Schodami do nieba. I niestety z powrotem

Rzuciłem się na „Schodami do nieba” Witka Łukaszewskiego, bo:

a) Uwielbiam Zeppelinów i jeśli tylko mogę coś nowego o nich poczytać, to czytam.

b) Nabrałem się na marketingową sztuczkę wydawcy, który reklamuje książkę nie jako muzyczną biografię, ale jako „powieść o Zeppelinach”. Ale ze mnie frajer 😉

c) Zaintrygował mnie fakt, że autorem książki jest czynny muzyk i w dodatku zupełnie niezły gitarzysta. Na pewno słyszy w piosenkach Led Zeppelin więcej i więcej z nich rozumie, niż jakikolwiek dziennikarz muzyczny…

Niestety, Łukaszewski jest przede wszystkim fanem zespołu. I to fanem oddanym ślepo, bezgranicznie, do końca. Jest wyznawcą kultu Led Zeppelin, co oznacza, że każda strona ocieka hymnami pochwalnymi na ich cześć, a przy każdej możliwej okazji dowiadujemy się, że zespół był wzorem profesjonalizmu (Bonzo owszem też tu pije, ale winni są inni, a na koncerty cudownie trzeźwieje i nic a nic nie zawala, nawet się nie pomyli…), a Page to kompozytor wszech czasów (no, może Bach był porównywalny, ale niekoniecznie lepszy – serio, nie ja to wymyśliłem). Poza tym, Łukaszewski nie jest wyznawcą spod znaku ekumenizmu i zupełnie nie zamierza przekazywać innym znaku pokoju. Bezlitośnie rozprawia się więc z prawdziwymi i wyimaginowanymi wrogami Led Zeppelin, a siłą rozpędu również ze swoimi. Oto smakowita próbka:

„Gdyby istniało drzewo idiotów, tak zwani dziennikarze muzyczni siedzieliby na najwyższych gałęziach, zarezerwowanych dla najcięższych przypadków. Ich opinie o muzyce i muzykach mają tyle wspólnego z prawdziwą sztuką, ile, nie przymierzając, malarz pokojowy z Van Goghiem.” – jakie to szczęście, że ja tu bajdurzę o Łukaszewskim-pisarzu, nie Łukaszewskim-muzyku, co? Musiałbym to, cholera, wziąć do siebie 😉

O, ale tym ustępem, o „Whole Lotta Love”, to już mnie wkurzył:

„Okrzyknięty natychmiast po powstaniu hymnem heavy metalu, sprawił, że Led Zeppelin wraz z całym dobrodziejstwem inwentarza przypisano do tego gatunku. Było to bardzo krzywdzące dla Page’a i jego kolegów, kórych zawsze cechował muzyczny eklektyzm, tak obcy heavymetalowcom, skłonnym raczej do jednostajnego łomotu. Zdumiewa tutaj idiotyzm tak zwanych krytyków muzycznych”

Krytycy krytykami i czy LZ grali metal, czy nie, nie zamierzam tu rozstrzygać. Ale że autor książki tak łatwo skreśla gatunek muzyczny, którego najwyraźniej nie zna lub / i nie rozumie, to słabe jest bardzo. Stawiasz się sam, drogi Witku, po stronie tych niekompetentnych krytyków, których tak nie lubisz. Czyli że my, fani metalu, stoimy tu gdzie stoimy, a Ty stoisz tam, gdzie wiadomo kto stał 😉

Ale najgorsze w tej książce są nie porachunki autora ze złymi dziennikarzami i tępymi metalowcami, lecz elementy „powieściowe” właśnie… W dużej mierze dotyczą życia intymnego muzyków, a że pisane są językiem godnym „M jak miłość” (osobliwie dialogi), co kilka stron opowieść o Led Zeppelin zamienia się ku memu nieustannemu osłupieniu w harlequina.

Zalety? Owszem, owszem – patrz punkt C. Witek jest muzykiem. I kiedy pisze o muzyce, o tajnikach warsztatu gitarzysty, o tych wszystkich niuansach nieuchwytnych dla zwykłego zjadacza chleba, robi się naprawdę ciekawie. Ech, nie mogła cała książka pójść w tym kierunku?

Ale największym hitem „Schodami do nieba” i tak pozostaje wstęp wydawcy. Trzymacie się mocno?

„Tu dodam, że jako miłośnik twórczości Waldemara Łysiaka, chyba nauczyłem się odróżniać ziarno od plew. (…) Może fakt, że inicjały Łukaszewskiego i Łysiaka są te same, sprawił, że zadziałał efekt magicznej mocy?”

No cóż, może fakt, że mam inicjały takie same jak Józef Stalin sprawił, że uczucie listości jest mi obce, ale nie mogłem się powstrzymać przed zacytowaniem tych słodkich bzdur.

Advertisements

2 thoughts on “Schodami do nieba. I niestety z powrotem

  1. zastanawiam się z kąd taka niechęć do powieści Witka…to co piszesz jest w moim odczuciu sporym nadużyciem. Witek jest fanem LZ i tego nie ukrywa, ale stwierdzenie że każda strona ocieka hymnami pochwalnymi to już bzdura. owszem, autor zachwala bohaterów często i gęsto, ale w moim odczuciu zachował zdrowy umiar [podobnie jak autor tego bloga pisząc o Slayerze]. dalej…nie uważam żeby autor potepił metalowców, chodziło mu raczej wykazanie różnicy jaka dzieli np. „wholle…” od heavy metalu. Witek przedstawia kawalki zeppelinów jako bardziej wyrafinowane[bo przeciez takie sa] ale nie wartościuje gatunków. wyciągając cytaty z szerokiego kontekstu wyciągasz bardzo jednoznaczne wnioski, w moim odczuciu niesłuszne. zgodze się po części że watki fabularne miejscami mdliły. szczególnie romans Planta…owszem, ale do jasnej anielki gdzie tam znalazłeś język z „m jak miłość” ? chyba poświęcasz za mało uwagi temu kultowemu serialowi…dalej…pisząc o slyerze byłeś rzeczowy i starałeś się odnosić image, teksty itp do czasów i mentalności i przeżyć głównych bohaterów.znasz przeciez teksty utworów LZ…jak nie wikingowie to baby i tęsknota. Witek objaśnia w ten sposób jak powstały niektóre rzeczy. wycinając cytaty można byłoby „udowodnić” również jakąs twoją domniemaną teze z książki o slayerze. sam wiesz jakie to proste…pozdrawiam

  2. A ja muszę Ci się pochwalić że 2 tygodnie temu miałem okazję parę minut porozmawiać z Jimmy Pagem.No coż jak się pracuje na Heathrow w Londynie to wszystko może się zdarzyć…Pozdrawiam cieplutko.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s