z Tuwy. To była republika radziecka, dziś część federacji rosyjskiej, składająca się głównie ze stepu i gór. Tuwa jest najdalej na południe wysuniętą częścią Syberii, graniczy z Mongolią. Tuwiańscy tubylcy wymyślili przed wiekami specyficzny rodzaj śpiewu, zwany höömej. Zresztą, wariantów pisowni tyle, ile publikacji, a wątpię czy kiedykolwiek pochyliła się nad tym problemem Rada Języka Polskiego, bezpieczniej więc będzie używać rodzimego terminu śpiew alikwotowy. Krótko mówiąc, chodzi o to, że ci ludzie potrafią wydać z gardła nawet do 6 (!!!) dźwięków równocześnie – od graniczącego z infradźwiękami buczenia po niepokojący gwizd. Śpiewają też, a jakże, choć europejskie ucho musi się przez jakiś czas do tego przyzwyczajać. Ja w każdym razie jestem w muzyce tuwiańskiej zakochany, a od niedawna jestem szczęśliwym posiadaczem kilku płyt ze śpiewem alikwotowym w wersji hardcore. Bo, niestety, od kiedy co wybitniejsi przedstawiciele gatunku – np. Huun-Huur-Tu – zaczęli robić karierę (umiarkowaną, ale jednak) na Zachodzie, namnożyło się płyt z höömej w wersji light. A to w rytmie techno, a to… po angielsku. Fuj.

Jeszcze bardziej cieszy mnie płyta „Alive” niejakiej Sa DingDing. Tytuł angielskojęzyczny, ale urocza Sa śpiewa po chińsku, w sanskrycie, po tybetańsku i w języku przez siebie wymyślonym. Tak przynajmniej stoi we wkładce, dla mnie to bez różnicy. Najważniejsze, że śpiewa pięknie, brzmi to bardzo egzotycznie, bardzo… chińsko po prostu. Żeby jednak nie odstraszyć publiczności z innych zakątków świata, te jej bliskie ultradźwiękom popisy, wywodzące się w prostej linii z tradycyjnych pieśni Państwa Środka, z tamtejszej opery, rzucone zostały na tło całkiem współczesnych (no, może już odrobinę nieaktualnych, bo mocno triphopowych) bitów, takiej miłej dla ucha, niezobowiązującej, nieco rozleniwionej elektroniki. Wiem, kilka sekund temu, krzywiłem się na podobny gwałt na muzyce z Tuwy. Wiem, nie jestem konsekwentny. No, ale moja rozkosznie subiektywna ocena zależy po prostu od wyników eksperymentu. Próby pożenienia höömej z muzyką Zachodu mi się nie podobają, a płyta Sa DingDing podoba mi się bardzo, udało im się to zrobić naprawdę dobrze. Tak, jak kiedyś Michaelowi Brookowi udało się przybliżyć nam śpiew Nusrat Fateh Ali Khana (jego też dużo słucham w Londynie, ale to żadne odkrycie, w ogóle często go słucham). Tu w Anglii album Sa DingDing dostać nietrudno, wydaje go Universal. Czy polski oddział też się na to zdecyduje, jeszcze nie wiadomo. Szkoda byłoby, gdyby odpuścili, bo teraz, przed olimpiadą, Sa ma szansę wzbudzić zainteresowanie również nad Wisłą. Choć zupełnie niepodobna jest ani do Feel, ani do Bajmu. O Jezu, jaka ona niepodobna!!! 🙂

Tak, wiem, zachwycanie się artystką z Chin może być odczytane jako akt politycznej niepoprawności i bezdusznego wsparcia dla ludobójstwa w Tybecie. Ale choć współczuję z serca Tybetańczykom i w ogóle wszystkim ludziom na świecie, którym dzieje się źle, uważam przedolimpijskie protesty za zawracanie głowy. Przede wszystkim dlatego, że Chiny to zupełnie inne cywilizacja, inna historia, religia, kultura, postrzeganie świata – i ocenianie ich z naszej perspektywy, bez próby poznania i zrozumienia, to kolejna, łagodna odsłona tej samej arogancji białego człowieka, przez którą mamy mniej lub bardziej przesrane u niemal wszystkich przedstawicieli innych ras. I choć żaden ze mnie znawca spraw międzynarodowych, a już Chin osobliwie, tak sobie myślę, że spektakularne próby zgaszenia znicza czy jakieś odsyłanie koszulek to tylko puste gesty, nie zmienią nic w Tybecie. Że więcej zdziałalibyśmy kupując płyty Sa DingDing oraz jej koleżanek i kolegów. Bo jeśli otworzymy się na Chiny, oni będą musieli otworzyć się na nas. I tak, drogą osmozy, prędzej czy później przekażemy im również te wartości, z których tak jesteśmy dumni. Wtedy Chiny będą bardziej cywilizowane, bardziej przyjazne dla swoich obywateli, ale zarazem… mniej chińskie. No, ale gdzie drwa rąbią, tam wióry lecą.

Reklamy

11 thoughts on “Światło ze Wschodu

  1. „Przede wszystkim dlatego, że Chiny to zupełnie inne cywilizacja, inna historia, religia, kultura, postrzeganie świata”

    Tak? To na co im NASZA Olimpiada z jej przesłaniem i odwoływaniem się do tej antycznej podczas której działania wojenne były zawieszane? Komusnityczni bracia w ChRL wybrali sobie z NASZEGO dorobku kulturowego olimpiadę i będą na niej udowadniać za pomocą zaprogramowanych na zwycięstwo cyber robotów, że ichni ustrój lepszy jest niż naszi. Prawa człowieka i demokracja? Nie ma czegoś takiego, bo google nie wyrzuca tego w wynikach. Swoją drogą ciekawe jak się uczą o Grekach. Pewnie Ateny i demos cratos mają wycięte z podręczników. Sorry źą, ale jak irański prezydent grozi znieceniem z powierzchni ziemi Izraela, to nikt się nad różnicami kulturowymi nie zastanawia.

    Inna kwestia że słuchanie muzyki akurat z tego kręgu kulturowego to żaden objaw poparcia dla władz. W paranoję nie popadajmy. Nie jesteśmy Chińczykami, którzy całkowicie „spontanicznie” i „dobrowolnie” bojkotują francuskie towary.

    No, chyba że mamy do czynienia z ordynarną agitką propartyjną, jaką czasami można zobaczyć w epickich dziełach filmowych made in China. Wtedy ja raczej dziękuję. Mimo że, jak to się dzieje przy niektórych nazi folk metalowych zespołach ze Skandynawii i okolic, tekst niekoniecznie będzie dla mnie zrozumiały. Jakbym polskiego nie rozumiał, to Konkwisty też bym raczej nie słuchał.

  2. Masz rację – Izrael ma możnych przyjaciół i słabszych wrogów, Tybet odwrotnie… ale ja niezupełnie o tym. Zresztą nie chciałbym się za mocno angażować w politykę, nie na tym blogu. Choć wiem, sam sobie jestem winien, sam zacząłem 🙂
    Nie wiem, co w chińskich podręcznikach stoi na temat demokracji, ale wiem, że Chińczycy jakoś niespecjalnie się do tego dziedzictwa odwołują, choćby we wspomnianych przez Ciebie filmach (po obejrzeniu „Hero” byłem nawet w lekkim szoku). Nie musi nam się to podobać, ale warto o tym wiedzieć przed próbą osądzania Chin i nawracania ich na siłę. Bo, tak po prawdzie, możemy albo zbudować drugi mur i oddzielić się nim od Chin (co jest oczywiście niemożliwe, choćby z przyczyn ekonomicznych, żadne państwo nie zdecyduje się dziś na bojkot Chin z prawdziwego zdarzenia, choćby czołgi rozjechały Tybet na placek), tudzież prywatnie sobie Chiny bojkotować (co też jest nie tylko naiwne, ale i niemożliwe), albo możemy drobnymi kroczkami i przyjaznymi gestami te Chiny rozmiękczać.
    Nie wiem, może to ja jestem naiwny z tym swoim pozytywizmem? Wydaje mi się jednak, że blok sowiecki rozwaliły nie tylko strajki i bibuła, ale też koncerty rockowe i pepsi – kiedy ludkowie zasmakowali innego świata, nikt nie chciał być częścią starego.

  3. „ale też koncerty rockowe i pepsi – kiedy ludkowie zasmakowali innego świata, nikt nie chciał być częścią starego.”

    Pełna zgoda. Tylko że w ChRL mają już Pepsi, Internet i inne konsumpcyjne dobrodziejstwa. Wykastrowane, sprawdzane kilkukrotnie pod kątem prawomyślności, ale mają.

    Co prawda takich wyskoków jak Bjork zrobiła ostatnio przy „Declare Independence” już zbyt wielu nie będzie, artyści będą sprawdzani pod kątem poprawności poglądów. Przecież były nawet jaja z Rolling Stones, którym chińskie ministerstwo kultury cięło teksty mające deprawować obywateli.

    Nie wierzę, że możemy na nich wpłynąć. Nie wierzę, że będziemy w stanie ich małymi kroczkami zmienić. Możemy na nich wymóc pewne zmiany w ramach ich systemu choć i to będzie wyjątkowo trudne. Diaspora broniąca płomienia olimpijskiego i robiąca demonstracje przeciw „zakłamanemu obrazowi Chin w światowych mediach” żyje u nas – czyli pod wpływami naszej kultury – i jakoś nieszczególnie kwapi się do powrotu i obalania systemu.

    This is war! Tylko że na kulturę i idee. Militarnego konfliktu nie będzie. Gospodarczy nikomu się nie będzie opłacał i moglibyśmy przegrać.

    Zarówno „Hero” jak i dużo gorszy „Dom Latających Sztyletów” to prochińskie agitki oprawione w piękną formę. Państwo ponad jednostę i poświęcenie w imię rozwoju całego organizmu. Mogę się nimi zachwycać, i zachwycam, ale oburzam się i zawsze głośno mówię, że to dzieło propagandowe.

    Ja nie zamierzam kopii kruszyć ani bić się do upadłego. Mnie po prostu się nie podoba tłumaczenie tego co się dzieje w Chinach różnicami kulturowymi mimo że chińscy decydenci dość mocno i wybiórczo czerpią z dorobku naszego kawałka świata. A potem gdy wybucha awantura, której pretekstem jest pomysł NASZYCH praprzodków (nie ma to jak Polak – sarmata odwołujący się do spuścizny Greków ze starożytności :-p ), odwołują się do różnic między kręgami cywilizacyjnymi. Więc osądzam i oceniam – nazywam po imieniu działania władz chińskich w Tybecie i okolicach (ale też na przykład rosyjskich). To że idę na koncert Sznurowa nie oznacza wszak poparcia dla polityki Kremla w Czeczenii. ;>

    Zresztą z tego co widzę, to Sa DingDing ma jakieś koligacje z buddyzmem, a ten jest mniej popierany niż konfucjanizm stanowiący podstawę religijną w pracy, życiu społecznym i okolicach. ;> 😉 Choć jako że gości w chińskiej wersji MTV to poglądów nieprawomyślnych raczej nie wyraża.

    Poza tym wbrew temu co ChRL twierdzą, w ich państwie istnieje opozycja – krucha, zamykana, gnębiona, odcinana od Internetu – ale działająca.

    Od Chin nie mamy szans się oddzielić żadnym murem. Pomijam już kwestię inwestycji świata w rynek ChRL. Raczej odwrotnie – gdyby oni nagle, co jest niemożliwe, zwinęli swoje zabawki i się wycofali, to byśmy się nie pozbierali.

  4. Ale powiedz, od kiedy w Chinach mają „pepsi, internet i inne konsumpcyjne dobrodziejstwa”? Przemiana jaka dokonała się tam (przede wszystkim w sferze gospodarczej, ale i obyczajów, a nawet swobód obywatelskich) w przeciągu ostatnich 30 – 40 lat jest ogromna. I wierzę, że to będzie postępowac, choc pewnie nie tak szybko, jak bysmy sobie życzyli…

  5. „Bo jeśli otworzymy się na Chiny, oni będą musieli otworzyć się na nas”
    Obawiam się, że właśnie z takiego założenia wyszedł Komitet Olimpijski. I w porządku, też przez pewien czas wierzyłem, że to może być droga do wpłynięcia na Chiny (na zasadzie marchewki). Tyle, że Pekin pokazał, że i tak będzie robił swoje, a żadną marchewką na niego nie wpłyniemy, a kija nie mamy. Tybet: to nawet nie o to chodzi, że Chińczycy planują wymazać tamtejszą kulturę i totalnie zsinizować ten region. Chodzi o to, że mogli by to robić dalej po cichu kiedy się olimpiada skończy ale postanowili pokazać wszystkim naiwnym, że nawet teraz mogą robić co chcą a Zachód tak naprawdę nie kiwnie palcem. I to jest wkurzające. I teraz MKOL powinien mimo wszystko odebrać Chinom igrzyska. Bo będzie to oznaczało dla Chińczyków utratę „twarzy” (co w społeczeństwach konfucjańskich jest największym upokorzeniem, a Chiny były, są i będą bardzo konfucjańskie).

    p.s. A tak w ogóle to pozdrawiam serdecznie autora bloga!!

  6. a najgorsze w tym wszystkm jest to, ze 26 czerwca grają the police i tego samego dnia w stolicy meshuggah z dillinger… a ja 4 miechy temu kupiłem bilet na the police… pozdrawiam Jarka ;-), piotrus bałajan

  7. Huh, to ja nic o Chinach:

    Huun-Huur-Tu dorobili się pozycji gwiazd już chyba. Zresztą słusznie. Od czasu słynnej współpracy z Zappą minęło już 15 lat…

    O ile doskonale rozumiem krzywienie się na wersje techno („Spirits From Tuwa” HHT wzięte na warsztat przez didżejów z niedowładem szarej masy, co za koszmar!), to śpiew khoomei w języku angielskim może przynieść nieoczekiwane doznania:) vide:

    i jeszcze to, a nawet szczególnie to:

    To Albert Kuvezin i Yat-Kha, z płyty „Re-Covers”, gdzie ten zasłużony już zespół z Tuwy bierze na warsztat takie klasyki jak wyżej, ale też Wysockiego, Kraftwerk (no, tak przecież to też klasyki). W każdym razie radzę sprawdzić. Warto sięgnąć też po wcześniejsze wydawnictwa Yat-Kha np. „Yensei Punk”, gdzie obok tradycyjnego instrumentarium i śpiewu gardłowego (po ichniemu) mamy ciężkie przesterowane gitary. Razem powstaje moc, której najwięksi doomowcy by pozazdrościli. I nie ma co się boczyć, że to już nie korzenne, rdzenne, oryginalne granie, że skażone obcym pierwiastkiem itede. Bo już kilkanaście lat temu panowie z Huun-Huur-Tu mówili, że nie odgrywają idealnie pieśni przodków, a z całym poszanowaniem tradycji starają się ją modyfikować.

  8. „I nie ma co się boczyć, że to już nie korzenne, rdzenne, oryginalne granie, że skażone obcym pierwiastkiem itede. Bo już kilkanaście lat temu panowie z Huun-Huur-Tu mówili, że nie odgrywają idealnie pieśni przodków, a z całym poszanowaniem tradycji starają się ją modyfikować.”

    Albo raczej dobrze zarobić. Nic, tyko czekać, aż będziemy mieli podobną historię, co z chórałami gregoriańskimi. „Huun-Huur-Tu sings best love songs”. Numer jeden na płycie: „One” U2:)))

  9. @Pablo Renato
    no takie hocki klocki już niestety nastąpiły – właśnie wraz z plytą „Spirits Of Tuva”, gdzie H-H-T utopione jest w morzu okrutnie tandetnej elektroniki.

    Jakoś wątpię, by śpiewany gardłowo „Orgasmotron” albo „In-da-gadda-da-vidda” miał zwojować listy sprzedaży płyt. Nie wiem jak tam teraz H-H-T, ale Kuvezin i jego Yat-Kha raczej pozostają jak to sie kiedyś mówiło „alternatywni”

  10. Huun-Huur-Tu wystąpią we Wrocławiu, w ramach czegoś o nazwie Ethno-Jazz-Festiwal (które to coś, trwa już w najlepsze, była m.in. Natasha Atlas). Koncert odbędzie się 26 października 2008 w Wytwórni Filmów Fabularnych (koło Hali Ludowej :]).

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s